Skopiowano ze stron roboczych projektu Wolne Podręczniki
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXI</naglowek_rozdzial>
<akap_dialog>--- Stasiu, dlaczego my jedziemy i jedziemy, a Smaina jak nie ma, tak nie ma?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie wiem. Zapewne idzie szybko naprzód, żeby jak najprędzej dojść do okolic, w których będzie mógł nałapać Murzynów. Czy chciałabyś, żebyśmy się już połączyli z jego oddziałem?</akap_dialog>
<akap>Dziewczynka skinęła swoją płową główką na znak, że bardzo jej o to chodzi.</akap>
<akap_dialog>--- Co ci na tym zależy? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>Sługa--- Bo może Gebhr nie będzie śmiał przy Smainie tak okropnie bić tego biednego Kali.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Smain pewnie nie lepszy. Oni wszyscy nie mają miłosierdzia dla swoich niewolników.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak?</akap_dialog>
<akap>Było to dziewiątego dnia podróży. Gebhr, który teraz był wodzem karawany, odnajdował z początku łatwo ślady pochodu Smaina. Wskazywały jego drogę szlaki wypalonej dżungli i obozowiska pełne ogryzionych kości i rozmaitych szczątków. Ale po upływie pięciu dni trafiono na niezmierną przestrzeń spalonego stepu, na którym wiatr rozniósł pożar na wszystkie strony. Ślady stały się mętne i zawiłe, gdyż widocznie Smain rozdzielił swój oddział na kilkanaście mniejszych, by ułatwić im otaczanie zwierzyny i zdobywanie żywności. Gebhr nie wiedział, w jakim kierunku iść, i często zdarzało się, że karawana po długim kołowaniu wracała na to samo miejsce, z którego wyszła. Potem trafili na lasy, a po przebyciu ich weszli w kraj skalisty, gdzie grunt pokrywały płaskie głazy lub drobne kamienie rozrzucone na wielkich rozległościach tak gęsto, że dzieciom przypominały się bruki miejskie. Roślinności było tam skąpo. Tylko gdzieniegdzie w rozpadlinach skał rosły euforbie, starce, mimozy, a rzadziej jeszcze wysmukłe jasnozielone drzewa, które Kali nazywał w języku ki-swahili ,,m'ti" i których liśćmi karmiono konie. W okolicy brakło całkiem rzeczułek i strumieni, na szczęście poczęły już od czasu do czasu padać deszcze, więc znajdowano wodę we wgłębieniach i wydrążeniach skał.</akap>
<akap>PolowanieZwierzynę wypłoszyły oddziały Smaina i karawana byłaby marła głodem, gdyby nie mnóstwo pentarek, które co chwila zrywały się spod nóg koni, a pod wieczór obsiadały drzewa tak gęsto, że dość było strzelić w odpowiednim kierunku, ażeby kilka spadło na ziemię. Nie były przy tym wcale płochliwe i pozwalały się zajść blisko, a podrywały się tak ciężko i opieszale, że Saba, biegnący przed karawaną, chwytał je i dusił prawie każdego dnia.</akap>
<akap>Chamis zabijał ich po kilkanaście dziennie ze starej kapiszonowej strzelby, którą był wyszachrował od jednego z podwładnych Hatimowi derwiszów podczas drogi z Omdurmanu do Faszody. Śrutu jednak nie posiadał już więcej jak na dwadzieścia nabojów i niepokoił się myślą, co będzie, gdy cały zapas się wyczerpie. Wprawdzie pomimo przepłoszenia zwierzyny pojawiały się niekiedy wśród skał stadka arieli, pięknych antylop pospolitych w całej środkowej Afryce, ale do arieli trzeba było strzelać ze sztucera, oni zaś nie umieli użyć strzelby Stasia, a Gebhr nie chciał mu jej dać do ręki.</akap>
<akap>Sudańczyk również począł się niepokoić długą drogą. Przychodziło mu chwilami do głowy, by wracać do Faszody, w razie bowiem gdyby się rozminęli ze Smainem, mogli się zabłąkać w dzikich okolicach, w których nie mówiąc już o głodzie, groziły im napady dzikich zwierząt i dzikszych jeszcze Murzynów, dyszących zemstą za łowy, które na nich wyprawiono. Ale ponieważ nie wiedział, że Seki-Tamala wybiera się przeciw Eminowi, gdyż rozmowa o tym odbywała się nie przy nim, więc brał go strach na myśl, że przyjdzie mu stanąć przed obliczem potężnego emira, który kazał mu odwieźć dzieci do Smaina i dał mu do niego list, zapowiedziawszy przy tym, że jeśli nie wywiąże się należycie z obowiązku --- pójdzie na powróz. Wszystko to razem wzięte przepełniało mu duszę goryczą i złością. Nie śmiał już jednak mścić się za swe zawody na Stasiu i Nel, natomiast Sługaplecy biednego Kalego broczyły co dzień krwią pod korbaczem. Młody niewolnik zbliżał się do srogiego pana zawsze z drżeniem i trwogą. Ale na próżno obejmował jego nogi i całował ręce, na próżno padał przed nim na twarz. Kamiennego serca nie wzruszała ni pokora, ni jęki i korbacz rozdzierał z lada powodu, a czasem i bez powodu, ciało nieszczęśliwego chłopca. Na noc wkładano mu nogi w drewnianą deskę z otworami, by nie uciekł. W dzień szedł na powrozie przy koniu Gebhra, co nadzwyczaj bawiło Chamisa. Nel oblewała łzami niedolę Kalego, Staś burzył się w sercu i kilkakrotnie ujmował się za nim zapalczywie, ale gdy spostrzegł, że to podnieca jeszcze Gebhra, zaciskał tylko zęby i milczał.</akap>
<akap>Lecz Kali zrozumiał, że tych dwoje ujmuje się za nim, i pokochał ich swym zbolałym, biednym sercem głęboko.</akap>
<akap>Od dwu dni jechali skalistym wąwozem o wysokich, stromych skałach. Z naniesionych i porozrzucanych bezładnie kamieni łatwo było poznać, że w czasie pory dżdżystej wąwóz napełniał się wodą, ale obecnie dno jego było zupełnie suche. Pod ścianami rosło po obu stronach trochę trawy, dużo cierni, a nawet gdzieniegdzie i drzewa. Gebhr zapuścił się w tę kamienną gardziel dlatego, że szła ustawicznie w górę, sądził więc, że doprowadzi go do jakiej wyżyny, z której łatwiej mu będzie dostrzec w dzień dymy, a w nocy ogniska obozu Smaina. Miejscami wąwóz stawał się tak ciasny, że tylko dwa konie mogły iść w pobok, miejscami rozszerzał się w małe, okrągłe doliny, otoczone jakby wysokimi kamiennymi murami, na których siedziały wielkie pawiany igrając z sobą, szczekając i pokazując karawanie zęby.</akap>
<akap>Była godzina piąta po południu. Słońce zniżyło się już ku zachodowi. Gebhr myślał o noclegu; chciał tylko dotrzeć do jakiejś dolinki, w której można by urządzić zeribę, to jest otoczyć karawanę wraz z końmi płotem z kolczastych mimoz i akacji, chroniących od napadu dzikich zwierząt. Saba biegł naprzód, poszczekując na małpy, które na jego widok rzucały się niespokojnie, i raz w raz znikał w zakrętach wąwozu. Echo powtarzało rozgłośnie jego szczekanie.</akap>
<akap>Nagle jednak umilkł, a po chwili przybiegł pędem do koni ze zjeżoną sierścią na grzbiecie i wtulonym pod siebie ogonem. Beduini i Gebhr zrozumieli, że musiało go coś przestraszyć, ale spojrzawszy po sobie i chcąc przekonać się, co to być mogło, ruszyli dalej. Lecz przejechawszy mały zakręt, zdarli konie i stanęli w jednej chwili jak wryci na widok, który uderzył ich oczy.</akap>
<akap>Oto na niewielkiej skale, leżącej w samym środku dość szerokiego w tym miejscu wąwozu, leżał lew.</akap>
<akap>Dzieliło ich od niego najwyżej sto kroków. Potężny zwierz ujrzawszy jeźdźców i konie podniósł się na przednie łapy i począł na nich patrzeć. Nisko stojące już słońce oświecało jego ogromną głowę, kudłate piersi --- i w tym czerwonym blasku podobny był do jednego z takich sfinksów, jakie zdobią wejścia do starożytnych świątyń egipskich.</akap>
<akap>Konie jęły przysiadać na zadach, kręcić się i cofać. Zdumieni i przerażeni jeźdźcy nie wiedzieli, co począć, więc z ust do ust przelatywały tylko trwożne i bezradne słowa: ,,Allach! Bismillach! Allach akbar!"</akap>
<akap>A król puszczy patrzał na nich z góry, nieruchomy, jakby odlany z brązu.</akap>
<akap>Gebhr i Chamis słyszeli od kupców przybywających z kością słoniową i gumą z Sudanu do Egiptu, że lwy kładą się czasem na drodze karawan, które wobec tego muszą po prostu zbaczać. Lecz tu nie było gdzie zboczyć. Wypadało chyba zawrócić i uciekać! Tak, ale w takim razie było rzeczą niemal pewną, że straszny zwierz rzuci się za nimi w pogoń.</akap>
<akap>Znów zatem zabrzmiały gorączkowe pytania:</akap>
<akap_dialog>--- Co robić?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co robić?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Allach! może ustąpi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie ustąpi.</akap_dialog>
<akap>I znowu zapadła cisza. Słychać było tylko chrapanie koni i przyspieszony oddech piersi ludzkich.</akap>
<akap_dialog>--- Spuść Kalego z powroza --- ozwał się nagle do Gebhra Chamis --- a my uciekajmy na koniach, wówczas lew jego pierwszego dogoni i jego tylko zabije.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Uczyń tak! --- powtórzyli Beduini.</akap_dialog>
<akap>Lecz Gebhr odgadł, że w takim razie Kali wdrapie się w mgnieniu oka na ścianę skalną, a lew pogna za końmi, przeto do głowy wpadł mu inny, okropny pomysł. Oto zarżnie chłopca i rzuci go przed siebie, a wtedy zwierz skoczywszy za nimi ujrzy na ziemi krwawe ciało i zatrzyma się, by je pożreć.</akap>
<akap>Więc przyciągnął Kalego powrozem do siodła i już podniósł nóż, gdy w tej samej sekundzie Staś chwycił go za szeroki rękaw dżiuby.</akap>
<akap_dialog>--- Co robisz, łotrze?</akap_dialog>
<akap>Gebhr począł się szarpać i gdyby chłopiec chwycił był go za rękę, wyrwałby się natychmiast, ale z rękawem nie poszło tak łatwo, więc szarpiąc się począł jednocześnie charczeć stłumionym ze wściekłości głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Psie, jeśli jego nie starczy, zakłuję i was! Allach! zakłuję, zakłuję!</akap_dialog>
<akap>A Staś pobladł śmiertelnie, albowiem błyskawicą przebiegła mu myśl, że lew, goniąc przede wszystkim za końmi, może istotnie pominąć w pędzie trupa Kalego, a w takim razie Gebhr z największą pewnością zarżnie kolejno ich oboje.</akap>
<akap>Więc ciągnąc ze zdwojoną siłą za rękaw krzyknął:</akap>
<akap_dialog>--- Daj mi strzelbę!... zabiję lwa!</akap_dialog>
<akap>Beduinów zdumiały te słowa, ale Chamis, który widział jeszcze w Port-Saidzie, jak Staś strzela, począł natychmiast wołać:</akap>
<akap_dialog>--- Daj mu strzelbę! On zabije lwa!</akap_dialog>
<akap>Gebhr przypomniał sobie od razu strzały na jeziorze Karouni wobec straszliwego niebezpieczeństwa prędko zaniechał oporu. Z wielkim nawet pośpiechem podał chłopcu sztucer, a Chamis otworzył co duchu pudło z nabojami, z którego Staś zaczerpnął pełną garścią.</akap>
<akap>Potem zeskoczył z konia, wsunął ładunki w lufy i ruszył naprzód.</akap>
<akap>Odwaga, StrachPrzez pierwszych kilka kroków był jakby odurzony i widział tylko siebie i Nel z szyjami poderżniętymi nożem Gebhra. Ale wnet bliższe i straszniejsze niebezpieczeństwo kazało mu zapomnieć o wszystkim innym. Miał przed sobą lwa! Na widok zwierza pociemniało mu w oczach. Poczuł zimno w policzkach i w nosie, poczuł, że nogi ma jak ołowiane i że mu brak tchu. Po prostu bał się. W Port-Saidzie czytywał, nawet i w czasie lekcji, o polowaniach na lwy, ale co innego było oglądać obrazki w książkach, a co innego stanąć oko w oko z potworem, który teraz oto patrzył na niego jakby ze zdziwieniem, marszcząc swe szerokie, podobne do tarczy czoło.</akap>
<akap>Arabowie przytaili dech w piersiach, albowiem nigdy w życiu nie widzieli nic podobnego. Z jednej strony mały chłopiec, który wśród wysokich skał wydawał się jeszcze mniejszy, z drugiej potężny zwierz, złoty w promieniach słońca, wspaniały, groźny --- ,,pan z wielką głową", jak mówią Sudańczycy.</akap>
<akap>Staś przemógł całą siłą woli bezwładność nóg i posunął się dalej. Jeszcze przez chwilę wydało mu się, że serce podchodzi mu aż do gardła --- i trwało to dopóty, dopóki nie podniósł strzelby do twarzy. Wówczas trzeba było myśleć o czym innym. Czy zbliżyć się więcej, czy już strzelać? Gdzie mierzyć? Im mniejsza odległość, tym strzał pewniejszy... a zatem dalej! dalej! kroków czterdzieści jeszcze za dużo... trzydzieści! --- dwadzieścia! Już powiew przynosi ostry zwierzęcy swąd...</akap>
<akap>Chłopiec stanął.</akap>
<akap>,,Kula między oczy albo po mnie! --- pomyślał. --- W imię Ojca i Syna!..."</akap>
<akap>A lew podniósł się, przeciągnął grzbiet i zniżył głowę. Wargi poczęły mu się odchylać, brwi nasunęły się na oczy. Ta drobna jakaś istotka ośmieliła się podejść zbyt blisko --- więc gotował się do skoku przysiadając, z drganiem ud, na tylnych łapach...</akap>
<akap>Lecz Staś przez jedno mgnienie oka dostrzegł, że muszka sztucera przypada na czole zwierza, i pociągnął za cyngiel.</akap>
<akap>Huknął strzał. Lew wspiął się tak, że przez chwilę wyprostował się na całą wysokość, po czym runął na wznak, czterema łapami do góry.</akap>
<akap>I w ostatniej konwulsji stoczył się ze skały na ziemię.</akap>
<akap>Staś trzymał go jeszcze przez kilka minut pod strzałem, lecz widząc, że drgawki ustają i że płowe cielsko wyprężyło się bezwładnie, otworzył strzelbę i założył nowy ładunek.</akap>
<akap>Ściany skaliste rozbrzmiewały jeszcze gromkim echem. Gebhr, Chamis i Beduini nie mogli zrazu dojrzeć, co się stało, gdyż poprzedniej nocy padał deszcz i z powodu wilgoci powietrza dym zasłonił wszystko w ciasnym wąwozie. Dopiero gdy dym opadł, poczęli krzyczeć z radości i chcieli skoczyć ku chłopcu, ale na próżno, gdyż żadna siła nie mogła zmusić koni do kroku naprzód.</akap>
<akap>A Staś zawrócił, objął wzrokiem czterech Arabów i wpił oczy w Gebhra.</akap>
<akap_dialog>--- Ach, dość! --- rzekł zaciskając zęby. --- Przebrałeś miarę. Nie zamordujesz ani Nel, ani nikogo więcej!</akap_dialog>
<akap>I nagle uczuł, że nos i policzki bledną mu znowu, ale było to inne zimno, płynące nie ze strachu, lecz ze strasznego i nieubłaganego postanowienia, od którego serce w piersiach czym się na razie żelazne.</akap>
<akap_dialog>--- Tak! To przecie łotry, katy, mordercy, a Nel w ich ręku!...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie zamordujesz jej --- powtórzył.</akap_dialog>
<akap>Zbliżył się ku nim --- znów stanął i --- nagle z błyskawiczną szybkością podniósł strzelbę do twarzy.</akap>
<akap>Dwa strzały jeden za drugim targnęły echem wąwozu: Gebhr runął na ziemię jak wór piasku, a Chamis pochylił się w kulbace i uderzył krwawym czołem o kark koński.</akap>
<akap>MorderstwoDwaj Beduini wydali okropny okrzyk przerażenia i zeskoczywszy z koni rzucili się ku Stasiowi. Zakręt był za nimi niedaleko i gdyby byli uciekali za siebie, czego Staś życzył sobie w duszy, byliby mogli uchronić się przed śmiercią. Ale zaślepionym trwogą i wściekłością wydało się, że dopadną chłopca wpierw, nim zdoła zmienić naboje, i zadźgają go nożami. Głupcy! ledwie przebiegli kilkanaście kroków, szczęknęła znów złowroga strzelba, wąwóz odegrzmiał echem nowych strzałów i obaj padli twarzami na ziemię, rzucając się i tłukąc jak wyjęte z wody ryby.</akap>
<akap>Jeden --- gorzej w pośpiechu strzelony --- podniósł się jeszcze i wsparł na rękach, ale w tej chwili Saba zatopił mu kły w karku.</akap>
<akap>Nastała śmiertelna cisza.</akap>
<akap>Przerwały ją dopiero jęki Kalego, który rzucił się na kolana i wyciągnąwszy przed się ręce krzyczał w łamanym języku ki-swahili:</akap>
<akap_dialog>--- Bwana kubwa! (Panie wielki) zabić lwa, zabić złych ludzi, ale nie zabijać Kalego!</akap_dialog>
<akap>Staś jednak nie zważał na jego wołanie. Czas jakiś stał jak błędny, po czym spostrzegłszy zbielałą twarzyczkę Nel i jej na wpół przytomne, rozszerzone z przerażenia oczy skoczył ku niej:</akap>
<akap_dialog>--- Nel! nie bój się!... Nel! jesteśmy wolni...</akap_dialog>
<sekcja_swiatlo />
<akap>Jakoż byli istotnie wolni, ale i zabłąkani w dzikiej bezludnej puszczy, w czeluściach ,,czarnego lądu".</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXII</naglowek_rozdzial>
