Skopiowano ze stron roboczych projektu Wolne Podręczniki
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXXI</naglowek_rozdzial>
<akap>Choroba, OpiekaPoczęły się ciężkie i pełne lęku dni oczekiwania. Drugi atak przyszedł dopiero po tygodniu --- i nie był tak silny jak pierwszy, ale Nel uczuła się po nim jeszcze słabszą. Wychudła i zmizerniała do tego stopnia, że nie była to już dziewczynka, ale cień dziewczynki. Płomyk jej życia tlił się tak słabo, że zdawało się, iż dość jest dmuchnąć, aby go zgasić. Staś zrozumiał, że śmierć nie potrzebuje czekać na trzeci atak, by ją zabrać --- i oczekiwał jej lada dzień, lada godzina.</akap>
<akap>Sam wychudł i sczerniał także, albowiem nieszczęście przechodziło jego siły i jego rozum. Więc patrząc na jej woskową twarzyczkę mówił sobie codziennie: ,,Na tomże strzegł jej jak oka w głowie, żeby tu ją pochować w dżungli?" --- I nie rozumiał wcale, dlaczego tak ma być. Chwilami znów wyrzucał sobie, że jeszcze nie dość jej strzegł, że nie był dla niej dość dobry, a wówczas taki żal chwytał go za serce, że chciało mu się gryźć własne palce. Było niedoli po prostu za dużo.</akap>
<akap>A Nel spała teraz prawie ciągle i być może, że to utrzymywało ją przy życiu. Staś budził ją jednak kilka razy na dzień, by ją posilić. Wówczas, ilekroć deszcz nie padał, prosiła go, aby wynosił ją na powietrze, nie mogła już bowiem utrzymać się na własnych nogach. Zdarzało się wszelako, iż zasypiała nawet na jego ręku. Wiedziała już, że jest bardzo chora i że może lada dzień umrzeć. W chwilach większego ożywienia rozmawiała o tym ze Stasiem, a zawsze z płaczem, gdyż bała się śmierci.</akap>
<akap_dialog>--- Już ja nie wrócę do tatusia --- mówiła pewnego razu --- ale ty powiedz tatusiowi, że mi było bardzo żal --- i proś go, żeby tu do mnie przyjechał...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wrócisz --- odpowiedział Staś.</akap_dialog>
<akap>I nie mógł nic więcej powiedzieć, gdyż chciało mu się wyć.</akap>
<akap>A Nel mówiła dalej ledwie dosłyszalnym, sennym głosem:</akap>
<akap_dialog>--- I tatuś przyjedzie, i ty kiedyś przyjedziesz... prawda?</akap_dialog>
<akap>Na tę myśl uśmiech rozjaśnił jej wynędzniałą twarzyczkę, po chwili jednak ozwała się znowu, jeszcze ciszej:</akap>
<akap_dialog>--- Ale mi tak żal...</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy oparła mu główkę na ramieniu i poczęła płakać, on zaś przemógł własny ból, przytulił ją do piersi i odpowiedział żywo:</akap>
<akap_dialog>--- Nel, ja bez ciebie nie wrócę i... i wcale nie wiem, co bym bez ciebie robił na świecie.</akap_dialog>
<akap>Nastało milczenie, podczas którego Nel usnęła znowu. Staś odniósł ją do drzewa, ale zaledwie wyszedł na zewnątrz, gdy z wierzchołka cypla nadbiegł Kali i machając rękoma począł wołać z twarzą wzburzoną i przelękłą:</akap>
<akap_dialog>--- Panie wielki! panie wielki!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czego chcesz? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap>A Murzyn wyciągnął rękę i ukazując na południe rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Dym!</akap_dialog>
<akap>Staś przysłonił oczy dłonią i wytężywszy wzrok we wskazanym kierunku ujrzał rzeczywiście przy czerwonawym blasku nisko już stojącego słońca smugę dymu wznoszącą się daleko wśród dżungli, między wierzchołkami jeszcze dalszych, dość wysokich dwóch wzgórz.</akap>
<akap>Kali drżał cały, albowiem zbyt dobrze pamiętał straszną niewolę u derwiszów, był zaś pewien, że to ich obozowisko. Stasiowi też się wydało, iż to nie może być nikt inny jak Smain, i w pierwszej chwili zląkł się także okropnie. Tego tylko brakło! Obok śmiertelnej choroby Nel --- derwisze! I znów niewola, i znów powrót do Faszody albo i do Chartumu, pod rękę Mahdiego lub pod bat Abdullahiego. Jeśli ich schwytają, Nel umrze pierwszego dnia, on zaś zostanie niewolnikiem na resztę życia. A gdyby nawet kiedyś uciekł, co mu po życiu, co mu po wolności bez Nel? Jakżeby spojrzał w oczy ojcu albo panu Rawlisonowi, gdyby derwisze porzucili ją po śmierci hienom, on zaś nie potrafiłby nawet powiedzieć, gdzie jest jej grób.</akap>
<akap>Takie myśli przelatywały mu jak błyskawice przez głowę. Nagle uczuł nieprzepartą chęć popatrzenia na Nel i skierował się ku drzewu. Po drodze zapowiedział Kalemu, by zgasił ogień i nie ważył się palić go w nocy, po czym wszedł do wnętrza.</akap>
<akap>Nel nie spała i czuła się lepiej. Zaraz też podzieliła się tą wiadomością ze Stasiem. Saba leżał przy niej i ogrzewał ją swym ogromnym ciałem, a ona głaskała go lekko po głowie, uśmiechając się, gdy chwytał paszczą subtelne pyłki próchna kręcące się w smudze świetlanej, którą tworzyły w drzewie ostatnie promienie zachodzącego słońca. Była widocznie lepszej myśli, gdyż po chwili zwróciła się z dość raźną minką do Stasia:</akap>
<akap_dialog>--- A może ja nie umrę?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie umrzesz z pewnością --- odpowiedział Staś. --- Skoro po drugim ataku czujesz się silniejszą, to trzeci wcale nie przyjdzie.</akap_dialog>
<akap>Ona zaś poczęła mrugać powiekami jakby się nad czymś namyślając --- i rzekła:</akap>
<akap_dialog>--- Gdybym miała taki gorzki proszek, co mi tak dobrze zrobił po tej nocy ze lwami --- pamiętasz? to ani trochę nie myślałabym umierać, ani tyle!</akap_dialog>
<akap>I pokazała na paluszku, jak mało byłaby wówczas na śmierć gotowa.</akap>
<akap_dialog>--- Ach! --- ozwał się Staś --- oddałbym nie wiem co za źdźbło chininy.</akap_dialog>
<akap>I pomyślał, że gdyby jej miał dosyć, to by poczęstował Nel choćby dwoma naraz proszkami, a potem owinął ją pledem, posadził przed sobą na koniu --- i ruszył natychmiast w stronę przeciwną tej, w której było obozowisko derwiszów.</akap>
<akap>Tymczasem słońce zapadło i dżungla pogrążyła się nagle w ciemność.</akap>
<akap>Dziewczynka pogwarzyła jeszcze z pół godziny, po czym usnęła, a Staś rozmyślał dalej o derwiszach i o chininie. Strapiona, ale nadzwyczaj zaradna jego głowa poczęła pracować i tworzyć plany, jedne śmielsze i zuchwalsze od drugich. Naprzód począł się zastanawiać nad tym, czy ten dym w południowej stronie pochodzi koniecznie z obozu Smaina. Mogli to wprawdzie być derwisze, ale mogli być i Arabowie znad brzegów oceanu, którzy czynili wielkie wyprawy w głąb lądu po kość słoniową i po niewolników. Ci nie mieli nic wspólnego z derwiszami, którzy psuli im handel. Mógł to być także obóz Abisyńczyków albo jaka podgórska wioska murzyńska, do której łapacze ludzi jeszcze nie dotarli. Czy nie należało się o tym przekonać?</akap>
<akap>Arabowie z Zanzibaru, z okolic Bagamojo, z Witu i z Mombassy, a w ogóle z pobrzeży oceanu, byli to ludzie, którzy ustawicznie stykali się z białymi, więc kto wie, czy za wielką nagrodą nie podjęliby się odprowadzić ich obojga do którego z najbliższych portów. Staś wiedział doskonale, że może taką nagrodę przyrzec i że jego przyrzeczeniu uwierzą. Przyszła mu też jeszcze inna myśl, która poruszyła go do głębi. Oto widział, że w Chartumie wielu derwiszów, szczególnie z Nubii, chorowało prawie na równi z białymi na febrę --- i ci leczyli się chininą, którą rabowali Europejczykom albo jeśli była ukryta u renegatów Greków lub Koptów, kupowali na wagę złota. Otóż można było się spodziewać, że Arabowie znad oceanu będą mieli ją na pewno.</akap>
<akap>,,Pójdę --- mówił sobie Staś --- pójdę dla Nel."</akap>
<akap>I zastanawiając się coraz usilniej nad położeniem doszedł w końcu do przekonania, że gdyby to nawet był oddział Smaina, to i tak należało iść. Przypomniał sobie, że z powodu zupełnego przerwania stosunków między Egiptem a Sudanem Smain prawdopodobnie nic nie wie o ich porwaniu z Fajumu. Fatma nie mogła się z nim porozumieć, więc to porwanie było tylko jej osobistym pomysłem, wykonanym przy pomocy Chamisa, syna Chadigiego, oraz Idrysa, Gebhra i dwóch Beduinów. Otóż ludzie ci nic nie obchodzili Smaina z tej prostej przyczyny, że znał między nimi tylko jednego Chamisa, a o tamtych nigdy w życiu nie słyszał. Obchodziły go tylko jego własne dzieci i Fatma. Ale właśnie może zatęsknił już za nimi i może rad byłby do nich wrócić, zwłaszcza jeżeli uprzykrzyła mu się już służba u Mahdiego. Przy Mahdim nie zrobił widocznie wielkiego losu, skoro, zamiast przewodzić potężnym wojskom lub rządzić jakim obszernym krajem, musiał łapać niewolników aż Bóg wie gdzie za Faszodą. ,,Powiem mu tak: --- myślał Staś --- jeśli odprowadzisz nas do jakiego portu nad Oceanem Indyjskim i wrócisz z nami do Egiptu, rząd przebaczy ci wszystkie winy, połączysz się z Fatmą i z dziećmi, a prócz tego pan Rawlison uczyni cię bogatym; jeśli nie, to dzieci i Fatmy nie zobaczysz już nigdy w życiu."</akap>
<akap>I był pewien, że Smain namyśli się dobrze, nim taki układ odrzuci.</akap>
<akap>Oczywiście, nie było to wszystko bezpieczne, mogło nawet pokazać się zgubne, ale mogło również stać się deską ocalenia z tej toni afrykańskiej. Staś począł się w końcu dziwić, dlaczego możliwość spotkania ze Smainem tak go na razie przeraziła --- i ponieważ chodziło o spieszny ratunek dla Nel, postanowił pójść jeszcze tej nocy.</akap>
<akap>Łatwiej to jednak było powiedzieć niż wykonać. Co innego jest siedzieć nocą w dżungli przy dobrym ogniu, za kolczastą zeribą, a co innego puścić się wśród ciemności w wysokie trawy, w których poluje o tej porze lew, pantera i lampart, nie mówiąc o hienach i szakalach. Chłopiec przypomniał sobie jednak słowa młodego Murzyna, wówczas gdy ów udał się nocą szukać Saby i wróciwszy z nim powiedział: Odwaga, Strach ,,Kali się bać, ale pójść." I powtórzył sobie to samo: ,,Będę się bał, ale pójdę."</akap>
<akap>Czekał jednak na wzejście księżyca, gdyż noc była nadzwyczaj ciemna, i dopiero gdy dżungla posrebrzała od jego blasku, zawołał Kalego i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Kali, zabierz Sabę do drzewa, zatkaj wejście cierniem i pilnujcie mi z Meą panienki jak oka w głowie, a ja pójdę zobaczyć, co to za ludzie są tam w tym obozowisku.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pan wielki wziąć z sobą Kalego i strzelbę, która zabija złe zwierzęta. Kali nie zostać!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zostaniesz! --- rzekł stanowczo Staś --- i zakazuję ci iść za mną.</akap_dialog>
<akap>ReligiaPo czym zamilkł na chwilę, a następnie ozwał się głuchym nieco głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Kali, jesteś wierny i roztropny, więc ufam, że spełnisz to, co ci powiem. Gdybym nie wrócił, a panienka umarła, to zostawisz ją w drzewie, ale naokoło drzewa wzniesiesz wysoką zeribę, a na korze wytniesz taki oto wielki znak.</akap_dialog>
<akap>I wziąwszy dwa bambusy złożył je w krzyż.</akap>
<akap>Po czym tak mówił dalej:</akap>
<akap_dialog>--- Jeśli zaś bibi nie umrze, ale ja nie wrócę, to będziesz ją czcił i służył wiernie, a potem zaprowadzisz ją do swego ludu i powiesz wojownikom Wa-hima, żeby szli z nią ciągle na wschód, aż do Wielkiego Morza. Tam znajdziesz białych ludzi, którzy wam dadzą dużo strzelb, prochu, paciorków, drutu i tyle płótna, ile zdołacie unieść. Zrozumiałeś?</akap_dialog>
<akap>A młody Murzyn rzucił się przed nim na kolana, objął jego nogi i począł powtarzać żałośnie:</akap>
<akap_dialog>--- O bwana kubwa! wrócić, wrócić, wrócić!</akap_dialog>
<akap>Stasia wzruszyło przywiązanie czarnego chłopaka, więc schylił się, położył mu rękę na głowie i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Idź do drzewa, Kali, i... niech cię Bóg błogosławi!</akap_dialog>
<akap>Zostawszy sam namyślał się jeszcze przez chwilę, czy nie wziąć z sobą osła. Było to bezpieczniej, albowiem lwy w Afryce, zarówno jak tygrysy w Indiach, w razie spotkania człowieka jadącego na koniu lub ośle rzucają się zawsze na zwierzę, nie na człowieka. Ale zadał sobie pytanie, kto w takim razie będzie nosił namiot Nel i na czym ona sama pojedzie? Po tej uwadze odrzucił natychmiast myśl zabrania osła i puścił się piechotą w dżunglę.</akap>
<akap>Księżyc wypłynął już wyżej na niebo, było przeto znacznie widniej. Jednakże trudności rozpoczęły się zaraz, jak tylko chłopiec zanurzył się w trawy, które wyrosły już tak wysoko, że i człowiek na koniu mógł się w nich z łatwością ukryć. Nawet w dzień nie było w nich na krok nic widać, a cóż dopiero w nocy, kiedy księżyc oświecał tylko ich wierzchołki, a niżej wszystko pogrążone było w głębokim cieniu. W takich warunkach łatwo jest zmylić drogę i chodzić w kółko, zamiast posuwać się naprzód; Stasiowi dodawała wszelako odwagi ta myśl, że naprzód, obozowisko, ku któremu szedł, było odległe od cypla co najwyżej o trzy lub cztery mile angielskie, a po wtóre, że dym ukazał się między wierzchołkami dwóch wyniosłych pagórków --- zatem nie tracąc z oczu pagórków nie można było zbłądzić. Ale trawy, mimozy i akacje przesłaniały wszystko. Na szczęście co kilkadziesiąt kroków wznosiły się kopce termitów, wysokie niekiedy na kilkanaście stóp. Staś ustawiał ostrożnie strzelbę pod każdym kopcem, potem wdrapywał się na jego szczyt --- i dojrzawszy wzgórza rysujące się czarno na tle nieba, złaził i szedł dalej.</akap>
<akap>NaturaStrach go tylko brał na myśl, co będzie, jeśli chmury zasłonią księżyc i niebo, albowiem wówczas znalazłby się jak w podziemiu. Ale nie było to jedyne niebezpieczeństwo. Las, NocDżungla w nocy, gdy wśród ciszy słychać każdy odgłos, każdy krok i niemal szelest, jaki robią owady łażące po trawach, jest wprost przerażająca. Unosi się nad nią lęk i zgroza. Staś musiał zważać na wszystko, nasłuchiwać, czuwać, rozglądać się na wszystkie strony, mieć głowę jak na śrubkach, a strzelbę gotową w każdej sekundzie do strzału. Co chwila wydawało mu się, że coś się zbliża, skrada, przyczaja. Niekiedy znowu słyszał poruszające się trawy i nagły tętent uciekających zwierząt. ZwierzętaDomyślał się wówczas, że spłoszył antylopy, które mimo rozstawionych straży śpią czujnie, wiedząc, że niejeden straszny płowy myśliwiec poluje w ciemnościach o tej porze. Ale oto coś wielkiego czerni się pod parasolowatą akacją. Może to skała, a może nosorożec lub bawół, który zwietrzywszy człowieka ocknie się z drzemki i rzuci się natychmiast do ataku. Tam znów za czarnym krzem widać dwa błyszczące punkty. Hej! strzelba do twarzy. To lew! Nie!... Próżny alarm! To latarniki, bo jedno światełko wznosi się w górę i leci nad trawami jak spadająca ukośnie gwiazda. Staś właził na termitiery nie zawsze dlatego, by przekonać się, czy idzie w dobrym kierunku, ale i dlatego, by obetrzeć spocone zimnym potem czoło, odetchnąć i poczekać, aż mu się uspokoi bijące zbyt pośpiesznie serce. Był przy tym tak już zmęczony, że ledwie trzymał się na nogach.</akap>
<akap>OdwagaLecz szedł naprzód w tej myśli, że tak trzeba dla uratowania Nel. Po dwóch godzinach wydostał się na grunt gęsto usiany kamieniami, gdzie trawy były niższe i było znacznie widniej. Dwa wyniosłe wzgórza rysowały się równie daleko jak przedtem; natomiast bliżej biegł poprzecznie zrąb skalny, za którym wznosił się drugi, wyższy, oba zaś otaczały widocznie jakąś dolinę albo wąwóz podobny do tego, w którym zamknięty był King.</akap>
<akap>Nagle, o jakie trzysta lub czterysta kroków na prawo, spostrzegł na ścianie skalnej różowy odblask płomienia.</akap>
<akap>I stanął. Serce biło mu znów tak, że nieledwie słyszał je wśród ciszy nocnej. Kogo tam zobaczy na dole? Arabów ze wschodnich wybrzeży? Derwiszów Smaina czy też dzikich Murzynów, którzy opuściwszy rodzinne wioski chronią się przed derwiszami w niedostępne górskie komysze? Czy znajdzie śmierć albo niewolę, czy też ratunek dla Nel?</akap>
<akap>Trzeba się było o tym przekonać. Cofać się już nie mógł i nie chciał. Po chwili począł się skradać w kierunku ognia, idąc jak najciszej i tamując dech w piersiach. Uszedłszy tak około stu kroków, usłyszał niespodzianie od strony dżungli parskanie koni --- i zatrzymał się znowu. Przy świetle księżyca naliczył ich pięć. Jak na derwiszów było to mało, ale przypuszczał, że reszta ukryta jest może w wysokich trawach. Dziwiło go tylko to, że nie ma przy nich żadnych straży, że te straże nie palą na górze ogni dla odstraszenia dzikich zwierząt. Ale dziękował Bogu, że tak było, gdyż mógł posuwać się dalej niedostrzeżony.</akap>
<akap>Blask na skałach czynił się coraz wyraźniejszy. Zanim upłynął kwadrans, Staś znalazł się w miejscu, w którym przeciwległa skała była najmocniej oświecona, co wskazywało, że u jej stóp musi się palić ogień.</akap>
<akap>Wówczas czołgając się dopełznął z wolna do krawędzi i spojrzał w dół.</akap>
<akap>Pierwszym przedmiotem, który uderzył jego oczy, był wielki namiot; przed namiotem stało polowe płócienne łóżko, a na nim leżał człowiek przybrany w biały ubiór europejski.</akap>
<akap>Mały, może dwunastoletni Murzynek dokładał suchego paliwa do ognia, który oświecał ścianę skalną i szeregi Murzynów śpiące pod nią z obu stron namiotu.</akap>
<akap>Staś w jednej chwili zsunął się z pochyłości na dno wąwozu.</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXXII</naglowek_rozdzial>
<akap>Przez jakiś czas ze zmęczenia i wzruszenia nie mógł ani słowa przemówić i stał dysząc ciężko przed leżącym na łóżku człowiekiem, który milczał także i patrzył na niego ze zdumieniem graniczącym niemal z nieprzytomnością.</akap>
<akap>Wreszcie zawołał:</akap>
<akap_dialog>--- Nasibu, jesteś?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jestem, panie --- odpowiedział mały Murzynek.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czy widzisz kogo i czy kto stoi przede mną?</akap_dialog>
<akap>Lecz zanim malec zdołał odpowiedzieć, Staś odzyskał mowę:</akap>
<akap_dialog>Opieka--- Panie --- rzekł --- nazywam się Stanisław Tarkowski. Uciekliśmy z małą miss Rawlison z niewoli derwiszów i ukrywamy się w dżungli. Ale Nel jest ciężko chora, więc błagam cię dla niej o pomoc.</akap_dialog>
<akap>Nieznajomy patrzył jeszcze przez chwilę, mrugając oczyma, po czym przetarł ręką czoło.</akap>
<akap_dialog>--- Słyszę, nie tylko widzę --- ozwał się sam do siebie. --- To nie złudzenie!... Co? pomoc? Ja sam potrzebuję pomocy. Jestem ranny.</akap_dialog>
<akap>Nagle jednak otrząsnął się jakby z sennych przywidzeń lub odrętwienia, spojrzał przytomniej i z błyskiem radości w oczach rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Biały chłopiec!... Jeszcze widzę białego!... Witam cię, ktokolwiek jesteś. Mówiłeś o jakiejś chorobie? Czego ode mnie żądasz?</akap_dialog>
<akap>Staś powtórzył, że tą chorą jest Nel, córka pana Rawlisona, jednego z dyrektorów Kanału, że miała już dwa ataki febry i że musi umrzeć, jeśli nie będzie miał chininy, by zapobiec trzeciemu.</akap>
<akap_dialog>--- Dwa ataki --- to źle! --- odpowiedział nieznajomy. --- Ale chininy mogę ci dać, ile chcesz. Mam jej kilka słoików, które nie przydadzą mi się już na nic.</akap_dialog>
<akap>Tak mówiąc kazał małemu Nasibu podać sobie duże blaszane pudło, które było widocznie apteczką podróżną, wydobył z niego dwa spore słoiki napełnione białym proszkiem i wręczył je Stasiowi.</akap>
<akap_dialog>--- Oto połowa tego, co mam. Wystarczy to choćby na rok...</akap_dialog>
<akap>Staś miał ochotę krzyczeć po prostu z radości, więc począł mu dziękować z takim uniesieniem, jakby mu o własne życie chodziło.</akap>
<akap>A nieznajomy skinął kilkakrotnie głową i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze. Nazywam się Linde, jestem Szwajcar z Zurychu... Dwa dni temu miałem wypadek: ranił mnie ciężko dzik ndiri.</akap_dialog>
<akap>Następnie zwrócił się do czarnego malca:</akap>
<akap_dialog>--- Nasibu, nałóż mi fajkę.</akap_dialog>
<akap>Po czym do Stasia:</akap>
<akap_dialog>--- W nocy mam zawsze większą gorączkę i trochę mi się troi w głowie. Ale fajka rozjaśnia mi myśli. Wszak mówiłeś, że uciekliście z niewoli derwiszów i ukrywacie się w dżungli? Czy tak?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak, panie, mówiłem.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I co zamierzacie czynić?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Uciec do Abisynii.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wpadniecie w ręce mahdystów, których oddziały włóczą się po całym pograniczu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie możemy jednak przedsięwziąć nic innego.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ach! jeszcze przed miesiącem ja mógłbym był wam dać pomoc. Ala teraz jestem sam, tylko na łasce bożej i tego czarnego chłopca.</akap_dialog>