<akap>Zanim Staś i młody Murzyn poodciągali na boki wąwozu zabitych Arabów i ciężkie cielsko lwa, słońce zniżyło się jeszcze i wkrótce miała zapaść noc. Ale niepodobna było nocować w sąsiedztwie trupów, więc chociaż Kali ukazując na zabitego zwierza głaskał się po piersiach i powtarzał mlaskając językiem: ,,Msuri nyama" (dobre, dobre mięso), Staś nie dał mu się zająć ,,nyamą", a natomiast kazał mu łapać konie, które pouciekały po strzałach. Czarny chłopak wywiązał się z tego nadzwyczaj zręcznie, zamiast bowiem gonić je wąwozem, w którym to razie byłyby uciekały coraz dalej, wdrapał się na górę i skracając sobie drogę przez wymijanie zakrętów, zabiegł spłoszonym rumakom drogę od przodu. W ten sposób schwytał z łatwością dwa, a dwa inne napędził na Stasia. Tylko koni Gebhra i Chamisa nie można już było odszukać, ale i tak pozostały cztery, nie licząc objuczonego namiotem i rzeczami kłapoucha, który wobec tragicznych wypadków okazał prawdziwie filozoficzny spokój. Znaleziono go za zakrętem, szczypiącego dokładnie, ale bez pośpiechu, trawę rosnącą na dnie wąwozu.</akap>
<akap>Mierzyny[1] sudańskie przyzwyczajone są w ogóle do widoku dzikich zwierząt, ale boją się lwów, było więc sporo trudności z przeprowadzeniem ich obok skały, przy której czerniała kałuża krwi. Konie chrapały rozdymając nozdrza i wyciągając szyje ku zakrwawionym kamieniom, wszelako gdy osioł przystrzygłszy tylko nieco uszyma przeszedł spokojnie, przeszły i one. Noc była tuż, ujechali jednak około kilometra i zatrzymali się dopiero w miejscu, w którym wąwóz rozszerzał się znów w małą, amfiteatralną dolinkę, porośniętą gęsto cierniem i krzewami kolczastej mimozy.</akap>
<akap_dialog>--- Panie --- rzekł młody Murzyn --- Kali napalić ogień, duży ogień!</akap_dialog>
<akap>I wziąwszy sudański, szeroki miecz, który zdjął był z trupa Gebhra, począł ścinać nim ciernie, a nawet i większe drzewka. Po napaleniu ognia ścinał jeszcze, póki nie nagromadził tak wielkiego zapasu, że mogło wystarczyć go na całą noc.</akap>
<akap>Po czym obaj ze Stasiem ustawili namiocik dla Nel pod wysoką prostopadłą ścianą doliny, a następnie otoczyli go półkolistym, szerokim i wysokim kolczastym płotem, czyli tak zwaną zeribą. Staś wiedział z opisów afrykańskich wędrówek, że podróżnicy ubezpieczają się w ten sposób przed napadami dzikich zwierząt. Konie jednak nie mogły się za płotem pomieścić, więc chłopcy rozkulbaczywszy[2] je i zdjąwszy z nich naczynia blaszane i worki popętali je tylko, by nie oddaliły się zanadto w poszukiwaniu trawy lub wody. Mea znalazła zresztą wodę w pobliżu, we wgłębieniu skalnym tworzącym jakby mały basen, pod przeciwległymi skałami. Było jej sporo, tak że starczyło i dla koni, i na ugotowanie pentarek, zastrzelonych rano przez Chamisa. W jukach, które wraz z namiotem dźwigał osioł, znalazło się też około trzech garncy durry i kilka garści soli oraz wiązka suszonych korzeni manioku.</akap>
<akap>Starczyło więc na obfitą wieczerzę. Korzystali z niej jednak przeważnie tylko Kali i Mea. Młody Murzyn, którego Gebhr głodził w okropny sposób, zjadł taką ilość pokarmu, jaka mogła nasycić dwóch ludzi. Ale też był za to całym sercem wdzięczny swoim nowym państwu i natychmiast po wieczerzy padł na twarz przed Stasiem i Nel na znak, że pragnie do końca życia zostać ich niewolnikiem, a następnie złożył równie pokorną czołobitność strzelbie Stasia rozumiejąc widocznie, że bezpieczniej jest zjednać sobie łaskę tak groźnego narzędzia. Po czym oświadczył, że podczas snu ,,pana wielkiego" i bibi będzie czuwał na przemian z Meą, by ogień nie zgasł --- i siadł przy nim w kucki mrucząc z cicha coś w rodzaju piosenki, w której powtarzały się co chwila wyrazy: ,,Simba kufa! simba kufa!", co znaczy w języku ki-swahili: lew zabity.</akap>
<akap>Ale ,,panu wielkiemu" ani małej bibi nie było do snu. Nel na wielkie prośby Stasia przełknęła zaledwie parę kawałków pentarki i kilka ziarnek rozgotowanej durry. Mówiła, że nie chce się jej ani jeść, ani spać, tylko pić. Stasia chwyciła obawa, czy nie dostała gorączki, ale przekonał się, że ręce ma chłodne, a nawet aż nadto zimne. Namówił ją jednak, aby weszła pod namiot, gdzie przygotował dla niej posłanie, obszukawszy wpierw starannie, czy w trawie nie ma skorpionów. Sam siadł na kamieniu ze sztucerem w ręku, by bronić jej od napadu dzikich zwierząt, w razie gdyby ogień okazał się niedostateczną obroną. Ogarnęło go niezmierne zmęczenie i wyczerpanie. W duszy powtarzał sobie: ,,Zabiłem Gebhra i Chamisa, zabiłem Beduinów, zabiłem lwa i jesteśmy wolni." Ale było to tak, jakby te słowa szeptał mu kto inny i jakby on sam nie rozumiał dobrze, co to znaczy. Miał tylko poczucie, że są wolni, ale że stało się zarazem coś okropnego, co napełniało go niepokojem i przygniatało ma piersi jak ciężki kamień. Wreszcie myśli poczęły mu drętwieć. Długi czas patrzył na wielkie ćmy krążące nad płomieniem, a w końcu jął kiwać się i drzemać. Kali drzemał także, ale budził się co chwila i dorzucał gałęzi do ognia.</akap>
<akap>Noc uczyniła się głęboka i co rzadko zdarza się pod zwrotnikami, bardzo cicha. Słychać tylko było trzask płonących cierni i syczenie płomienia, który rozświecał zatoczone półkolem wiszary skalne. Księżyc nie rozjaśniał głębin wąwozu, ale w górze migotały roje nieznanych gwiazd. Powietrze stało się tak chłodne, że Staś zbudził się, otrząsnął senne odrętwienie i począł troszczyć się o to, czy chłód nie dokuczy małej Nel.</akap>
<akap>Lecz uspokoił się przypomniawszy sobie, że zostawił jej pod namiotem na wojłokach pled, który Dinah zabrała jeszcze z Fajumu. Przyszło mu też na myśl, że jadąc od samego Nilu ciągle, lubo nieznacznie, pod górę, musieli przez tyle dni zajechać już dość wysoko, a zatem do krajów, w których febra nie grozi już tak jak w niskim łożysku rzeki. Dojmujący chłód nocny zdawał się potwierdzać to przypuszczenie.</akap>
<akap>I myśl ta dodała mu otuchy. Podszedł na chwilę pod namiot, by posłuchać, czy Nel śpi spokojnie, po czym wrócił, siadł bliżej ognia i znów począł drzemać, a nawet zasnął głęboko.</akap>
<akap>Nagle zbudziło go warczenie Saby, który poprzednio ułożył się do snu tuż przy jego nogach.</akap>
<akap>PiesKali ocknął się także i obaj poczęli spoglądać niespokojnie na brytana, który wyciągnięty jak struna, nastawił uszy i łopocąc nozdrzami wietrzył w stronę, z której przybyli, wpatrując się zarazem w ciemność. Sierść zjeżyła mu się na karku i grzbiecie, a piersi wzdymały się od powietrza, które warcząc wciągał w płuca.</akap>
<akap>Młody niewolnik dorzucił co prędzej suchych gałęzi na ogień.</akap>
<akap_dialog>--- Panie --- szeptał --- wziąć strzelbę! wziąć strzelbę!</akap_dialog>
<akap>Staś wziął strzelbę i wysunął się przed ogień, by widzieć lepiej mroczną głąb wąwozu. Warczenie Saby zmieniło się w urywane poszczekiwanie. Przez długą chwilę nie było nic słychać, po czym jednakże do uszu Kalego i Stasia doleciał z odległości głuchy tętent, jakby jakieś wielkie zwierzęta biegły szybko w stronę ognia. Tętent ów odbijał się wśród ciszy echem o skalne ściany i stawał się coraz głośniejszy.</akap>
<akap>Staś zrozumiał, że zbliża się śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale co to być mogło? Może bawoły, może jaka para nosorożców, która szuka wyjścia z wąwozu? W takim razie, jeśli huk strzału nie spłoszy ich i nie zawróci, nic nie uratuje karawany, albowiem zwierzęta te, nie mniej złośliwe i napastnicze od drapieżnych nie boją się ognia i roztratują wszystko po drodze...</akap>
<akap>ZwierzętaGdyby to był jednak jaki oddział Smaina, który, natknąwszy się na trupy w wąwozie, ściga morderców? Staś sam nie wiedział, co byłoby lepsze --- prędka śmierć czy nowa niewola? Przebiegło mu przy tym przez głowę, że jeżeli sam Smain znajdzie się w oddziale, to ich może oszczędzi, ale jeśli go nie ma, to derwisze albo zamordują ich natychmiast, albo co gorzej, umęczą ich przed śmiercią w okrutny sposób. ,,Ach --- pomyślał --- daj Boże, żeby to były zwierzęta, nie ludzie!"</akap>
<akap>Tymczasem tętent rósł i zmienił się w grzmot kopyt --- aż na koniec z ciemności wyłoniły się błyszczące oczy, rozdęte chrapy i rozwiane od biegu grzywy.</akap>
<akap_dialog>--- Konie! --- zawołał Kali.</akap_dialog>
<akap>Jakoż były to konie Gebhra i Chamisa. Przybiegły oba w dzikim pędzie, gnane widocznie trwogą, lecz wpadłszy w krąg światła i ujrzawszy swych popętanych towarzyszów wspięły się na zadnich nogach, po czym parskając zaryły się kopytami w ziemię i pozostały przez chwilę nieruchome.</akap>
<akap>PiesLecz Staś nie odjął strzelby od twarzy. Był pewien, że za końmi wychyli się lada chwila kudłata głowa lwa lub płaska czaszka pantery. Ale czekał na próżno. Konie uspokajały się z wolna, a co więcej, Saba przestał po niejakim czasie wietrzyć, natomiast okręciwszy się kilkakrotnie na miejscu, jak czynią zwykle psy, położył się, zwinął w kółko i zamknął oczy. Widocznie jeśli jaki zwierz drapieżny ścigał konie, to poczuwszy dym lub zobaczywszy odblask ognia na skałach, cofnął się z daleka.</akap>
<akap_dialog>--- Musiało jednak coś mocno je nastraszyć --- rzekł do Kalego Staś --- skoro nie bały się przebiec obok trupów ludzi i lwa.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Panie --- odrzekł chłopak. --- Kali domyślać się, co się stało. Dużo, dużo hien i szakali wejść do wąwozu i iść do trupów. Konie przed nimi uciekać, ale hieny ich nie gonić, bo one jeść Gebhra i tamtych innych...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Być może; ale ty teraz idź, rozsiodłaj konie, zabierz naczynia i worki i przynieś tu. A nie bój się, bo strzelba cię obroni.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali się nie bać --- odpowiedział chłopak.</akap_dialog>
<akap>I rozsunąwszy nieco cierni przy samej skale, wysunął się za zeribę, a tymczasem wyszła z namiotu Nel.</akap>
<akap>Saba podniósł się natychmiast i trącając ją nosem, upominał się o zwykłe pieszczoty. Ale ona wyciągnąwszy zrazu rękę cofnęła ją natychmiast jakby ze wstrętem.</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu, co się stało? --- spytała.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nic. Przybiegły tamte konie. Czy to ich tętent cię rozbudził?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Obudziłam się już przedtem i chciałam nawet wyjść z namiotu, ale...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale co?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Myślałam, że się może rozgniewasz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ja? na ciebie?</akap_dialog>
<akap>A Nel podniosła oczy i poczęła na niego spoglądać jakimś szczególnym wzrokiem, takim, jakim nie patrzyła nigdy przedtem. Po twarzy Stasia przemknęło wielkie zdziwienie, albowiem w jej słowach i spojrzeniu wyczytał wyraźnie obawę.</akap>
<akap>,,Ona się mnie boi!" --- pomyślał.</akap>
<akap>MorderstwoI w pierwszej chwili odczuł jakby przebłysk zadowolenia. Pochlebiła mu myśl, że po tym, czego dokonał, nawet Nel uważa go nie tylko za człowieka zupełnie dorosłego, ale za groźnego wojownika rozsiewającego wokół trwogę. Ale trwało to krótko, albowiem niedola rozwinęła w nim umysł i dar spostrzegawczy, pomiarkował przeto, że w zaniepokojonych oczach dziewczynki widać obok trwogi jakby odrazę do tego, co się stało, do tej przelanej krwi i do tej okropności, której była dziś świadkiem --- przypomniał sobie, jak przed chwilą cofnęła rękę nie chcąc pogłaskać Saby, który dodusił jednego z Beduinów. Tak! Staś sam czuł przecie na piersiach zmorę. Krew, TrupInna rzecz była czytać w Port-Saidzie o traperach amerykańskich zabijających na Dalekim Zachodzie tuzinami czerwonoskórych Indian, a inna dokonać tego osobiście i widzieć żywych przed chwilą ludzi chrapiących w drgawkach wśród kałuż krwi. Tak! Nel ma niezawodnie w sercu pełno lęku, ale zarówno i odrazy, która w niej pozostanie na zawsze. ,,Będzie się mnie bała --- pomyślał Staś --- ale w głębi serca, mimo woli, nie przestanie mieć mi tego za złe i to będzie moja zapłata za to wszystko, com dla niej zrobił."</akap>
<akap>Na tę myśl wielka gorycz wezbrała mu w piersiach, albowiem zdawał sobie doskonale sprawę, że gdyby nie Nel, to już dawno albo zostałby zabity, albo byłby uciekł. Dla niej więc przecierpiał to wszystko, co przecierpiał, a te męki i głody na to tylko się przydały, że oto teraz stoi przed nim spłoszona, jakby nie ta sama, mała siostrzyczka i wznosi ku niemu oczy nie z dawną ufnością, ale ze zdziwionym lękiem. ŁzyStaś uczuł się nagle bardzo nieszczęśliwy. Po raz pierwszy w życiu zrozumiał, co to jest rozżalenie. Łzy napływały mu mimo woli do oczu i gdyby nie to, że ,,groźnemu wojownikowi" żadną miarą nie wypadało się rozpłakać, byłby to może uczynił.</akap>
<akap>Pohamował się jednak i zwróciwszy się do dziewczynki zapytał:</akap>
<akap_dialog>--- Czy ty się boisz, Nel?...</akap_dialog>
<akap>A ona odpowiedziała cicho:</akap>
<akap_dialog>--- Jakoś... tak straszno!</akap_dialog>
<akap>Na to Staś kazał Kalemu przynieść wojłoki spod siodeł i nakrywszy jednym z nich kamień, na którym poprzednio drzemał, drugi rozesłał na ziemi i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Siądź tu przy mnie koło ognia... Prawda, jaka noc chłodna? Jeśli sen cię zmorzy, to oprzesz o mnie głowę i zaśniesz.</akap_dialog>
<akap>Nel zaś powtórzyła:</akap>
<akap_dialog>--- Jakoś tak straszno!...</akap_dialog>
<akap>Staś owinął ją starannie pledem i przez czas jakiś siedzieli w milczeniu, wsparci o siebie i oświeceni różowym blaskiem, który pełgał po skałach i iskrzył się migotliwie na blaszkach miki, którymi upstrzone były kamienne złomy.</akap>
<akap>Za zeribą słychać było parskanie koni i chrzęst trawy w ich zębach.</akap>
<akap_dialog>--- Słuchaj, Nel --- ozwał się Staś --- ja musiałem to zrobić... Gebhr zagroził, że nas zakłuje, jeśli lew nie poprzestanie na Kalim, i będzie ich dalej gonił. Słyszałaś?... Pomyśl, że zagroził tym nie tylko mnie, ale i tobie. I byłby to zrobił! Ja powiem ci szczerze, że gdyby nie ta groźba, to jednak, choć myślałem już o tym dawniej, nie byłbym do nich strzelał. Myślę, że nie mógłbym... Ale on przebrał miarę. Widziałaś, jak okropnie znęcał się przedtem nad Kalim. A Chamis? jakże on nikczemnie nas zaprzedał. Przy tym czy wiesz. co by się stało, gdyby oni nie byli znaleźli Smaina? Oto Gebhr zacząłby się znęcać tak samo nad nami... nad tobą. Okropność pomyśleć, że biłby cię korbaczem i byłby nas oboje zamęczył, a po naszej śmierci wróciłby sobie do Faszody i powiedział, żeśmy pomarli z febry... Ja, Nel, nie z żadnego okrucieństwa tak zrobiłem, ale musiałem myśleć o tym, jak by cię uratować... O ciebie tylko mi chodziło...</akap_dialog>
<akap>I w głosie jego odbiło się wyraźnie to rozżalenie, które przepełniało mu serce. Nel zrozumiała to widocznie, gdyż przytuliła się do niego mocniej, on zaś opanowawszy chwilowe wzruszenie tak mówił dalej:</akap>
<akap_dialog>--- Ja się przecie nie zmienię i będę cię strzegł i pilnował jak poprzednio. Póki oni żyli, nie było żadnej nadziei ratunku. Teraz możemy uciec do Abisynii. Abisyńczycy są czarni i dzicy, ale chrześcijanie i nieprzyjaciele derwiszów. Byleś była zdrowa, to nam się to uda, bo do Abisynii nie jest bardzo daleko. A choćby nam się nawet nie udało, choćbyśmy wpadli w ręce Smaina, to nie myśl, że on się będzie na nas mścił. On nigdy w życiu nie widział ani Gebhra, ani Beduinów; znał tylko Chamisa, ale co mu tam Chamis! Możemy przy tym nie mówić wcale Smainowi, że Chamis z nami był. Jeśli nam się uda przedostać do Abisynii, to będziemy ocaleni, a jeśli nie, to i w takim razie nie będzie ci gorzej, tylko lepiej, bo takich okrutników jak tamci nie ma chyba więcej na świecie... Nie bój się ty mnie, Nel!...</akap_dialog>
<akap>I chcąc wzbudzić jej zaufanie, a zarazem dodać otuchy, począł ją głaskać po płowej główce. Dziewczynka słuchała podnosząc nieśmiało na niego oczy. Widoczne było, że chce coś powiedzieć, ale się ociąga i waha --- i obawia. Na koniec schyliła głowę, tak że włosy zakryły całkiem jej twarz, i zapytała jeszcze ciszej niż poprzednio i trochę drżącym głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co, kochanie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A oni tu nie przyjdą?...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kto? --- zapytał ze zdziwieniem Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tamci... zabici?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co ty mówisz, Nel?...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Boję się! boję się!...</akap_dialog>
<akap>I pobladłe usta poczęły się jej trząść.</akap>
<akap>Zapadło milczenie. TrupStaś nie wierzył, by zabici mogli zmartwychwstać, ale ponieważ była noc i ciała ich leżały niedaleko, więc uczyniło mu się jakoś dziwnie nieswojo: dreszcz przebiegł mu po plecach.</akap>
<akap_dialog>--- Co ty mówisz, Nel? --- powtórzył. --- To Dinah nauczyła cię bać się duchów... Umarli nie...</akap_dialog>
<akap>I nie skończył, bo w tej chwili stało się coś przerażającego. Oto wśród ciszy nocnej w głębiach wąwozu, w tej stronie, gdzie leżały trupy, rozległ się nagle jakiś nieludzki okropny śmiech, w którym drgała rozpacz i radość, i okrucieństwo, i ból, i łkanie, i szyderstwo --- rozdzierający i spazmatyczny śmiech obłąkanych lub potępieńców.</akap>
<akap>Nel krzyknęła i z całych sił objęła Stasia ramionami. A jemu wszystkie włosy stanęły dębem. Saba zerwał się i począł warczeć.</akap>
<akap>Lecz siedzący opodal Kali podniósł spokojnie głowę i rzekł prawie wesoło:</akap>
<akap_dialog>--- To hieny śmiać się z Gebhra i z lwa.</akap_dialog>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXIII</naglowek_rozdzial>
<akap>Wielkie wypadki poprzedniego dnia i wrażenia nocne tak wymęczyły Stasia i Nel, że gdy wreszcie zmorzył ich sen, zasnęli oboje kamiennym snem i dziewczynka dopiero koło południa ukazała się przed namiotem. Staś zerwał się nieco wcześniej z wojłoku rozciągniętego blisko ogniska i w oczekiwaniu na towarzyszkę kazał Kalemu zająć się śniadaniem, które ze względu na późną godzinę miało być zarazem obiadem.</akap>
<akap>Jasne światło dnia rozpędziło nocne strachy; oboje zbudzili się nie tylko wypoczęci, ale i pokrzepieni na duchu. Nel wyglądała lepiej i czuła się silniejsza, że zaś oboje chcieli odjechać jak najdalej od miejsca, w którym leżeli postrzelani Sudańczycy, więc zaraz po posiłku siedli na koń i ruszyli przed siebie.</akap>
<akap>SłońceO tej porze dnia wszyscy podróżnicy po Afryce zatrzymują się na południowy wypoczynek i nawet karawany złożone z Murzynów chronią się pod cień wielkich drzew, są to bowiem tak zwane ,,białe godziny" --- godziny upału i milczenia, podczas których słońce praży niemiłosiernie i spoglądając z wysoka, zdaje się szukać, kogo by zabić. Wszelki zwierz zaszywa się wówczas w największe gąszcze; ustaje śpiew ptaków, ustaje brzęczenie owadów i cała natura zapada w ciszę, przytaja się, jakby chcąc uchronić się przed okiem złego bóstwa. Lecz oni jechali wąwozem, w którym jedna ze ścian rzucała głęboki cień, więc mogił posuwać się naprzód nie narażając się na spiekę[3]. Staś nie chciał opuszczać wąwozu naprzód dlatego, że na górze mogli być dostrzeżeni z dala przez oddziały Smaina, a po wtóre, że łatwiej w nim było znaleźć w rozpadlinach skalnych wodę, która w miejscach odkrytych wsiąkała w ziemię lub zmieniała się pod wpływem promieni słonecznych w parę.</akap>
<akap>Droga ciągle, lubo nieznacznie, szła w górę. Na ścianach skalnych widać było miejscami żółte złogi siarki. Woda w szczelinach przejęta była także jej zapachem, co obojgu dzieciom przypominało w niemiły sposób Omdurman i mahdystów, którzy namaszczali głowy tłuszczem ugniecionym z proszkiem siarczanym. W innych natomiast miejscach czuć było koty piżmowe, a tam, gdzie z wysokich wiszarów spadały aż na dół wąwozu przepyszne kaskady lianów, rozchodziła się upajająca woń wanilii. Mali wędrowcy chętnie zatrzymywali się w cieniu tych kotar haftowanych kwieciem purpurowym i lila, które wraz z liśćmi dostarczało pokarmu dla koni.</akap>
<akap>ZwierzętaZwierząt nie było widać, tylko gdzieniegdzie na zrębach skał siedziały w kucki małpy, podobne na tle nieba do takich fantastycznych bożyszcz pogańskich, jakie w Indiach zdobią krawędzie świątyń. Wielkie grzywiaste samce pokazywały Sabie zęby lub wyciągały w trąbkę paszczę na znak zdumienia i gniewu, podskakując jednocześnie, mrugając oczyma i drapiąc się po bokach. Ale Saba, przyzwyczajony już do ich ciągłego widoku, niewiele zwracał na te groźby uwagi.</akap>
<akap>Jechali raźnie. Radość z odzyskanej wolności spędziła z piersi Stasia tę zmorę, która dławiła go w nocy. Głowę miał obecnie zajętą tylko myślą, co dalej czynić, jak wyprowadzić Nel i siebie z okolic, w których groziła im ponowna niewola u derwiszów, jak radzić sobie podczas długiej podróży przez puszczę, by nie umrzeć z głodu i pragnienia, i na koniec: dokąd iść? Wiedział jeszcze od Hatima, że z Faszody w prostej linii do granicy abisyńskiej nie ma więcej niż pięć dni drogi --- i wyrachował, że wyniesie to około stu mil angielskich. Owóż od wyjazdu ich z Faszody upłynęło blisko dwa tygodnie, jasną więc było rzeczą, że nie szli tą najkrótszą drogą, lecz w poszukiwaniu Smaina musieli skręcić znacznie na południe. Przypomniał sobie, że w szóstym dniu podróży przebyli rzekę, która nie była Nilem, a potem, zanim kraj zaczął się wznosić, przejeżdżali koło jakichś dużych błot. W szkole w Port-Saidzie uczono bardzo dokładnie geografii Afryki i Stasiowi została w pamięci nazwa Ballor, oznaczająca rozlewiska mało znanej rzeki Sobbat, wpadającej do Nilu. Nie był wprawdzie pewny, czy pominęli te właśnie rozlewiska, ale przypuszczał, że tak było. Przyszło mu do głowy, że Smain chcąc nałapać niewolników nie mógł ich szukać wprost na wschód od Faszody, gdyż kraj był tam już całkowicie wyludniony przez derwiszów i ospę, lecz musiał iść ku południowi, w okolice dotychczas przez wyprawy nie nawiedzane. Staś wywnioskował z tego, że idą śladami Smaina --- i ta myśl przestraszyła go w pierwszej chwili.</akap>
<akap>Począł więc zastanawiać się, czy nie należy porzucić wąwozu, który skręcał coraz wyraźniej na południe, i iść wprost na wschód. Lecz po chwili rozwagi zaniechał tego zamiaru. Owszem, ciągnąć w trop za bandą Smaina na odległość dwóch lub trzech dni --- wydało mu się najbezpieczniej, gdyż było zupełnie nieprawdopodobne, by Smain wracał z towarem ludzkim tą samą kołującą drogą zamiast skierować się wprost do Nilu. Staś zrozumiał też, że do Abisynii można się było przedostać tylko od strony południowej, w której kraj ten styka się z dziką puszczą, nie zaś od granicy wschodniej, pilnie strzeżonej przez derwiszów.</akap>
<akap>I wskutek tych myśli postanowił zapuścić się jak najdalej w stronę południową. Można tam było wprawdzie natknąć się na Murzynów, bądź zbiegłych znad brzegów Białego Nilu, bądź miejscowych. Ale z dwojga złego Staś wolał mieć do czynienia z czarnymi niż z mahdystami. Liczył przy tym i na to, że na wypadek spotkania zbiegów lub osad miejscowych Kali i Mea mogą mu być pomocni. CiałoNa młodą Murzynkę dość było spojrzeć, aby odgadnąć, że należy do plemienia Dinka lub Szylluk, miała bowiem niezmiernie długie i cienkie nogi, jakimi odznaczają się oba te szczepy zamieszkujące pobrzeża Nilu i brodzące na podobieństwo żurawi lub bocianów po jego rozlewiskach. Kali natomiast, lubo pod ręką Gebhra stał się podobny do kościotrupa, miał zupełnie inną postać. Był krępy i mocno zbudowany; ramiona miał silne, a stopy w porównaniu ze stopami Mei stosunkowo małe.</akap>
<akap>Ponieważ nie mówił prawie wcale po arabsku, a źle językiem ki-swahili, którym można rozmówić się prawie w całej Afryce i którego Staś wyuczył się jako tako od Zanzibarytów pracujących przy Kanale, widoczne więc było, że pochodził z jakichś odległych stron. Staś postanowił wybadać go, z jakich.</akap>
<akap_dialog>--- Kali, jak się zowie twój naród? --- zapytał.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wa-hima --- odpowiedział młody Murzyn.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czy to jest duży naród?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wielki, który wojuje ze złymi Samburu i zabiera im bydło.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A gdzie leży twoja wieś?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Daleko! daleko!... Kali nie wie gdzie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czy w takim kraju jak ten?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie. Tam jest wielka woda i góry.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jak nazywacie tę wodę?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nazywamy ją ,,Ciemna Woda".</akap_dialog>
<akap>Staś pomyślał, że chłopiec może pochodzić z okolic Albert-Nianza, które było dotychczas w rękach Emina paszy, więc chcąc to sprawdzić pytał dalej:</akap>
<akap_dialog>--- Czy nie mieszka tam biały naczelnik, który ma czarne dymiące łodzie i wojsko?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie. Starzy ludzie mówić u nas, że widzieli białych ludzi (tu Kali rozstawił palce) raz, dwa, trzy!... Tak. Było trzech w długich białych sukniach. Szukali kłów... Kali ich nie widział, bo nie był jeszcze na świecie, ale ojciec Kalego przyjmować ich i dać im dużo kłów.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czym jest twój ojciec?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Królem Wa-hima.</akap_dialog>
<akap>SługaStasiowi pochlebiło to trochę, że ma za sługę królewicza.</akap>
<akap_dialog>--- Czy chciałbyś zobaczyć ojca?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali chcieć zobaczyć matkę.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A co byś uczynił, gdybyśmy spotkali Wa-hima, i co by oni uczynili?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wa-hima paść na twarz przed Kalim.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Więc zaprowadź nas do nich, to wówczas ty zostaniesz z nimi i będziesz panował po ojcu, a my pójdziemy dalej aż do morza.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali do nich nie trafić i nie zostać, bo Kali kochać pana wielkiego i córkę księżyca.</akap_dialog>
<akap>Staś zwrócił się wesoło do towarzyszki i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Nel, zostałaś córką księżyca!</akap_dialog>
<akap>Lecz spojrzawszy na nią posmutniał nagle, przyszło mu bowiem na myśl, że zbiedzona dziewczynka wygląda ze swoją bladą i przezroczystą twarzyczką istotnie więcej na księżycową niż na ziemską istotę.</akap>
<akap>Młody Murzyn zamilkł na chwilę, po czym powtórzył:</akap>
<akap_dialog>--- Kali kochać bwana kubwa, bo bwana kubwa nie zabić Kalego, tylko Gebhra, a Kalemu dać dużo jeść.</akap_dialog>
<akap>I począł gładzić się po piersiach powtarzając z widoczną rozkoszą:</akap>
<akap_dialog>--- Mnóstwo mięsa, mnóstwo mięsa!</akap_dialog>
<akap>Staś chciał jeszcze dowiedzieć się, jakim sposobem chłopiec dostał się w niewolę do derwiszów, ale pokazało się, że od czasu gdy pewnej nocy złapano go przy dołach wykopanych na zebry, przechodził przez tyle rąk, iż z odpowiedzi jego nie było można wcale wywnioskować, przez jakie kraje i którędy prowadzono go aż do Faszody. Zastanowiło Stasia to tylko, co mówił o ,,Ciemnej Wodzie", gdyby bowiem pochodził z okolic Albert-Nianza, Albert-Edward-Nianza albo Wiktoria-Nianza, przy którym leżały państwa Unioro i Uganda, byłby niewątpliwie słyszał coś o Eminie paszy, o jego wojskach i o parowcach, które wzbudzały podziw i strach w Murzynach. Tanganaika była zbyt odległa, pozostało zatem tylko przypuszczenie, że naród Kalego ma swe siedziby gdzieś bliżej. Z tego powodu spotkanie się z ludźmi Wa-hima nie było całkiem niepodobne.</akap>
<akap>Po kilku godzinach jazdy słońce poczęło się zniżać. Upał zmniejszył się znacznie. Trafili na szeroką dolinę, w której była woda i rosło kilkanaście dzikich fig[4], więc zatrzymali się, by dać wytchnienie koniom i pokrzepić się zapasami. Ponieważ ściany skaliste były w tym miejscu niższe, Staś rozkazał Kalemu, by wydostał się na górę i zobaczył, czy w okolicy nie widać jakich dymów.</akap>
<akap>Kali spełnił rozkaz i w mgnieniu oka znalazł się na krawędzi skał. Rozejrzawszy się dobrze na wszystkie strony, zsunął się po grubej łodydze lianu i oświadczył, że dymu nie ma, ale jest nyama. Łatwo się było domyślić, że mówi nie o pentarkach, lecz o grubszej jakiejś zwierzynie; ukazawszy bowiem na strzelbę Stasia przyłożył następnie palce do głowy na znak, że jest to zwierzyna rogata.</akap>
<akap>Staś wdrapał się z kolei na górę i wychyliwszy ostrożnie głowę ponad krawędź, począł patrzeć przed siebie. Nic nie zasłaniało mu widoku w dal, gdyż dawna, wysoka dżungla była spalona, a nowa, która puściła się już ze sczerniałej ziemi, miała zaledwie kilka cali wysokości. PolowanieJak okiem sięgnąć, widać było rzadko rosnące wielkie drzewa z osmalonymi przez ogień pniami. Pod cieniem jednego z nich pasło się stadko antylop gnu[5], podobnych z kształtów ciała do koni, a z głów do bawołów. Słońce przedzierając się przez liście baobabu, rzucało drgające świetliste plamy na ich brunatne grzbiety. Było ich dziewięć sztuk. Odległość wynosiła nie więcej jak sto kroków, ale wiatr wiał od zwierząt ku wąwozowi, pasły się więc spokojnie nie podejrzewając niebezpieczeństwa. Staś, chcąc zaopatrzyć karawanę w mięso, strzelił do najbliżej stojącej sztuki, która runęła, jak piorunem rażona na ziemię. Reszta stada pierzchła, a wraz z nią i wielki bawół, którego nie dostrzegli poprzednio, gdyż leżał ukryty za kamieniem. Chłopiec, nie z potrzeby, ale przez żyłkę myśliwską, upatrzywszy chwilę, w której zwierz zwrócił się nieco bokiem, posłał i za nim kulę. Bawół zachwiał się silnie po strzale, pociągnął zadem, ale pobiegł dalej i nim Staś zdążył zmienić naboje, znikł w nierównościach gruntu.</akap>
<akap>Zanim dym się rozwiał, Kali siedział już na antylopie i rozcinał jej brzuch nożem Gebhra. Staś podszedł ku niemu chcąc się bliżej zwierzęciu przypatrzyć --- i wielkie było jego zdziwienie, gdy po chwili młody Murzyn podał mu zakrwawionymi rękoma dymiącą jeszcze wątrobę antylopy.</akap>
<akap_dialog>--- Dlaczego mi to dajesz? --- zapytał.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Msuri, msuri! Bwana kubwa jeść zaraz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zjedzże sam! --- odpowiedział Staś, oburzony propozycją.</akap_dialog>
<akap>Kali nie dał sobie tego dwa razy powtarzać, lecz natychmiast począł rwać zębami wątrobę i łykać z chciwością surowe kawały, a widząc, że Staś patrzy na niego z obrzydzeniem, nie przestawał między jednym a drugim łykiem powtarzać: ,,Msuri! msuri!"</akap>
<akap>Zjadł w ten sposób przeszło pół wątroby, po czym zabrał się do oprawienia antylopy. Czynił to nadzwyczaj szybko i umiejętnie, tak że niebawem skóra była zdjęta i udziec oddzielony od grzbietu. Wówczas Staś, zdziwiony nieco, że Saba nie znalazł się przy tej robocie, gwizdnął na niego, by zaprosić go na walną ucztę z przednich części zwierzęcia.</akap>
<akap>Lecz Saba nie pojawił się wcale, natomiast schylony nad antylopą Kali podniósł głowę i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Wielki pies polecieć za bawołem.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Widziałeś? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali widzieć.</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy założył na głowę polędwicę antylopy, a dwa udźce na ramiona i ruszył do wąwozu. Staś gwizdnął jeszcze kilka razy i czekał, ale widząc, że czyni to na próżno, poszedł za nim. W wąwozie Mea zajęta już była ścinaniem cierni na zeribę, Nel zaś skubiąc swymi małymi paluszkami ostatnią pentarkę zapytała:</akap>
<akap_dialog>--- Czy to na Sabę gwizdałeś? on poleciał za wami.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Poleciał za bawołem, którego postrzeliłem, i jestem bardzo niespokojny --- odpowiedział Staś. --- To są zwierzęta ogromnie zawzięte, a tak silne, że lew nawet boi się na nie napadać. Z Sabą może być źle, jeśli rozpocznie walkę z takim przeciwnikiem.</akap_dialog>
<akap>Usłyszawszy to Nel zaniepokoiła się bardzo i oświadczyła, że nie pójdzie spać, póki Saba nie wróci. Staś widząc jej zmartwienie zły był na siebie, że nie zataił przed nią niebezpieczeństwa, i począł ją pocieszać.</akap>
<akap_dialog>--- Poszedłbym za nimi ze strzelbą --- mówił --- ale muszą już być bardzo daleko, a wkrótce zapadnie noc i ślady staną się niewidzialne. Bawół jest mocno strzelony i mam nadzieję, że padnie. W każdym razie osłabi go utrata krwi i jeśli nawet rzuci się na Sabę, to Saba potrafi uciec... Tak! Wróci może dopiero w nocy, ale wróci na pewno.</akap_dialog>