<akap>Staś spojrzał na niego ze zdziwieniem.</akap>
<akap_dialog>--- A ten obóz?</akap_dialog>
<akap_dialog>Choroba, Sen, Śmierć--- To obóz śmierci.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A ci Murzyni?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ci Murzyni śpią i nie rozbudzą się więcej.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie rozumiem...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- ChorobaChorzy są na śpiączkę[1]. To są ludzie znad Wielkich Jezior, gdzie ta straszna choroba panuje ciągle --- i zapadli na nią wszyscy, prócz tych, którzy przedtem pomarli na ospę. Został mi tylko ten jeden chłopak...</akap_dialog>
<akap>Stasia uderzyło teraz dopiero to, że w chwili, w której zsunął się był do wąwozu, żaden Murzyn nie poruszył się, nie drgnął nawet --- i że w czasie całej rozmowy spali wszyscy: jedni z głowami opartymi o skałę, drudzy z pospuszczanymi na piersi.</akap>
<akap_dialog>--- Śpią i nie rozbudzą się już? --- zapytał, jakby jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, co usłyszał.</akap_dialog>
<akap>A Linde rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Ach, to trupiarnia ta Afryka!...</akap_dialog>
<akap>Lecz dalsze słowa przerwał mu tupot koni, które przestraszywszy się czegoś w dżungli, poprzyskakiwały na swych spętanych nogach do krawędzi doliny, chcąc być bliżej ludzi i światła.</akap>
<akap_dialog>--- To nic, to konie! --- ozwał się znów Szwajcar. --- Zabrałem je mahdystom, których pobiłem kilka tygodni temu. Było ich ze trzystu, a może i więcej. Ale oni mieli przeważnie dzidy, a moi ludzie remingtony, które tam stoją oto pod ścianą bez żadnego już pożytku. Jeśli ci brak broni albo nabojów, to bierz, ile chcesz. Weź także i konia: prędzej na nim wrócisz do twojej chorej. Ile ona ma lat?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Osiem --- odpowiedział Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Więc to jeszcze dziecko... Niechże Nasibu da ci dla niej herbaty, ryżu, kawy i wina... Bierz, co chcesz z zapasów, a jutro przyjeżdżaj po nowe.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wrócę z pewnością, żeby panu raz jeszcze podziękować z całego serca i pomóc mu, w czym potrafię.</akap_dialog>
<akap>A Linde rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Dobrze choć popatrzeć na europejską twarz. Jeśli przyjedziesz wcześniej, to będę przytomniejszy. Teraz gorączka znowu mnie chwyta, bo cię widzę podwójnie. Czy was dwóch stoi nade mną?... Nie!... Wiem, że jesteś jeden i że to tylko gorączka... Ach, ta Afryka!...</akap_dialog>
<akap>I przymknął oczy.</akap>
<akap>W kwadrans później Staś wyruszył z powrotem z tego dziwnego obozu snu i śmierci, ale tym razem konno. Noc jeszcze była głęboka, ale on już nie zważał na żadne niebezpieczeństwa, z którymi mógł się spotkać w wysokich trawach. Trzymał się jednak bliżej rzeki przypuszczając, że oba wąwozy muszą na nią wychodzić. Wracać było zresztą znacznie łatwiej, gdyż w ciszy nocnej dochodził z daleka szum wodospadu, a przy tym obłoki rozproszyły się na zachodniej stronie nieba i prócz księżyca świeciło mocno światło zodiakalne. Chłopiec kłuł konia w boki końcami szerokich arabskich strzemion i leciał trochę jak na złamanie karku mówiąc sobie w duszy: ,,Co mi tam lwy i pantery! --- ja mam chininę dla mojej małej!" I co chwila dotykał ręką słoików, jakby chcąc się upewnić, że je naprawdę posiada i że to wszystko nie było snem. Rozmaite myśli i obrazy przesuwały mu się przez głowę. Widział rannego Szwajcara, dla którego czuł ogromną wdzięczność i nad którym litował się tym serdeczniej, że w czasie rozmowy brał go z początku za wariata: widział małego Nasibu z okrągłą jak kula czaszką i szeregi śpiących pagazich, i lufy opartych o skały remingtonów, połyskujące w ogniu. Był prawie pewien, że ta bitwa, o której wspominał Linde, była z oddziałem Smaina --- i dziwnie wydało mu się pomyśleć, że może i Smain poległ.</akap>
<akap>Te widzenia mieszały mu się z nieustającą myślą o Nel. Wyobrażał sobie, jak ona się zdziwi zobaczywszy jutro cały słoik chininy i że go chyba weźmie za cudotwórcę. ,,Ach --- mówił sobie --- gdybym był stchórzył i nie poszedł przekonać się, skąd pochodzi ten dym, nie darowałbym sobie tego przez całe życie."</akap>
<akap>Po upływie niespełna godziny szum wodospadu stał się zupełnie wyraźny, a z rzechotania żab Staś domyślił się, że już jest blisko szczerku[2], na którym strzelał poprzednio wodne ptactwo. Przy blasku księżyca rozpoznał nawet z dala stojące nad nim drzewa. Teraz należało zachować więcej czujności, rozlew ów bowiem tworzył zarazem wodopój, do którego wszelki zwierz okoliczny musiał koniecznie przychodzić, gdyż gdzie indziej brzegi rzeki były strome i mało dostępne. Ale było już późno i drapieżnicy poukrywali się widocznie po nocnych łowach w skalistych jaskiniach. Koń chrapał trochę, wietrząc niedawne ślady lwów czy też panter, jednakże Staś przejechał szczęśliwie i w chwilę później ujrzał na wysokim cyplu czarną wielką sylwetkę ,,Krakowa". Pierwszy raz w Afryce miał takie uczucie, jakby przyjechał do domu.</akap>
<akap>Liczył, że zastanie wszystkich śpiących, ale liczył bez Saby, który począł szczekać tak, że mógłby pobudzić nawet umarłych. Kali znalazł się także w jednej chwili przed drzewem i zawołał:</akap>
<akap_dialog>--- Bwana kubwa na koniu!</akap_dialog>
<akap>W głosie jego było jednak więcej radości niż zdziwienia, gdyż tak wierzył w potęgę Stasia, że gdyby ów był nawet stworzył konia, czarny chłopak jeszcze nie byłby bardzo zdziwiony.</akap>
<akap>ŚmiechAle ponieważ radość objawia się u Murzynów śmiechem, więc jął bić się dłońmi po biodrach i śmiać się jak szalony.</akap>
<akap_dialog>--- Spętaj tego konia --- rzekł Staś --- zdejmij z niego zapasy, napal ognia i zagotuj wody.</akap_dialog>
<akap>Po czym wszedł do drzewa. Nel rozbudziła się także i poczęła go wołać. Staś odchyliwszy płócienną ścianę ujrzał przy świetle kaganka jej bladą twarz i białe chude rączki leżące na pledzie, którym była przykryta.</akap>
<akap_dialog>--- Jak się czujesz, mała? --- spytał wesoło.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dobrze, i spałam mocno, póki mnie nie rozbudził Saba. Ale czemu ty nie śpisz?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Bom wyjeżdżał.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dokąd?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Do apteki.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Do apteki?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak, po chininę.</akap_dialog>
<akap>Dziewczynce nie smakowały wprawdzie mocno proszki chininy, które brała poprzednio, ale ponieważ uważała ją za niezawodne lekarstwo na wszystkie choroby na świecie, więc westchnęła i rzekła:</akap>
<akap_dialog>--- Ja wiem, że ty już nie masz chininy.</akap_dialog>
<akap>Staś podniósł ku kagankowi jeden ze słoików i zapytał z dumą i radością:</akap>
<akap_dialog>--- A to co?</akap_dialog>
<akap>Nel nie chciała oczom wierzyć, on zaś mówił pośpiesznie, cały rozpromieniony:</akap>
<akap_dialog>--- Będziesz teraz zdrowa! Zaraz sporą dozę owinę w skórę świeżej figi i musisz to połknąć, a czym zapijesz, to się pokaże. Czego tak patrzysz na mnie jak na zielonego kota?... Tak! mam i drugi słoik. Dostałem oba od białego człowieka, którego obóz leży stąd o cztery mile. Od niego wracam. Nazywa się Linde i jest ranny; jednakże dał mi dużo dobrych rzeczy. Wróciłem na koniu, ale do niego szedłem piechotą. Myślisz, że to przyjemnie iść w nocy przez dżunglę? Brr! Drugi raz za nic bym nie poszedł, chyba żeby znów chodziło o chininę!</akap_dialog>
<akap>Tak mówiąc opuścił zdumioną dziewczynkę, sam zaś udał się do ,,męskiego przedziału", wybrał z zapasu fig najmniejszą, wydrążył ją i nasypał w środek chininy, uważając, by doza nie była większa od tych proszków, które dostał w Chartumie. Potem wyszedł z drzewa, zasypał herbaty do naczynia z wodą i wrócił z lekarstwem do Nel.</akap>
<akap>A ona rozmyślała przez ten czas o wszystkim, co się stało. Była ogromnie ciekawa, co to za człowiek ten biały? skąd się Staś o nim dowiedział? czy on do nich przyjdzie i czy będą podróżowali dalej razem? Nie wątpiła teraz, że skoro Staś dostał chininy, to ona wyzdrowieje. OpiekaAleż ten Staś... poszedł sobie w nocy przez dżunglę, jak gdyby nic! Nel, pomimo całego podziwu dla niego, uważała dotychczas, nie zastanawiając się zresztą nad tym długo, że wszystko, co on dla niej robi, to rozumie się samo przez się, albowiem jest to prosta rzecz, że starszy chłopiec opiekuje się młodszą dziewczynką. Jednakże teraz przyszło jej do główki, że bez jego opieki byłaby dawno zginęła, że on o nią dba ogromnie, że dogadza jej i broni tak, jak żaden inny chłopiec w jego wieku i nie chciałby, i nie umiał --- więc wielka wdzięczność wezbrała w jej małym sercu.</akap>
<akap>OpiekaToteż gdy Staś wszedł znowu i pochylił się nad nią z lekarstwem, zarzuciła mu swe cienkie ramionka na szyję i uściskała go serdecznie:</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu, ty jesteś dla mnie bardzo dobry.</akap_dialog>
<akap>On zaś odpowiedział:</akap>
<akap_dialog>--- A dla kogóż mam być dobry? A to doskonałe! Weź oto lekarstwo!</akap_dialog>
<akap>Jednakże rad był bardzo, gdyż oczy błyszczały mu z zadowolenia, i z wielką znów radością i dumą zawołał zwróciwszy się do otworu:</akap>
<akap_dialog>--- Mea! a teraz podaj bibi herbatę!</akap_dialog>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXXIII</naglowek_rozdzial>
<akap>Staś wybrał się do Lindego dopiero następnego dnia w południe, musiał bowiem odespać noc poprzednią. Po drodze, w przewidywaniu, że chory może potrzebować świeżego mięsa, zabił dwie pentarki, które też istotnie zostały przyjęte z wdzięcznością. Linde był mocno osłabiony, ale zupełnie przytomny. Zaraz po powitaniu zapytał o Nel, po czym przestrzegł Stasia, żeby nie uważał chininy za zupełnie stanowczy środek przeciw febrze i żeby strzegł małej od słońca, od przemoczenia, od przebywania w nocy w miejscach niskich i wilgotnych i wreszcie od złej wody. Następnie Staś opowiedział mu na żądanie historię własną i Nel, od początku aż do przybycia do Chartumu i odwiedzin u Mahdiego, a potem od Faszody do uwolnienia się z rąk Gebhra i dalszej wędrówki. Szwajcar przypatrywał mu się w czasie opowiadania ze wzrastającą ciekawością, często z wyraźnym podziwem, a gdy historia dobiegła wreszcie końca, zapalił fajkę, obejrzał raz jeszcze Stasia od stóp do głowy --- i rzekł jakby w zamyśleniu:</akap>
<akap_dialog>--- Jeśli w waszym kraju jest dużo podobnych do ciebie chłopców, to nieprędko dadzą sobie z wami radę.</akap_dialog>
<akap>A po chwili milczenia tak mówił dalej:</akap>
<akap_dialog>--- Najlepszym dowodem prawdy słów twoich jest to, że tu jesteś i że przede mną stoisz. I wiesz, co ci powiem: położenie wasze jest straszne, droga w którąkolwiek stronę równie straszna, kto wie jednak, czy taki chłopak jak ty nie wyratuje z tej toni i siebie, i tamtego dziecka...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Byle Nel była zdrowa, to ja zrobię, co będę mógł --- zawołał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale i siebie oszczędzaj, albowiem zadanie, które masz przed sobą jest nad siły nawet dorosłego człowieka. Czy ty zdajesz sobie z tego sprawę, gdzie się obecnie znajdujecie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie. Pamiętam, że po wyjściu z Faszody przeszliśmy przy dużej osadzie, zwanej Deng, jakąś rzeczkę.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Sobbat --- przerwał Linde.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- W Dengu było sporo derwiszów i Murzynów. Ale za Sobbatem weszliśmy w kraj dżungli i szliśmy całe tygodnie, aż dotarliśmy do tego wąwozu, w którym pan wie, co się stało...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wiem. Następnie puściliście się tym wąwozem dalej, aż do rzeki. Otóż posłuchaj mnie: pokazuje się, że po przejściu Sobbatu z Sudanczykami skręciliście na południowy wschód, ale więcej na południe. Jesteście obecnie w okolicy nie znanej podróżnikom i geografom. Ta rzeka, nad którą się znajdujemy, dąży na północny zachód i wpada prawdopodobnie do Nilu. Mówię prawdopodobnie, bo sam dobrze nie wiem i przekonać się o tym już nie mogę, chociaż skręciłem od gór Karamojo dla zbadania jej źródeł. Od jeńców-derwiszów słyszałem po bitwie, że zowie się Ogeloguen, ale i oni nie byli pewni, gdyż w te okolice zapuszczają się tylko po niewolników. Zajmuje te w ogóle mało zamieszkane strony plemię Szylluk, ale obecnie kraj jest pusty, gdyż ludność częścią wymarła na ospę, częścią wymietli ją mahdyści, a częścią uciekła ku górom Karamojo. W Afryce nieraz się to zdarza, że kraj dziś gęsto osiadły --- jutro staje się pustkowiem. Wedle moich obrachowań jesteście mniej więcej o trzysta kilometrów od Lado. Moglibyście uciekać na południe do Emina, ale ponieważ Emin sam jest prawdopodobnie oblężony przez derwiszów, więc nie ma o czym mówić...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A do Abisynii? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Także około trzystu kilometrów. Pamiętać wszelako należy, że Mahdi wojuje z całym światem, a więc i z Abisynią. Wiem to również od jeńców, że na zachodniej i południowej granicy kręcą się większe lub mniejsze hordy derwiszów, więc łatwo moglibyście wpaść w ich ręce. Abisynia jest wprawdzie państwem chrześcijańskim, ale południowe, dzikie plemiona są albo pogańskie, albo wyznają islam --- i z tego powodu sprzyjają po cichu Mahdiemu... Nie, tamtędy nie przejdziecie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Więc co ja mam począć i dokąd iść z Nel? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Mówiłem, że położenie jest ciężkie --- rzekł Linde.</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy założył obie ręce na głowę i długi czas leżał w milczeniu.</akap>
<akap_dialog>--- Do oceanu --- ozwał się wreszcie --- będzie stąd przeszło dziewięćset kilometrów przez góry, przez dzikie ludy, a nawet przez pustynię, bo tam są podobno całe okolice, w których brak wody. Ale kraj należy nominalnie do Anglii. Można trafić na transporty kości słoniowej do Kismaja, do Lamu i do Mombassy --- może na wyprawy misyjne... Zrozumiawszy, że z powodu derwiszów nie zdołam zbadać biegu tej rzeki, ponieważ skręca ona do Nilu, chciałem i ja iść na wschód, do oceanu...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To wracajmy razem! --- zawołał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ja już nie wrócę. Ndiri potargał mi tak muskuły i żyły, że musi przyjść zakażenie krwi. Tylko chirurg mógłby mnie uratować, gdyby mi odjął nogę. Teraz wszystko już zakrzepło i odrętwiało, ale pierwszego dnia gryzłem ręce z bólu...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pan wyzdrowieje z pewnością.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie, mój dzielny chłopcze, ja umrę z pewnością, a ty mnie przykryjesz dobrze kamieniami, żeby hieny nie mogły mnie wygrzebać. Umarłemu to może wszystko jedno, ale za życia niemiło o tym myśleć... Ciężko umierać tak daleko od swoich...</akap_dialog>
<akap>Tu oczy zaszły mu jakby mgłą --- po czym tak mówił dalej:</akap>
<akap_dialog>--- Ale ja już rozprawiłem się z tą myślą, więc mówmy o was, nie o mnie. Dam ci jedną radę: pozostaje wam tylko droga na wschód, do oceanu. Ale wypocznijcie przed tą drogą i nabierzcie sił. Inaczej twoja mała towarzyszka zamrze ci w ciągu kilku tygodni. Odłóżcie podróż do końca pory dżdżystej i nawet na dłużej. Pierwsze miesiące letnie, gdy deszcz przestanie padać, a woda pokrywa jeszcze błota, są najzdrowsze. Tu gdzie jesteśmy, to już wyżyna, leżąca na siedemset metrów nad poziomem. Na wysokości tysiąca trzystu metrów febry już nie istnieją, a przyniesione z miejsc niższych mają przebieg daleko słabszy. Zabierz małą Angielkę i idźcie w góry...</akap_dialog>
<akap>Mówienie męczyło go widocznie bardzo, więc znów przerwał i przez jakiś czas opędzał się niecierpliwie od wielkich, błękitnych much, takich samych, jakie Staś widział na popieliskach Faszody.</akap>
<akap>Po czym tak mówił dalej:</akap>
<akap_dialog>--- Uważaj pilnie, co ci powiem. O dzień drogi stąd na południe wznosi się osobna góra, nie wyższa nad osiemset metrów. Wygląda tak jak rondel przewrócony dnem do góry. Boki ma zupełnie strome i jedyny do niej dostęp stanowi skalisty grzbiet tak wąski, że w niektórych miejscach zaledwie dwa konie mogą iść obok siebie. Na płaskim jej szczycie, rozległym na kilometr albo więcej, była wioska murzyńska, ale mahdyści ludność wycięli i zabrali. Być może, że uczynił to ten Smain, któregom rozbił, lecz któremu niewolników nie odebrałem, gdyż wysłał ich już poprzednio pod dobrą eskortą nad Nil. Osiądźcie na tej górze. Jest tam źródło doskonałej wody, kilka pól manioku i mnóstwo bananów. W chatach znajdziecie dużo ludzkich kości, ale zarazy od trupów się nie bój, ponieważ po derwiszach były tam mrówki, które i nas stamtąd wyparły. Zresztą ani żywego ducha! Zostańcie w tej wiosce miesiąc lub dwa. Na tej wysokości febry nie ma. Noce bywają chłodne. Tam twoja mała odzyska zdrowie, ty zaś nabędziesz nowych sił.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A potem co uczynić i dokąd iść?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Potem będzie, co Bóg da. Postaracie się albo przedrzeć do Abisynii w miejscowościach położonych dalej, niż dochodzą derwisze, albo pójdziecie na wschód. Słyszałem, że Arabowie z wybrzeży docierają aż do jakiegoś jeziora w poszukiwaniu kości słoniowej, którą nabywają od szczepów Samburu i Wa-hima.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wa-hima? Kali pochodzi ze szczepu Wa-hima.</akap_dialog>
<akap>I Staś począł opowiadać Lindemu, w jaki sposób odziedziczył Kalego po śmierci Gebhra, oraz że Kali mówił mu, iż jest synem naczelnika wszystkich Wa-himów.</akap>
<akap>Lecz Linde przyjął tę wiadomość obojętniej, niż Staś się spodziewał.</akap>
<akap_dialog>Dziecko--- Tym lepiej --- rzekł --- gdyż może być wam pomocnym. Bywają między czarnymi poczciwe dusze, choć w ogóle na ich wdzięczność liczyć nie można: to są dzieci, które zapominają o tym, co było wczoraj.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali nie zapomni, żem go wybawił z rąk Gebhra, jestem tego pewny.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Może --- rzekł Linde i ukazując na Nasibu dodał: --- To także dobre dziecko. Przygarnij go po mojej śmierci.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niech pan nie mówi i nie myśli o śmierci.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Mój drogi --- odpowiedział Szwajcar --- ja jej sobie życzę, byle przyszła bez wielkiej męki. Pomyśl, że jestem teraz zupełnie bezbronny i gdyby który z tych mahdystów, których rozbiłem, zabłąkał się przypadkiem do tego parowu, mógłby mnie sam jeden zarżnąć jak owcę.</akap_dialog>
<akap>Tu pokazał na śpiących Murzynów:</akap>
<akap_dialog>--- Tamci się już nie rozbudzą, a raczej źle mówię: każdy z nich budzi się na krótko przed śmiercią i w obłąkaniu ucieka w dżunglę, z której już nie wraca... Z dwustu ludzi pozostało mi sześćdziesięciu. Wielu uciekło, wielu umarło na ospę, a niektórzy posnęli w innych parowach.</akap_dialog>
<akap>Choroba, Sen, ŚmierćStaś z litością i przerażeniem począł przypatrywać się śpiącym. Ciała ich były barwy popielatej, co u Murzynów oznacza bladość. Jedni mieli oczy zamknięte, drudzy na wpół otwarte, ale i ci spali głęboko, gdyż źrenice ich były nieczułe na światło. Niektórym popuchły kolana. Wszyscy byli przeraźliwie chudzi, tak że przez skórę można im było policzyć żebra. Ręce ich i nogi drżały nieustannie bardzo szybko. Owe błękitne wielkie muchy obsiadły im gęsto oczy i wargi.</akap>
<akap_dialog>--- Czy nie ma dla nich ratunku? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie ma. Nad Wiktoria-Nianza choroba ta wyludnia całe wsie. Czasem sroży się bardziej, czasem mniej. Najczęściej zapadają na nią ludzie z wiosek położonych w pobrzeżnych zaroślach.</akap_dialog>