<akap>I mówiąc to sam Zwierzętanie bardzo wierzył we własne słowa, pamiętał bowiem, co czytywał o niesłychanej mściwości afrykańskiego bawołu, który nawet ciężko ranny obiega kołem i zasadza się przy ścieżce, którą idzie myśliwy, a potem atakuje niespodzianie, porywa go na rogi i wyrzuca w górę. Z Sabą mogło się łatwo wydarzyć coś podobnego, nie mówiąc o innych niebezpieczeństwach, które groziły mu w powrotnej drodze --- w nocy.</akap>
<akap>Jakoż niebawem noc zapadła. Kali i Mea urządzili zeribę, rozpalili ogień i zajęli się wieczerzą. Saba nie wracał.</akap>
<akap>Nel strapiona była coraz więcej i w końcu zaczęła płakać.</akap>
<akap>Staś zmusił ją nieledwie, żeby się położyła, obiecując, że będzie czekał na Sabę, a jak tylko się rozwidni, pójdzie sam go szukać i przyprowadzi. Nel poszła wprawdzie pod namiot, ale co chwila wychylała główkę spod jego skrzydeł pytając, czy pies nie wrócił. Sen zmorzył ją dopiero po północy, gdy Mea wyszła, by zastąpić Kalego, który czuwał nad ogniem.</akap>
<akap_dialog>--- Czemu córka księżyca płakać? --- zapytał Stasia młody Murzyn, gdy obaj pokładli się do snu na czaprakach. --- Kali tego nie chce.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Żal jej Saby, którego bawół pewno zabił.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A może nie zabił --- odrzekł czarny chłopak.</akap_dialog>
<akap>Po czym umilkli i Staś zasnął głęboko. Było jednak jeszcze ciemno, gdy się obudził, albowiem począł mu dokuczać chłód. Ogień przygasł. Mea, która miała go pilnować, zdrzemnęła się i od pewnego czasu przestała dorzucać chrustu na węgle.</akap>
<akap>Wojłok, na którym spał Kali, był pusty.</akap>
<akap>Staś sam dorzucił paliwa, po czym trącił Murzynkę i spytał:</akap>
<akap_dialog>--- Gdzie jest Kali?</akap_dialog>
<akap>Chwilę patrzyła na niego nieprzytomnie, po czym roztrzeźwiwszy się należycie rzekła:</akap>
<akap_dialog>--- Kali wziął miecz Gebhra i poszedł za zeribę. Myślałam, że chce naciąć więcej chrustu, ale on wcale nie wrócił.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dawno wyszedł?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dawno.</akap_dialog>
<akap>Staś czekał przez pewien czas, ale gdy Murzyna nie było długo widać, mimo woli zadał sobie pytanie:</akap>
<akap_dialog>--- Uciekł?</akap_dialog>
<akap>SługaI serce ścisnęło mu się przykrym uczuciem, jakie budzi zawsze niewdzięczność ludzka. Przecie on ujmował się za tym Kalim i bronił go wówczas, gdy Gebhr znęcał się nad nim po całych dniach, a następnie ocalił mu życie. Nel była zawsze dla niego dobra i płakała nad jego niedolą, a oboje obchodzili się z nim jak najlepiej. On zaś uciekł! Sam przecie mówił, że nie wie, w której stronie leżą osady Wa-hima, i że nie zdołałby do nich trafić, a jednak uciekł! NiewolaStasiowi znów przypomniały się podróże afrykańskie czytane w Port-Saidzie i opowiadania podróżników o głupocie Murzynów, którzy porzucają ładunki i uciekają nawet wówczas, gdy ucieczka grozi im niechybną śmiercią. Oczywiście, że i Kali, mając za całą broń tylko sudański miecz Gebhra, musi umrzeć z głodu lub --- o ile nie wpadnie w ponowną niewolę u derwiszów --- stać się łupem dzikich zwierząt.</akap>
<akap_dialog>--- Ach! Niewdzięcznik i głupiec!</akap_dialog>
<akap>Staś począł następnie rozmyślać i nad tym, o ile podróż bez Kalego będzie trudniejsza dla nich i kłopotliwsza, a praca cięższa. Poić konie i pętać na noc, rozpinać namiot, budować zeribę, pilnować w czasie drogi, by nie poginęły zapasy i juki z rzeczami, obdzierać i dzielić zabitą zwierzynę --- wszystko to, z braku młodego Murzyna, miało teraz spaść na niego, a on przyznawał w duchu, że o niektórych czynnościach, na przykład o obdzieraniu ze skóry zwierzyny, nie ma najmniejszego pojęcia.</akap>
<akap>,,Ha! trudno --- rzekł sobie --- trzeba!..."</akap>
<akap>Tymczasem słońce wysunęło się zza widnokręgu i --- jak zawsze bywa pod zwrotnikami --- dzień zrobił się w jednej chwili. Nieco później woda do mycia, którą Mea przygotowała na noc dla panienki, poczęła chlupać pod namiotem, co znaczyło, że Nel wstała i ubiera się. Jakoż wkrótce ukazała się ubrana już, ale z grzebieniem w ręku i z nastroszoną jeszcze czuprynką.</akap>
<akap_dialog>--- A Saba? --- zapytała.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie ma go dotąd.</akap_dialog>
<akap>Usta dziewczynki poczęły zaraz drgać.</akap>
<akap_dialog>--- Może jeszcze wróci --- rzekł Staś. --- Pamiętasz, że na pustyni nie bywało go czasem po dwa dni, a potem zawsze nas doganiał.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Mówiłeś, że pójdziesz go poszukać?...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie mogę.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dlaczego, Stasiu?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Bo nie mogę zostawić cię tylko z Meą w wąwozie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A Kali?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kalego nie ma.</akap_dialog>
<akap>I zamilkł nie wiedząc sam, czy ma jej powiedzieć całą prawdę; ale ponieważ rzecz nie mogła się ukryć, więc pomyślał, że lepiej jest wyjawić ją od razu.</akap>
<akap_dialog>--- Kali zabrał miecz Gebhra --- rzekł --- i w nocy poszedł nie wiadomo dokąd. Kto wie, czy nie uciekł. Murzyni często tak robią, nawet na własną zgubę. Żal mi go... Ale może jeszcze zrozumie, że głupstwo zrobił, i...</akap_dialog>
<akap>Dalsze słowa przerwało mu radosne szczekanie Saby, które napełniło cały wąwóz. Nel rzuciła grzebień na ziemię i chciała biec na spotkanie --- wstrzymały ją jednak ciernie zeriby.</akap>
<akap>Staś począł je co prędzej rozrzucać, zanim wszelako otworzył przejście, naprzód zjawił się Saba, a za nim Kali, tak świecący i mokry od rosy jakby po największym deszczu.</akap>
<akap>Radość ogromna ogarnęła oboje dzieci i gdy Kali, nie mogąc złapać tchu ze zmęczenia, znalazł się za płotem zeriby, Nel zarzuciła mu swoje białe rączki na czarną szyję i uściskała go z całej siły.</akap>
<akap>A on rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Kali nie chce widzieć bibi płakać, więc Kali znaleźć psa.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dobry Kali! --- odpowiedział Staś klepiąc go po ramieniu. --- A nie bałeś się spotkać w nocy lwa albo pantery?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali bać się, ale Kali pójść --- odpowiedział chłopak.</akap_dialog>
<akap>Słowa te zjednały mu jeszcze bardziej serca dzieci. Staś na prośby Nel wydobył z jednego toboła sznurek szklanych paciorków, w które przy wyjeździe z Omdurmanu zaopatrzył ich Grek Kaliopuli, i przyozdobił nim wspaniale szyję Kalego, ów zaś, uszczęśliwiony z podarku, spojrzał zaraz z wielką dumą na Meę i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Mea nie mieć paciorków, a Kali mieć, bo Kali jest ,,wielki świat".</akap_dialog>
<akap>W ten sposób zostało nagrodzone poświęcenie czarnego chłopca. Saba natomiast otrzymał ostrą burę, z której po raz wtóry od czasu służby u Nel dowiedział się, że jest zupełnie brzydki i że jeśli jeszcze raz zrobi coś podobnego, to będzie prowadzony na sznurku jak małe szczenię. On słuchał tego kiwając w dość dwuznaczny sposób ogonem. Nel jednak twierdziła, iż widać mu było z oczu, że się wstydzi i że z pewnością się zaczerwienił, czego nie można było zobaczyć tylko dlatego, że ma paszczę pokrytą sierścią.</akap>
<akap>Potem nastąpiło śniadanie złożone z wybornych dzikich fig i z combra[6] gnu, a podczas śniadania Kali opowiadał swe przygody. Staś zaś tłumaczył je nie rozumiejącej języka ki-swahili Nel na angielski. Bawół, jak się pokazało, uciekł daleko. Kalemu trudno było znaleźć ślad, ponieważ noc była bezksiężycowa. Na szczęście dwa dni przedtem padał deszcz i ziemia nie była zbyt twarda, skutkiem czego racice ciężkiego zwierzęcia wybijały w niej zagłębienia. Kali szukał ich za pomocą palców u nóg i szedł długo. Bawół padł wreszcie i musiał paść nieżywy, gdyż nie było żadnych śladów walki między nim a Sabą. Gdy Kali ich znalazł, ZwierzętaSaba zżarł już był większą część przedniej łopatki bawołu, ale choć więcej już jeść nie mógł, nie pozwalał jednak zbliżyć się do mięsa dwom hienom i kilkunastu szakalom, które stały naokół czekając, aż silniejszy drapieżnik ukończy ucztę i odejdzie.</akap>
<akap>Chłopiec skarżył się, że pies warczał także i na niego, ale on wówczas zagroził mu gniewem ,,pana wielkiego" i bibi, po czym wziął go za obrożę i odciągnął od bawołu, a puścił dopiero w wąwozie.</akap>
<akap>Na tym skończyło się opowiadanie nocnych przygód Kalego, po czym wszyscy w dobrych humorach siedli na konie i pojechali dalej.</akap>
<akap>Jedna Ciałotylko długonoga Mea, lubo cicha i pokorna, spoglądała z zazdrością na naszyjnik młodego Murzyna i na obrożę Saby i myślała ze smutkiem w duszy:</akap>
<akap>,,Oni obaj są «wielki świat», a ja mam tylko mosiężną obrączkę na jednej nodze."</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXIV</naglowek_rozdzial>
<akap>Przez następne trzy dni jechali wciąż wąwozem i zawsze w górę. Dni były przeważnie upalne, noce na przemian chłodne albo parne. Deszcz, ObłokZbliżała się pora dżdżysta. Zza widnokręgu wysuwały się tu i ówdzie chmury, białe jak mleko, ale głębokie i zawalne. Stronami widać było już smugi dżdżu i dalekie tęcze. Nad ranem trzeciego dnia jedna z takich chmur pękła nad ich głowami jak beczka, z której zleciała obręcz, i pokropiła ich ciepłym i obfitym, ale na szczęście krótkotrwałym deszczem. Potem pogoda uczyniła się jednak piękna i mogli jechać dalej. Pentarki ukazywały się znów w takiej ilości, że Staś strzelał do nich nie zsiadając z konia i zabił w ten sposób pięć sztuk, co licząc nawet z Sabą aż nadto starczyło na jednorazowy posiłek. Podróż w odświeżonym powietrzu nie była wcale uciążliwa, a obfitość zwierzyny i wody usuwała obawę głodu i pragnienia. W ogóle szło im łatwiej, niż się spodziewali, toteż Stasia nie opuszczał dobry humor i jadąc obok dziewczynki gwarzył z nią wesoło, a chwilami i żartował:</akap>
<akap_dialog>--- Wiesz co, Nel --- mówił, gdy na chwilę zatrzymali konie pod wielkim drzewem chlebowym, z którego Kali z Meą obcinali podobne do ogromnych melonów owoce --- czasem mi się zdaje, że ja jestem błędny rycerz.</akap_dialog>
<akap_dialog>Rycerz, Dama--- A co to jest błędny rycerz? --- zapytała Nel zwracając ku niemu swą śliczną główkę.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dawno, dawno temu, w średnich wiekach, byli tacy rycerze, którzy jeździli po świecie i szukali przygód. Walczyli z olbrzymami i smokami i wiesz? każdy miał swoją damę, którą opiekował się i której bronił.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To ja jestem taka dama?</akap_dialog>
<akap>Staś zastanowił się przez chwilę, po czym odrzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Nie --- tyś na to za mała. Tamte wszystkie były dorosłe.</akap_dialog>
<akap>I ani przez głowę mu nie przeszło, że może żaden błędny rycerz nie uczynił tyle dla swojej damy, ile on dla tej małej siostrzyczki --- po prostu wydawało mu się, że to, co czynił, rozumiało się samo przez się.</akap>
<akap>Lecz Nel uczuła się pokrzywdzona jego słowami, więc wysunąwszy z nadąsaną minką usta rzekła:</akap>
<akap_dialog>--- A mówiłeś raz w pustyni, że postąpiłam jak osoba trzynastoletnia? Aha!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- No to raz. Ale masz lat osiem.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To za dziesięć będę miała osiemnaście!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wielka rzecz! A ja dwudziesty czwarty! W takim wieku człowiek nie myśli już o żadnych damach, bo ma co innego do roboty. Rozumie się!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A co będziesz robił?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Będę inżynierem albo marynarzem, albo jeśli w Polsce będzie wojna, to pojadę się bić jak mój ojciec.</akap_dialog>
<akap>Ona zaś spytała niespokojnie:</akap>
<akap_dialog>--- Ale wrócisz do Port-Saidu?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pierwej musimy tam powrócić oboje.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Do tatusia! --- odpowiedziała dziewczynka.</akap_dialog>
<akap>I oczy jej zamgliły się smutkiem i tęsknotą. Na szczęście nadleciało w tej chwili stadko prześlicznych papug, szarych, z różowymi głowami i z różową podszewką pod spodem skrzydeł. Dzieci zapomniały natychmiast o poprzedniej rozmowie i poczęły śledzić oczyma ich lot.</akap>
<akap>Stadko zakręciło nad grupą euforbii i spadło na rosnący opodal sykomor, wśród którego gałęzi rozległy się zaraz głosy podobne do gadatliwej narady lub kłótni.</akap>
<akap_dialog>--- To są papugi, które najłatwiej uczą się mówić --- rzekł Staś. --- Gdy zatrzymamy się gdzie na dłużej, postaram się złapać taką dla ciebie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- O Stasiu! Dziękuję! --- odpowiedziała z radością Nel. --- Będzie się nazywała Daisy...</akap_dialog>
<akap>Tymczasem Mea i Kali naobcinawszy owoców z chlebowca, obładowali nimi konie i mała karawana ruszyła dalej. Po południu zaczęło się jednak znów chmurzyć i chwilami przelatywały krótkie dżdże napełniając wodą wszystkie załamy i wgłębienia gruntu. Kali przepowiadał wielką ulewę, więc Stasiowi przyszło dc głowy, że wąwóz, który zacieśniał się znów coraz bardziej, nie będzie dość bezpiecznym na noc schronieniem, albowiem zmienić się może w potok. Z tego powodu postanowił nocować na górze, a postanowienie to ucieszyło i Nel, zwłaszcza gdy wysłany na zwiady Kali powrócił i oświadczył, że niedaleko znajduje się lasek złożony z rozmaitych drzew, a w nim dużo małych małpek, nie tak brzydkich i złych jak pawiany, które spotykali dotychczas.</akap>
<akap>Trafiwszy zatem na miejsce, w którym ściany skalne były niskie i rozchylały się łagodnie, wyprowadzili konie i zanim się ściemniło, roztasowali się na nocleg. Namiot Nel stanął w miejscu wysokim i suchym, pod wielkim kopcem termitów, który zamykał całkiem przystęp z jednej strony i ułatwiał przez to robotę zeriby.</akap>
<akap>Blisko wznosiło się potężne drzewo o szeroko rozpostartych konarach, te zaś, okryte gęstym liściem, mogły dać dobrą ochronę od deszczu. Przed zeribą rosły pojedyncze kępy drzew, a dalej zbity i powiązany pnączami las, ponad którym wystrzelały wysoko korony jakichś dziwacznych palm, podobne jakby do olbrzymich wachlarzy albo do rozwiniętych pawich ogonów[7].</akap>
<akap>Staś dowiedział się od Kalego, że przed drugą porą dżdżystą, a więc w jesieni, niebezpiecznie jest nocować pod tymi palmami, albowiem dojrzałe wówczas, ogromne ich owoce obrywają się niespodzianie i spadają ze znacznej wysokości z taką siłą, że mogą zabić człowieka, a nawet i konia. Obecnie jednak owoce były dopiero w zawiązku, i z dala, zanim słońce zaszło, widać było pod koronami śmigające małe małpeczki, które w wesołych skokach uganiały się wzajem za sobą.</akap>
<akap>Staś wraz z Kalim przygotowali wielki zapas drzewa, tak aby starczyło go na całą noc, a ponieważ chwilami zrywały się silne podmuchy gorącego wiatru, więc wzmocnili zeribę kołkami, które młody Murzyn pozaostrzał mieczem Gebhra i pozatykał w ziemię. Ostrożność ta nie była wcale zbyteczna, gdyż silny wicher mógł porozrzucać kolczaste gałęzie, z których wzniesiona była zeriba i ułatwić napad drapieżnikom.</akap>
<akap>NocJednakże zaraz po zachodzie słońca wiatr ustał, natomiast powietrze stało się parne i ciężkie. W przerwach między chmurami przeświecały z początku tu i ówdzie gwiazdy, ale następnie noc zapadła zupełnie czarna, tak że na krok nie było nic widać. LasMali wędrowcy zgromadzili się przy ogniu, nasłuchując wrzasków i skrzeczenia małp, które w pobliskim lesie czyniły prawdziwy jarmark. Wtórowało im skomlenie szakali i rozmaite inne nieznane głosy, w których znać było niepokój i strach przed tym, co pod osłoną ciemności grozi w puszczy każdej żywej istocie.</akap>
<akap>Nagle zrobiło się cicho jak makiem siał, albowiem w mrocznych głębinach rozległo się stękanie lwa.</akap>
<akap>Konie, które pasły się opodal wśród młodej dżungli, poczęły zbliżać się do światła, podskakując na spętanych przednich nogach, waleczny zaś zwykle Saba zjeżył sierść i z wciśniętym ogonem tulił się do ludzi szukając widocznie ich opieki.</akap>
<akap>Stękanie rozległo się znowu --- rzekłbyś, spod ziemi --- głębokie, ciężkie, wysilone, jakby zwierz z trudnością wydobywał je ze swych potężnych płuc. Szło nisko nad ziemią, na przemian wzmagało się i cichło, przechodząc chwilami w głuche, ogromne, posępne jęki.</akap>
<akap_dialog>--- Kali! dorzuć do ognia! --- ozwał się Staś.</akap_dialog>
<akap>Murzyn dorzucił tak skwapliwie na ognisko naręcze gałęzi, że naprzód buchnęły całe snopy iskier, po czym dopiero strzelił w górę wysoki płomień.</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu, lew nas nie napadnie?... prawda? --- szeptała Nel pociągając chłopca za rękaw.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie. Nie napadnie. Patrz, jaka zeriba wysoka...</akap_dialog>
<akap>I mówiąc tak wierzył istotnie, że niebezpieczeństwo im nie grozi, ale lękał się o konie, które coraz bliżej cisnęły się do płotu i mogły go stratować.</akap>
<akap>Tymczasem stękanie przeszło w przeciągły grzmiący ryk, od którego truchleje wszelkie żywe stworzenie, a ludziom, nawet nie znającym trwogi, drgają tak nerwy, jak drgają szyby od dalekich strzałów armatnich.</akap>
<akap>Staś rzucił przelotne spojrzenie na Nel i widząc jej trzęsącą się bródkę i wilgotne oczy rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Nie bój się! nie płacz!</akap_dialog>
<akap>A ona odpowiedziała tak samo jak niegdyś w pustyni:</akap>
<akap_dialog>--- Ja nie chcę płakać... tylko mi się... oczy pocą! Oj!</akap_dialog>
<akap>Ostatni wykrzyk wyrwał jej się z ust dlatego, że w tej chwili od strony lasu zagrzmiał drugi ryk jeszcze potężniejszy od pierwszego, bo bliższy. Konie poczęły wprost pchać się na zeribę i gdyby nie długie i twarde jak stal kolce akacjowych gałęzi, byłyby ją przełamały. Saba warczał i zarazem drżał jak liść, Kali zaś jął powtarzać przerywanym głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Panie! dwa! dwa!... dwa!...</akap_dialog>
<akap>A Dźwięklwy, poczuwszy się wzajem, nie ustawały teraz ryczeć i straszliwy koncert trwał w ciemnościach ciągle, albowiem gdy jeden zwierz milknął, poczynał drugi. Staś nie mógł wkrótce rozpoznać, skąd dochodzą ich głosy, gdyż echo powtarzało je w wąwozie, skała odsyłała je skale, szły górą i dołem, napełniały las, dżunglę, nasycały całą ciemność grzmotem i trwogą.</akap>
<akap>Jedna tylko rzecz zdawała się chłopcu pewna, a mianowicie, że zbliżały się coraz bardziej. Kali zmiarkował również, że lwy obiegają obozowisko zataczając coraz mniejsze kręgi i że powstrzymywane od napadu tylko blaskiem płomienia wypowiadają rykiem swe niezadowolenie i obawę.</akap>
<akap>Widocznie jednak i on sądził, że niebezpieczeństwo grozi jedynie koniom, gdyż rozstawiwszy palce rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Lwy zabić jeden, zabić dwa --- nie wszystkie! nie wszystkie!...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dorzuć do ognia! --- powtórzył Staś.</akap_dialog>
<akap>Buchnął znów żywszy płomień; ryki ustały nagle. Ale Kali podniósł głowę i patrząc w górę począł nasłuchiwać.</akap>
<akap_dialog>--- Co tam? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Deszcz! --- odrzekł Murzyn.</akap_dialog>
<akap>Staś nastawił z kolei uszu. DeszczKonary drzewa osłaniały namiot i całą zeribę, więc na ziemię nie spadła jeszcze żadna kropla, ale w górze słychać było szelest liści. Ponieważ parnego powietrza nie poruszał najmniejszy powiew, łatwo się było domyślić, że to deszcz poczyna szemrać w gęstwinie.</akap>
<akap>Szelest wzmagał się z każdą chwilą i po niejakim czasie dzieci ujrzały krople spływające z liści, podobne przy blasku ognia do wielkich, różowych pereł. Jak przepowiedział Kali, rozpoczynała się ulewa. Szelest zmienił się w szum. Spadało coraz więcej kropel, a wreszcie przez gęstwę poczęły przenikać całe sznurki wody.</akap>
<akap>Ognisko pociemniało. Próżno Kali dorzucał całe naręcza. Z wierzchu mokre gałęzie dymiły tylko, a od spodu syczały węgle --- i płomień co się wzmógł, to przygasał.</akap>
<akap_dialog>--- Gdy ulewa zaleje ogień, będzie nas broniła jeszcze zeriba --- rzekł Staś dla uspokojenia Nel.</akap_dialog>
<akap>Po czym wprowadził dziewczynkę pod namiot i otulił ją pledem, ale sam wyszedł co prędzej, gdyż krótkie, urywane ryki ozwały się na nowo. Tym razem rozległy się one znacznie bliżej i brzmiała w nich jakby radość.</akap>
<akap>Ulewa potężniała z każdą chwilą. Deszcz dudnił po twardych liściach nabaku i pluskał. Gdyby ognisko nie było pod osłoną konarów, byłoby zgasło od razu, ale i tak unosił się nad nim przeważnie dym, wśród którego przebłyskiwały wąskie, błękitne płomyki. Kali dał za wygraną i nie dokładał więcej suszu. Natomiast, zarzuciwszy naokoło drzewa powróz, wspinał się za pomocą niego coraz wyżej po pniu.</akap>
<akap_dialog>--- Co robisz? --- zawołał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali włazić na drzewo.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Po co? --- krzyknął chłopiec, oburzony samolubstwem Murzyna.</akap_dialog>
<akap>Jasna, przeraźliwa błyskawica rozdarła ciemność, a odpowiedź Kalego zgłuszył nagły grzmot, który wstrząsnął niebem i puszczą. Jednocześnie zerwał się wicher, targnął konarami drzewa, rozmiótł w mgnieniu oka ognisko, porwał rozżarzone jeszcze pod popiołem węgle i wraz ze snopami iskier poniósł je w dżunglę.</akap>
<akap>BurzaNieprzebita ciemność ogarnęła chwilowo obozowisko. Straszna podzwrotnikowa burza rozszalała się na ziemi i niebie. Grzmot następował po grzmocie, błyskawica po błyskawicy. Krwawe zygzaki piorunów rozdzierały czarne jak kir niebo. Na pobliskich skałach pojawiła się dziwna błękitna kula, która przez czas jakiś toczyła się wzdłuż wąwozu, a następnie buchnęła oślepiającym światłem i pękła z hukiem tak okropnym, iż zdawało się, że skały rozsypią się w proch od wstrząśnienia.</akap>
<akap>Potem znów nastała ciemność.</akap>
<akap>Staś zląkł się o Nel i poszedł omackiem do namiotu. Namiot, osłonięty kopcem termitów i olbrzymim pniem, stał jeszcze, ale pierwsze silniejsze uderzenie wichru mogło potargać sznury i ponieść go Bóg wie dokąd. A wicher to opadał, to zrywał się ze wściekłą siłą, niosąc fale dżdżu i całe chmary liści i gałęzi nałamanych w pobliskim lesie. Stasia ogarnęła rozpacz. Nie wiedział, czy zostawić Nel w namiocie, czy ją z niego wyprowadzić. W pierwszym razie mogła zaplątać się w sznury i zostać porwana wraz ze zwojami płótna, w drugim groziło jej przemoczenie i także porwanie, gdyż i Staś, lubo bez porównania silniejszy, z największym trudem utrzymywał się na nogach.</akap>
<akap>Sprawę rozstrzygnął wicher, który w chwilę później porwał dach namiotu. Płócienne ściany nie dawały już żadnego schronienia. Nie pozostawało nic innego, jak czekać na przejście burzy, w ciemnościach, wśród których krążyły dwa lwy.</akap>
<akap>Staś przypuszczał, że może i one schroniły się w pobliskim lesie przed nawałnicą, ale był zupełnie pewien, że po jej przejściu wrócą. Grozę położenia zwiększało i to, że wiatr rozmiótł do szczętu zeribę.</akap>
<akap>Wszystko groziło zgubą. Strzelba Stasia nie mogła przydać się na nic. Jego energia również. Wobec burzy, piorunów, huraganu, dżdżu, ciemności i wobec lwów, które przytaiły się może o kilka kroków, czuł się bezbronny i bezradny. Szarpane wichrem płócienne ściany oblewały ich ze wszystkich stron wodą, więc otoczywszy ramieniem Nel wyprowadził ją z namiotu, po czym oboje przytulili się do pnia nabaku czekając śmierci lub bożego zmiłowania.</akap>
<akap>A wtem, między jednym a drugim uderzeniem wiatru, doszedł ich głos Kalego zaledwie dosłyszalny wśród pluskania dżdżu:</akap>
<akap_dialog>--- Panie wielki, na drzewo! na drzewo!</akap_dialog>
<akap>I jednocześnie koniec spuszczonego z góry mokrego sznura dotknął ramienia chłopca.</akap>
<akap_dialog>--- Przywiązać bibi, a Kali ją wciągnąć! --- wołał dalej Murzyn.</akap_dialog>
<akap>Staś nie wahał się ani chwili. Otuliwszy Nel wojłokiem, by powróz nie wpił się w jej ciało, obwiązał ją nim w pasie, następnie podniósł na wyciągniętych ramiona w górę i zawołał:</akap>
<akap_dialog>--- Ciągnij!</akap_dialog>
<akap>DrzewoPierwsze konary drzewa wyrastały dość nisko, więc powietrzna podróż Nel trwała krótko. Kali chwycił ją niebawem swymi silnymi rękoma i umieścił między pniem a olbrzymim konarem, gdzie było dość miejsca nawet i na pół tuzina takich drobnych istotek. Żaden wiatr nie mógł jej stamtąd wydmuchnąć, a prócz tego, chociaż po całym drzewie spływała woda, jednakże gruby na kilkanaście stóp pień chronił ją przynajmniej od nowych fal deszczu, niesionych przez wicher ukośnie.</akap>
<akap>Zabezpieczywszy małą bibi Murzyn spuścił znów powróz dla Stasia, lecz ów jak kapitan, który z tonącego okrętu ustępuje ostatni, kazał włazić przed sobą Mei.</akap>
<akap>Kali nie potrzebował jej wcale ciągnąć, gdyż w jednej chwili wdrapała się po powrozie z taką wprawą i zręcznością, jakby była rodzoną siostrą szympansa. Stasiowi poszło znacznie trudniej, lecz i on dość był na to dobrym gimnastykiem, by przezwyciężyć ciężar własnego ciała oraz strzelby i kilkunastu naboi, którymi napełnił kieszenie.</akap>
<akap>W ten sposób wszyscy czworo znaleźli się na drzewie.</akap>
<akap>Staś tak przyzwyczaił się myśleć w każdym położeniu o Nel, że i teraz zajął się przede wszystkim sprawdzeniem czy jej nie grozi upadek, czy ma dosyć miejsca i czy może wygodnie się położyć. Uspokojony pod tym względem począł łamać głowę, jak by zabezpieczyć ją od deszczu. Ale na to nie było rady. Zbudować jakiś daszek nad jej głową byłoby łatwo w dzień, ale teraz otaczała ich taka ciemność, że nie widzieli się wzajem wcale. Gdybyż przynajmniej ta burza przeszła i gdyby udało się rozpalić ogień, można by osuszyć ubranie Nel! Staś z rozpaczą myślał, że przemoczona do ostatniej nitki dziewczynka dostanie niezawodnie nazajutrz pierwszego ataku febry.</akap>
<akap>Bał się, że nad ranem, po burzy, zrobi się chłodno, jak bywało poprzednich nocy. Dotychczas jednak uderzenia wiatru były raczej gorące i deszcz jak ugrzany. Dziwiła tylko Stasia jego uporczywość, gdyż wiedział, że burze podzwrotnikowe im bardziej szaleją, tym trwają krócej.</akap>
<akap>Po długim dopiero czasie ucichły grzmoty i uderzenia wiatru osłabły, ale deszcz padał ciągle mniej wprawdzie ulewny niż poprzednio, ale ciężki i tak gęsty, że liście nabaku nie dawały żadnej przed nim ochrony. Z dołu dochodził szum wody, jakby cała dżungla zmieniła się w jedno jezioro. Staś pomyślał, że w wąwozie czekałaby ich śmierć niechybna. Ogromnym żalem przejmowała go też myśl, co się stanie z Sabą --- i nie śmiał mówić o nim z Nel. Miał wszelako trochę nadziei, że zmyślny pies znajdzie bezpieczny przytułek wśród skał sterczących nad wąwozem. Nie było jednak możności przyjść mu z jakąkolwiek pomocą.</akap>
<akap>Siedzieli więc jedno przy drugim wśród rozłożystych konarów, moknąc i czekając dnia. Po upływie jeszcze kilku godzin powietrze poczęło się ochładzać i deszcz na koniec ustał. Woda spłynęła też już widocznie po pochyłości na niższe miejsca, gdyż nie było słychać plusku ni szumu. Staś zauważył poprzednich dni, że Kali umie rozniecić ogień nawet z mokrych gałęzi, przyszło mu więc do głowy, by kazać Murzynowi zejść i spróbować, czy mu się to nie uda i tym razem. Lecz w chwili, w której zwrócił się do niego, stało się coś takiego, co wszystkim czworgu zmroziło krew w żyłach.</akap>
<akap>KońOto głęboką ciszę nocną rozdarł nagle kwik koński, straszny, przeraźliwy, pełen bólu, trwogi i śmiertelnego przerażenia. Zakotłowało się coś w ciemności, rozległ się krótki charkot, następnie głuche jęki, chrapanie, drugi kwik koński, jeszcze przeraźliwszy, po czym wszystko umilkło.</akap>
<akap_dialog>--- Lwy, panie wielki! lwy zabijać konie! --- szeptał Kali.</akap_dialog>
<akap>Było coś tak okropnego w tym nocnym napadzie, w tej przemocy potworów i w tym nagłym morderstwie bezbronnych zwierząt, że Staś struchlał na chwilę i zapomniał o strzelbie. Na co zresztą przydałoby się strzelać wśród takiej ćmy? Chyba na to, by ci mordercy, jeśli światło i huk ich przestraszy, porzucili zabite konie, a pognali za tymi, które rozproszyły się i odleciały od obozowiska tak daleko, jak na spętanych nogach mogły odlecieć.</akap>
<akap>Stasia przeszły ciarki na myśl, co by się stało, gdyby byli pozostali na dole. Przytulona do niego Nel dygotała tak, jakby już chwycił ją pierwszy atak febry, ale drzewo zabezpieczało ich przynajmniej od napadu. Kali ocalił im po prostu życie.</akap>
<akap>Była to jednak straszna noc --- najstraszniejsza w całej podróży.</akap>
<akap>PotwórSiedzieli jak zmokłe ptaki na gałęzi, nasłuchując, co się dzieje na dole. A tam przez jakiś czas trwało głębokie milczenie, lecz niebawem ozwały się pomruki, odgłos jakby chłeptania, cmokanie oddzieranych kawałów mięsa oraz chrapliwy oddech i postękiwanie potworów.</akap>
<akap>KrewWoń surowizny i krwi doszła aż do drzewa, gdyż lwy ucztowały nie więcej jak o dwadzieścia kroków od zeriby.</akap>
<akap>I ucztowały tak długo, że Stasia porwała w końcu złość. Chwycił strzelbę i wypalił w kierunku odgłosów.</akap>
<akap>Ale odpowiedział mu tylko urywany, gniewliwy ryk, po czym rozległ się trzask gruchotanych w potężnych szczękach kości. W głębi połyskiwały błękitno i czerwono oczy hien i szakali czekających na swoją kolej.</akap>
<akap>I tak upływały długie godziny nocy.</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXV</naglowek_rozdzial>
<akap>Słońce wzeszło nareszcie i rozświeciło dżunglę, kępy drzew i las. Lwy znikły, zanim pierwszy promień zabłysnął na widnokręgu. Staś kazał Kalemu rozniecić ogień, a Mei wydobyć rzeczy Nel ze skórzanego worka, w którym były upakowane, wysuszyć je i przebrać dziewczynkę jak najprędzej. Sam wziąwszy strzelbę poszedł zwiedzić obozowisko, a zarazem przypatrzyć się spustoszeniu, jakiego narobiła burza i dwaj nocni mordercy.</akap>
<akap>Zaraz za zeribą[8], z której zostały tylko kołki, leżał pierwszy koń zżarty prawie do połowy, o sto kroków drugi ledwie napoczęty, a zaraz za nim trzeci z wyszarpanym brzuchem i ze zgruchotanym łbem. Wszystkie straszny przedstawiały widok, oczy bowiem miały otwarte, pełne zakrzepłego przerażenia, i wyszczerzone zęby. Ziemia była stratowana, w zagłębieniach całe kałuże krwi. ZemstaStasia porwała taka złość, że w tej chwili prawie życzył sobie, żeby zza jakiejś kępy wychyliła się kudłata głowa ociężałego po nocnej uczcie rozbójnika i żeby mógł wpakować w nią kulę. Ale musiał odłożyć zemstę na czas późniejszy, obecnie bowiem miał co innego do roboty. Należało odnaleźć i połapać pozostałe konie. Chłopiec przypuszczał, że musiały schronić się w lesie, również jak Saba, którego trupa nigdzie nie było widać. Nadzieja, że wierny towarzysz niedoli nie padł ofiarą drapieżników, uradowała tak Stasia, że nabrał lepszej otuchy, a jego radość powiększyło jeszcze odnalezienie osła. Pokazało się, że mądry długouch nie chciał nawet utrudzać się zbyt daleką ucieczką. Zaszył się po prostu na zewnątrz zeriby w kąt utworzony przez kopiec termitów i drzewo --- i tam mając zabezpieczoną głowę i boki czekał, co się stanie dalej, gotów w danym razie odeprzeć napad za pomocą bohaterskiego wierzgania. Ale lwy najwidoczniej nie dostrzegły go wcale, więc gdy słońce wzeszło i niebezpieczeństwo minęło, uważał za stosowne położyć się i odpocząć po dramatycznych wrażeniach nocnych.</akap>