<akap>Słońce przeszło już na zachodnią stronę nieba, ale jeszcze przed wieczorem Linde opowiedział Stasiowi swoje dzieje. Był on synem kupca z Zurychu. Rodzina jego pochodziła z Karlsruhe, ale od 1848 roku przeniosła się do Szwajcarii. Ojciec jego zrobił wielki majątek na handlu jedwabiem. Kształcił syna na inżyniera, ale młodemu Henrykowi uśmiechały się od wczesnych lat podróże. Po ukończeniu politechniki, odziedziczywszy całą fortunę ojcowską, przedsięwziął pierwszą podróż do Egiptu. Były to czasy jeszcze przed Mahdim, więc dotarł aż do Chartumu i polował z Dangalami w Sudanie. Potem poświęcił się geografii Afryki i stał się tak biegłym jej znawcą, że wiele towarzystw geograficznych zaliczyło go w poczet swych członków. Tę ostatnią podróż, która miała skończyć się dla niego tak fatalnie, rozpoczął z Zanzibaru. Dotarł do wielkich Jezior i zamierzał przedrzeć się wzdłuż nie znanych dotychczas gór Karamojo do Abisynii, a stamtąd do wybrzeży oceanu. Ale Zanzibaryci nie chcieli iść dalej. Na szczęście lub na nieszczęście była wówczas wojna między królem Ugandy a Unioro. Linde oddał znaczne usługi królowi Ugandy, który w zamian za nie darował mu przeszło dwustu pagazich. Ułatwiło to całkowicie podróż i zwiedzanie gór Karamojo, ale następnie ospa objawiła się w szeregach, a po niej przyszła straszna choroba śpiączki --- i ostateczna ruina karawany.</akap>
<akap>Linde posiadał znaczne zapasy wszelkiego rodzaju konserw, ale w obawie szkorbutu polował codziennie dla zdobycia świeżego mięsa. Był on wybornym strzelcem, lecz nie dość ostrożnym myśliwym. I stało się, że gdy przed kilku dniami zbliżył się lekkomyślnie do powalonego dzika ndiri, zwierz zerwał się i poszarpał mu okropnie nogę, a następnie podeptał krzyż. Zdarzyło się to tuż koło obozu i w oczach Nasibu, który podarłszy własną koszulę i uczyniwszy z niej bandaż zdołał zatamować upływ krwi i odprowadzić rannego do namiotu. W nodze jednak od wewnętrznego wylewu krwi potworzyły się skrzepy i choremu groziła gangrena.</akap>
<akap>Staś chciał go koniecznie opatrywać i oświadczył, że albo będzie przyjeżdżał codziennie, albo by nie zostawiać Nel tylko pod opieką dwojga czarnych, przewiezie go między końmi na rozpiętych wojłokach na cypel, do ,,Krakowa".</akap>
<akap>Linde zgodził się na pomoc w opatrunkach, ale nie zgodził się na przewiezienie.</akap>
<akap_dialog>Obowiązek--- Ja wiem --- mówił wskazując na swoich Murzynów --- że ci ludzie muszą pomrzeć, ale póki nie pomrą, nie mogę ich skazać na rozszarpanie żywcem przez hieny, które nocami ogień tylko trzyma w oddaleniu.</akap_dialog>
<akap>I począł powtarzać gorączkowo:</akap>
<akap_dialog>--- Nie mogę, nie mogę, nie mogę!</akap_dialog>
<akap>Lecz uspokoił się zaraz i mówił dalej jakimś dziwnie wzruszonym głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Przyjdź tu jutro rano... Ja mam do ciebie prośbę, którą jeśli spełnisz, to może Bóg wyprowadzi was z tych afrykańskich czeluści, a mnie da śmierć lekką. Chciałem tę prośbę odłożyć do jutra, ale ponieważ jutro mogę już być nieprzytomny, więc wypowiem ją dziś: Chrzestweź wody w jakie naczynie, zatrzymaj się przed każdym z tych śpiących biedaków, pryśnij na niego wodą i powiedz te słowa: ,,Ja ciebie chrzczę --- w imię Ojca, i Syna, i Ducha!..."</akap_dialog>
<akap>Tu wzruszenie zatamowało mu głos i umilkł.</akap>
<akap_dialog>Religia--- Wyrzucam sobie --- mówił po chwili --- żem się nie żegnał tak z tymi, którzy umierali na ospę, i z tymi, którzy posnęli poprzednio. Lecz teraz śmierć stoi nade mną... i chciałbym... choć z tą resztą mojej karawany pójść razem w tę ostatnią wielką podróż...</akap_dialog>
<akap>Łzy, ZaświatyTo rzekłszy wskazał ręką na rozpromienione niebo --- i dwie łzy spłynęły mu z wolna po policzkach.</akap>
<akap>Staś płakał jak bóbr.</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXXIV</naglowek_rozdzial>
<akap>Pobożność, ReligiaNazajutrz poranne słońce oświeciło dziwne widowisko. Staś chodził wzdłuż skalnej ściany, zatrzymywał się przed każdym Murzynem, skrapiał mu czoło wodą i wymawiał nad nim sakramentalne słowa. A oni spali z drżeniem rąk i nóg, z głową spuszczoną na piersi lub podniesioną do góry, żywi jeszcze, a podobni już do trupów. I tak się odbywał ten chrzest śpiących, w ciszy porannej, w blasku słonecznym, w głuszy pustynnej. Niebo było tego dnia bez chmur, wysokie, siwobłękitne i jakby smutne.</akap>
<akap>Linde był jeszcze przytomny, ale coraz słabszy. Po opatrunku wręczył Stasiowi zamknięte w blaszanym futerale papiery, polecił je jego opiece i nie przemówił nic więcej. Nie mógł już jeść, ale pragnienie dręczyło go okrutnie. Znacznie przed zachodem słońca zaczął majaczyć. Wołał na jakieś dzieci, by nie odpływały za daleko na jezioro, a w końcu jął się rzucać w dreszczach i obejmować głowę rękoma.</akap>
<akap>PogrzebNastępnego dnia wcale już Stasia nie poznał, a w trzy dni później zmarł w samo południe, nie odzyskawszy przytomności. Staś opłakał go szczerze, po czym obaj z Kalim zanieśli go do pobliskiej wąskiej jaskini, której otwór założyli cierniem i kamieniami.</akap>
<akap>Małego Nasibu zabrał Staś do ,,Krakowa". Kalemu zaś kazał pilnować na miejscu zapasów i palić nocami przy śpiących wielki ogień. Sam krążył ciągle między dwoma wąwozami, przewożąc toboły, broń, a szczególniej ładunki do remingtonów, z których to ładunków wydobywał proch i urządzał minę dla rozsadzenia skały zamykającej Kinga. Szczęściem zdrowie Nel po codziennych dawkach chininy poprawiło się znacznie, a większa rozmaitość pokarmów wzmocniła jej siły. Staś opuszczał ją jednak zawsze niechętnie i z obawą, a odjeżdżając nie pozwalał jej wychodzić z drzewa i zamykał otwór kolczastymi gałęziami akacji. Musiał jednak z powodu nawału zajęć, jakie na niego spadły, zostawiać ją pod opieką Mei, Nasibu i Saby, na którego zresztą liczył najwięcej. Wolał po kilkanaście razy na dzień jeździć po toboły do obozu Lindego niż zostawiać dziewczynkę samą na dłużej. Spracował się też okrutnie, ale żelazne jego zdrowie wytrzymywało wszelkie trudy. Jednakże dopiero po dniach dziesięciu toboły były rozdzielone, mniej potrzebne pochowane w jaskiniach, potrzebniejsze dostawione do ,,Krakowa" - konie sprowadzone również na cypel, a na koniach przewieziono sporą ilość remingtonów, które miał ponieść King.</akap>
<akap>ŚmierćPrzez ten czas w obozie Lindego raz wraz ktoryś ze śpiących Murzynów zrywał się w przedśmiertnym paroksyzmie choroby, uciekał w dżunglę i już nie powracał. Byli jednak tacy, którzy umierali na miejscu. a niektórzy, biegnąc na oślep, rozbijali sobie głowy o skały w samym obozie lub też w pobliżu. Tych grzebać musiał Kali. Po dwóch tygodniach został już tylko jeden, ale i ten zmarł niebawem we śnie --- z wycieńczenia.</akap>
<akap>Nadszedł wreszcie czas wysadzenia skały i oswobodzenia Kinga. Był on już tak oswojony, że na rozkaz Stasia chwytał go trąbą i zakładał sobie na kark. Przyzwyczaił się też i do dźwigania ciężarów, które Kali wciągał mu po bambusowej drabince na grzbiet. Nel twierdziła, że obarczają go zanadto, ale naprawdę było to wszystko dla niego muchą i dopiero toboły odziedziczone po Lindem mogły stanowić poważniejszy ładunek. Z Sabą, na którego widok okazywał z początku wielki niepokój, zaprzyjaźnił się już ostatecznie i bawił się z nim w ten sposób, że przewracał go trąbą na ziemię, a Saba udawał, że gryzie. Czasami jednak oblewał niespodzianie psa wodą, co ów uważał za żart w zupełnie złym rodzaju.</akap>
<akap>Kobieta, Mężczyzna, Pan, Sługa, ZwierzętaGłównie jednak cieszyło dzieci to, że pojętne i poważnie myślące zwierzę rozumiało wszystko, czego od niego żądano, i zdawało sobie sprawę nie tylko z każdego rozkazu, lecz z każdego polecenia, z każdego nawet skinienia. Pod tym względem słonie przewyższają niezmiernie wszystkie inne domowe zwierzęta, a King przewyższał bez żadnego porównania Sabę, który na wszelkie przestrogi Nel kiwał ogonem, a potem robił, co chciał. King po kilku tygodniach pomiarkował doskonale, że na przykład osobą, której najwięcej trzeba słuchać jest Staś, a osobą, o którą najwięcej wszyscy dbają --- Nel. Więc spełniał najbaczniej rozkazy Stasia, a najbardziej kochał Nel. Z Kalego mniej sobie robił, a Meę lekceważył zupełnie.</akap>
<akap>Staś po urządzeniu miny wcisnął ją w najgłębszą szparę, po czym zalepił całkowicie szparę gliną zostawiając tylko mały otwór, przez który zwieszał się lont ukręcony z suchych włókien palmowych i potarty zmielonym prochem. Stanowcza chwila wreszcie nadeszła: Staś zapalił osobiście naprochowany sznurek, po czym pomknął, ile miał sił w nogach, do drzewa, w którym poprzednio wszystkich pozamykał. Nel obawiała się, czy King nie zanadto się przestraszy, lecz chłopiec uspokoił ją naprzód tym, że wybrał dzień, w którym rano przeszła burza z grzmotami, a po wtóre, zapewnieniem, że dzikie słonie słyszą nieraz huk piorunów, gdy żywioły niebieskie rozpętają się nad dżunglą. Siedzieli jednak z bijącym sercem, licząc minutę za minutą. Straszliwy huk targnął wreszcie powietrzem tak, że potężny baobab zadrżał od góry aż do dołu, a resztki nie wyskrobanego próchna posypały się im na głowy. Staś wyskoczył w tej samej chwili z drzewa i omijając zakręty wąwozu pobiegł do przejścia.</akap>
<akap>Skutki wybuchu okazały się nadzwyczajne. Jedna połowa wapiennej skały rozsypała się w drobne szczątki, druga pękła na kilkanaście większych i mniejszych kawałów, które siła eksplozji porozrzucała na dość znacznej przestrzeni.</akap>
<akap>Słoń był wolny.</akap>
<akap>Uradowany chłopak poskoczył teraz na brzeg krawędzi, gdzie już zastał Nel wraz z Meą i Kalim. King przestraszył się jednak trochę i cofnąwszy się na sam brzeg wąwozu stał z podniesioną trąbą patrząc w stronę, w której rozległ się grzmot tak niezwykły. Lecz gdy Nel poczęła na niego wołać, przestał zaraz poruszać uszami, gdy zaś zeszła do niego przez otwarte już przejście, uspokoił się zupełnie. Więcej jednak od Kinga przeraziły się konie, z których dwa zbiegły w dżunglę, tak że Kali odnalazł je dopiero przed samym zachodem słońca.</akap>
<akap>Tegoż dnia jeszcze Nel wyprowadziła Kinga ,,na świat". Kolos szedł za nią posłusznie jak mały piesek, a następnie wykąpał się w rzece i sam pomyślał o swej wieczerzy, w ten mianowicie sposób, że oparłszy głowę o duży sykomor złamał go jak wątłą trzcinę, a następnie objadł starannie owoce i liście.</akap>
<akap>Wrócił jednak wieczorem pod drzewo i wtykając co chwila swój sążnisty nos przez otwór, szukał Nel tak gorliwie i natrętnie, że w końcu Staś musiał mu dać porządnego klapsa po trąbie.</akap>
<akap>Najwięcej jednak rad z wyniku tego dnia był Kali, gdyż spadło mu z głowy gromadzenie żywności dla olbrzyma, co wcale nie było łatwą rzeczą. Toteż Staś i Nel słyszeli go, jak rozpalając ogień do wieczerzy śpiewał nowy hymn radosny, ułożony w następujących słowach:</akap>
<akap_dialog>--- Pan wielki zabijać ludzi i lwy! yah, yah, yah! pan wielki kruszyć skały, yah! Słoń sam łamać drzewa, a Kali próżnować i jeść --- yah! yah!</akap_dialog>
<akap>Pora dżdżysta, czyli tak zwana massika, miała się ku końcowi. Bywały jeszcze dni chmurne i ulewne, ale bywały i całkiem pogodne. Staś postanowił przenieść się na wskazaną mu przez Lindego górę i zamiar ten przeprowadził wkrótce po uwolnieniu Kinga. Zdrowie Nel nie stało już na zawadzie, gdyż miała się stanowczo lepiej.</akap>
<akap>Wybrawszy więc pogodny ranek wyruszyli na południe. Nie bali się już teraz zbłądzić, gdyż chłopiec odziedziczył po Lindem, wśród mnóstwa rozmaitych przedmiotów, kompas i wyborną lunetę, przez którą łatwo było dojrzeć odległe nawet miejscowości. Szło z nimi prócz Saby i osła, pięć obładowanych koni i słoń. Ten oprócz tobołów na grzbiecie niósł na karku i Nel, która między jego niezmiernymi uszyma wyglądała tak, jakby siedziała w wielkim fotelu. Staś bez żalu porzucał nadrzeczny cypel i baobab, albowiem łączyło się z nim wspomnienie choroby Nel. Natomiast dziewczynka spoglądała smutnymi oczyma na skały, na drzewo, na wodospad i zapowiedziała, że wróci tu jeszcze, jak będzie ,,duża".</akap>
<akap>SługaJeszcze smutniejszy był jednak mały Nasibu, który kochał szczerze dawnego pana --- i obecnie, jadąc na ośle na końcu karawany, oglądał się co chwila ze łzami w stronę, gdzie biedny Linde pozostał aż do dnia Wielkiego Sądu.</akap>
<akap>Wiatr wiał z północy i dzień był niezwykle chłodny. Dzięki temu nie potrzebowali przeczekiwać od dziesiątej do trzeciej, dopóki nie przejdzie największy upał --- i mogli zrobić więcej drogi, niż czynią zwykle karawany. Góra Droga nie była długa i na kilka godzin przed zachodem słońca Staś dojrzał już górę, ku której dążyli. W dali rysowało się na tle nieba długie pasmo innych szczytów, a ona wznosiła się bliżej i osobno, zupełnie jak wyspa wśród morza dżungli. Gdy przyjechali bliżej, okazało się, że strome jej boki oblewa pętlica tejże samej rzeki, nad którą siedzieli poprzednio. Szczyt był ścięty, płaski zupełnie i widziany z dołu, wydawał się pokryty jednym gęstym lasem. Staś wyliczył, że skoro cypel, na którym rósł ich baobab, wyniesiony był na siedemset metrów, a góra ma osiemset, będą więc mieszkali na wysokości tysiąca pięciuset metrów, a zatem w klimacie niewiele już gorętszym od egipskiego. Myśl ta dodała mu otuchy i chęci do jak najprędszego zajęcia tej naturalnej fortecy.</akap>
<akap>Jedyny grzbiet skalisty, który do niej prowadził, znaleźli łatwo i poczęli się nim wspinać. Po upływie półtorej godziny stanęli na szczycie. Ów las widziany z dołu był istotnie lasem, ale bananów. Widok ich uradował nadzwyczajnie wszystkich nie wyłączając Kinga, ale szczególnie rad był Staś, wiedział bowiem, ze nie masz w Afryce posilniejszego, zdrowszego i bardziej zapobiegającego wszelkim chorobom pokarmu jak mąka z wysuszonych bananowych owoców. Było ich zaś tyle, że mogło starczyć choćby na rok.</akap>
<akap>Wśród olbrzymich liści tych roślin ukryte były chaty murzyńskie, niektóre popalone w czasie napadu, inne zrujnowane --- ale niektóre całe. W środku wznosiła się największa, należąca niegdyś do króla wioski, pięknie ulepiona z gliny, z obszernym dachem tworzącym naokół ścian rodzaj werandy. Przed chatami leżały tu i ówdzie kości i całe kościotrupy ludzkie, białe jak kreda, albowiem oczyszczone przez mrówki, o których najściu wspominał Linde. Wąż, ZwierzętaOd tego najścia upłynęło już wiele tygodni, jednakże w chatach czuć było jeszcze zakwas mrówczany i nie można się w nich było dopatrzyć ani czarnych, wielkich karaluchów, które roją się zwykle w lepiankach murzyńskich, ani pająków, ani skorpionów, ani najmniejszego owadu. Wszystko wyprzątnęły straszliwe siafu. Można też było być pewnym, że na całym szczycie nie ma ani jednego węża, gdyż nawet boa padają ofiarą tych niepohamowanych małych wojowników.</akap>
<akap>Po wprowadzeniu Nel i Mei do chaty naczelnika Staś wydał rozkaz Kalemu i Nasibu uprzątnięcia ludzkich kości. Czarni chłopcy spełnili to polecenie w ten sposób, że powrzucali je do rzeki, która poniosła je dalej. Przy tej czynności pokazało się jednak, że Linde mylił się zapowiadając, iż nie zastaną na górze ani żywego ducha. Cisza panująca po zagarnięciu ludzi przez derwiszów i widok bananów przynęciły tu spore stado szympansów, które na wyższych drzewach pourządzały sobie nawet rodzaj parasoli lub daszków dla ochrony od deszczu. Staś nie chciał ich zabijać ale postanowił je wygnać i w tym celu wystrzelił w powietrze. Wywołało to ogólny popłoch, który powiększył się jeszcze, gdy po strzale rozległo się zajadłe basowe szczekanie Saby i gdy King, podniecony hałasem, zatrąbił groźnie. Ale małpy dla wykonania rejterady nie potrzebowały szukać skalistego grzbietu i chwytając się załamów skał pospuszczały się ku rzece i rosnącym przy niej drzewom z taką szybkością, że kły Saby nie mogły żadnej dosięgnąć.</akap>
<akap>Słońce zaszło. Kali i Nasibu rozpalili ogień dla zgotowania wieczerzy. Staś po rozpakowaniu potrzebnych na noc rzeczy udał się do chaty króla, którą zajęła Nel.</akap>
<akap>W chacie było widno i wesoło, albowiem Mea rozpaliła nie kaganek, który rozświecał wnętrze baobabu, ale dużą, odziedziczoną po Lindem lampę podróżną. Nel nie czuła się wcale zmęczona podróżą w dzień tak chłodny i wpadła w doskonały humor, zwłaszcza gdy Staś oznajmił jej, że kości ludzkie, których się bała, są uprzątnięte.</akap>
<akap_dialog>--- Jak tu dobrze, Stasiu! --- zawołała. --- Patrz, i podłoga nawet wylana jest żywicą. Będzie nam tu doskonale.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jutro dopiero obejrzę dokładnie całą posiadłość --- odpowiedział --- wnosząc jednak z tego, com dziś widział, można by tu mieszkać choć całe życie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Żeby z tatusiami, to można by. Ale jak się będzie nazywała posiadłość?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Góra powinna się nazywać w geografii Górą Lindego, a ta wioska niech się nazywa tak jak ty: Nel.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To i ja będę w geografii? --- zapytała z wielką radością.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A będziesz, będziesz --- odpowiedział z całą powagą Staś.</akap_dialog>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXXV</naglowek_rozdzial>
<akap>Na drugi dzień popadywał trochę deszcz, ale że były i godziny pogody, więc Staś wybrał się wczesnym rankiem na zwiedzenie posiadłości i do południa obejrzał wszystkie jej kąty doskonale. Przegląd wypadł na ogół świetnie. Naprzód, pod względem bezpieczeństwa, Góra Lindego była jakby wybranym miejscem w całej Afryce. Zbocza jej okazały się dostępne chyba dla szympansów. Lwy ani pantery nie mogłyby się po nich wdrapać na szczytową płaszczyznę. Co do skalistego grzbietu, dość było umieścić przy wejściu Kinga, aby spać bezpiecznie na oba uszy. Staś doszedł do przekonania, że potrafiłby się tu obronić nawet mniejszym oddziałom derwiszów, gdyż droga wiodąca na górę była tak wąska, że King zaledwie przez nią przeszedł --- i człowiek uzbrojony w dobrą broń mógł nie przepuścić żywego ducha. W środku ,,wyspy" biło źródło chłodnej, czystej jak kryształ wody, które zmieniało się w strumień i biegnąc wężowato wśród bananowych gajów spadało wreszcie ze stromego wiszaru do rzeki, tworząc wąski, podobny do białej taśmy wodospad. W południowej stronie ,,wyspy" leżały pola pokryte bujnie maniokiem, którego korzenie dostarczają Murzynom ulubionego pokarmu, a za polami wznosiły się grupy wyniosłych niezmiernie palm kokosowych z koronami w kształcie wspaniałych pióropuszów.</akap>
<akap>,,Wyspę" otaczało morze dżungli i widok z niej był ogromnie rozległy. Od wschodu siniało pasmo gór Karamojo. Na południu widać było też znaczne wyniosłości, które, wnosząc z ich ciemnej barwy, musiały być pokryte lasem. Natomiast ze strony zachodniej wzrok leciał aż do granicy widnokręgu, na której dżungla stykała się z niebem. Staś dojrzał jednakże za pomocą lunety Lindego liczne parowy i rozrzucone rzadko potężne drzewa, wznoszące się jak kościoły nad trawami. W miejscach, gdzie trawy nie wybujały jeszcze zbyt wysoko, nawet gołym okiem można było zobaczyć całe stada antylop i zebr lub gromady słoni i bawołów. Tu i ówdzie żyrafy pruły szarozieloną powierzchnię dżungli, jak statki prują powierzchnię morza. Tuż nad rzeką igrało kilkanaście kozłów wodnych a inne wynurzały co chwila swe rogate łby z głębiny. Tam gdzie toń była spokojna, wyskakiwały nad nią co chwila owe ryby, które łowił Kali, i migocąc jak srebrne gwiazdy w powietrzu, zapadały na powrót w wodę. Staś obiecywał sobie przyprowadzić tu, gdy się pogoda ustali, Nel i pokazać jej całą tę menażerię.</akap>
<akap>PtakNa ,,wyspie" nie było natomiast żadnych większych zwierząt, a za to moc motyli i ptaków. Wielkie, białe jak śnieg papugi o czarnych dziobach i żółtych czubach przelatywały nad krzakami gojawów; drobne, cudnie upierzone ,,wdowy" kołysały się na cienkich łodygach manioku, mieniąc się i błyszcząc jak klejnoty, a z wysokich kokosów dochodziły głosy kukułek afrykańskich i łagodne, podobne do jęków gruchania turkawek.</akap>