<akap>KońStaś krążąc koło obozowiska odnalazł wreszcie na rozmiękłej ziemi wyciski kopyt końskich. Ślady szły w stronę lasu, a potem skręcały ku wąwozowi. Była to okoliczność pomyślna, albowiem połapanie koni w wąwozie nie przedstawiało wielkich trudności. O kilkanaście kroków dalej znalazło się w trawie pęto[9], która jeden z koni zerwał w ucieczce. Ten musiał odbiec tak daleko, że na razie można go było uważać za straconego. Natomiast dwa inne dostrzegł Staś za niską skałą, nie w samym parowie[10], lecz na jego brzegu. Jeden z nich tarzał się, drugi szczypał młodą jasnozieloną trawę. Oba wyglądały niesłychanie zmęczone jakby po długiej drodze. Ale światło dzienne wygnało trwogę z ich serc, gdyż powitały Stasia krótkim, przyjaznym rżeniem. Koń, który się tarzał, zerwał się na nogi, przy czym chłopiec zauważył, że i ten wyswobodził się także z pęt, na szczęście jednak wolał widocznie zostać przy towarzyszu niż uciekać, gdzie go oczy poniosą.</akap>
<akap>Staś zostawił oba pod skałą i poszedł nad brzeg wąwozu by przekonać się, czy dalsza nim podróż jest możliwa. Jakoż obaczył, że z powodu wielkiego spadku woda już spłynęła i że dno jest prawie suche. Po chwili uwagę jego zwrócił jakiś białawy przedmiot zaplątany w pnącze zwieszające się z przeciwległej ściany skalnej. Pokazało się, że był to dach namiotu, który uderzenie wichru przyniosło aż tutaj i wbiło w gęstwinę, tak że woda nie mogła go porwać. Namiot zapewniał, bądź co bądź, małej Nel lepsze schronienie niż sklecony naprędce z gałęzi szałas, więc odnalezienie tej zguby uradowało Stasia mocno.</akap>
<akap>PiesAle radość jego zwiększyła się jeszcze, gdy z niszy skalnej ukrytej nieco wyżej pod lianami wyskoczył Saba trzymający w zębach jakieś zwierzę, którego głowa i ogon zwieszały się po obu stronach jego paszczy. Potężny pies wydrapał się w mgnieniu oka na górę i złożył u nóg Stasia pręgowaną hienę z pogruchotanym grzbietem i odgryzioną nogą, po czym jął machać ogonem i poszczekiwać radośnie, jakby chciał mówić: ,,Stchórzyłem, wyznaję, przed lwami, ale co prawda, to i wy siedzieliście na drzewie jak pentarki. Patrz jednak, żem nie zmarnował nocy."</akap>
<akap>I tak był dumny z siebie, że Staś zaledwie zdołał go skłonić, by zostawił na miejscu cuchnące zwierzę i nie zanosił go w podarunku Nel.</akap>
<akap>Gdy powrócili obaj, w obozie palił się już suty ogień, a w naczyniach wrzała woda, w której gotowały się ziarna durry[11], dwie pentarki i wędzone paski polędwicy z gnu. Nel była już przebrana w suchą odzież, ale wyglądała tak mizernie i blado, że Staś zląkł się o nią i wziąwszy ją za rękę, by się przekonać, czy nie ma gorączki, zapytał:</akap>
<akap_dialog>--- Nel, co tobie jest?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nic, Stasiu, tylko mi się bardzo chce spać.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wierzę! Po takiej nocy! Ręce, chwała Bogu, masz zimne. Ach! co to była za noc! Oczywiście, że ci się chce spać. I mnie także. Ale czy nie czujesz się chora?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Boli mnie trochę głowa.</akap_dialog>
<akap>Staś położył jej dłoń na czole. Główka była zimna tak jak i ręce, to jednak dowodziło właśnie ogromnego wyczerpania i osłabienia, więc chłopiec westchnął i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Zjesz coś ciepłego, a potem zaraz położysz się spać i będziesz spała aż do wieczora. Dziś pogoda przynajmniej piękna i nie będzie tak jak wczoraj.</akap_dialog>
<akap>A Nel spojrzała na niego ze strachem.</akap>
<akap_dialog>--- Ale my tu nie będziemy nocowali?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tu nie, bo tu leżą zagryzione konie; wybierzemy jakie inne drzewo lub też pojedziemy do wąwozu i tam urządzimy taką zeribę, jakiej świat nie widział. Będziesz tak spała spokojnie jak w Port-Saidzie.</akap_dialog>
<akap>Lecz ona złożyła rączki i poczęła go prosić ze łzami, żeby jechali dalej, gdyż w tym strasznym miejscu nie będzie mogła oka zmrużyć i zachoruje z pewnością. I tak go błagała, tak powtarzała patrząc mu w oczy: ,,Co, Stasiu? --- dobrze?" --- że zgodził się na wszystko.</akap>
<akap_dialog>--- Więc pojedziemy wąwozem --- rzekł --- bo tam jest cień. Przyrzeknij mi tylko, że jeśli ci zbraknie sił albo będzie ci słabo, to mi powiesz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie zbraknie, nie zbraknie! Przywiążesz mnie do siodła i usnę w drodze doskonale.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie. Siądę na tego samego konia i będę cię trzymał, Kali i Mea pojadą na drugim, a osioł poniesie namiot.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dobrze! dobrze!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zaraz po śniadaniu musisz się trochę przespać. Nie możemy i tak wyruszyć przed południem, ponieważ jest dużo do roboty. Trzeba połapać konie, złożyć namiot, urządzić inaczej juki[12]. Część rzeczy zostawimy, bo teraz mamy wszystkiego dwa konie. Zejdzie nam na tym parę godzin, a ty tymczasem prześpisz się i wzmocnisz. Dziś będzie upał, ale pod drzewem cienia nie zbraknie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- MężczyznaA ty i Mea, i Kali? Mnie tak przykro, że ja jedna będę spała, a wy się musicie męczyć...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Owszem, znajdzie się i dla nas czas. O mnie się nie troszcz. Ja w Port-Saidzie w czasie egzaminów nie sypiałem często po całych nocach, o czym nawet i mój ojciec nie wiedział... Koledzy nie sypiali także. Ale co mężczyzna, to nie taka mała mucha jak ty. Nie masz pojęcia, jak dziś wyglądasz... zupełnie jak szklana! Zostały tylko oczy i czupryna, a twarzy wcale nie ma.</akap_dialog>
<akap>Choroba, Strach Mówił to żartobliwie, ale w duszy się bał, gdyż przy mocnym świetle dziennym Nel miała twarz po prostu chorą, i po raz pierwszy zrozumiał jasno, że jeśli tak dalej pójdzie, to biedne dziecko nie tylko może, ale i musi umrzeć. I na tę myśl zadygotały pod nim nogi, albowiem poczuł nagle, że w razie jej śmierci on także nie miałby ani po co żyć, ani po co wracać do Port-Saidu.</akap>
<akap>,,Bo cóż bym wtedy miał do roboty?" --- pomyślał.</akap>
<akap>Na chwilę odwrócił się, by Nel nie dostrzegła w jego oczach żalu i lęku, a następnie poszedł do złożonych pod drzewem rzeczy, odrzucił wojłok, którym była okryta szkatułka z nabojami, otworzył ją i począł czegoś szukać.</akap>
<akap>Chował tam w małej szklanej flaszce ostatni proszek chininy[13] i strzegł go jak oka w głowie na ,,czarną godzinę", to jest na wypadek, gdyby Nel dostała febry. Ale teraz był prawie pewien, że po takiej nocy pierwszy atak przyjdzie niezawodnie, więc postanowił mu zapobiec. Czynił to z ciężkim sercem, myśląc o tym, co będzie później, i gdyby nie to, że mężczyźnie i naczelnikowi karawany nie wypadało płakać, byłby się nad tym ostatnim proszkiem rozpłakał.</akap>
<akap>Więc chcąc pokryć wzruszenie przybrał wielce surową minę i wróciwszy do dziewczynki rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Nel, weź przed jedzeniem resztę chininy.</akap_dialog>
<akap>Ona zaś spytała:</akap>
<akap_dialog>--- A jeśli ty dostaniesz febry?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To się będę trząsł. Weź, mówię ci.</akap_dialog>
<akap>Wzięła bez dalszego oporu, albowiem od czasu jak pozabijał Sudańczyków, bała się go trochę mimo wszelkich starań, jakimi ją otaczał, i dobroci, jaką jej okazywał. Zasiedli potem do śniadania i po zmęczeniu nocnym gorący rosół z pentarki smakował im wybornie. Nel zasnęła zaraz po posiłku i spała przez kilka godzin. Staś, Kali i Mea urządzili przez ten czas karawanę, przynieśli z wąwozu wierzch namiotu, posiodłali konie, objuczyli i osła --- i zakopali pod korzeniami nabaku te rzeczy, których nie mogli zabrać. Sen morzył ich przy tej robocie okropnie, ale Staś z obawy, by nie zaspać, pozwolił sobie i im na kolejną tylko drzemkę.</akap>
<akap>Była może godzina druga, gdy wyruszyli w dalszą drogę. Staś trzymał przed sobą Nel, Kali jechał z Meą na drugim koniu. Nie zjechali jednak od razu do parowu, ale posuwali się między jego brzegiem a lasem.Ogień Młoda dżungla podrosła przez tę jedną dżdżystą noc bardzo znacznie, grunt jednak pod nią był czarny i nosił ślady ognia. Łatwo było odgadnąć, że albo przechodził tędy ze swoim oddziałem Smain, albo że pożar przygnany z daleka wichrem, leciał suchą dżunglą i wreszcie trafiwszy na wilgotny las przesunął się niezbyt szerokim szlakiem między nim a wąwozem i poszedł dalej. Stasiowi chciało się sprawdzić, czy na tym szlaku nie znajdą się jakie ślady obozowisk Smaina albo wyciski kopyt --- i z przyjemnością przekonał się, że nic podobnego nie było widać. Kali, który się na takich rzeczach znał dobrze, twierdził stanowczo, że ogień musiał być przyniesiony przez wiatr i że od tego czasu upłynęło już dni kilkanaście.</akap>
<akap_dialog>--- To dowodzi --- zauważył Staś --- że Smain ze swoimi mahdystami jest już Bóg wie gdzie --- i że w żadnym razie nie wpadniemy w jego ręce.</akap_dialog>
<akap>Las, RoślinyPo czym oboje z Nel zaczęli przypatrywać się ciekawie roślinności, ponieważ dotychczas nigdy nie przejeżdżali tak blisko podzwrotnikowego lasu. Jechali teraz samym jego brzegiem, aby mieć nad głową cień.</akap>
<akap>Ziemia tu była wilgotna i miękka, zarośnięta ciemnozielonawą trawą, mchami i paprocią. Gdzieniegdzie leżały stare, spróchniałe pnie, pokryte jakby kobiercem, prześlicznymi storczykami o pstrych, podobnych do motyli kwiatach, z również pstrym dzbankiem w środku korony[14]. Gdzie dochodziło słońce, tam ziemia złociła się od innych dziwnych storczyków, drobnych i żółtych, w których dwa płatki kwiatu wznosząc się po bokach płatka trzeciego czyniły podobieństwo do głowy zwierzątka, o dużych, ostro zakończonych uszach[15]. W niektórych miejscach las podszyty był krzakami dzikiego jaśminu[16], upiętymi w girlandy z cienkich pnączów kwitnących różowo. Płytkie parowy i wgłębienia porastały paprocie zbite w jeden nieprzenikniony gąszcz: to niskie i rozłożyste, to wysokie, z pniami poobwijanymi jakby kądzielą, sięgające aż do pierwszych konarów drzew i rozpostarte pod nimi w delikatną, zieloną koronkę. DrzewoW głębi nie było jednolitych drzew: daktylowce, rafie[17], palmy wachlarzowe, sykomory, chlebowce[18], euforbie[19], olbrzymie odmiany senecjonów, akacji, drzewa o uliścieniu ciemnym i lśniącym, i jasnym lub czerwonym jak krew, rosły obok siebie, pień przy pniu, splątane gałęziami, z których strzelały kwiaty żółte i purpurowe, podobne do świeczników. W niektórych ostępach[20] nie było wcale widać drzew, gdyż od ziemi aż do wierzchołków pokrywały je pnącza przerzucając się z pnia na pień, tworząc jakby wielkie litery: W i M, zwieszając się na kształt festonów[21], firanek i całych kotar. Liany kauczukowe[22] dusiły wprost w tysiącznych wężowych skrętach drzewa i zmieniały je w piramidy zasypane białym kwieciem jak śniegiem. Naokół większych lianów obwijały się mniejsze i gmatwanina stawała się tak niesłychana, że przetwarzała się niemal w ścianę, przez którą ani człowiek, ani zwierz nie zdołałby się przedrzeć. Miejscami tylko, gdzie przedzierały się słonie, których sile nic nie potrafi się oprzeć, były powybijane w gąszczu jakby głębokie i kręte korytarze.</akap>
<akap>Śpiewu ptaków, który tak umila lasy europejskie, nie było wcale słychać, natomiast wśród wierzchołków drzew rozlegały się najdziwaczniejsze wołania, podobne to do odgłosu, jaki wydaje piła, to do bicia w kotły, to do klekotania bocianów, to do skrzypienia starych drzwi, to do klaskania w ręce, do miauczenia kotów lub nawet do głośnej podnieconej rozmowy ludzkiej. Kiedy niekiedy wzbijało się ponad drzewa stadko papug szarych, zielonych, białych lub gromadka jaskrawo upierzonych tukanów, o cichym falistym locie. Na śnieżnym tle kauczukowych pnączy migały niekiedy jak leśne duchy małe małpki żałobniczki[23], czarne zupełnie, z wyjątkiem białego ogona, białych pasów po bokach i takichże faworytów otaczających twarz barwy węgla.</akap>
<akap>Dzieci patrzyły z podziwem na ten dziewiczy las, na który może jeszcze nigdy nie spojrzały oczy białego człowieka. Saba dawał co chwila nurka w gąszcze, skąd dochodziło jego wesołe szczekanie. Małą Nel pokrzepiła chinina, śniadanie i wypoczynek. Twarzyczka jej ożywiła się i nabrała lekkich kolorów, oczki patrzyły weselej. Co chwila wypytywała Stasia o nazwy rozmaitych drzew i ptaków, a on odpowiadał, jak umiał. ZwierzętaNa koniec oświadczyła, że chce zejść z konia i nazbierać dużo kwiatów.</akap>
<akap>Lecz chłopak uśmiechnął się i odrzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Zaraz by cię tam zjadły siafu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co to siafu? czy to co gorszego od lwa?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I gorszego, i nie gorszego. To są mrówki kąsające ogromnie. Pełno ich na gałęziach, z których spadają ludziom na plecy jak deszcz ognisty. Ale chodzą i po ziemi. Spróbuj tylko zsiąść z konia i pójść trochę w las, a zaraz zaczniesz podskakiwać i piszczeć jak małpka. Nawet od lwa łatwiej się obronić. Czasem idą w ogromnych szeregach i wtedy wszystko im ustępuje z drogi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale ty dałbyś sobie z nimi radę?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ja? Rozumie się!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A jak?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Za pomocą ognia albo ukropu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ty to sobie zawsze potrafisz poradzić --- rzekła z głębokim przekonaniem.</akap_dialog>
<akap>Stasiowi pochlebiły wielce te słowa, więc odpowiedział zarozumiale, ale zarazem i wesoło:</akap>
<akap_dialog>--- Byleś była tylko zdrowa, to resztę możesz zdać na mnie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Mnie już nawet i głowa nie boli.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Chwała Bogu, chwała Bogu!</akap_dialog>
<akap>Tak rozmawiając minęli las, który jednym tylko bokiem dochodził do parowu. Słońce stało jeszcze wysoko na niebie i dopiekało potężnie, gdyż pogoda uczyniła się wspaniała i na niebie nie było żadnej chmurki. Konie oblały się potem, a Nel poczęła bardzo narzekać na gorąco. Z tego powodu Staś upatrzywszy odpowiednie miejsce skręcił do wąwozu, w którym zachodnia ściana rzucała głęboki cień. Było tam chłodniej i woda, pozostała we wgłębieniach po wczorajszej ulewie, była również stosunkowo chłodna.Ptak Nad głowami małych podróżników przelatywały ciągle z jednego brzegu parowu na drugi tukany o purpurowych głowach, niebieskich piersiach i żółtych skrzydłach, więc chłopiec jął opowiadać Nel to, co o ich obyczajach wiedział z książek.</akap>
<akap_dialog>--- Wiesz --- mówił --- są takie tukany, które w porze lęgu wyszukują dziuplę w drzewie; tam samica znosi jaja i siada na nich, a samiec oblepia otwór gliną, tak że tylko jej głowę widać, i dopiero gdy pisklęta się wylęgną, tłucze swoim wielkim dziobem glinę i wypuszcza samicę na wolność.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A co ona przez ten czas je?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Samiec ją karmi. Lata ciągle naokoło i przynosi jej rozmaite jagody.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A czy jej pozwala spać? --- pytała dalej sennym głosem.</akap_dialog>
<akap>Staś uśmiechnął się.</akap>
<akap_dialog>--- Jeśli pani tukanowa ma taką ochotę jak ty w tej chwili, to jej pozwala.</akap_dialog>
<akap>OpiekaJakoż w chłodnym wąwozie począł dziewczynkę morzyć nieprzeparty sen, gdyż od rana do wczesnego popołudnia za mało jej było wypoczynku. Staś miał szczerą chęć pójść za jej przykładem, lecz nie mógł, ponieważ musiał ją trzymać obawiając się, by nie spadła, a przy tym było mu ogromnie niewygodnie siedzieć po męsku na płaskim i szerokim siodle, jakie Hatim wraz z Seki-Tamalą urządzili dla małej jeszcze w Faszodzie. Nie śmiał jednak poruszać się i prowadził konia jak najwolniej, by jej nie rozbudzić.</akap>
<akap>Ona tymczasem, przechyliwszy się w tył, oparła mu główkę na ramieniu i rozespała się na dobre.</akap>