<akap>Staś wracał z przeglądu z radością w duszy: ,,Powietrze jest zdrowe --- mówił sobie --- bezpieczeństwo zupełne, żywności w bród i pięknie jak w raju!"Sługa Wróciwszy do chaty Nel przekonał się, że jednak na wyspie znalazło się większe zwierzę, a nawet dwoje, gdyż mały Nasibu wykrył przez ten czas w gęstwinie bananów kozę z koźlęciem, których nie zdołali zrabować derwisze. Koza była już trochę zdziczała, ale koźlę poprzyjaźniło się natychmiast z Nasibu, który niezmiernie dumny był ze swego odkrycia i z tego, że za jego przyczyną bibi będzie miała teraz codziennie wyborne, świeże mleko.</akap>
<sekcja_swiatlo />
<akap_dialog>--- Co teraz będziemy robili, Stasiu? --- zapytała pewnego dnia Nel, gdy już dobrze zagospodarowali się na ,,wyspie".</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Roboty jest mnóstwo --- odrzekł chłopak, po czym rozstawiwszy palce jednej ręki począł wyliczać na nich wszystkie czekające ich prace:</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Naprzód, Kali i Mea są poganami, a Nasibu, jako Zanzibarczyk, mahometaninem. Trzeba ich więc oświecić, nauczyć wiary i ochrzcić. Po wtóre, trzeba nawędzić mięsa na przyszłą podróż, a zatem muszę chodzić na polowanie; po trzecie, mając dużo broni i nabojów chcę Kalego nauczyć strzelać, aby nas dwóch było do obrony; a po czwarte, chyba zapomniałaś o latawcach?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- O latawcach?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak, które będziesz kleiła albo, co jeszcze będzie lepiej, zszywała. I to będzie twoje zajęcie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ja nie chcę się tylko bawić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wcale też to nie będzie zabawa, ale robota, może najpożyteczniejsza ze wszystkich. Nie myśl też, te skończy się na jednym latawcu, bo musisz ich przygotować z pięćdziesiąt albo i więcej.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale na co tyle? --- pytała rozciekawiona dziewczynka.</akap_dialog>
<akap>Więc Staś począł jej wyłuszczać swoje zamysły i nadzieje. Wypisze oto na każdym latawcu, jak się zowią, jak wyrwali się z rąk derwiszów, gdzie są i dokąd idą. Wypisze także, że proszą o pomoc i o przesłanie depeszy do Port-Saidu. Potem zaś będzie puszczał te latawce zawsze, gdy wiatr będzie wiał z zachodu na wschód.</akap>
<akap_dialog>--- Wiele ich --- mówił --- upadnie niedaleko, wiele zatrzymają góry, ale niech choć jeden doleci do brzegu i wpadnie w ręce europejskie --- wówczas jesteśmy ocaleni!</akap_dialog>
<akap>Nel zachwycona była pomysłem i oświadczyła, że z mądrością Stasia nawet King nie może się porównać. Była też zupełnie pewna, że mnóstwo latawców doleci nawet do tatusiów --- i obiecywała kleić je od rana do wieczora. Radość jej była tak wielka, że Staś w obawie, by nie dostała gorączki, musiał hamować jej zapał.</akap>
<akap>I odtąd prace, o których mówił Staś, rozpoczęły się na dobre. Kali, któremu kazano nałapać jak najwięcej skaczących ryb, przestał je łowić na wędkę, a natomiast urządził z cienkich bambusów wysoki płot a raczej rodzaj kraty --- i zastawę tę przeciągnął w poprzek rzeki. W środku kraty był duży otwór. przez który ryby musiały koniecznie przepływać chcąc dostać się na wolną wodę. Otwór ten zastawiał Kali mocną siecią, uplecioną ze sznurków palmowych; w ten sposób zapewnił sobie obfite codzienne połowy.</akap>
<akap>Napędzał zaś ryby do zdradzieckiej sieci za pomocą Kinga, który, wprowadzony w wodę, mącił ją i burzył tak niesłychanie, że nie tylko owe srebrne skoczki, ale wszelkie inne stworzenia umykały, ile mogły, ku niezmąconej toni. Zdarzały się z tego powodu i szkody, gdyż kilkakrotnie uciekające krokodyle przewracały kratę, a czasem czynił to i sam King, żywiąc bowiem do krokodylów jakąś wrodzoną nienawiść ścigał je, a gdy znalazł się na płytkich wodach, chwytał je trąbą, wyrzucał na brzeg i rozdeptywał zawzięcie.</akap>
<akap>W sieci znajdowały się także często żółwie, z których mali wygnańcy warzyli sobie wyborny rosół. Kali oprawiał ryby i mięso ich suszył na słońcu, a pęcherze odnosił do Nel, która rozcinała je, rozciągała na desce i zmieniała je jakby w ćwiartki papieru, tak duże jak dwie dłonie.</akap>
<akap>Pomagał jej w tym Staś i Mea, gdyż robota wcale nie była łatwa. Błonki były znacznie grubsze niż w pęcherzach naszych ryb rzecznych, ale po wysuszeniu stawały się niezmiernie kruche. Staś dopiero po niejakim czasie odkrył, że należy je suszyć w cieniu. Chwilami jednak tracił cierpliwość i jeśli nie zarzucił zamiaru robienia latawców z błon, to tylko dlatego, że uważał je za lżejsze od papierowych i bardziej oporne na deszcz. Zbliżała się już wprawdzie sucha pora roku, ale on nie był pewien, czy i podczas lata nie przechodzą czasem deszcze, zwłaszcza w górach.</akap>
<akap>Kleił jednak latawce i z papieru, którego sporo znalazło się między rzeczami Lindego. Pierwszy, duży i lekki, puszczony z wiatrem zachodnim, wzbił się od razu bardzo wysoko, a gdy Staś przeciął sznurek, poleciał, porwany silnym prądem powietrznym, ku łańcuchowi gór Karamojo. Staś śledził jego lot za pomocą lunety, póki nie stał się tak mały jak motyl, jak muszka i póki nie roztopił się wreszcie w bladym błękicie nieba. Następnego dnia puścił inny, uczyniony już z rybich pęcherzy, który wzbił się jeszcze szybciej, ale zapewne z powodu przezroczystości błon wkrótce zniknął zupełnie z oczu.</akap>
<akap>Nel pracowała nadzwyczaj gorliwie i w końcu małe jej paluszki stały się tak zręczne, że ani Staś, ani Mea nie mogli jej w robocie nadążyć. Sił jej teraz nie brakło. Zdrowy klimat Góry Lindego po prostu odrodził ją na nowo. Termin, w którym mógł przyjść trzeci, śmiertelny atak febry, minął stanowczo. Staś zaszył się tego dnia w gęstwinie bananów i płakał z radości. Po dwóch tygodniach pobytu na górze zauważył, że dobre Mzimu wygląda zupełnie inaczej, niż wyglądało na dole w dżungli. Policzki jej popełniały; cera z żółtej i przeźroczystej stała się na powrót różana, a spod obfitej czupryny patrzyły wesoło na świat oczy pełne blasku. Chłopiec błogosławił chłodne noce, przeźroczystą zdrojową wodę, mąkę z suszonych bananów --- i przede wszystkim Lindego.</akap>
<akap>Sam wychudł i sczerniał, co było dowodem, że febra się go nie ima, gdyż chorzy na nią nie opalają się na słońcu, ale wyrósł i zmężniał. Ruch i praca fizyczna spotęgowały w nim dzielność i siłę. Muskuły jego rąk stały się jak stalowe. Był to naprawdę zahartowany już podróżnik afrykański. Polując codziennie i strzelając tylko kulami stał się też niezrównanym strzelcem. Dzikich zwierząt nie obawiał się już wcale, albowiem zrozumiał, że kudłatym lub cętkowanym myśliwcom w dżungli niebezpieczniej jest z nim się spotkać niż jemu z nimi. Raz zabił jednym strzałem wielkiego nosorożca, który, zbudzony z drzemki pod akacją, szarżował na niego niespodzianie. Z napastliwych bawołów afrykańskich, które rozpraszają czasem całe karawany, nic sobie nie robił.</akap>
<akap>Oboje z Nel, prócz klejenia latawców i obok innych codziennych zajęć, zabrali się także do nawracania Kalego, Mei i Nasibu. Ale poszło to trudniej, niż się spodziewali. Czarna trójka słuchała jak najchętniej nauk, ale pojmowała je na swój, właściwy Murzynom, sposób. Gdy Staś opowiadał im o stworzeniu świata, o raju i o wężu, szło jeszcze nieźle, ale gdy doszedł do tego, jak Kain zabił Abla, Kali mimo woli pogłaskał się po żołądku i zapytał z całym spokojem:</akap>
<akap_dialog>--- A czy go potem zjadł?</akap_dialog>
<akap>Czarny chłopak twierdził wprawdzie zawsze, że Wa-hima nigdy ludzi nie jedzą, ale widocznie pamięć o tym pozostała jeszcze jako narodowa tradycja między nimi.</akap>
<akap>Nie mógł również zrozumieć, dlaczego Pan Bóg nie zabił złego Mzimu --- i wielu podobnych rzeczy. Pojęcia o złem i dobrem miał także aż nadto afrykańskie, wskutek czego między nauczycielem a uczniem zdarzyła się pewnego razu taka rozmowa:</akap>
<akap_dialog>--- Powiedz mi --- zapytał Staś --- co to jest zły uczynek?</akap_dialog>
<akap_dialog>Zło--- Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy --- odpowiedział po krótkim namyśle --- to jest zły uczynek.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Doskonale! --- zawołał Staś --- a dobry?</akap_dialog>
<akap>Tym razem odpowiedź przyszła bez namysłu:</akap>
<akap_dialog>Dobro--- Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.</akap_dialog>
<akap>Staś był zbyt młody, by zmiarkować, że podobne poglądy na złe i dobre uczynki wygłaszają i w Europie --- nie tylko politycy, ale i całe narody.</akap>
<akap>Jednakże powoli, powoli rozjaśniało się w czarnych głowach, a to, czego nie mogły pojąć głowy, chwytały gorące serca. Ciało, DuszaPo pewnym czasie można już było przystąpić do chrztu, który odbył się bardzo uroczyście. Rodzice chrzestni ofiarowali każdemu z dzieci po cztery dotis[3] białego perkalu i po biczu niebieskich paciorków. Mea czuła się wszelako nieco zawiedziona, albowiem w naiwności ducha rozumiała, że po chrzcie wybieleje natychmiast na niej skóra, i wielkie było jej zdziwienie, gdy spostrzegła, że pozostała czarna jak i przedtem. Nel pocieszyła ją jednak zupełnie zapewnieniem, że ma teraz duszę białą.</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXXVI</naglowek_rozdzial>
<akap>Staś uczył także Kalego strzelać z karabinu remingtona i ta nauka szła łatwiej od nauki katechizmu. Po dziesięciodniowym strzelaniu do celu i do krokodylów, które sypiały na pobrzeżnych piaskach rzeki, młody Murzyn zabił dużą antylopę pufu[4], potem kilka arielów, a wreszcie dzika ndiri. To jednak spotkanie omal nie skończyło się wypadkiem takim, jaki zdarzył się Lindemu, albowiem ndiri, do którego Kali po strzale zbliżył się niebacznie, zerwał się i rzucił się na niego z postawionym do góry ogonem[5]. Kali cisnąwszy karabin schronił się na drzewo i siedział na nim dopóty, dopóki krzykiem nie przywołał Stasia, który jednakże zastał już dzika nieżywego. Na bawoły, lwy i nosorożce Staś nie pozwalał jeszcze chłopcu polować. Do słoni, które przychodziły wieczorami do wodopoju, i sam nie strzelał, gdyż obiecał Nel, że nigdy żadnego nie zabije.</akap>
<akap>Gdy jednak rano albo w godzinach popołudniowych dojrzał z góry przez lunetę pasące się w dżungli stada zebr, bubalów, arielów lub kozłów-skoczków, brał Kalego z sobą. W czasie tych wycieczek często wypytywał się o narody Wa-hima i Samburu, z którymi, chcąc iść na wschód do brzegów oceanu, musieli koniecznie się spotkać.</akap>
<akap_dialog>--- Czy ty wiesz o tym, Kali --- zapytał pewnego razu --- że za dwadzieścia dni, a na koniach nawet prędzej moglibyśmy dojechać do twego kraju?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali nie wie, gdzie mieszkać Wa-hima --- odpowiedział młody Murzyn potrząsając smutnie głową.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale ja wiem; oni mieszkają w tej stronie, z której rano wstaje słońce, nad jakąś wielką wodą.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak! tak! --- zawołał ze zdumieniem i radością chłopak. --- Bassa-Narok! to po naszemu wielka i czarna woda. Pan wielki wiedzieć wszystko.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie, bo nie wiem, jak przyjęliby nas Wa-hima, gdybyśmy do nich przyszli.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali by kazać im padać na twarz przed panem wielkim i przed dobrym Mzimu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A czy by cię usłuchali?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ojciec Kalego nosić skórę lamparta i Kali także.</akap_dialog>
<akap>Staś zrozumiał, iż to znaczy, że ojciec Kalego jest królem, a on sarn najstarszym z jego synów i przyszłym władcą Wa-himów.</akap>
<akap>Więc pytał w dalszym ciągu:</akap>
<akap_dialog>--- Mówiłeś mi, że byli u was biali podróżnicy i że starsi ludzie ich pamiętają?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak, i Kali słyszał, że mieli na głowach dużo perkalu.</akap_dialog>
<akap>,,Ach! --- pomyślał Staś --- więc to nie byli Europejczycy, tylko Arabowie, których Murzyni z powodu ich jaśniejszej cery i białych ubrań poczytali za białych."</akap>
<akap>Ponieważ jednak Kali ich nie pamiętał i nie mógł dać o nich żadnych ściślejszych objaśnień, więc Staś zadał mu inne pytanie:</akap>
<akap_dialog>--- Czy Wa-hima nie zabili żadnego z tych biało ubranych ludzi?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie. Wa-hima ani Samburu nie mogą tego zrobić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Bo oni mówili, że gdyby krew ich wsiąknąć w ziemię, deszcz przestać by padać.</akap_dialog>
<akap>,,Rad jestem, że tak wierzą" --- pomyślał znów Staś.</akap>
<akap>Po czym jeszcze zapytał:</akap>
<akap_dialog>--- Czy Wa-hima poszliby z nami aż do morza, gdybym obiecał im dużo perkalu, paciorków i strzelb?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali pójść i Wa-hima także, ale pan wielki zwojować pierwej Samburu, którzy siedzą z drugiej strony wody.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A kto siedzi za Samburu?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Za Samburu nie ma gór i jest dżungla, a w niej lwy.</akap_dialog>
<akap>Na tym skończyła się rozmowa. Staś coraz częściej myślał teraz o wielkiej podróży na wschód, pamiętając, co mówił Linde, że można tam spotkać Arabów znad wybrzeży, handlujących kością słoniową, a może i wyprawy misyjne. Wiedział, że taka podróż to dla Nel szereg strasznych trudów i nowych niebezpieczeństw, ale rozumiał, że nie mogą przez całe życie pozostać na Górze Lindego i że trzeba będzie wkrótce wyruszyć w drogę. Czas po porze dżdżystej, gdy woda pokrywa zaraźliwe błota, a sama znajduje się wszędzie, był na to najodpowiedniejszy. Upały na wysokim szczycie nie dawały im się jeszcze we znaki; noce bywały tak chłodne, że trzeba się było dobrze okrywać. Ale w dżungli na dole było już znacznie goręcej i wiadomo było, że wkrótce przyjdą skwary niezmierne. Deszcz rzadko już teraz zraszał ziemię i poziom wody w rzece zniżał się codziennie. Staś przypuszczał, że latem zmienia się ona może w jeden z takich khorów, jakich wiele widział w Pustyni Libijskiej, i że tylko samym środkiem jej koryta płynie wąski pasek wody.</akap>
<akap>Jednakże odkładał wyjazd z dnia na dzień. Na Górze Lindego było wszystkim tak dobrze, zarówno ludziom, jak zwierzętom! Nel pozbyła się tu nie tylko febry, ale i anemii, Stasia nawet nie zabolała nigdy głowa; skóra na Kalim i Mei poczęła się świecić jak ciemny atłas. Nasibu wyglądał jak melon chodzący na cienkich nogach, a King spasł się nie mniej niż konie i osioł. Staś wiedział dobrze, że takiej drugiej ,,wyspy" wśród morza dżungli nie znajdą już do końca podróży.</akap>
<akap>I z obawą patrzył w przyszłość, jakkolwiek mieli teraz ogromną pomoc, a w danym razie i obronę w Kingu.</akap>
<akap>W ten sposób, nim zaczęli przygotowania podróżne, upłynął jeszcze tydzień. W chwilach wolnych od robienia pakunków nie przestawali jednak puszczać latawców z oznajmieniem, że idą na wschód, ku jakiemuś jezioru i ku oceanowi, a puszczali je w dalszym ciągu dlatego, że przyszedł silny, podobny chwilami do huraganu wiatr zachodni, który porywał je i niósł hen, ku górom i za góry. Aby zabezpieczyć Nel od spiekoty, Staś zrobił z resztek namiotu palankin, w którym dziewczynka miała jechać na słoniu. King po kilku próbach przyzwyczaił się do tego niewielkiego ciężaru, jak również do przymocowywania mu na grzbiecie palankinu za pomocą mocnych sznurów palmowych. Ten ładunek był zresztą piórkiem w porównaniu do innych, którymi zamierzano go objuczyć, a których rozdziałem i wiązaniem zajęci byli Kali i Mea.</akap>
<akap>Mały Nasibu dostał polecenie suszenia bananów i rozcierania ich między dwoma płaskimi kamieniami na mąkę. W zrywaniu ciężkich wiązek owocowych pomagał mu także King, przy czym objadali się obaj tak niesłychanie, że wkrótce w pobliżu chat zbrakło zupełnie bananów i musieli chodzić do innej plantacji, położonej na przeciwległym krańcu płaskowzgórza. Saba, który nie miał nic do roboty, towarzyszył im najczęściej w tych wycieczkach.</akap>
<akap>Ale Nasibu omal nie przypłacił swej gorliwości życiem albo przynajmniej szczególną w swoim rodzaju niewolą. Zdarzyło się bowiem, że gdy raz zbierał banany nad brzegiem stromego wiszaru, ujrzał nagle w szczerbie skalnej okropną twarz, pokrytą czarną sierścią, mrugającą nań oczyma i wyszczerzającą białe kły jakby w uśmiechu. Chłopiec skamieniał w pierwszej chwili ze strachu, a następnie począł zmykać co siły. Zanim jednak przebiegł kilkanaście kroków, kosmate ramię obwinęło go dokoła, podniosło w górę i czarny jak noc potwór począł z nim uciekać do przepaści.</akap>
<akap>Na szczęście olbrzymia małpa porwawszy chłopca mogła biec tylko na dwóch nogach, wskutek czego Saba, który był w pobliżu, dognał ją z łatwością i zatopił kły w jej plecach. Rozpoczęła się straszliwa walka, w której pies pomimo swego potężnego wzrostu i sił byłby uległ z pewnością, albowiem goryl pokonuje nawet lwa[6]. Małpy jednak w ogóle nie mają zwyczaju puszczać zdobyczy, choćby chodziło o ich wolność i życie. Goryl, pochwycony przy tym z tyłu, nie mógł łatwo Saby dosięgnąć, wszelako porwawszy go za kark lewą ręką, już podniósł go w górę, gdy wtem zadudniła pod ciężkimi krokami ziemia --- i nadbiegł King.</akap>
<akap>Wystarczyło jedno lekkie uderzenie trąbą, by straszny ,,leśny diabeł", jak nazywają gorylów Murzyni, legł ze zdruzgotaną czaszką i karkiem. King jednak dla większej pewności lub przez przyrodzoną zapalczywość przygwoździł go jeszcze swym kłem do ziemi, a następnie nie przestawał się nad nim mścić, dopóki zaniepokojony rykiem i wyciem Staś nie nadleciał ze strzelbą od strony chat i nie kazał mu zaprzestać.</akap>
<akap>Goryl leżał teraz w kałuży krwi, którą chłeptał Saba i która czerwieniła się na kłach Kinga --- ogromny, z wywróconymi białkami oczu i z wyszczerzonymi kłami, straszny jeszcze, choć już nieżywy. Słoń trąbił tryumfalnie, a popielaty z przerażenia Nasibu opowiadał Stasiowi, co się stało. Ów namyślał się przez chwilę, czy nie sprowadzić Nel i nie pokazać jej potwornej małpy, ale porzucił ten zamiar, gdyż nagle ogarnął go strach.</akap>
<akap>Przecież Nel często chodziła sama po ,,wyspie"--- więc ją także mogło coś podobnego spotkać.</akap>
<akap>Pokazało się zatem, że Góra Lindego nie jest tak bezpiecznym schronieniem, jak się z początku zdawało.</akap>
<akap>Staś wrócił do chaty i opowiedział Nel o wypadku, ona zaś słuchała z ciekawością i bojaźnią, otwierając szeroko oczy i powtarzając raz po raz:</akap>
<akap_dialog>--- Widzisz, co by się stało bez Kinga?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Prawda! --- z taką nianią można się nie bać o dziecko, toteż póki nie wyjedziemy, nie wychodź ani na krok bez niego.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A kiedy wyjedziemy?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zapasy przygotowane, ładunki rozdzielone, więc należy tylko objuczyć zwierzęta i możemy ruszać choćby jutro.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Do tatusiów!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeśli Bóg pozwoli --- odpowiedział poważnie Staś.</akap_dialog>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXXVII</naglowek_rozdzial>
<akap>Wyruszyli jednakże dopiero w kilka dni po tej rozmowie. Odjazd po krótkiej modlitwie, w której polecili się gorąco Bogu, nastąpił wraz ze świtem o godzinie szóstej rano. Na czele jechał konno Staś, poprzedzany tylko przez Sabę. Za nim kroczył poważnie King machając uszyma i niosąc na swym potężnym grzbiecie płócienny palankin, a w palankinie Nel wraz z Meą, następnie szły jeden za drugim konie Lindego, powiązane długim palmowym powrozem i niosące rozliczne ładunki, a pochód zamykał mały Nasibu na spasionym, również jak i on sam, ośle.</akap>
<akap>Z powodu wczesnej godziny upał nie dawał się zrazu zbytnio we znaki, choć dzień był pogodny i zza gór Karamojo wytoczyło się wspaniałe, nie przysłonięte żadną chmurką słońce. Ale powiew wschodni łagodził żar jego promieni. Chwilami wstawał nawet dość mocny wiatr, pod którego tchnieniem pokładały się trawy i cała dżungla falowała jak morze. Po obfitych deszczach wszelka roślinność wyrosła tak bujnie, że zwłaszcza w niższych miejscach chowały się w trawach nie tylko konie, ale nawet i King, tak że nad rozkołysaną zieloną powierzchnią widać było tylko biały palankin, który posuwał się naprzód jakby statek na jeziorze. Po godzinie drogi na niewielkiej suchej wyniosłości, wznoszącej się na wschód od Góry Lindego, trafili na olbrzymie osty[7], mające łodygi grubości pni drzewnych, a kwiaty tak wielkie jak głowa ludzka. Na zboczach niektórych wzgórz, które z daleka wydawały się jałowe, widzieli wrzosy wysokie na osiem metrów[8]. Inne rośliny, które w Europie należą do najdrobniejszych, przybierały tu odpowiednie do ostów i wrzosów rozmiary, a olbrzymie pojedyncze drzewa wznoszące się nad dżunglą wyglądały istotnie jak kościoły. Szczególniej figowce, zwane daro, których płaczące gałęzie zetknąwszy się z ziemią zmieniają się w nowe pnie, pokrywały ogromne przestrzenie, tak że każde drzewo tworzyło jakby osobny gaj.</akap>
<akap>Kraina z dala widziana wydawała się, jak jeden las; z bliska jednak pokazywało się, że wielkie drzewa rosną co kilkanaście, czasem co kilkadziesiąt kroków. W północnej stronie widać ich było bardzo mało i okolica przybierała charakter górskiego stepu pokrytego równą dżunglą, nad którą wznosiły się tylko parasolowate akacje. Trawy były tam bardziej zielone, mniejsze i widocznie lepsze jako pasza, albowiem Nel z grzbietu Kinga, a Staś z wyniosłości, na które wjeżdżał, widzieli tak wielkie stada antylop, jakich nie spotkali dotychczas nigdzie. Pasły się one czasem osobno, czasem pomieszane razem: gnu, pufu, ariele, antylopy, krowy, bubale, kozły skaczące i wielkie kudu. Nie brakło także zebr i żyraf. Stada na widok karawany przestawały się paść, podnosiły głowy i strzygąc uszami patrzyły na biały palankin z nadzwyczajnym zdumieniem, po czym pierzchały w jednej chwili; ubiegłszy kilkaset kroków znów stawały, znów przypatrywały się tej nie znanej sobie rzeczy, aż wreszcie zaspokoiwszy ciekawość poczynały się paść spokojnie. Niekiedy zrywał się przed karawaną z fukiem i łomotem nosorożec, ale wbrew swej popędliwej naturze i gotowości do atakowania wszystkiego, co mu się nawinie przed oczy, pierzchał sromotnie na widok Kinga, którego tylko rozkazy Stasia powstrzymywały od pościgu.</akap>
<akap>Słoń afrykański nienawidzi bowiem nosorożca i jeśli znajdzie jego świeży ślad, wówczas dufając w siłę przemożną idzie za nim, póki nie znajdzie przeciwnika i nie stoczy z nim walki, której ofiarą pada prawie zawsze nosorożec. Kingowi, który zapewne niejednego miał już na sumieniu, niełatwo przychodziło wyrzec się dawnego zwyczaju, ale tak już był oswojony i tak przywykł już uważać Stasia za swego władcę, że posłyszawszy jego głos i spostrzegłszy groźnie patrzące oczy, opuszczał podniesioną trąbę, kładł uszy po sobie i szedł dalej spokojnie. A Stasiowi nie brakło wprawdzie ochoty, by widzieć walkę olbrzymów, ale obawiał się o Nel. Gdyby słoń puścił się w cwał, palankin mógł się rozlecieć, a co gorzej, ogromny zwierz mógł nim zaczepić o pierwszą lepszą gałąź, a wówczas życie Nel byłoby w strasznym niebezpieczeństwie. Staś wiedział z opisów polowań, które czytywał jeszcze w Port-Saidzie, że polujący na tygrysy w Indiach więcej niż tygrysów obawiają się tego, by słoń w popłochu lub pościgu nie zawadził wieżyczką o drzewo. Wreszcie i sam cwał olbrzyma jest tak ciężki, że podobnej jazdy nikt bez szwanku dla zdrowia nie mógłby długo wytrzymać.</akap>
<akap>Lecz z drugiej strony obecność Kinga usuwała mnóstwo niebezpieczeństw. Złośliwe i zuchwałe bawoły, które spotkali tegoż dnia dążące do małego jeziorka, gdzie zbierał się pod wieczór wszelki zwierz okoliczny, pierzchły na jego widok także i okrążywszy całe jeziorko piły po drugiej stronie. W nocy King, przywiązany za tylną nogę do drzewa, pilnował namiotu, w którym spała Nel; była to zaś straż tak pewna, że Staś kazał wprawdzie palić ogień, ale uznał za rzecz zbyteczną otaczać obóz zeribą, chociaż wiedział, że w okolicy zamieszkanej przez tak liczne stada antylop nie może braknąć i lwów. Jakoż zdarzyło się tej samej nocy, że kilka ich poczęło ryczeć w olbrzymich jałowcach rosnących na zboczach wzgórz[9]. Mimo płonącego ognia lwy, znęcone zapachem koni, zbliżały się do obozu, lecz gdy wreszcie Kingowi sprzykrzyło się słuchać ich głosów i gdy nagle wśród ciszy rozległ się na kształt grzmotu jego groźny ,,baritus"[10] --- umilkły jak niepyszne, zrozumiawszy widocznie, że z tego rodzaju osobą lepiej jest nie wdawać się w żaden bezpośredni interes. Dzieci spały też przez resztę nocy wybornie i dopiero świtaniem puściły się w dalszą podróż.</akap>
<akap>Lecz dla Stasia zaczęły się znów troski i niepokoje. Naprzód zmiarkował, że podróżują wolno i że nie będą mogli robić więcej nad dziesięć kilometrów dziennie. Posuwając się w ten sposób zdołaliby wprawdzie za miesiąc dotrzeć do granicy Abisynii, ponieważ jednak Staś postanowił iść we wszystkim za radą Lindego, a Linde twierdził stanowczo, że do Abisynii przedrzeć się nie zdołają, przeto pozostawała tylko droga do oceanu. Ale wedle obliczeń Szwajcara od oceanu dzieliło ich przeszło tysiąc kilometrów --- i to w prostej linii, albowiem do leżącego bardziej na południe Mombassa było jeszcze dalej, przeto cała podróż musiałaby zająć przeszło trzy miesiące czasu. Staś z trwogą myślał, że jest to trzy miesiące znojów, trudów i niebezpieczeństw ze strony szczepów murzyńskich, na które mogli natrafić. Byli jeszcze w kraju pustym, z którego wygnała ludność ospa i wieści o rajzach derwiszów, ale Afryka jest w ogóle dość ludna, musieli więc prędzej czy później wejść w okolice zamieszkane przez nieznane pokolenia, rządzone jak zwykle przez dzikich i okrutnych królików. Było nie lada zadaniem wynieść z takich opałów wolność i życie.</akap>
<akap>Staś liczył po prostu na to, że jeśli trafią na lud Wa-himów, to wyćwiczy kilkudziesięciu wojowników w strzelaniu, a następnie skłoni ich wielkimi obietnicami, by towarzyszyli mu aż do oceanu. Ale Kali nie miał żadnego pojęcia o tym, gdzie mieszkają Wa-hima, a Linde, który coś o nich słyszał, nie mógł również ani wskazać drogi do nich, ani oznaczyć dokładnie miejscowości przez nich zajętej. Linde wspominał o jakimś wielkim jeziorze, o którym wiedział tylko z opowiadań, a Kali twierdził na pewno, że z jednej strony tego jeziora, które nazywał Bassa-Narok, mieszkają Wa-hima, z drugiej Samburu. Otóż Stasia trapiło to, że w geografii Afryki, której w szkole w Port-Saidzie uczono bardzo dokładnie, nie było o takim jeziorze żadnej wzmianki. Gdyby mówił mu o nim tylko Kali, przypuszczałby, że to jest Wiktoria-Nianza, ale nie mógł mylić się w ten sposób Linde, który szedł właśnie od Wiktorii na północ wzdłuż gór Karamojo i z wieści zasięgniętych od mieszkańców tychże gór doszedł do wniosku, że to tajemnicze jezioro leży dalej na wschód i północ. Staś nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć, a natomiast obawiał się, że może na jezioro i Wa-himów całkiem nie trafić; obawiał się także dzikich szczepów, bezwodnych dżungli, nieprzebytych gór, muchy tse-tse, która zabija zwierzęta; bał się śpiączki, febry dla Nel, upałów i tych niezmiernych przestrzeni, które dzieliły ich jeszcze od oceanu.</akap>
<akap>Lecz po opuszczeniu Góry Lindego nie pozostawało nic innego jak iść naprzód, ciągle na wschód i na wschód. Linde mówił wprawdzie, że jest to podróż nad siły nawet doświadczonego i energicznego podróżnika, ale Staś zdobył już dużo doświadczenia, a co do energii, to ponieważ szło o Nel, postanowił wydobyć z siebie tyle zaradności, ile będzie potrzeba. Tymczasem chodziło o oszczędzanie sił dziewczynki, więc postanowił podróżować tylko od szóstej rano do dziesiątej przed południem, a drugi etap od trzeciej do szóstej wieczorem, to jest do zachodu słońca, czynić tylko wówczas, gdyby na miejscu pierwszego postoju nie było wody.</akap>
<akap>Ale tymczasem, ponieważ deszcze padały w czasie massiki bardzo obficie, wodę znajdowali wszędzie. Jeziorka utworzone przez ulewy w dolinach były jeszcze dobrze napełnione, a z gór spływały tu i ówdzie strumienie toczące kryształową i chłodną wodę, w której kąpiel była wyborna, a zarazem zupełnie bezpieczna, albowiem krokodyle mieszkają tylko w większych wodach, w których nie brak ryb stanowiących ich zwykłe pożywienie.</akap>
<akap>Staś jednak nie pozwalał pić dziewczynce surowej wody, jakkolwiek odziedziczył po Lindem doskonały filtr, którego działanie napełniało zawsze zdumieniem Kalego i Meę. Oboje widząc, że filtr zanurzony w mętną białawą wodę przepuszcza do zbiornika tylko czystą i przezroczystą, pokładali się ze śmiechu i bili się dłońmi po kolanach na znak podziwu i radości.</akap>
<akap>W ogóle podróż z początku szła łatwo. Mieli po Lindem spore zapasy kawy, herbaty, cukru, bulionu, różnych konserw i wszelkiego rodzaju lekarstw. Staś nie potrzebował oszczędzać ładunków, było ich bowiem więcej, niż mogli zabrać; nie brakło również rozmaitych narzędzi, broni wszelakiego kalibru i rac, które przy zetknięciu się z Murzynami mogły się bardzo przydać. Kraj był żyzny; zwierzyny, a więc świeżego mięsa, wszędy obfitość. Owoców również. Tu i ówdzie w nizinach trafiały się błota, ale pokryte jeszcze wodą, a zatem nie zarażające powietrza szkodliwymi wyziewami. Moskitów, które wszczepiają w krew febrę, nie było na wyżynach wcale. Upał od dziesiątej rano czynił się wprawdzie nieznośny, ale mali podróżnicy zatrzymywali się w czasie tak zwanych ,,białych godzin" w głębokim cieniu wielkich drzew, przez których gęstwę nie przedzierał się żaden promień słoneczny. Zdrowie dopisywało Nel, Stasiowi i Murzynom doskonale.</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXXVIII</naglowek_rozdzial>
<akap>Piątego dnia podróży Staś jechał razem z Nel na Kingu, trafili bowiem na szeroki pas akacji rosnących tak gęsto, że konie mogły iść tylko szlakiem utorowanym przez słonia. Godzina była wczesna, ranek promienny i rosisty. Dzieci rozmawiały o podróży i o tym, że każdy dzień zbliża ich jednak do oceanu i do ojców, do których oboje nie przestawali tęsknić ciągle. Był to od chwili porwania ich z Faujmu niewyczerpany przedmiot wszystkich rozmów, które wzruszały ich zawsze do łez. I powtarzali wciąż jedno w kółko: że tatusiowie myślą, iż oni już nie żyją albo że przepadli na wieki --- i obaj martwią się, i wbrew nadziei wysyłają do Chartumu Arabów po wieści, a oni oto są już daleko nie tylko od Chartumu, ale i od Faszody, a za pięć dni będą jeszcze dalej --- a potem znów jeszcze dalej, aż wreszcie dotrą do oceanu albo przedtem jeszcze do jakichś miejsc, skąd będzie można przesłać depeszę. Jedyną w całej karawanie osobą, która wiedziała, co ich jeszcze czeka, był Staś --- Nel natomiast była najgłębiej przekonana, że nie ma takiej rzeczy na świecie, której ,,Stes" nie potrafiłby dokonać, i była zupełnie pewna, że ją doprowadzi do brzegu. Więc nieraz uprzedzając wypadki wyobrażała sobie w swej małej główce, co to będzie, gdy przyjdzie pierwsza o nich wiadomość --- i szczebiocąc jak ptaszek opowiadała o tym Stasiowi. ,,Siedzą --- mówiła --- tatusiowie w Port-Saidzie i płaczą --- aż tu wchodzi boy z depeszą. Co to jest? Mój albo twój tatuś otwiera, patrzy na podpis i czyta: «Staś i Nel». O, to dopiero się ucieszą! to dopiero się zerwą, żeby jechać naprzeciw nas! to dopiero będzie radość w całym domu --- i tatusiowie się ucieszą, i wszyscy się ucieszą --- i będą cię chwalili --- i przyjadą --- i ja obejmę mocno tatusia za szyję, i potem będziemy zawsze razem... i..."</akap>
<akap>I kończyło się na tym, że bródka zaczynała się jej trząść, śliczne oczki zmieniały się w dwie fontanny, a w końcu opierała głowę na ramieniu Stasia i płakała zarazem z żalu, tęsknoty i radości na myśl o przyszłym spotkaniu. A Staś, lecąc wyobraźnią w przyszłość, odgadywał, że ojciec będzie dumny z niego że powie mu: ,,Spisałeś się, jak na Polaka przystało" --- i wzruszenie ogarniało go ogromne, a w sercu rodziła się tęsknota, zapał i nieugięta jak stal odwaga. ,,Muszę --- mówił sobie --- wyratować Nel, muszę dożyć takiej chwili." I wówczas jemu także zdawało się że nie ma takich niebezpieczeństw, których nie zdołałby zwyciężyć, ani takich przeszkód, których nie zdołałby skruszyć.</akap>
<akap>Ale do ostatecznego zwycięstwa było jeszcze daleko. Tymczasem przedzierali się przez gaj akacji. Długie kolce tych drzew czyniły nawet na skórze Kinga białawe rysy. Wreszcie gaj zrzedniał, a poprzez gałęzie rozrzuconych drzew widać było dalej zieloną dżunglę. Staś, mimo że upał dawał się już mocno we znaki, wysunął się z palankinu i usadowił się na karku słonia, by obaczyć, czy na widnokręgu nie ma jakich stad antylop lub zebr, postanowił bowiem odnowić zapas mięsa.</akap>
<akap>Jakoż po prawej stronie dojrzał stadko arielów, złożone z kilku sztuk, a wśród nich dwa strusie, lecz gdy minęli ostatnią kępę drzew i słoń zwrócił się na lewo, inny widok uderzył oczy chłopca: oto w odległości pół kilometra spostrzegł obszerny łan manioku, a na skraju łanu kilkanaście czarnych postaci, zajętych widocznie robotą w polu.</akap>
<akap_dialog>--- Murzyni! --- zawołał zwracając się do Nel.</akap_dialog>
<akap>I serce poczęło mu bić niespokojnie. Przez chwilę zawahał się, czy nie zawrócić i nie skryć się na powrót w akacjach, lecz przyszło mu na myśl, że w zaludnionym kraju trzeba będzie jednak prędzej czy później spotkać się z mieszkańcami i wejść z nimi w stosunki i że od tego, jak się te stosunki ułożą, zależeć może los całej podróży, więc po krótkim namyśle skierował słonia ku polu.</akap>
<akap>W tej samej chwili zbliżył się Kali i ukazując ręką na kępę drzew rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Panie wielki, oto tam wieś murzyńska, a tu kobiety pracują przy manioku. Czy mam podjechać ku nim?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Podjedziemy razem --- odpowiedział Staś --- i wówczas powiesz im, że przybywamy jako przyjaciele.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wiem, panie, co im powiedzieć --- zawołał z wielką pewnością siebie młody Murzyn.</akap_dialog>
<akap>I zwróciwszy konia ku pracującym, złożył dłonie koło ust i jął krzyczeć:</akap>
<akap_dialog>--- Yambo, he! yambo sana!</akap_dialog>
<akap>Na ten głos zajęte okopywaniem manioku kobiety zerwały się i stanęły jak wryte, ale trwało to tylko jedno mgnienie oka, następnie bowiem, porzuciwszy w popłochu motyki i kobiałki, poczęły z wrzaskiem uciekać ku owym drzewom, wśród których kryła się wieś.</akap>
<akap>Mali podróżnicy zbliżali się wolno i spokojnie. W gęstwinie rozległo się wycie kilkuset głosów, po czym zapadła cisza. Przerwał ją wreszcie głuchy, ale donośny huk bębna, który nie ustawał już później ani na chwilę.</akap>
<akap>Było to widocznie hasło do boju dla wojowników, albowiem przeszło trzystu ich wysunęło się nagle z gęstwiny. Wszyscy ustawili się w długi szereg przed wioską. Staś zatrzymał Kinga w odległości stu kroków i począł im się przypatrywać. Słońce oświecało ich dorodne postacie, szerokie piersi i silne ramiona. Uzbrojeni byli w łuki i włócznie. Naokół bioder mieli krótkie spódniczki z wrzosów, a niektórzy --- ze skór małpich. Głowy ich zdobiły pióra strusi, papug lub wielkie peruki zdarte z czaszek pawianów. Wyglądali wojowniczo i groźnie, ale stali nieruchomie w milczeniu, albowiem zdumienie ich nie miało wprost granic i potłumiło chęć do boju. Wszystkie oczy wlepione były w Kinga, w biały palankin i w siedzącego na karku słonia białego człowieka.</akap>
<akap>A jednakże słoń nie był dla nich zwierzęciem nie znanym. Przeciwnie! żyli oni pod ciągłą przemocą słoni których całe stada wyniszczały nocami ich pola maniokowe oraz plantacje bananów i palm dum. Ponieważ włócznie i strzały nie przebijały skóry słoniowej, biedni Murzyni walczyli ze szkodnikami za pomocą ognia, za pomocą krzyków, naśladowania głosów kogucich, kopania dołów i urządzania pułapek z pni drzewnych. Ale tego, by słoń stał się niewolnikiem człowieka i pozwalał sobie siedzieć na karku, nikt z nich nigdy nie widział i żadnemu podobna rzecz nie chciała się w głowie pomieścić. Toteż widok, jaki mieli przed sobą, tak dalece przechodził wszelkie ich pojęcia i wyobrażenia, że sami nie wiedzieli, co im wypada czynić: walczyć czy uciekać, gdzie oczy poniosą, choćby przyszło pozostawić wszystko na wolę losu.</akap>
<akap>Więc w niepewności, trwodze i zdumieniu szeptali tylko wzajem do siebie:</akap>
<akap_dialog>--- O matko! co to za stworzenia przychodzą do nas i co nas czeka z ich ręki?</akap_dialog>
<akap>A wtem Kali, podjechawszy do nich na rzut włóczni, stanął w strzemionach i począł wołać:</akap>
<akap_dialog>--- Ludzie, ludzie! słuchajcie głosu Kalego, syna Fumby, potężnego króla Wa-himów znad brzegów Bassa-Narok, o, słuchajcie, słuchajcie! i jeśli rozumiecie jego mowę, uważajcie na każde jego słowo!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Rozumiemy! --- zabrzmiała odpowiedź z trzystu ust.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niechaj wystąpi wasz król, niech powie imię swoje i niech otworzy uszy i wargi, aby mógł słyszeć lepiej!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- M'Rua! M'Rua! --- poczęły wołać liczne głosy.</akap_dialog>
<akap>M'Rua wysunął się przed szereg, ale nie więcej niż trzy kroki. Był to stary już Murzyn, wysoki i silnie zbudowany, lecz nie grzeszący widocznie zbytnią odwagą, gdyż łydki tak drżały pod nim, że musiał wbić ostrze dzidy w ziemię i oprzeć się na drzewcu, by utrzymać się na nogach.</akap>
<akap>Za jego przykładem i inni wojownicy powbijali również dzidy w ziemię na znak, że chcą wysłuchać spokojnie słów przybysza.</akap>
<akap>A Kali podniósł jeszcze głos:</akap>
<akap_dialog>--- M'Ruo i wy, ludzie MRuy! Słyszeliście, że mówi do was syn króla Wa-himów, którego krowy pokrywają tak gęsto góry koło Bassa-Narok, jak mrówki pokrywają ciało zabitej żyrafy. A cóż powiada Kali, syn króla Wa-himów? Oto zwiastuję wam wielką i szczęśliwą nowinę, że przybywa do waszej wsi --- dobre Mzimu!</akap_dialog>
<akap>Po czym zawołał jeszcze głośniej:</akap>
<akap_dialog>--- Tak jest. Dobre Mzimu! Ooo!</akap_dialog>
<akap>Z ciszy, jaka zapadła, można było zmiarkować, jak niezmierne wrażenie sprawiły słowa Kalego. Zakołysała się fala wojowników, albowiem jedni, parci ciekawością, posunęli się o parę kroków naprzód, drudzy cofnęli się z trwogi. M'Rua oparł się obu rękoma na włóczni --- i czas jakiś trwało głuche milczenie. Dopiero po chwili szmer przebiegł szeregi i pojedyncze głosy poczęły powtarzać: ,,Mzimu!", ,,Mzimu!", a tu i ówdzie ozwały się krzyki: ,,Yancig, yancig!", wyrażające zarazem cześć i powitanie.</akap>
<akap>Lecz głos Kalego zapanował znów nad szmerem i okrzykami:</akap>
<akap_dialog>--- Patrzcie i cieszcie się! Oto dobre Mzimu siedzi tam, w tej białej chacie na grzbiecie wielkiego słonia, a wielki słoń słucha go, jak niewolnik słucha pana i jak dziecko słucha matki. O! ani wasi ojcowie, ani wy nie widzieliście nic podobnego...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie widzieliśmy! yancig! yancig!...</akap_dialog>
<akap>I oczy wszystkich wojowników zwróciły się na ,,chatę", czyli na palankin.</akap>
<akap>A Kali, który w czasie lekcji religii na Górze Lindego dowiedział się, że wiara porusza góry, i był głęboko przekonany, że modlitwa białej bibi może wszystko wyjednać u Boga, tak dalej i z zupełną szczerością opowiadał o dobrym Mzimu:</akap>
<akap_dialog>--- Słuchajcie! słuchajcie! Dobre Mzimu jedzie na słoniu w tę stronę, w której słońce wstaje za górami z wody; tam dobre Mzimu powie Wielkiemu Duchowi, by przysłał wam chmury, a te chmury będą w czasie suszy polewały deszczem wasze proso, wasz maniok, wasze banany i trawy w dżungli, abyście mieli dużo do jedzenia i aby wasze krowy miały dobrą paszę i dawały gęste i tłuste mleko. Czy chcecie dużo jedzenia i mleka, o, ludzie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- He! chcemy, chcemy!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- ...I dobre Mzimu powie Wielkiemu Duchowi, by przysłał wam wiatr, który wywieje z waszej wsi tę chorobę, co zmienia ciało w plaster miodu. Czy chcecie, by on ją wywiał, o, ludzie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- He! niech ją wywieje!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- ...I Wielki Duch na prośbę dobrego Mzimu obroni was od napaści i od niewoli, i od szkód w waszych polach... i od lwa, i od pantery, i od węża, i od szarańczy...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niech tak uczyni...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Więc teraz słuchajcie jeszcze i patrzcie, kto siedzi przed chatą między uszyma strasznego słonia. Oto siedzi tam bwana kubwa --- biały pan --- wielki i mocny, którego boi się słoń...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- He!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- ...Który ma w ręku piorun i zabija nim złych ludzi...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- He!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- ...Który zabija lwy...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- He!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- ...Który wypuszcza węże ogniste *</akap_dialog>