<akap>Ale oddychała tak równo i spokojnie, że Staś przestał żałować ostatniego proszku chininy. Czuł słuchając jej oddechu, że niebezpieczeństwo febry zostało na razie usunięte, i tak począł rozmyślać:</akap>
<akap>,,Wąwóz idzie ciągle w górę, a teraz nawet dość stromo. Jesteśmy coraz wyżej i kraj jest coraz suchszy. Trzeba tylko będzie znaleźć jakie miejsce wyniosłe, doskonale zasłonięte, przy bystrej wodzie, tam się rozgospodarzyć, dać małej parę tygodni wypoczynku, a może i przeczekać całą massikę[24]. Niejedna nie wytrzymałaby i dziesiątej części tych trudów, ale trzeba, aby wypoczęła! Po takiej nocy inna dostałaby natychmiast febry, a ona --- jak to sobie śpi doskonale! Chwała Bogu!"</akap>
<akap>I myśli te wprawiły go w doskonały humor, toteż spoglądając z góry na główkę Nel opartą na jego piersiach mówił sobie wesoło, ale zarazem nie bez pewnego zdziwienia:</akap>
<akap>,,Szczególna jednak rzecz, jak ja tę małą muchę lubię! Co prawda lubiłem ją zawsze, ale teraz to coraz więcej!"</akap>
<akap>I nie wiedząc, jak sobie tak osobliwy objaw wytłumaczyć, wpadł na następujące przypuszczenie:</akap>
<akap>,,To pewno dlatego, żeśmy tyle razem przeszli i że ona jest na mojej opiece."</akap>
<akap>Tymczasem trzymał tę ,,muchę" z wielką ostrożnością prawą ręką za pasek, żeby mu nie zleciała z siodła i nie potłukła sobie noska. Posuwali się noga za nogą i w milczeniu, tylko Kali podśpiewywał sobie pod nosem na chwałę Stasia:</akap>
<akap_dialog>--- Pan wielki zabić Gebhra, zabić lwa i bawołu! yah! pan wielki zabić jeszcze dużo lwów! yah! Mnóstwo mięsa! mnóstwo mięsa! yah! yah!...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali --- zapytał cicho Staś --- czy Wa-hima polują na lwy?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wa-hima bać się lwów, ale Wa-hima kopać głębokie doły i jeśli lew w nocy wpadnie, to Wa-hima śmiać się.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Cóż wtedy robicie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wa-hima rzucać dużo oszczepów, aż lew jak jeż. Wtedy go wyciągnąć z dołu i zjeść. Lew dobry.</akap_dialog>
<akap>I wedle swego zwyczaju pogładził się po żołądku.</akap>
<akap>Stasiowi nie bardzo podobał się ten sposób polowania, więc począł wypytywać, jaka inna zwierzyna znajduje się w kraju Wa-hima, i rozmawiali dalej o antylopach, strusiach, żyrafach i nosorożcach dopóty, dopóki do uszu ich nie doszedł szum wodospadu.</akap>
<akap_dialog>--- Co to? --- zawołał Staś --- rzeka przed nami i wodospad?</akap_dialog>
<akap>Kali pokiwał głową na znak, że widocznie tak jest.</akap>
<akap>I przez czas jakiś jechali bardziej sporym krokiem nasłuchując szumu, który stawał się coraz wyraźniejszy.</akap>
<akap_dialog>--- Wodospad! --- powtórzył zaciekawiony Staś.</akap_dialog>
<akap>Lecz zaledwie minęli jeden i drugi zakręt, gdy nagle przeszkoda nie do przebycia zatamowała im dalszą drogę.</akap>
<akap>Nel, którą poprzednio uśpił ruch koński, rozbudziła się zaraz.</akap>
<akap_dialog>--- Czy już stajemy na nocleg? --- zapytała.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie, ale patrz! --- odpowiedział Staś --- skała zamyka wąwóz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To cóż zrobimy?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Przecisnąć się obok niej niepodobna, bo tu ciasno, więc trzeba się będzie trochę wrócić, wydostać się na górę i objechać przeszkodę, ale do wieczora jeszcze ze dwie godziny, a zatem mamy czas. Niech też i konie trochę odetchną. Słyszysz wodospad?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Słyszę.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zatrzymamy się przy nim na nocleg.</akap_dialog>
<akap>Po czym zwrócił się do Kalego, kazał mu wydrapać się na brzeg parowu i zobaczyć, czy dalej dno wąwozu nie jest zawalone podobnymi przeszkodami, sam zaś począł przypatrywać się uważnie skale i po chwili zawołał:</akap>
<akap_dialog>--- Ona oderwała się i runęła niedawno. Widzisz, Nel, ten odłam? Przypatrz się, jaki świeży. Nie ma na nim żadnych mchów ani roślin. Rozumiem już --- rozumiem!</akap_dialog>
<akap>I ręką wskazał dziewczynce na rosnący nad brzegiem wąwozu baobab, którego ogromny korzeń zwieszał się po ścianie wzdłuż odłamu.</akap>
<akap_dialog>--- To ten korzeń zapuścił się w szparę między ścianą i skałą i rozrastając się odłupał w końcu skałę. To jest rzecz bardzo osobliwa, bo przecie kamień twardszy jest od drzewa, wiem jednak, że w górach często tak bywa. Byle co trąci potem taki głaz, który się ledwie trzyma --- i głaz się odrywa.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale co go mogło trącić?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Trudno powiedzieć. Może dawniejsza burza, może wczorajsza.</akap_dialog>
<akap>W tej chwili Saba, który poprzednio pozostał był za karawaną, nadleciał, stanął nagle jakby pociągnięty z tyłu za ogon, zawietrzył, następnie wcisnął się w wąskie przejście między ścianą a oderwaną skałą, ale natychmiast począł się cofać ze zjeżoną sierścią.</akap>
<akap>Staś zsiadł z konia, by zobaczyć, co mogło psa przestraszyć.</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu, nie chodź tam --- prosiła Nel --- tam może być lew.</akap_dialog>
<akap>Chłopiec zaś, który był trochę junak-samochwał i który od wczorajszej nocy miał nadzwyczajną urazę do lwów, odrzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Wielka rzecz lew --- w dzień!</akap_dialog>
<akap>Zanim jednak zbliżył się do przejścia, rozległ się z góry głos Kalego:</akap>
<akap_dialog>--- Bwana kubwa! Bwana kubwa!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co takiego? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap>ZwierzętaMurzyn zsunął się w mgnieniu oka po łodydze pnącza. Z twarzy łatwo mu było wyczytać, że przynosi jakąś ważną nowinę.</akap>
<akap_dialog>--- Słoń! --- zawołał.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Słoń?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak --- odpowiedział młody Murzyn, machając rękoma. --- Tam grzmiąca woda, a tu skała. Słoń nie móc wyjść. Pan wielki zabić słonia, a Kali go jeść, och, jeść, jeść!</akap_dialog>
<akap>I na tę myśl opanowała go taka radość, że jął skakać, uderzać dłońmi po kolanach i śmiać się jak szalony, przewracając przy tym oczy i połyskując białymi zębami.</akap>
<akap>Staś nie zrozumiał od razu, dlaczego Kali mówi, że słoń nie może wyjść z wąwozu, więc chcąc zobaczyć, co się stało, siadł na koń i powierzywszy Nel Mei, by w danym razie mieć wolne do strzału ręce, kazał Kalemu siąść za sobą, po czym zawrócili wszyscy i poczęli szukać miejsca, przez które by mogli wydostać się na górę. Po drodze Staś wypytywał się, jakim sposobem słoń mógł znaleźć się tam, gdzie był --- i z odpowiedzi Kalego wymiarkował mniej więcej, co zaszło.</akap>
<akap>Oto słoń uciekał widocznie wąwozem podczas pożaru dżungli przed ogniem; po drodze otarł się silnie o nadwerężoną skałę, a ta zwaliła się i przecięła mu odwrót. Potem dobiegłszy do końca parowu znalazł się nad brzegiem przepaści, w którą spadała rzeka, i w ten sposób został zamknięty.</akap>
<akap>Po pewnym czasie młodzi podróżnicy znaleźli wyjście, ale dość strome, tak że trzeba było zsiąść z koni i prowadzić je za sobą. Ponieważ, wedle zapewnień Murzyna, do rzeki było bardzo blisko, więc ruszyli dalej piechotą. Doszli na koniec na wysoki cypel ograniczony z jednej strony rzeką, z drugiej parowem i spojrzawszy w dół ujrzeli na dnie kotliny słonia.</akap>
<akap>Olbrzymi zwierz leżał na brzuchu i ku wielkiemu zdziwieniu Stasia nie zerwał się na ich widok, tylko gdy Saba począł dopadać do brzegu wądołu i szczekać zajadle, poruszył na chwilę ogromnymi uszami i podniósł trąbę, ale opuścił ją natychmiast.</akap>
<akap>Dzieci trzymając się za ręce długo patrzyły na niego w milczeniu, które przerwał dopiero Kali.</akap>
<akap_dialog>--- On umierać z głodu! --- zawołał.</akap_dialog>
<akap>Rzeczywiście słoń wychudzony był do tego stopnia, że jego grzbiet tworzył wzdłuż ciała jakby sterczący grzebień; boki miał zapadłe, pod skórą, mimo jej grubości, rysowały się wyraźnie żebra --- i łatwo było odgadnąć, że nie wstaje dlatego, że nie ma już sił.</akap>
<akap>Wąwóz, dość przy ujściu szeroki, zmieniał się w zamkniętą z obu boków pionowymi skałami kotlinkę, na której dnie rosło kilka drzew. Otóż drzewa te były połamane, kora na nich obdarta, na gałęziach ani listka. Pnącze zwieszające się ze skał były również pozdzierane i objedzone, a trawa w kotlinie wyskubana do ostatniego źdźbła.</akap>
<akap>Staś, rozpatrzywszy się dokładnie w położeniu, jął dzielić się swymi spostrzeżeniami z Nel, ale pod wrażeniem nieuniknionej śmierci olbrzymiego zwierzęcia mówił cicho, jakby się bał, by nie zamącić mu ostatnich chwil życia.</akap>
<akap_dialog>--- Tak, on rzeczywiście umiera z głodu. Siedzi tu już pewnie ze dwa tygodnie, to jest od czasu, gdy pożar spalił starą dżunglę. Zjadł wszystko, co było do zjedzenia, a teraz męczy się tylko, tym bardziej że tu na górze rosną chlebowce i akacje o wielkich strąkach, a on je widzi i nie może się do nich dostać.</akap_dialog>
<akap>I przez chwilę patrzyli znów w milczeniu, a słoń także zwracał na nich raz w raz swe małe, gasnące oczka --- i coś w rodzaju gulgotania wydobywało mu się z gardła.</akap>
<akap_dialog>--- Doprawdy --- ozwał się chłopiec --- lepiej będzie skrócić mu tę mękę.</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy podniósł strzelbę do twarzy, lecz Nel chwyciła go za kurtkę i opierając się na obu nóżkach poczęła odciągać go z całej siły znad brzegu parowu.</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu, nie rób tego! Stasiu, dajmy mu jeść! --- on taki biedny! Ja nie chcę, żebyś ty go zabijał, nie chcę! nie chcę!</akap_dialog>
<akap>I tupiąc nóżkami nie przestawała go ciągnąć, a on spojrzał na nią z wielkim zdumieniem, lecz widząc jej oczy pełne łez rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Ależ, Nel...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie chcę! nie dam go zabić! Ja dostanę febry, jeśli go zabijesz!...</akap_dialog>
<akap>Dla Stasia dość było tej groźby, by się wyrzec zabójczych zamiarów --- i względem tego słonia, którego mieli przed sobą, i względem wszystkich innych na świecie. Przez chwilę milczał jeszcze, nie wiedząc, co małej odpowiedzieć, po czym rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- No, dobrze! dobrze!... Mówię ci, że dobrze! Nel! puść mnie!</akap_dialog>
<akap>A Nel uściskała go zaraz i przez jej zapłakane oczy przebłysnął uśmiech. Teraz chodziło jej tylko o to, by jak najprędzej dać słoniowi jeść. Kali i Mea zdziwili się bardzo, gdy dowiedzieli się, że bwana kubwa nie tylko go nie zabije, ale że mają natychmiast narwać dla niego tyle melonów z drzewa chlebowego, tyle strąków akacji i tyle wszelkiego rodzaju zielska, liści i traw, ile tylko zdołają. Obosieczny sudański miecz Gebhra przydał się Kalemu do tych czynności bardzo i gdyby nie on, robota nie poszłaby łatwo. Nel jednak nie chciała czekać na jej ukończenie i gdy tylko pierwszy melon spadł z drzewa, porwała go w obie ręce i niosąc go do wąwozu powtarzała prędko, jakby z obawą, by jej nie chciał kto inny wyręczyć:</akap>
<akap_dialog>--- Ja! ja! ja!</akap_dialog>
<akap>Lecz Staś nie myślał bynajmniej pozbawić jej tej rozkoszy, z obawy tylko, by ze zbytku zapału nie zleciała razem z melonem, chwycił ją za pasek i zawołał:</akap>
<akap_dialog>--- Ciskaj!</akap_dialog>
<akap>Ogromny owoc potoczył się po stromej pochyłości i padł przy nogach słonia, ów zaś wyciągnął w mgnieniu oka trąbę, pochwycił go, potem ją zgiął, jakby chciał sobie włożyć melon pod szyję --- i tyle go dzieci widziały!</akap>
<akap_dialog>--- Zjadł! --- zawołała uszczęśliwiona Nel.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Spodziewam się! --- odpowiedział śmiejąc się Staś.</akap_dialog>
<akap>A słoń wyciągnął ku nim trąbę, jakby chciał prosić o więcej, i odezwał się potężnym głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Hrrumf!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Chce jeszcze!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Spodziewam się --- powtórzył Staś.</akap_dialog>
<akap>Drugi melon poszedł w ślad za pierwszym i zniknął w jednej chwili tak samo, potem trzeci, czwarty, dziesiąty, następnie zaczęły zlatywać strąki akacji i całe wiązki traw i wielkich liści. Nel nie pozwoliła się nikomu zastąpić i gdy jej małe ręce zmęczyły się robotą, spychała nóżkami coraz nowe zapasy, słoń zaś jadł i podnosząc kiedy niekiedy trąbę wygłaszał swoje grzmiące: ,,hrrumf", na znak, że chce jeszcze więcej, i --- jak utrzymywała Nel --- na znak, że dziękuje.</akap>
<akap>Lecz Kali i Mea zmęczyli się na koniec robotą, którą spełniali bardzo gorliwie, ale tylko w tej myśli, że bwana kubwa pragnie naprzód odpaść słonia, a potem dopiero go zabić. Wreszcie jednak bwana kubwa kazał im przestać, gdyż słońce zniżyło się już mocno i czas było rozpocząć budowę zeriby. Na szczęście nie była to rzecz trudna, albowiem dwa boki trójkątnego cypla były zupełnie niedostępne, tak że należało tylko zagrodzić trzeci. Akacji z okrutnymi kolcami nie brakło także.</akap>
<akap>Nel nie odstępowała ani na krok od wąwozu i siedząc w kucki nad jego brzegiem oznajmiała z dala Stasiowi, co słoń robi, i raz w raz rozlegał się jej cienki głosik:</akap>
<akap_dialog>--- Szuka koło siebie trąbą!</akap_dialog>
<akap>Albo:</akap>
<akap_dialog>--- Rusza uszami. Ogromne ma uszy!</akap_dialog>
<akap>A wreszcie:</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu! Stasiu, wstaje! Oj!</akap_dialog>
<akap>Staś zbliżył się szybko i chwycił Nel za rękę. Słoń wstał rzeczywiście i teraz dopiero dzieci mogły przypatrzyć się jego ogromowi. Widziały one poprzednio kilka razy wielkie słonie, które przez Kanał Sueski przewożono na okrętach z Indii do Europy, ale żaden z nich nie mógł się porównać z tym kolosem, który istotnie wyglądał jak wielka szyfrowej barwy skała, chodząca na czterech nogach. Różnił się także od tamtych niezmiernymi kłami, które dochodziły do pięciu lub więcej stóp długości, i jak to zauważyła już Nel, bajecznymi wprost uszami. Przednie jego nogi były bardzo wysokie, ale stosunkowo cienkie, czego przyczyną był zapewne post wielodniowy.</akap>
<akap_dialog>--- Oto liliput! --- zawołał Staś. --- Gdyby wspiął się i wyciągnął dobrze trąbę, mógłby cię złapać za nóżkę.</akap_dialog>
<akap>Ale kolos nie myślał ani się wspinać, ani łapać nikogo za nóżkę. Chwiejnym krokiem zbliżył się do wylotu wąwozu, popatrzył przez chwilę w przepaść, na której dnie kotłowała się woda, potem zwrócił się do ściany leżącej bliżej wodospadu, skierował ku niemu trąbę i zanurzywszy ją, jak mógł najdokładniej, począł pić.</akap>
<akap_dialog>--- Jego szczęście --- rzekł Staś --- że mógł dostać trąbą do wody. Inaczej byłby zdechł.</akap_dialog>
<akap>Słoń pił tak długo, że w końcu niepokój ogarnął dziewczynkę.</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu, czy on sobie nie zaszkodzi? --- zapytała.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie wiem --- odpowiedział śmiejąc się --- ale skoro wzięłaś go w opiekę, to go teraz przestrzeż.</akap_dialog>
<akap>Więc Nel przechyliła się nad krawędzią i nuż wołać:</akap>
<akap_dialog>--- Dosyć, kochany słoniu, dosyć!</akap_dialog>
<akap>A kochany słoń, jakby zrozumiał, o co chodzi, przestał zaraz pić, a natomiast począł tylko oblewać się wodą: naprzód oblał sobie nogi, potem grzbiet, a następnie oba boki.</akap>
<akap>Ale tymczasem ściemniło się, więc Staś odprowadził dziewczynkę do zeriby, gdzie czekała już na nich wieczerza.</akap>
<akap>Oboje byli w doskonałych humorach: Nel dlatego, że uratowała słoniowi życie, a Staś dlatego, że widział jej błyszczące jak dwie gwiazdki oczy i rozradowaną twarzyczkę, która wyglądała czerstwiej i zdrowiej niż kiedykolwiek od czasu wyjazdu z Chartumu. Do zadowolenia chłopca przyczyniało się i to, że obiecywał sobie spokojną i doskonałą noc. Niedostępny z dwóch stron cypel zabezpieczał ich zupełnie od napaści, a z trzeciej strony Kali z Meą wznieśli tak wysoką ścianę z kolczastych gałęzi akacji i passiflory[25], że nie mogło być mowy o tym, by jakiekolwiek drapieżne zwierzę zdołało się przez taką zaporę przedostać. Pogoda przy tym uczyniła się piękna i niebo zaraz po zachodzie słońca obsypało się gwiazdami. Chłodnawym z powodu bliskości wodospadu powietrzem, przesyconym zapachem dżungli i świeżo połamanych gałęzi, przyjemnie było oddychać.</akap>