<akap_dialog>--- He!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- ...Który łamie skały...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- He!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- ...Który jednak nie uczyni wam nic złego, jeżeli uczcicie dobre Mzimu!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Yancig! yancig!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeśli naznosicie mu suchej mąki z bananów, jaj kurzych, świeżego mleka i miodu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Yancig! yancig!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Więc zbliżcie się i padnijcie na twarz przed dobrym Mzimu.</akap_dialog>
<akap>M'Rua i jego niewolnicy poruszyli się i nie przestając ,,yancigować" ani na chwilę, posunęli się o kilkanaście kroków naprzód, ale zbliżali się ostrożnie, albowiem i zabobonny lęk przed Mzimu, i prosty strach przed słoniem hamowały ich kroki. Widok Saby przeraził ich na nowo, gdyż poczytali go za wobo, to jest za wielkiego płowego lamparta, który zamieszkuje tamtejsze okolice oraz południową Abisynię[11] i którego miejscowi mieszkańcy boją się więcej niż lwa, albowiem mięso ludzkie przekłada nad wszelkie inne i z niesłychaną zuchwałością napada nawet na zbrojnych mężczyzn. Uspokoili się jednak widząc, że mały brzuchaty Murzynek trzyma straszliwego wobo na powrozie. Ale nabrali jeszcze większego wyobrażenia o potędze dobrego Mzimu jak również białego pana i spoglądając to na słonia, to na Sabę, szeptali sobie wzajem: ,,Jeżeli oczarowali nawet wobo, to któż na świecie im się oprze?" Lecz najuroczystsza chwila nadeszła dopiero wówczas, gdy Staś zwróciwszy się ku Nel skłonił się naprzód głęboko, a następnie porozsuwał urządzone jak firanki ściany palankinu --- i ukazał oczom zgromadzonych dobre Mzimu. M'Rua i wszyscy wojownicy padli na twarz, tak że ciała ich utworzyły długi żywy pomost. Nikt nie śmiał się ruszyć, a trwoga zapanowała we wszystkich sercach tym większa, gdy King, czy to na rozkaz Stasia, czy z własnej ochoty, podniósł do góry trąbę i zaryczał potężnie, a za jego przykładem ozwał się Saba najgłębszym basem, na jaki umiał się zdobyć. Wówczas ze wszystkich piersi wyrwało się podobne do błagalnego jęku: ,,Aka! aka! aka!" - i trwało dopóty, dopóki Kali znów nie przemówił:</akap>
<akap_dialog>--- O, M'Ruo i wy, dzieci M'Ruy! Oddaliście cześć dobremu Mzimu, więc wstańcie, patrzcie i napełnijcie nim oczy wasze, albowiem kto to uczyni, będzie nad nim błogosławieństwo Wielkiego Ducha. Wygnajcie też strach z piersi i brzuchów waszych i wiedzcie, że tam gdzie przebywa dobre Mzimu, krew ludzka nie może być przelana.</akap_dialog>
<akap>Na te słowa, a zwłaszcza wskutek oświadczenia, że wobec dobrego Mzimu śmierć nie może nikogo spotkać, podniósł się M'Rua, a za nim inni wojownicy i poczęli patrzyć nieśmiało, ale chciwie, na dobrotliwe bóstwo. Jakoż musieliby przyznać, gdyby Kali zapytał o to po raz drugi, że ani ich ojcowie, ani oni nie widzieli nic podobnego. Oczy ich przywykły bowiem do poczwarnych, wyrobionych z drzewa i z włochatych kokosowych orzechów postaci bożków, a teraz stało przed nimi na grzbiecie słonia jasne bóstewko, łagodne, słodkie i uśmiechnięte, podobne do białego ptaka i zarazem do białego kwiatu. Toteż strach ich przeszedł; piersi odetchnęły swobodniej, grube wargi poczęły się uśmiechać, a ręce mimo woli wyciągać się do cudownego zjawiska.</akap>
<akap_dialog>--- O, yancig! yancig! yancig!</akap_dialog>
<akap>Wszelako Staś, który zwracał na wszystko jak najbaczniejszą uwagę, spostrzegł, że jeden Murzyn, przybrany w spiczastą czapkę ze skóry szczurów, wysunął się zaraz po ostatnich słowach Kalego z szeregu i pełznąc jak wąż w trawie, skierował się ku osobnej chacie stojącej na uboczu poza ogrodzeniem, ale otoczonej także wysokim częstokołem powiązanym pnączami.</akap>
<akap>Tymczasem dobre Mzimu, lubo wielce zakłopotane rolą bóstwa, wyciągnęło z polecenia Stasia swą małą rączkę i poczęło witać Murzynów. Czarni wojownicy śledzili z radością oczyma każdy ruch tej małej ręki wierząc głęboko, że są w tym potężne ,,czary" które uchronią ich i zabezpieczą od mnóstwa klęsk. Niektórzy uderzając się w piersi i biodra mówili też: ,,O matko! teraz dopiero będziemy się mieli dobrze --- my i krowy nasze!" M'Rua, ośmielony już zupełnie, zbliżył się do słonia, uderzył raz jeszcze czołem dobremu Mzimu, a potem skłoniwszy się Stasiowi odezwał się w następujący sposób:</akap>
<akap_dialog>--- Czy wielki pan, który prowadzi na słoniu białe bóstwo, zechce zjeść kawałek M'Ruy i czy zgodzi się na to, aby M'Rua zjadł kawałek jego i aby się stali braćmi, między którymi nie masz kłamstwa i zdrady?</akap_dialog>
<akap>Kali przetłumaczył natychmiast te słowa, lecz widząc z twarzy Stasia, że nie ma najmniejszej ochoty na ,,kawałek" M'Ruy, zwrócił się do starego Murzyna i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- O, M'Ruo! czy myślisz naprawdę, że biały pan, tak potężny, którego boi się słoń, który ma w ręku piorun, który zabija lwy, któremu kiwa ogonem wobo, który wypuszcza węże ogniste i łamie skały, może zawierać braterstwo krwi z byle królem? Pomyśl, o M'Ruo, zali Wielki Duch nie ukarałby cię za zuchwalstwo i zali nie dosyć będzie dla ciebie chwały, jeśli zjesz kawałek Kalego, syna Fumby, władcy Wa-himów, i jeśli Kali, syn Fumby, zje kawałek ciebie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie jestżeś niewolnikiem? --- zapytał M'Rua.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pan wielki nie porwał Kalego ani go kupił, tylko ocalił mu życie, przeto Kali prowadzi dobre Mzimu i pana do krainy Wa-himów, aby Wa-himowie i Fum-ba oddali im cześć i złożyli dary wielkie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niech więc będzie, jak mówisz, i niech M'Rua zje kawałek Kalego, a Kali kawałek M'Ruy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niech tak będzie! --- powtórzyli wojownicy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Gdzie jest czarownik? --- zapytał król.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Gdzie czarownik? gdzie czarownik? gdzie Kamba? --- poczęły wołać liczne głosy.</akap_dialog>
<akap>A wtem zaszło coś takiego, co mogło zmienić całkowicie położenie rzeczy, zamącić przyjazne stosunki i uczynić Murzynów wrogami świeżo przybyłych gości. Oto w stojącej na uboczu i otoczonej osobnym częstokołem chacie rozległ się nagle piekielny hałas. Był to jakby ryk lwa, jakby grzmot, jakby huk bębna, jakby śmiech hieny, wycie wilka i jakby skrzypienie przeraźliwe zardzewiałych żelaznych zawias. King posłyszawszy te okropne głosy począł ryczeć, Saba szczekać, osioł, na którym siedział Nasibu, rżeć. Wojownicy skoczyli jak oparzeni i powyrywali dzidy z ziemi. Uczyniło się zamieszanie. O uszy Stasia odbiły się niespokojne okrzyki: ,,Nasze Mzimu! Nasze Mzimu!" Cześć i życzliwość, z jaką spoglądano na przybyszów, znikły w jednej chwili. Oczy dzikich poczęły rzucać podejrzliwe i nieprzyjazne spojrzenia. Groźne szmery jęły podnosić się wśród tłumu, a straszliwy hałas w samotnej chacie wzmagał się coraz bardziej.</akap>
<akap>Kali przeraził się i przysunąwszy się szybko do Stasia począł mówić przerywanym ze wzruszenia głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Panie, to czarownik zbudził złe Mzimu, które boi się, że je ominą ofiary, i ryczy ze złości. Uspokój, panie, czarownika i złe Mzimu wielkimi darami, albowiem inaczej ci ludzie zwrócą się przeciw nam.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Uspokoić ich? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap>I nagle ogarnął go gniew na przewrotność i chciwość czarownika, a niespodziane niebezpieczeństwo wzburzyło go do dna duszy. Smagła twarz jego zmieniła się zupełnie tak samo jak wówczas, gdy zastrzelił Gebhra, Chamisa i dwóch Beduinów. Oczy błysnęły mu złowrogo, zacisnęły się wargi i pięści, a policzki pobladły.</akap>
<akap_dialog>--- Ach, ja ich uspokoję! --- rzekł.</akap_dialog>
<akap>I bez namysłu pognał słonia ku chacie.</akap>
<akap>Kali nie chcąc pozostać sam wśród Murzynów ruszył za nim. Z piersi dzikich wojowników wydarł się okrzyk --- nie wiadomo: czy trwogi, czy wściekłości lecz zanim się opamiętali, trzasnął i runął pod naciskiem głowy słonia częstokół, potem rozsypały się gliniane ściany chaty i dach wyleciał wśród kurzawy w powietrze, a jeszcze po chwili M'Rua i jego ludzie ujrzeli czarną trąbę wzniesioną do góry, na końcu zaś trąby --- czarownika Kambę.</akap>
<akap>A Staś spostrzegłszy na podłodze wielki bęben, uczyniony z pnia wypróchniałego drzewa i obciągnięty małpią skórą, kazał go sobie podać Kalemu i zawróciwszy stanął wprost zdumionych wojowników.</akap>
<akap_dialog>--- Ludzie --- rzekł donośnym głosem --- to nie wasze Mzimu ryczy, to ten łotr huczy na bębnie, by wyłudzać od was dary, a wy boicie się jak dzieci!</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy chwycił za sznur przewleczony przez wyschniętą skórę w bębnie i począł nim z całej siły kręcić w koło. Te same głosy, które poprzednio tak przeraziły Murzynów, rozległy się i teraz, a nawet jeszcze przeraźliwiej, gdyż nie tłumiły ich ściany chaty.</akap>
<akap_dialog>--- O, jakże głupi jest M'Rua i jego dzieci! --- zakrzyknął Kali.</akap_dialog>
<akap>Staś oddał mu bęben, Kali zaś począł hałasować na nim z takim zapałem, że przez chwilę nie można było dosłyszeć ani słowa. Aż nareszcie miał dosyć, cisnął bęben pod nogi M'Ruy.</akap>
<akap_dialog>--- Oto jest wasze Mzimu! --- zawołał z wielkim śmiechem.</akap_dialog>
<akap>Po czym jął ze zwykłą Murzynom obfitością słów przemawiać do wojowników nie żałując przy tym wcale drwin i z nich, i z M'Ruy. Oświadczył im wskazując na Kambę, że ,,ów złodziej w czapce ze szczurów" oszukiwał ich przez wiele pór dżdżystych i suchych, a oni paśli go fasolą, koźlętami i miodem. Jestże drugi głupszy król i naród na świecie? Wierzyli w moc starego oszusta i w jego czary, więc niech patrzą teraz, jak ten wielki czarownik wisi na trąbie słonia i krzyczy: ,,Aka!", by wzbudzić litość białego pana. Gdzież jego moc? gdzież jego czary? czemu żadne złe Mzimu nie ryknie teraz w jego obronie? Ach! cóż to jest to ich Mzimu? płachta małpiej skóry i kawał spróchniałego pnia, który rozdepce słoń! U Wa-himów ani kobiety, ani dzieci nie bałyby się takiego Mzimu, a boi się go M'Rua i jego ludzie. Jedno jest tylko prawdziwe Mzimu i jeden prawdziwie wielki i mocny pan --- niech więc oddadzą im cześć i niech naznoszą jak najwięcej darów, inaczej bowiem posypią się na nich klęski, o jakich nie słyszeli dotychczas.</akap>
<akap>Dla Murzynów nie potrzeba było nawet tych słów, gdyż już to, że czarownik razem ze swym złym Mzimu okazał się tak niesłychanie słabszym od nowego, białego bóstwa i od białego pana wystarczyło im najzupełniej, by go opuścić i okryć pogardą. Poczęli więc na nowo ,,yancigować", a nawet z większą jeszcze pokorą i skwapliwością. Ale ponieważ źli byli na siebie, że przez tyle lat pozwolili się Kambie oszukiwać, więc chcieli koniecznie go zabić. Sam M’Rua prosił Stasia, by pozwolił go związać i zachować dopóty, dopóki nie obmyślą mu dość okrutnej śmierci. Nel jednak postanowiła darować mu życie, a ponieważ Kali zapowiedział, że tam gdzie przebywa dobre Mzimu, krew ludzka nie może być przelana, przeto Staś pozwolił tylko na wypędzenie ze wsi nieszczęśliwego czarownika.</akap>
<akap>Kamba, który się spodziewał, że umrze w najwymyślniejszych męczarniach, padł na twarz przed dobrym Mzimu i szlochając dziękował mu za ocalenie. I odtąd nic już nie zamąciło uroczystości. Zza częstokołu wysypały się kobiety i dzieci, albowiem wieść o przybyciu nadzwyczajnych gości rozeszła się po całej wsi i chęć widzenia białego Mzimu przemogła strach. Staś i Nel widzieli po raz pierwszy osadę prawdziwych dzikich, do których nie dotarli nawet Arabowie. Ubranie tych Murzynów składało się tylko z wrzosów lub ze skór pozawiązywanych naokół bioder; wszyscy byli tatuowani. Zarówno mężczyźni, jak kobiety mieli przedziurawione uszy i w tych otworach kawałki drzewa lub kości tak duże, że porozciągane klapki uszu sięgały ramion. W dolnej wardze nosili pelele, to jest drewniane lub kościane krążki, wielkie jak spodki od filiżanek. Znakomitsi wojownicy i ich żony mieli na szyjach kołnierze z żelaznego lub mosiężnego drutu tak wysokie i sztywne, że zaledwie mogli poruszyć głowami.</akap>
<akap>Należeli też widocznie do szczepu Szylluków, który ciągnie się daleko na wschód, albowiem Kali i Mea rozumieli wybornie ich mowę, a Staś w połowie. Nie posiadali jednak nóg tak długich jak pobratymcy ich mieszkający nad rozlewiskami Nilu, byli szersi w ramionach, mniej wysocy i w ogóle mniej podobni do ptaków brodzących. Dzieci wyglądały jak pchełki i nie zeszpecone jeszcze przez pelele, były bez porównania od starych ładniejsze.</akap>
<akap>Kobiety, napatrzywszy się naprzód z dala dobremu Mzimu, poczęły na wyścigi z wojownikami znosić mu dary składające się z koźląt, kur, jaj, czarnej fasoli i piwa warzonego z prosa. Trwało to dopóty, dopóki Staś nie powstrzymał tego napływu zapasów, a ponieważ zapłacił za nie hojnie paciorkami i kolorowym perkalem, a Nel rozdała dzieciom kilkanaście lusterek odziedziczonych po Lindem, przeto radość niezmierna zapanowała w całej wsi, i naokół namiotu, do którego schronili się mali podróżnicy, rozlegały się wciąż wesołe i pełne zachwytu okrzyki. Potem wojownicy odbyli na cześć gości taniec wojenny i stoczyli udaną bitwę, a w końcu przystąpiono do zawarcia braterstwa krwi między Kalim a M'Ruą.</akap>
<akap>Ponieważ nie było Kamby, który do tej ceremonii był koniecznie potrzebny, więc zastąpił go stary Murzyn znający dostatecznie zaklęcia. Ów zabiwszy koźlę wyjął z niego wątrobę i podzielił ją na kilka sporych kąsków, po czym jął obracać ręką i nogą rodzaj kołowrotka i spoglądając to na Kalego, to na M'Ruę, ozwał się uroczystym głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Kali, synu Fumby, czy chcesz zjeść kawałek M'Ruy, syna M'Kuli --- i ty M’Ruo, synu M'Kuli, czy chcesz zjeść kawałek Kalego, syna Fumby?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Chcemy --- ozwali się przyszli bracia.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czy chcecie, aby serce Kalego było sercem M’Ruy, a serce M’Ruy sercem Kalego?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Chcemy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I ręce, i włócznie, i krowy?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I krowy!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I wszystko, co każdy ma lub będzie miał?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co ma i co będzie miał!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I aby nie było między wami kłamstwa ani zdrady, ani nienawiści?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ani nienawiści!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I aby jeden nigdy drugiego nie okradł?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nigdy!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I abyście byli braćmi?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak!</akap_dialog>
<akap>Kołowrotek obracał się coraz prędzej. Zgromadzeni naokół wojownicy śledzili z coraz większym zajęciem jego ruchy.</akap>
<akap_dialog>--- Ao! --- zawołał stary Murzyn --- lecz gdyby jeden z was okłamał drugiego, gdyby go zdradził, gdyby go okradł, gdyby go otruł, gdyby go zabił, niech będzie przeklęty.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niech będzie przeklęty! --- powtórzyli wszyscy wojownicy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A jeśli jest kłamcą i knuje zdradę, niech nie przełknie krwi swego brata i niech ją zrzuci w naszych oczach!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Och, w naszych oczach!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I niech umrze!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niech umrze!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niech go rozedrze wobo!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wobo!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Albo lew!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Albo lew!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niech go stratuje słoń i nosorożec, i bawół!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- O! i bawół --- powtórzył chór.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I niech go ukąsi wąż!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wąż.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A język jego niechaj stanie się czarny!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czarny.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A oczy niech mu uciekną w tył głowy!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- W tył głowy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I niech chodzi piętami do góry!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ha! piętami do góry.</akap_dialog>
<akap>Nie tylko Staś, ale i Kali gryźli wargi, by nie wybuchnąć śmiechem, a tymczasem zaklęcia powtarzały się coraz straszniejsze, kołowrotek obracał się tak szybko, że oczy nie mogły za jego obrotami nadążyć. Trwało to dopóty, dopóki stary Murzyn nie stracił zupełnie sił i oddechu.</akap>
<akap>Wówczas siadł na ziemi i przez jakiś czas kiwał głową na obie strony w milczeniu. Po chwili jednak podniósł się i wziąwszy nóż naciął nim skórę na ramieniu Kalego, i umazawszy jego krwią kawałek wątroby koźlęcej wsunął go w usta M'Ruy, drugi zaś kawałek umazany we krwi króla, w usta Kalego. Obaj połknęli je tak szybko, że aż zagrały im krtanie, a oczy wyszły na wierzch, po czym chwycili się za ręce na znak wiernej i wieczystej przyjaźni.</akap>
<akap>Wojownicy zaś poczęli wołać z radością:</akap>
<akap_dialog>--- Obaj przełknęli, żaden nie zrzucił, a więc są szczerzy i nie masz zdrady między nimi!</akap_dialog>
<akap>A Staś dziękował w duchu Kalemu, że go w tej ceremonii zastąpił, albowiem czuł, że przy połykaniu ,,kawałka M'Ruy" byłby niezawodnie złożył dowód nieszczerości i zdrady.</akap>
<akap>Od tej chwili jednak nie groziło rzeczywiście małym podróżnikom ze strony dzikich żadne podejście ani żaden niespodziany napad, a natomiast otoczyła ich jak największa gościnność i cześć niemal boska. Cześć ta wzrosła jeszcze, gdy Staś spostrzegłszy wielki spadek odziedziczonego po Lindem barometru przepowiedział deszcz i gdy deszcz spadł tegoż samego jeszcze dnia dość obficie, tak jakby massika, która już dawno przeszła, chciała wytrząsnąć ostatki swych zapasów na ziemię. Murzyni byli przekonani, że darowało im tę ulewę dobre Mzimu, i wdzięczność ich dla Nel nie miała granic. Staś żartował sobie z niej, że ponieważ została bożkiem murzyńskim, przeto w dalszą drogę puści się tylko sam, a ją zostawi we wsi M'Ruy, gdzie Murzyni wybudują dla niej kapliczkę z kłów słoniowych i będą jej znosili fasolę i banany.</akap>
<akap>Ale Nel tak była go pewna, że wspiąwszy się na paluszki szepnęła mu, wedle swego zwyczaju, do ucha dwa tylko wyrazy: ,,Nie zostawisz!" --- po czym jęła podskakiwać z radości, mówiąc, że skoro Murzyni są tak dobrzy, to cała podróż aż do oceanu pójdzie łatwo i prędko. Działo się to przed namiotem i wobec tłumów, więc stary M'Rua widząc podskakujące Mzimu zaczął natychmiast także podskakiwać, jak mógł najwyżej, na swoich krzywych nogach, w przekonaniu, że daje przez to dowód pobożności. Siadem jego puścili się w hopki ministrowie, za nimi wojownicy, za nimi kobiety i dzieci, słowem, cała wieś skakała przez jakiś czas, tak jakby wszyscy dostali pomieszania zmysłów.</akap>
<akap>Stasia ubawił tak ten przykład dany przez bóstwo, że pokładał się ze śmiechu. Jednakże w nocy oddał rzeczywistą i trwałą przysługę pobożnemu królowi i jego poddanym, albowiem gdy słonie napadły na pola bananowe, pojechał ku nim na Kingu i puścił między stado kilka rac. Popłoch, jaki wznieciły ,,węże ogniste", przeszedł nawet jego oczekiwania. Olbrzymie zwierzęta ogarnięte szałem trwogi napełniły całą dżunglę rykiem i tętentem, a uciekając na oślep, przewracały się i tratowały wzajem. Potężny King ścigał uciekających towarzyszów z nadzwyczajną ochotą, nie szczędząc im uderzeń trąbą i kłami. Po takiej nocy można było być pewnym, że przez długi czas żaden słoń nie pojawi się w plantacjach bananów i palm dum, należących do wsi starego M'Ruy.</akap>
<akap>We wsi panowała też radość wielka i Murzyni spędzili całą noc na tańcach, na popijaniu piwa z prosa i palmowego wina. Kali dowiedział się jednak od nich wielu ważnych rzeczy, pokazało się bowiem że niektórzy słyszeli o jakiejś wielkiej wodzie leżącej na wschód i otoczonej górami. Dla Stasia był to dowód, że owo jezioro, o którym nie uczył się w geografii istnieje rzeczywiście, a po wtóre, że idąc w kierunku jaki obrali, trafią wreszcie na naród Wa-himów. Wnosząc z tego, że mowa Mei i Kalego prawie nie różniła się od mowy M'Ruy, doszedł do przekonania, że nazwa ,,Wa-hima" jest prawdopodobnie jakimś mianem miejscowym i że ludy mieszkające nad brzegami Bassa-Narok należą do wielkiego szczepu Szylluków, który poczyna się nad Nilem, a rozciąga się nie wiadomo jak daleko na wschód[12].</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXXIX</naglowek_rozdzial>
<akap>Cała ludność odprowadziła daleko dobre Mzimu i pożegnała je ze łzami, prosząc natarczywie, by raczyło przybyć kiedy jeszcze do M'Ruy i pamiętać o jego ludzie. Staś przez chwilę wahał się, czy nie wskazać Murzynom wąwozu, gdzie pochował te towary i zapasy po Lindem, których z braku tragarzy nie mógł zabrać, ale pomyślawszy, że posiadanie takich skarbów mogłoby wywołać między nimi zawiści i niesnaski, zbudzić łakomstwo i zamącić spokój ich życia, porzucił ten zamiar, a natomiast zastrzelił wielkiego bawołu i pozostawił im jego mięso na pożegnalną ucztę. Widok tak wielkiej ilości nyamy pocieszył ich też rzeczywiście.</akap>
<akap>NaturaPrzez następne trzy dni karawana szła znów krajem pustym. Dni były upalne, ale noce z powodu wysokiego położenia okolicy tak zimne, że Staś kazał Mei przykrywać Nel dwoma kocami. Przebywali teraz często wąwozy górskie, czasem jałowe i skaliste, a czasem pokryte tak zbitą roślinnością, że trzeba się było przez nie z największym trudem przedzierać. Na brzegach tych wąwozów widywali wielkie małpy, a niekiedy lwy i pantery, które gnieździły się w jaskiniach skalnych. Staś zabił jedną z nich na prośbę Kalego, który przybrał się następnie w jej skórę, aby Murzyni mogli od razu poznać, że mają do czynienia z osobą krwi królewskiej.</akap>
<akap>Za wąwozami na wysokiej równinie poczęły się znów ukazywać wioski murzyńskie. Niektóre leżały blisko siebie, niektóre o dzień lub dwa drogi. Wszystkie były otoczone wysokim częstokołem dla ochrony od lwów i tak spowite w pnącze, że nawet z bliska wyglądały jak kępy dziewiczego lasu. Dopiero z dymów wznoszących się w pośrodku można było zmiarkować, że tam mieszkają ludzie. Karawanę przyjmowano wszędzie mniej więcej tak jak we wsi M'Ruy, to jest z początku z trwogą i nieufnie, a następnie z podziwem, zdumieniem i czcią. Raz tylko zdarzyło się, że cała wioska na widok słonia, Saby, koni i białych ludzi uciekła do pobliskiego lasu, tak że nie było z kim rozmówić się. Jednakże ani jedna włócznia nie została przeciw podróżnikom wymierzona. Murzyni bowiem, póki mahometanizm nie wypełni ich dusz nienawiścią do niewiernych i okrucieństwem, są raczej bojaźliwi i łagodni. Najczęściej bywało więc tak, że Kali zjadał ,,kawałek" miejscowego króla, miejscowy król ,,kawałek" Kalego, po czym stosunki układały się jak najprzyjaźniej, a dobremu Mzimu składano wszędy dowody hołdu i bogobojności pod postacią kur, jaj i miodu, wydobywanego z klocków drzewa zawieszonych za pomocą sznurów palmowych na gałęziach wielkich drzew. ,,Pan wielki", władca słonia, piorunów i wężów ognistych, wzbudzał przeważnie strach, który jednak rychło zmieniał się w wdzięczność, gdy przekonywano się, że hojność jego dorównywa potędze. Tam gdzie wioski były bliższe, przybycie nadzwyczajnych podróżnych oznajmiała jedna drugiej za pomocą bicia w bębny, Murzyni bowiem potrafią wszystko za pomocą bębnienia wypowiedzieć. Zdarzało się też, że cała ludność wylegała na ich spotkanie, usposobiona z góry jak najprzyjaźniej.</akap>
<akap>W jednej wsi liczącej do tysiąca głów miejscowy władca, który był w jednej osobie czarownikiem i królem, zgodził się na pokazanie im ,,wielkiego fetysza", którego otaczała nadzwyczajna cześć i bojaźń, tak że do hebanowej, pokrytej skórą nosorożca kapliczki ludzie nie śmieli się zbliżać i ofiary składali w odległości pięćdziesięciu kroków. Król opowiadał o tym fetyszu, że spadł niedawno z księżyca, że był biały i że miał ogon. Staś oznajmił, że to on właśnie wysłał go na rozkaz dobrego Mzimu i mówiąc tak nie rozminął się bynajmniej z prawdą, gdyż pokazało się, że ,,wielki fetysz" był po prostu jednym z latawców puszczonych z Góry Lindego. Oboje z Nel ucieszyli się myślą, że inne mogły przy odpowiednim wietrze zalecieć jeszcze dalej, i postanowili puszczać je z wyżyn w dalszym ciągu. Staś zmajstrował i puścił jeden zaraz tego samego wieczoru, co ostatecznie przekonało Murzynów, że i dobre Mzimu, i biały pan przybyli na ziemię także z księżyca i że są bóstwami, którym dość pokornie służyć nie można.</akap>
<akap>Ale więcej od tych oznak pokory i hołdu uradowała Stasia wiadomość, że Bassa-Narok leży o kilkanaście tylko dni drogi i że mieszkańcy tej wsi, w której obecnie się zatrzymali, otrzymują czasem z tamtych stron sól w zamian za wino z palm dum. Król miejscowy słyszał nawet o Fumbie jako o władcy ludzi zwanych ,,Doko" --- Kali potwierdził, że dalsi sąsiedzi tak nazywają Wa-himów i Samburu. Mniej pocieszające były wieści, że nad brzegami wielkiej wody wre wojna i że trzeba iść do Bassa-Narok przez niezmiernie dzikie góry i strome wąwozy, pełne drapieżnych zwierząt. Ale z drapieżnych zwierząt Staś niewiele już sobie robił, a góry choćby najdziksze, wolał od niskich równin, na których czyha na podróżników febra.</akap>
<akap>Z dobrą więc otuchą wyruszyli w dalszą drogę. Za ową ludną wsią spotkali już tylko jedną osadę, bardzo lichą i zawieszoną jak gniazdo na skraju urwiska. Potem zaczęło się podgórze, poprzecinane z rzadka głębokimi rozpadlinami. Na wschodzie wznosił się mroczny łańcuch szczytów, który z dala wydawał się prawie zupełnie czarny. Była to nieznana kraina, do której właśnie szli nie wiedząc, co ich tam może spotkać, zanim dojdą do dzierżaw Fumby. Na halach, które przechodzili nie brakło drzew, ale z wyjątkiem sterczących samotnie smokowców i akacyj stały one kępami, tworząc jakby małe gaje. Podróżnicy zatrzymywali się wśród tych kęp dla posiłku i wywczasu oraz dla obfitego cienia.</akap>
<akap>Wśród drzew roiło się ptactwo. Rozmaite gatunki gołębi, wielkie dzioborożce, które Staś nazywał tukanami, kraski, szpaki, synogarlice i niezliczone prześliczne bengalis kręciły się w gąszczu liści lub przelatywały z jednej kępy na drugą, pojedynczo lub stadami, mieniąc się jak tęcza. Niektóre drzewa wydawały się z daleka okryte różnokolorowym kwieciem. Nel zachwycała się szczególnie widokiem rajskich muchołówek[13] i czarnych, podszytych pąsowo, sporych ptaków[14], które odzywały się głosem pastuszej fujarki. Cudne żołny[15], z wierzchu różowe, a pod spodem jasnoniebieskie, uwijały się w blasku słonecznym, chwytając w lot pszczoły i koniki polne. Na wierzchołkach drzew rozlegały się wrzaski zielonych papug, a czasem dochodził głos jakby srebrnych dzwonków, którym witały się wzajem małe zielonoszare ptaszyny, ukryte pod liściami adausonji.</akap>
<akap>Przed wschodem i po zachodzie słońca przelatywały stada miejscowych wróbelków[16], tak niezliczone, że gdyby nie pisk i szum skrzydełek, można by je poczytać za chmury. Staś przypuszczał, że to te krasnodzióbki dzwonią tak, rozpraszając się w dzień po pojedynczych kępach.</akap>
<akap>Lecz największym zdumieniem i zachwytem napełniały oboje dzieci inne, latające w małych stadkach ptaki, które dawały prawdziwe koncerty. Każde stadko składało się z pięciu lub sześciu samic i jednego, połyskującego metalicznymi piórami samca[17]. Siadały one szczególnie na pojedynczych akacjach w ten sposób, że on umieszczał się na wierzchołku drzewa, one poniżej --- i po pierwszych tonach, które wydawały się jakby strojeniem gardziołek, on rozpoczynał śpiew, a one słuchały w milczeniu. Dopiero gdy skończył, powtarzały jednogłośnym chórem ostatnią zwrotkę jego śpiewu. Po małej przerwie on znów zaczynał i kończył, one znów powtarzały, po czym całe stadko przelatywało falistym, lekkim lotem na następną, najbliższą akację i koncert złożony z solisty i chóru, rozbrzmiewał w południowej ciszy powtórnie. Dzieci nie mogły się tego dość nasłuchać. Nel pochwyciła przewodnią nutę koncertu i razem z chórem samiczek wyśpiewywała swym cienkim głosikiem ostatnie tony; brzmiące jak szybko powtarzane dźwięki: ,,tui, tui, tui, tui, twiling-ting! ting!"</akap>
<akap>Pewnego razu dzieci idąc od drzewa do drzewa za skrzydlatymi muzykantami odeszły na kilometr od obozu, pozostawiwszy w nim troje Murzynów, Kinga i Sabę, którego Staś, wybierając się za jedną drogą na polowanie, nie chciał wziąć z sobą, by szczekaniem nie płoszył mu zwierzyny. Gdy więc stadko przeleciało wreszcie z ostatniej akacji na drugą stronę szerokiego wąwozu, chłopiec zatrzymał się i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Teraz odprowadzę cię do Kinga, a potem obaczę, czy w wysokiej dżungli nie ma antylop albo zebr, bo Kali mówi, że wędzonego mięsa nie starczy więcej niż na dwa dni.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Przecież już jestem duża --- odpowiedziała Nel, której zawsze chodziło bardzo o to, by pokazać, że nie jest małym dzieckiem --- więc wrócę sama. Obóz stąd widać doskonale i dym także.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Boję się, że zabłądzisz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie zbłądzę. W wysokiej dżungli może bym zabłądziła, ale tu, patrz, jaka trawa niska.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeszcze cię co napadnie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Sam mówiłeś, że lwy i pantery w dzień nie polują. Przy tym słyszysz, jak King trąbi z tęsknoty za nami. Jaki tam lew odważyłby się polować tam, gdzie dochodzi głos Kinga?</akap_dialog>
<akap>I poczęła się napierać.</akap>
<akap_dialog>--- Mój Stasiu, pójdę sama jak kto dorosły.</akap_dialog>
<akap>Staś wahał się przez chwilę, ale w końcu przystał. Obóz i dym było rzeczywiście widać. King, który tęsknił za Nel, trąbił co chwila. W niskiej trawie nie groziło zabłądzenie, a co do lwów, panter i hien, nie mogło być po prostu o nich mowy, gdyż zwierzęta te szukają łupu tylko w nocy. Chłopiec wiedział zresztą, że niczym nie zrobi dziewczynce takiej przyjemności, jak gdy pokaże, że nie uważa jej za małe dziecko.</akap>
<akap_dialog>--- Dobrze więc --- rzekł --- idź sama, ale idź prosto i nie marudź po drodze.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A czy mogę tylko narwać tych kwiatów? --- zapytała ukazując na krzak kusso[18], okryty niezmierną ilością różowego kwiecia.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Możesz.</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy zawrócił ją, pokazał jej raz jeszcze dla pewności kępę drzew, z której wychodził dym obozowy i w której rozlegało się trąbienie Kinga, po czym nurknął w wysoką dżunglę obrastającą brzeg wąwozu...</akap>
<akap>Lecz nie uszedł jeszcze stu kroków, a już ogarnął go niepokój. ,,To przecie głupio z mojej strony --- pomyślał --- żem pozwolił Nel chodzić samej po Afryce głupio! głupio! To takie dziecko! Nie powinienem jej ani na krok odstępować, chyba że jest przy niej King. Kto wie, co się może trafić! Kto wie, czy pod tym różowym krzakiem nie siedzi jaki wąż, wielkie małpy mogą się tu wychylić z wąwozu i porwać mi ją albo pokąsać. Brońże Boże! --- Zrobiłem okropne głupstwo!"</akap>
<akap>I niepokój jego przeszedł w gniew na samego siebie, a zarazem w okropny lęk. Nie namyślając się dłużej, zawrócił, jakby tknięty nagłym złym przeczuciem. Idąc spiesznie, z tą niesłychaną wprawą, jakiej już nabrał wskutek codziennych polowań, trzymał gotową do strzału strzelbę i posuwał się wśród kolczastych mimoz bez żadnego szelestu, zupełnie jak pantera, gdy nocą skrada się do stada antylop. Po chwili wysunął głowę z wysokich zarośli, spojrzał --- i skamieniał.</akap>
<akap>Nel stała pod krzem kusso z wyciągniętymi przed siebie rączkami; różowe kwiaty, które upuściła z przerażenia, leżały u jej nóg, a w odległości dwudziestu kilku kroków wielki płowoszary zwierz pełznął ku niej wśród niskiej trawy.</akap>
<akap>Staś widział wyraźnie jego zielone oczy wpatrzone w białą jak kreda twarz dziewczynki, jego zwężoną z przypłaszczonymi uszyma głowę, jego podniesiona w górę z powodu przyczajonej i pełzającej postawy łopatki, jego długie ciało i jeszcze dłuższy ogon, którego koniec poruszał się lekkim kocim ruchem. Chwila jeszcze --- jeden skok i byłoby po Nel.</akap>
<akap>Na ten widok zahartowany i przywykły do niebezpieczeństw chłopak w mgnieniu oka zrozumiał, że jeśli nie odzyska zimnej krwi, jeśli nie zdobędzie się na spokój, przytomność, jeśli źle strzeli i tylko zrani napastnika, choćby nawet ciężko, to dziewczynka musi zginąć. Lecz umiał już do tego stopnia nad sobą zapanować, że pod wpływem tych myśli ręce jego i nogi stały się nagle spokojne jak stalowe sprężyny. Jednym rzutem oka dojrzał ciemną cętkę w pobliżu ucha zwierzęcia --- jednym lekkim ruchem skierował ku niej lufy strzelby i wypalił.</akap>
<akap>Huk wystrzału, krzyk Nel i krótki chrapliwy ryk ozwały się w tej samej chwili. Staś skoczył ku Nel i zastawiwszy ją własnym ciałem zmierzył znów do napastnika.</akap>
<akap>Lecz drugi strzał okazał się całkiem zbyteczny, albowiem straszliwy kot rozpłaszczył się i leżał jak łachman, nosem przy ziemi, z pazurami wbitymi w trawę, prawie bez drgawek. Pękająca kula odwaliła mu cały tył głowy wraz z kręgami karku. Nad oczyma bieliły mu się krwawe, poszarpane zwoje mózgu.</akap>
<akap>A mały myśliwiec i Nel stali przez jakiś czas spoglądając na to zabite zwierzę, to na siebie i nie mogąc ani słowa przemówić. Lecz potem stała się rzecz dziwna. Oto ten sam Staś, który przed chwilą byłby zdumiał swą zimną krwią i spokojem najwytrawniejszych strzelców całego świata, pobladł nagle, nogi zaczęły mu się trząść, z oczu puściły mu się łzy, a następnie chwycił głowę w dłonie i zaczął powtarzać:</akap>
<akap_dialog>--- O, Nel, Nel! gdybym ja nie był wrócił!...</akap_dialog>
<akap>I opanowało go takie przerażenie, taka jakaś spóźniona rozpacz, że każda żyłka drgała w nim, jak gdyby dostał febry. Po niesłychanym napięciu woli i wszystkich sił duszy i ciała przyszła nań chwila słabości i folgi. W oczach stanął mu obraz strasznego zwierza spoczywającego z zakrwawioną mordą w jakiejś ciemnej jaskini i szarpiącego ciało Nel. A przecież tak być mogło i tak by się stało, gdyby nie był powrócił! Jedna minuta, jedna sekunda więcej --- i byłoby za późno. Tej myśli nie mógł po prostu przenieść.</akap>
<akap>Skończyło się wreszcie na tym, że Nel, ochłonąwszy z przerażenia, musiała go pocieszać. Małe, poczciwe stworzenie zarzuciło mu obie rączki na szyję i płacząc także, poczęło na niego wołać tak głośno, jakby go chciało ze snu rozbudzić:</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu! Stasiu! mnie nic! Patrz, że mi nic. Stasiu! Stasiu!</akap_dialog>
<akap>Lecz on przyszedł do siebie i uspokoił się po długim dopiero czasie. Zaraz potem nadszedł Kali, który usłyszawszy strzał niedaleko od obozu i wiedząc, że bwana kubwa nie strzela nigdy na próżno, przyprowadził z sobą konia dla zabrania zwierzyny. Młody Murzyn spojrzawszy na zabite zwierzę cofnął się nagle i twarz stała mu się od razu popielata:</akap>
<akap_dialog>--- Wobo! --- zakrzyknął.</akap_dialog>
<akap>Dzieci zbliżyły się dopiero teraz do sztywniejącego już trupa. Staś bowiem nie miał dotychczas dokładnego pojęcia, jaki właściwie drapieżnik padł od jego strzału. Chłopcu wydawało się na pierwszy rzut oka, że jest to wyjątkowo wielki serwal[19], jednakże po bliższym przypatrzeniu się poznał, że tak nie jest, albowiem zabity zwierz przechodził rozmiarami nawet lamparta. Płowa jego skóra była usiana cętkami barwy kasztanowatej, ale głowę miał od lamparta węższą, co czyniło go podobnym nieco do wilka, nogi wyższe, łapy szersze i olbrzymie oczy. Jedno z nich kula wysadziła zupełnie na wierzch, drugie patrzyło jeszcze na dzieci, bezdenne, nieruchome i straszne. Staś doszedł do przekonania, że to jest jakiś gatunek pantery, o którym zoologia tak samo nic nie wiedziała jak geografia o jeziorze Bassa-Narok.</akap>
<akap>Kali patrzył wciąż z niezmiernym przestrachem na rozciągnięte zwierzę powtarzając cichym głosem, jakby się bał je przebudzić:</akap>
<akap_dialog>--- Wobo!... Pan wielki zabić wobo.</akap_dialog>
<akap>Lecz Staś zwrócił się do dziewczynki, położył jej dłoń na główce, jakby chcąc się ostatecznie upewnić, że wobo jej nie porwał, po czym rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Widzisz, Nel, widzisz, że choćbyś była całkiem duża, to po dżungli nie możesz sama chodzić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Prawda, Stasiu --- odpowiedziała ze skruszoną minką Nel. --- Ale z tobą albo z Kingiem mogę?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Mów, jak to było? Czyś usłyszała, jak się zbliżał?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie... Tylko z kwiatów wyleciała wielka złota mucha, więc odwróciłam się za nią i zobaczyłam go, jak wyłaził z wąwozu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I co?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I stanął, i zaczął na mnie patrzeć.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Długo patrzył?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Długo, Stasiu. Dopiero jak upuściłam kwiaty i zasłoniłam się od niego rękoma, zaczął się ku mnie czołgać...</akap_dialog>
<akap>Stasiowi przyszło do głowy, że gdyby Nel była Murzynką, zostałaby natychmiast porwana, i że ocalenie zawdzięcza także i zdziwieniu zwierzęcia, które ujrzawszy po raz pierwszy nie znaną sobie istotę nie było na razie pewne, co ma uczynić.</akap>
<akap>I mróz przeszedł znów przez kości chłopca.</akap>
<akap_dialog>--- Bogu dzięki! Bogu dzięki, żem wrócił!...</akap_dialog>
<akap>Po czym pytał dalej:</akap>
<akap_dialog>--- Coś sobie w tej chwili myślała?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Chciałam na ciebie zawołać i... nie mogłam... ale...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale co?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale myślałam, że ty mnie obronisz... Sama nie wiem...</akap_dialog>
<akap>To powiedziawszy zarzuciła mu znów ramionka na szyję, a on począł głaskać jej czuprynkę.</akap>
<akap_dialog>--- Nie boisz się już?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Moje małe Mzimu! moje Mzimu! --- widzisz, co to jest Afryka!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak, ale ty zabijesz każde szkaradne zwierzę.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zabiję.</akap_dialog>
<akap>Oboje znów zaczęli się przyglądać drapieżnikowi. Staś chcąc zachować na pamiątkę jego skórę kazał ją Kalemu ściągnąć, ale ów z obawy, by drugi wobo nie wylazł do niego z wąwozu, prosił, by go nie zostawiali samego, a na pytanie, czy rzeczywiście boi się więcej wobo niż lwa, rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Lew ryczeć w nocy i nie przeskoczyć przez częstokół, a wobo przeskoczyć w biały dzień i zabić dużo Murzynów w środku wsi, a potem porwać jednego i zjeść. Od wobo włócznia nie obroni ani łuk, tylko czary, bo wobo zabić nie można.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Głupstwo --- rzekł Staś. --- Przypatrzże się temu, czy nie dobrze zabity?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Biały pan zabić wobo, czarny człowiek nie zabić! --- odpowiedział Kali.</akap_dialog>
<akap>Skończyło się na tym, że olbrzymiego kota przywiązano sznurem do konia --- i koń zawlókł go do obozu. Stasiowi jednak nie udało się zachować jego skóry, a to z przyczyny Kinga, który domyśliwszy się widocznie, że wobo chciał porwać jego panienkę, wpadł w taki szał gniewu, że nawet rozkazy Stasia nie zdołały go pohamować. Porwawszy trąbą zabite zwierzę wyrzucił je dwukrotnie w górę, po czym zaczął bić nim o drzewo, a w końcu potratował je nogami i zmienił w rodzaju bezkształtnej masy przypominającej marmeladę. Staś zdołał ocalić tylko szczęki, które z resztkami łba położył na drodze kolumny mrówek, te zaś w ciągu godziny oczyściły kości tak znakomicie, że nie zostało na żadnej ani atomu mięsa lub krwi.</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XL</naglowek_rozdzial>
<akap>W cztery dni później Staś zatrzymał się na dłuższy wypoczynek na wzgórzu podobnym nieco do Góry Lindego, ale mniejszym i ciaśniejszym. Tego samego wieczora Saba zagryzł po ciężkiej walce wielkiego samca pawiana, którego napadł w chwili, gdy ów bawił się szczątkami latawca, drugiego z rzędu z tych, które dzieci puściły przed wyruszeniem do oceanu. Staś i Nel korzystając z postoju postanowili kleić ciągle coraz nowe, ale puszczać je tylko wówczas, gdy silny musson będzie dął z zachodu na wschód. Staś liczył na to, że jeśli choć jeden wpadnie w ręce europejskie lub arabskie, zwróci na siebie niezawodnie nadzwyczajną uwagę i przyczyni się do wysłania umyślnej na ich ratunek wyprawy. Dla tym większej pewności obok napisów angielskich i francuskich dodawał i arabskie, co nie przychodziło mu z trudnością, albowiem język arabski znał doskonale.</akap>
<akap>Wkrótce po wyruszeniu z postoju Kali oświadczył, że w łańcuchu gór, które widzieli na wschodzie, poznaje niektóre szczyty otaczające wielką czarną wodę, czyli Basa-Narok, wszelako nie zawsze był tego pewien gdyż zależnie od tego, z którego miejsca patrzyli, góry przybierały kształty odmienne. Po przejściu niewielkiej doliny zarośniętej krzakami kusso i wyglądającej jak jedno różowe jezioro trafili na chatę samotnych myśliwców. Było w niej dwóch Murzynów, z tych jeden ukąszony przez nitkowca[20] i chory. Ale obaj byli tak dzicy i głupi, a przy tym tak przerażeni przybyciem niespodzianych gości i tak pewni, że zostaną zamordowani, że w pierwszych chwilach niepodobna było od nich niczego się dowiedzieć. Dopiero kilka płatów wędzonego mięsa rozwiązało język temu, który był nie tylko chory, ale i zgłodniały, gdyż towarzysz udzielał mu żywności bardzo skąpo. Od niego więc dowiedzieli się, że o dzień drogi leżą luźne wioski rządzone przez niezależnych wzajem od siebie królików, a następnie, za stromą górą, poczyna się ziemia Fumby, rozciągająca się na zachód i południe od wielkiej wody. Stasiowi, gdy to usłyszał, wielki ciężar spadł z serca, a do duszy wstąpiła nowa otucha. Bądź co bądź byli już niemal na progu krainy Wa-himów.</akap>
<akap>Jak dalej pójdzie podróż, oczywiście trudno było przewidzieć, wszelako chłopiec mógł się w każdym razie spodziewać, że nie będzie ona cięższa ani nawet dłuższa od tej okropnej drogi znad brzegów Nilu, którą jednak przebył dzięki swej wyjątkowej zaradności i w czasie której uchronił od zguby Nel. Nie wątpił, że dzięki Kalemu Wa-himowie przyjmą ich jak najgościnniej i dadzą im wszelką pomoc. Zresztą poznał już dobrze Murzynów, wiedział, jak należy z nimi postępować, i był prawie pewien, że nawet bez Kalego dałby sobie z nimi jakoś rady.</akap>
<akap_dialog>--- Wiesz --- mówił do Nel --- że od Faszody odbyliśmy już więcej niż połowę drogi, a podczas tej, którą mamy jeszcze przed sobą, spotkamy może bardzo dzikich Murzynów, ale nie spotkamy już derwiszów.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ja wolę Murzynów --- odpowiedziała dziewczynka.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak, póki uchodzisz za bożka. Porwano mnie z Fajumu razem z panienką, której było na imię Nel, a odwiozę jakieś Mzimu. Powiem ojcu i panu Rawlisonowi, żeby cię nigdy nie nazywali inaczej.</akap_dialog>
<akap>A jej oczy poczęły się zaraz rozjaśniać i śmiać.</akap>
<akap_dialog>--- Może zobaczymy tatusiów w Mombassie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Może. Gdyby nie ta wojna nad brzegami Bassa-Narok, bylibyśmy tam prędzej. Potrzeba też było Fumbie w to się wdawać!</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy skinął na Kalego:</akap>
<akap_dialog>--- Kali, czy chory Murzyn słyszał o wojnie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Słyszał. Być wielka wojna, bardzo wielka: Fumby z Samburu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Więc co będzie? Jakże przejedziemy przez kraj Samburu?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Sabmuru uciec przed panem wielkim, przed Kingiem i przed Kalim.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I przed tobą?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I przed Kalim, ponieważ Kali ma strzelbę, która grzmieć i zabijać.</akap_dialog>
<akap>Staś począł rozmyślać nad udziałem, jaki mu wypadnie wziąć w zapasach między pokoleniem Wa-himów a Samburu, i postanowił pokierować sprawą w ten sposób, by wojna nie utrudniała podróży. Rozumiał, że przybycie ich będzie całkiem niespodziewanym wypadkiem, który od razu zapewni Fumbie przewagę. Należało tylko wyzyskać odpowiednio przewidywane zwycięstwo.</akap>
<akap>W wioskach, o których mówił chory myśliwiec, zasięgnęli nowych wiadomości o wojnie. Były one coraz dokładniejsze, ale dla Fumby niepomyślne. Mali podróżnicy dowiedzieli się, że prowadził on walkę odporną i że Samburu, pod wodzą swego króla nazwiskiem Mamba, zajęli już znaczną przestrzeń kraju Wa-himów i zdobyli mnóstwo krów. Opowiadano, że wojna wre głównie na południowym krańcu wielkiej wody, gdzie na wysokiej i szerokiej skale leży wielka boma[21] Fumby.</akap>
<akap>Wiadomości te mocno zmartwiły Kalego, który też prosił Stasia, by jak najprędzej przebyli ową górę dzielącą ich od okolic objętych pożarem wojny, zaręczając, że potrafi znaleźć drogę, którą przeprowadzi nie tylko konie, ale i Kinga. Był już w stronach, które znał dobrze, i teraz rozróżniał z wielką pewnością znajome od dzieciństwa szczyty.</akap>
<akap>Jednakże przejście nie okazało się łatwe i gdyby nie pomoc ujętych darami mieszkańców ostatniej wioski, trzeba by było szukać dla Kinga innej drogi. Ci znali jednak jeszcze lepiej od Kalego wąwozy leżące z tej strony góry i po dwóch dniach uciążliwej podróży, w czasie której nocami dokuczały wielkie zimna, przeprowadzili na koniec szczęśliwie karawanę na przełęcz, a z przełęczy na dolinę leżącą już w kraju Wa-himów.</akap>
<akap>Staś zatrzymał się rano na postój w tej otoczonej zaroślami i pustej dolinie. Kali zaś, który prosił, by mu wolno było wyjechać konno na wywiady w kierunku ojcowskiej bomy, odległej o dzień drogi, wyruszył dalej jeszcze tej samej nocy. Staś i Nel oczekiwali go przez całą dobę w największym niepokoju --- i już myśleli, że zginął lub wpadł w ręce wrogów, gdy wreszcie zjawił się na wychudzonym i spienionym koniu, sam również zmęczony i tak przybity, że żal było na niego patrzeć.</akap>
<akap>Upadł też natychmiast do nóg Stasia i począł go błagać o ratunek.</akap>
<akap_dialog>--- O, panie wielki! --- mówił --- Samburu zwyciężyć wojowników Fumby, zabić ich mnóstwo i rozpędzić tych, których nie zabić, a Fumbę oblegać w wielkiej bomie na górze Boko. Fumba i jego wojownicy nie mieć co jeść w bomie i zginąć, jeśli pan wielki nie zabić Mamby i wszystkich Samburu razem z Mambą.</akap_dialog>
<akap>Tak błagając obejmował kolana Stasia, a ów zmarszczył brwi i zastanawiał się głęboko nad tym, co mu wypada uczynić, gdyż jak zawsze i wszędzie chodziło mu o Nel.</akap>
<akap_dialog>--- Gdzie są --- zapytał wreszcie --- ci wojownicy Fumby, których rozpędzili Samburu?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali ich znalazł i oni tu nadejść zaraz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ilu ich jest?</akap_dialog>
<akap>Młody Murzyn poruszył kilkanaście razy palcami obu rąk i nóg, ale widocznie nie mógł dokładnie oznaczyć liczby, z tej prostej przyczyny, że nie umiał rachować więcej niż do dziesięciu i każda większa ilość przedstawiała mu się tylko jako wengi, to jest mnóstwo.</akap>
<akap_dialog>--- Więc jeśli tu przyjdą, to stań na ich czele i idź ojcu na odsiecz --- rzekł Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Oni się bać Samburu i z Kalim nie pójść, ale z panem wielkim pójść i zabić wengi, wengi Samburu.</akap_dialog>
<akap>Staś zamyślił się znowu.</akap>
<akap_dialog>--- Nie --- rzekł w końcu --- ja nie mogę ani brać bibi do bitwy, ani zostawić jej samej --- i nie uczynię tego za nic w świecie.</akap_dialog>
<akap>Na to Kali podniósł się i złożywszy ręce począł powtarzać raz po razie:</akap>
<akap_dialog>--- Luela! Luela! Luela!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co to jest Luela? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wielka boma dla kobiet Wa-hima i Samburu --- odpowiedział młody Murzyn.</akap_dialog>
<akap>I jął opowiadać nadzwyczajne rzeczy. Oto Fumba i Mamba prowadzili z sobą od dawnych lat ciągłe wojny. Niszczono sobie wzajem plantacje, porywano bydło. Ale była na południowym brzegu jeziora miejscowość zwana Luela, do której w czasie nawet najzażartszych walk kobiety obu narodów schodziły się na targ z zupełnym bezpieczeństwem. Było to miejsce święte. Wojna toczyła się tylko z mężczyznami, żadne zaś klęski ani zwycięstwa nie wpływały na los niewiast, które w Lueli, za glinianym ogrodzeniem otaczającym obszerne targowisko, znajdowały najzupełniej bezpieczny przytułek. Wiele chroniło się tam w czasie zamieszek z dziećmi i dobytkiem. Inne przychodziły z odległych nawet wiosek, znosząc wędzone mięso, fasolę, proso, maniok i rozmaite inne zapasy. Wojownikom nie wolno było staczać bitew w takiej odległości od Lueli, z jakiej dochodziło pianie koguta. Nie wolno im było również przekraczać glinianego wału, którym rynek był otoczony. Mogli tylko stawać przed wałem, a wówczas kobiety podawały im zapasy żywności przywiązane do długich bambusów. Był to odwieczny zwyczaj i nigdy nie zdarzyło się, żeby którakolwiek strona go złamała. Zwycięzcom chodziło też zawsze o to, aby odciąć zwyciężonym drogę do Lueli i nie pozwolić zbliżyć im się do świętego miejsca na taką odległość, z jakiej dochodziło pianie koguta.</akap>
<akap_dialog>--- O panie wielki --- błagał Kali obejmując ponownie kolana Stasia --- pan wielki odprowadzić bibi do Lueli, a sam wziąć Kinga, wziąć Kalego, wziąć strzelby, wziąć węże ogniste i pobić złych Samburu.</akap_dialog>
<akap>Staś uwierzył opowiadaniu młodego Murzyna, albowiem słyszał już poprzednio, że w wielu miejscowościach Afryki wojna nie obejmuje kobiet. Pamiętał, jak niegdyś w Port-Saidzie pewien młody niemiecki misjonarz opowiadał, że w okolicach olbrzymiej góry Kilima-Ndżaro niezmiernie wojowniczy szczep Massai dochowuje święcie tego zwyczaju, na mocy którego kobiety walczących stron chodzą zupełnie swobodnie na wyznaczone targowisko i nie podlegają nigdy napaściom[22]. Istnienie tego zwyczaju na brzegach Bassa-Narok ucieszyło Stasia mocno, albowiem mógł być pewny, że Nel nie grozi żadne niebezpieczeństwo z powodu wojny. Zamierzył też wyruszyć z dziewczynką niezwłocznie do Lueli, tym bardziej że przed zakończeniem wojny nie można było i tak myśleć o dalszej podróży, do której potrzebna była pomoc nie tylko Wa-himów, ale i Samburów.</akap>
<akap>Przywykły do szybkich postanowień, wiedział już, jak ma postąpić. Uwolnić Fumbę, pobić Samburów, ale nie pozwolić Wa-himom na zbyt krwawy odwet, a potem nakazać spokój i pogodzić walczących wydało mu się rzeczą konieczną i nie tylko dla niego, ale i dla Murzynów --- najkorzystniejszą. ,,Tak ma być --- i tak się stanie!" --- rzekł do siebie w duchu, a tymczasem chcąc pocieszyć młodego Murzyna, którego mu było żal, oświadczył mu, że pomocy nie odmawia.</akap>
<akap_dialog>--- Jak daleko stąd do Lueli? --- zapytał.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pół dnia drogi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Słuchaj więc: odwieziemy tam bibi natychmiast, po czym pojadę na Kingu i odpędzę Samburu od bomy twego ojca. Ty pojedziesz ze mną i będziesz z nimi walczył.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali będzie ich zabijać ze strzelby!</akap_dialog>
<akap>I przeszedłszy od razu z rozpaczy do radości począł skakać, śmiać się i dziękować Stasiowi z takim zapałem, jakby to było już po zwycięstwie. Lecz dalsze wybuchy wdzięczności i wesela przerwało mu przybycie tych wojowników, których zebrał w czasie swej wyprawy na zwiady i którym kazał stanąć przed obliczem białego pana. Było ich około trzystu, zbrojnych w tarcze ze skóry hipopotama, w dziryty, łuki i noże, Głowy mieli przybrane w pióra, w grzywy pawianów i w paprocie. Na widok słonia w służbie człowieka, na widok białych twarzy, Saby i koni ogarnął ich taki lęk i takież samo zdumienie jak i Murzynów w tych wioskach, przez które karawana przechodziła poprzednio. Ale Kali uprzedził ich z góry, iż ujrzą dobre Mzimu i potężnego pana, ,,który zabija lwy, który zabił wobo, którego boi się słoń, który łamie skały, puszcza węże ogniste" itd. --- więc zamiast uciekać, stali długim szeregiem w milczeniu pełnym podziwu, połyskując tylko białkami oczu, niepewni, czy mają klęknąć, czy padać na twarz, ale zarazem pełni wiary, że jeśli te nadzwyczajne istoty im pomogą, to wnet skończą się zwycięstwa Samburu. Staś przejechał wzdłuż szeregu na słoniu, zupełnie jak wódz, który czyni przegląd wojska, po czym kazał Kalemu powtórzyć im swą obietnicę, że wyswobodzi Fumbę, i dał rozkaz wyruszenia do Lueli.</akap>
<akap>Kali pojechał z kilku wojownikami naprzód, aby zapowiedzieć zebranym niewiastom obu szczepów, że będą miały niewypowiedziane i niebywałe szczęście zobaczyć dobre Mzimu, które przyjedzie na słoniu. Rzecz była tak nadzwyczajna, że nawet te kobiety, które jako Wa-himki poznały w Kalim zaginionego następcę tronu, sądziły, że młody syn króla żartuje sobie z nich, i dziwiły się, że mu się chce żartować w czasach dla całego szczepu i dla Fumby tak ciężkich. Gdy jednakże po upływie kilku godzin ujrzały olbrzymiego słonia zbliżającego się do wałów, a na nim biały palankin, wpadły w szał radości i przyjęły dobre Mzimu takimi okrzykami i takim wyciem, że Staś w pierwszej chwili poczytał owe głosy za wybuch nienawiści, a to tym bardziej że niesłychana brzydota tych Murzynek czyniła je podobnymi do czarownic.</akap>
<akap>Ale były to objawy nadzwyczajnej czci. Gdy namiot Nel ustawiono w rogu targowiska, pod cieniem dwóch gęstych drzew, Wa-himki wraz z Samburkami ubrały go w girlandy i wieńce z kwiatów, po czym naznosiły tyle zapasów żywności, że wystarczyłoby ich na miesiąc nie tylko dla samego bóstwa, ale i dla jego świty. Zachwycone niewiasty biły pokłony nawet Mei, która przybrana w różowy perkal i w kilka sznurów niebieskich paciorków, wydała im się także, jako służka Mzimu, istotą daleko od zwykłych Murzynek wyższą.</akap>
<akap>Nasibu, ze względu na jego wiek dziecinny, został wpuszczony za wał i skorzystał natychmiast z ofiar przynoszonych dla Nel tak sumiennie, iż już po godzinie brzuszek jego przypominał wojenny bęben afrykański.</akap>
Przypisy
- <slowo_obce>śpiączka</slowo_obce> --- w ostatnich czasach przekonano się, że chorobę tę szczepi ludziom przez ukąszenie ta sama mucha tse-tse, która zabija woły i konie. Jednakże ukąszenie jej sprowadza śpiączkę, tylko w pewnych okolicach. Za czasów powstania Mahdiego przyczyna choroby nie była jeszcze znana.
- <slowo_obce>szczerk</slowo_obce> --- gleba piaszczysto-gliniasto-ilasta.
- <slowo_obce>dotis</slowo_obce> --- miara zbliżona do polskiego łokcia [czyli ok. 60 cm; red. W.L.].
- <slowo_obce>antylopa pufu</slowo_obce> --- <slowo_obce>bosclapha canna</slowo_obce>.
- <slowo_obce>dzik ndiri</slowo_obce> --- dziki afrykańskie mają głowę zakończoną szeroko, kły okrągłe, nie trójkątne i dość długi ogon, który szarżując zadzierają do góry.
- <slowo_obce>goryl pokonuje nawet lwa</slowo_obce> --- goryle mieszkają w lasach Afryki zachodniej, jednakowoż Livingstone [Livingstone, David (1813-1873) szkocki pastor i odkrywca; red. W.L.] spotykał je i we wschodniej. Porywają one często dzieci. Goryl we wschodniej Afryce jest mniej zaciekły od zachodniego, albowiem ranny nie zabija strzelca, ale poprzestaje na odgryzieniu mu palców.
- <slowo_obce>olbrzymie osty</slowo_obce> --- <slowo_obce>echinops giganteus</slowo_obce>; rośnie w tych okolicach i bardzo obficie w południowej Abisynii; v. [tj. <slowo_obce>vide</slowo_obce> (łac.): patrz; red. W.L.] Elisée Reclus, <tytul_dziela>Geogr</tytul_dziela> [autor powołuje się tu na pracę znanego geografa fr., z której korzystał. Pełnego tytułu pracy nie zidentyfikowano; red. W.L.].
- <slowo_obce>wrzosy wysokie na osiem metrów</slowo_obce> --- Elisée Reclus [autor powołuje się na nazwisko znanego geografa fr., z którego prac korzystał; red. W.L.].
- <slowo_obce>olbrzymie jałowce</slowo_obce> --- jałowce w Abisynii i w górach Karamojo dochodzą do pięćdziesięciu metrów wysokości. Élisée Reclus [autor powołuje się tu na nazwisko geografa fr. Élisée Reclusa (1830--1905), z którego prac korzystał; red. W.L.].
- <slowo_obce>baritus</slowo_obce> --- tak Rzymianie nazywali śpiew czy też krzyk wojenny legionów i Germanów, a także i ryk słoni [por. baryton (z gr. barys: ciężki, głęboki, silny; barytonos: o niskim brzmieniu) głos męski, pośredni między tenorem a basem; red. W.L.].
- <slowo_obce>płowego lamparta, który zamieszkuje (...) południową Abisynię</slowo_obce> --- por. E. Reclus, Lefebre: <tytul_dziela>Voyage en Abissynie</tytul_dziela> [autor powołuje się na niezidentyfikowane dzieło geografa fr. Elisée Reclusa napisane wspólnie z nieznanym bliżej Lefebrem; red. W.L.].
- <slowo_obce>szczepu Szylluków, który poczyna się nad Nilem, a rozciąga się nie wiadomo jak daleko na wschód</slowo_obce> --- okolice te za czasów Mahdiego nie były jeszcze znane.
- <slowo_obce>muchołówki</slowo_obce> --- <slowo_obce>terpsichone viridis</slowo_obce>.
- <slowo_obce>czarne, podszyte pąsowo (...) ptaki</slowo_obce> --- <slowo_obce>laniarius erythrogaster</slowo_obce>.
- <slowo_obce>żołna</slowo_obce> --- <slowo_obce>merops nubiensis</slowo_obce>; Sztolcman: <tytul_dziela>Nad Białym Nilem</tytul_dziela> [autor powołuje się tu na pracę pol. zoologa i podróżnika Jana Stanisława Sztolcmana (1854--1928), z której zapewne korzystał; red. W.L.].
- <slowo_obce>miejscowe wróbelki</slowo_obce> --- <slowo_obce>quelea aethlopica</slowo_obce>; Sztolcman: <tytul_dziela>Nad Białym Nilem</tytul_dziela> [autor powołuje się tu na pracę pol. zoologa i podróżnika Jana Stanisława Sztolcmana (1854--1928); red. W.L.].
- <slowo_obce>stadko (...) z pięciu lub sześciu samic i (...) połyskującego metalicznymi piórami samca</slowo_obce> --- Herbert Ward: <tytul_dziela>Chez les Cannibales d'Afrique centrale</tytul_dziela> [autor powołuje się tu na wydaną w 1910 r. pracę H. Warda (1863--1919), ang. podróżnika; red. W.L.].
- <slowo_obce>krzak kusso</slowo_obce> --- <slowo_obce>bariera authelmitica</slowo_obce>, wspaniała roślina, której ziarna są znakomitym lekarstwem na solitera. Rośnie przeważnie w południowej Abisynii.
- <slowo_obce>serwal</slowo_obce> --- szare zwierzę wielkości rysia z rodzaju kotów.
- <slowo_obce>nitkowiec</slowo_obce> --- <slowo_obce>filandria medinensis</slowo_obce>; robak cienki jak nitka, przeszło metr długi. Ukąszenia jego sprowadzają czasem gangrenę.
- <slowo_obce>boma</slowo_obce> --- to samo co w Sudanie: zeriba. Wielka boma może być także rodzajem fortecy lub ufortyfikowanego obozu.
- <slowo_obce>pewien młody niemiecki misjonarz (...) napaściom</slowo_obce> --- autentyczne.