<akap>,,Nie dostanie ta mucha febry!" --- myślał z radością Staś.</akap>
<akap>Następnie zaczęli rozmawiać o słoniu, gdyż Nel nie była zdolna rozmawiać o czym innym i nie przestawała unosić się nad jego wzrostem, trąbą i kłami, które rzeczywiście miał olbrzymie. W końcu zapytała:</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu, prawda, jaki on rozumny?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jak Salomon --- odpowiedział Staś. --- Ale z czego to wnosisz?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Bo jak go poprosiłam, żeby więcej nie pił, zaraz mnie usłuchał.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeśli przedtem nie brał lekcji języka angielskiego, a jednak go rozumie, to istotnie cudowne.</akap_dialog>
<akap>Nel pomiarkowała, że Staś stroi sobie z niej żarty, więc fuknęła na niego jak kotka, po czym rzekła:</akap>
<akap_dialog>--- Mów sobie, co chcesz, a ja jestem pewna, że on jest bardzo rozumny i że się zaraz oswoi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czy zaraz, nie wiem, ale oswoić się może. Słonie afrykańskie są wprawdzie dziksze od azjatyckich, jednakże myślę, że na przykład Hannibal posługiwał się afrykańskimi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A kto to był Hannibal?</akap_dialog>
<akap>Staś spojrzał na nią z wyrozumiałością, ale i z politowaniem.</akap>
<akap_dialog>--- Oczywiście --- rzekł --- w twoim wieku nawet takich rzeczy się nie wie. Hannibal był to wielki wódz kartagiński, który używał słoni do wojny z Rzymianami, a ponieważ Kartagina leżała w Afryce, więc musiał używać afrykańskich...</akap_dialog>
<akap>Dalszą rozmowę przerwał im rozgłośny ryk słonia, który najadłszy się i napiwszy począł sobie trąbić, nie wiadomo czy z radości, czy z tęsknoty za zupełną wolnością. Saba zerwał się i jął szczekać, a Staś rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Masz tobie! Teraz zwołuje towarzyszów. Ładnie będziemy wyglądali, jeśli nadciągnie tu całe stado.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- On powie innym, żeśmy byli dla niego dobrzy! --- odrzekła pośpiesznie Nel.</akap_dialog>
<akap>Lecz Staś, który nie zaniepokoił się naprawdę, albowiem liczył, że gdyby nawet stado nadbiegło, to spłoszy je blask ognia --- uśmiechnął się przekornie i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze! A jeśli się słonie pokażą, to ty nie będziesz ze strachu płakała, o nie! --- tylko będą ci się oczy pociły, jak już było dwa razy.</akap_dialog>
<akap>I począł ją przedrzeźniać:</akap>
<akap_dialog>--- Ja nie płaczę, tylko mi się oczy pocą...</akap_dialog>
<akap>Nel jednak widząc jego wesołą minę domyśliła się, że żadne niebezpieczeństwo im nie grozi.</akap>
<akap_dialog>--- Jak go oswoimy --- rzekła --- to nie będą mi się oczy pociły, choćby dziesięć lwów ryczało.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Bo on nas obroni.</akap_dialog>
<akap>Staś uciszył Sabę, który nie przestawał słoniowi odpowiadać, po czym zastanowił się nieco i tak mówił:</akap>
<akap_dialog>--- Nie pomyślałaś o jednej rzeczy, Nel. Przecież my tu na wieki nie zostaniemy, ale pojedziemy dalej. Nie mówię, że zaraz... Owszem: miejsce jest dobre i zdrowe, postanowiłem więc tu zostać... może tydzień, może dwa, bo i tobie, i nam wszystkim należy się wypoczynek. No, dobrze! Póki tu zostaniemy, będziemy słonia karmili, chociaż to dla wszystkich robota ogromna. Ale on jest przecież zamknięty i nie możemy wziąć go z sobą. Więc co później? Pójdziemy, a on tu zostanie i znów się będzie męczył z głodu, póki nie zdechnie. Wtedy tym bardziej będzie go nam żal...</akap_dialog>
<akap>Nel zasmuciła się bardzo i czas jakiś siedziała w milczeniu, nie wiedząc widocznie, co odpowiedzieć na te słuszne uwagi, lecz po chwili podniosła głowę i odrzuciwszy czuprynkę, która jej spadła na oczy, zwróciła pełny ufności wzrok na chłopca:</akap>
<akap_dialog>--- Wiem --- rzekła --- że jak ty zechcesz, to go wyprowadzisz z wąwozu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ja?</akap_dialog>
<akap>A ona wyciągnąwszy paluszek dotknęła nim ręki Stasia i powtórzyła:</akap>
<akap_dialog>--- Ty.</akap_dialog>
<akap>Mała, chytra kobietka rozumiała, że jej zaufanie pochlebi chłopcu i że od tej chwili zacznie rozmyślać, jakby uwolnić słonia.</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXVI</naglowek_rozdzial>
<akap>ZwierzętaNoc zeszła spokojnie i lubo na południowej stronie nieba nagromadziło się dużo chmur, ranek uczynił się pogodny. Z rozkazu Stasia Kali i Mea zajęli się zaraz po śniadaniu gromadzeniem melonów, strąków akacjowych i świeżych liści oraz trawy i wszelkiego rodzaju żywności dla słonia, którą składali następnie nad brzegiem wąwozu. Ponieważ Nel chciała koniecznie karmić osobiście swego nowego przyjaciela, więc Staś wyciął dla niej z młodego rosochatego figowca coś w rodzaju wideł, aby jej łatwiej było spychać zapasy na dno wąwozu. Słoń trąbił od rana, upominając się widocznie o posiłek, a gdy następnie ujrzał na krawędzi tę samą białą istotkę, która nakarmiła go wczoraj, powitał ją radosnym gulgotaniem i natychmiast wyciągnął ku niej trąbę. Przy świetle poranku wydał się dzieciom jeszcze bardziej olbrzymi niż wczoraj. Chudy był bardzo, ale wyglądał już raźniej i zwracał ku Nel swe małe, bystre oczy prawie wesoło. Nel twierdziła nawet, że przednie jego nogi pogrubiały przez jedną noc, i poczęła spychać żywność z takim zapałem, że Staś musiał ją powstrzymywać, a w końcu, gdy się zadyszała zanadto, zastąpić ją w robocie. Oboje bawili się wybornie, a zwłaszcza bawiły ich ,,grymasy" słonia. Jadł on z początku wszystko, co mu pod nogi wpadło, lecz wkrótce zaspokoiwszy pierwszy głód począł przebierać. Trafiwszy na roślinę, która mniej mu smakowała, otrzepywał ją o przednie nogi, po czym odrzucał ją trąbą w górę, jakby chciał mówić: ,,Zjedzcie sami ten przysmak." Wreszcie, po zaspokojeniu głodu i pragnienia, jął wachlować się swymi ogromnymi uszami z widocznym zadowoleniem.</akap>
<akap_dialog>--- Jestem pewna --- mówiła Nel --- że gdybyśmy do niego teraz zeszli, nie zrobiłby nam nic złego.</akap_dialog>
<akap>I poczęła nań wołać:</akap>
<akap_dialog>--- Słoniu, kochany słoniu, prawda, że nie zrobiłbyś nam nic złego?</akap_dialog>
<akap>A gdy słoń kiwnął w odpowiedzi trąbą, zwróciła się do Stasia:</akap>
<akap_dialog>--- Widzisz, powiada, że tak.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Być może --- odrzekł Staś. --- Są to zwierzęta bardzo inteligentne i ten zrozumiał już niezawodnie, że oboje jesteśmy mu potrzebni. Kto wie, czy nie odczuwa też i trochę wdzięczności dla nas; lepiej jednak jeszcze nie próbować, a zwłaszcza niech nie próbuje Saba, gdyż jego zabiłby z pewnością. Ale z czasem może się i oni poprzyjaźnią.</akap_dialog>
<akap>Dalsze zachwyty nad słoniem przerwał im Kali, który przewidując, że będzie musiał co dzień pracować na wyżywienie olbrzyma, zbliżył się do Stasia z zachęcającym uśmiechem i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Rozum, SługaPan wielki zabić słonia, a Kali go jeść zamiast zbierać trawę i gałęzie.</akap_dialog>
<akap>Lecz ,,pan wielki" był już o sto mil od chęci zabicia słonia, a że przy tym był z natury niezmiernie żywy, odpowiedział na poczekaniu:</akap>
<akap_dialog>--- Jesteś osioł.</akap_dialog>
<akap>Na nieszczęście zapomniał, jak jest osioł w języku ki-swahili, i powiedział po angielsku donkey. Kali zaś nie rozumiejąc po angielsku poczytał widocznie ten wyraz za jakiś komplement czy jakąś pochwalę dla siebie, gdyż w chwilę później dzieci usłyszały, jak zwróciwszy się do Mei mówił chełpliwie:</akap>
<akap_dialog>--- Mea mieć czarną skórę i czarny mózg, a Kali jest donkey.</akap_dialog>
<akap>Po czym dodał z dumą:</akap>
<akap_dialog>--- Sam pan wielki powiedział, że Kali jest donkey.</akap_dialog>
<akap>Tymczasem Staś przekazawszy obojgu, by pilnowali jak oka w głowie panienki i w razie jakiegokolwiek wypadku przywołali go natychmiast, wziął strzelbę i poszedł do owej oderwanej skały, która zamykała wąwóz. Przybywszy na miejsce obejrzał ją uważnie, zbadał wszystkie jej pęknięcia, wsunął pręt w szparę, którą znalazł w dolnej części głazu, zmierzył starannie jej głębokość, następnie wrócił wolnym krokiem do obozowiska i otworzywszy puszkę z nabojami począł je liczyć.</akap>
<akap>Zaledwie doliczył jednak do trzystu, gdy z baobabu rosnącego o pięćdziesiąt kroków od namiotu rozległ się głos Mei:</akap>
<akap_dialog>--- SługaPanie, panie!</akap_dialog>
<akap>Staś zbliżył się do olbrzymiego drzewa, którego pień, wypróchniały przy ziemi, wyglądał jak wieża, i zapytał:</akap>
<akap_dialog>--- Czego chcesz?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niedaleko widać dużo zebr, a dalej pasą się antylopy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dobrze. Wezmę strzelbę i pójdę, bo trzeba będzie nawędzić mięsa. Ale po coś ty wlazła na drzewo i co tam robisz?</akap_dialog>
<akap>Dziewczyna odpowiedziała na to swoim smutnym, śpiewnym głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Mea zobaczyła gniazdo szarych papug i chciała przynieść młodej panience, ale gniazdo jest puste, więc Mea nie dostanie paciorków na szyję.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dostaniesz za to, że kochasz panienkę.</akap_dialog>
<akap>Młoda Murzynka zlazła co prędzej po chropowatej korze i z oczyma błyszczącymi radością jęła powtarzać:</akap>
<akap_dialog>--- O tak! tak! Mea kocha ją bardzo --- i paciorki także!</akap_dialog>
<akap>PolowanieStaś pogłaskał ją łaskawie po głowie, po czym wziął strzelbę, zamknął pudło z nabojami i udał się w stronę, w której pasły się zebry. Po upływie pół godziny odgłos strzału doszedł do obozowiska, a po godzinie mały myśliwy wrócił z dobrą nowiną, że zabił młodą zebrę i że okolica pełna jest zwierzyny, widział bowiem z wyniosłości prócz zebr i liczne stada antylop-arielów oraz gromadkę waterbucków, to jest kozłów wodnych, pasących się w pobliżu rzeki.</akap>
<akap>Dom, DrzewoNastępnie kazał Kalemu wziąć konia i wyprawił go po zabitą sztukę, sam zaś począł oglądać starannie olbrzymi pień baobabu, obchodzić go naokoło i stukać kolbą w chropowatą korę.</akap>
<akap_dialog>--- Co robisz? --- zapytała Nel.</akap_dialog>
<akap>On zaś odrzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Patrz, co za ogrom. Piętnastu ludzi wziąwszy się za ręce nie objęłoby tego drzewa, które pamięta może czasy faraonów. Ale pień w dolnej części jest spróchniały i pusty. ,,Widzisz ten otwór, przez który łatwo się dostać do środka. Można by tam urządzić jakby wielką izbę, w której wszyscy moglibyśmy zamieszkać. Przyszło mi to do głowy, gdym zobaczył Meę między gałęziami, a potem podchodząc zebry ciągle już o tym myślałem.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale my mamy przecie uciekać do Abisynii.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak. Trzeba jednak wypocząć i mówiłem ci wczoraj, że postanowiłem zostać tu tydzień lub nawet dwa. Ty nie chcesz opuszczać swego słonia, a ja się boję dla ciebie pory dżdżystej, która już się rozpoczęła i w czasie której febra jest pewna. Dziś jest pogoda, widzisz jednak, że chmury gromadzą się coraz gęstsze --- i kto wie, czy deszcz nie lunie jeszcze przed wieczorem. Namiot nie osłania cię dostatecznie, a w baobabie, jeśli nie jest spróchniały aż do wierzchołka pnia, możemy sobie żartować z największej ulewy. Byłoby też w nim i bezpieczniej niż w namiocie, gdyby się bowiem założyło cierniem każdego wieczoru i ten otwór, i okienka, które byśmy porobili dla światła, to mogłoby sobie ryczeć naokół drzewa tyle lwów, ile by chciało. Pora dżdżysta wiosenna nie trwa dłużej niż miesiąc i coraz bardziej myślę, że trzeba nam ją przeczekać. A jeśli tak, to lepiej tu niż gdzie indziej i lepiej w tym olbrzymim drzewie niż pod namiotem.</akap_dialog>
<akap>Nel zgadzała się zawsze na wszystko, czego chciał Staś, więc zgodziła się i teraz, tym bardziej że myśl pozostania przy słoniu i zamieszkania w baobabie podobała jej się nadzwyczajnie. Zaczęła też zaraz obmyślać, jak sobie urządzą pokoje, jak je umeblują i jak będą się wzajem zapraszali na five o'clocki i na obiady. W końcu rozbawili się oboje --- i Nel chciała zaraz rozejrzeć się w nowym mieszkaniu, ale Staś, który z każdym dniem nabierał więcej doświadczenia i przezorności, powstrzymał ją od zbyt nagłej gospodarki.</akap>
<akap_dialog>--- Zanim sami tam zamieszkamy --- rzekł --- trzeba wyprosić poprzednich mieszkańców, jeśli się tam jacy znajdują.</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy kazał Mei wrzucić kilka zapalonych i mocno dymiących, bo świeżych, gałęzi do wnętrza baobabu.</akap>
<akap>Jakoż pokazało się, że dobrze uczynił, gdyż olbrzymie drzewo było zamieszkane, i to przez takich gospodarzy, na których gościnność nie można było liczyć.</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXVII</naglowek_rozdzial>
<akap>Otworów było w drzewie dwa: jeden obszerny, na pół metra od ziemi, drugi mniejszy, na wysokości mniej więcej pierwszego piętra w domach miejskich. Zaledwie Mea wrzuciła do niższego zapalone dymiące gałęzie, natychmiast z wyższego poczęły wylatywać wielkie nietoperze i, oślepione blaskiem słońca, latały, piszcząc, jak błędne wokół drzewa. Lecz po chwili z dolnego wysunął się jak błyskawica prawdziwy gospodarz, to jest olbrzymi boa, który trawił widocznie w półśnie resztki ostatniej uczty i dopiero, gdy dym zakręcił mu w nozdrzach, zbudził się i pomyślał o ratunku. Na widok żelaznego cielska, które na kształt potwornej sprężyny wyskoczyło z dymiącej w drzewie czeluści, Staś porwał na ręce Nel i począł z nią uciekać w stronę otwartej dżungli. Ale płaz, sam przerażony, nie myślał ich ścigać, natomiast wijąc się wśród trawy i rozłożonych pakunków umykał z niesłychaną szybkością w stronę wąwozu, chcąc skryć się wśród skalnych załamów i rozpadlin. Dzieci ochłonęły. Staś postawił na ziemi Nel i skoczył po strzelbę, a następnie za wężem w kierunku wąwozu, a Nel pobiegła w jego ślady. Lecz po kilkunastu krokach tak nadzwyczajny widok uderzył ich oczy, że stanęli oboje jak wryci. Oto wysoko nad wąwozem ukazało się na jedno mgnienie oka ciało węża i zakreśliwszy zygzak w powietrzu spadło znów w dół. Po chwili ukazało się po raz drugi i znów spadło. Dzieci dobiegłszy do krawędzi ujrzały ze zdumieniem, że to nowy ich przyjaciel, słoń, zabawiał się w ten sposób z wężem i wyprawiwszy go naprzód w podwójną podróż napowietrzną, obecnie rozdeptywał dokładnie jego głowę swą olbrzymią, podobną do kłody nogą. Skończywszy tę operację podniósł znów trąbą drgające jeszcze ciało, jednakże tym razem nie rzucił go w górę, ale wprost do wodospadu. Po czym kiwając się w obie strony i wachlując się uszami jął spoglądać bystro na Nel, a w końcu wyciągnął ku niej trąbę, jakby dopominając się o nagrodę za swój zarazem bohaterski i wielce roztropny uczynek.</akap>
<akap>A Nel pobiegła natychmiast do namiotu i wróciwszy z podołkiem pełnym dzikich fig poczęła mu rzucać po kilka na raz, on zaś wyszukiwał je w trawie starannie i wkładał jedną za drugą do paszczy. Te, które wpadały w głębsze szczeliny wydmuchiwał przy tym z taką siłą, że razem z figami wylatywały w górę kamienie wielkości pięści ludzkiej. Dzieci przyjmowały oklaskami i śmiechem te popisy. Nel wracała kilkakrotnie po nowe zapasy nie przestając twierdzić za każdą figą, że on jest już zupełnie oswojony i że mogłaby choćby w tej chwili zejść do niego.</akap>
<akap_dialog>--- Widzisz, Stasiu --- oto będziemy mieli obrońcę!... Bo on się nie boi nikogo w pustyni: ani lwa, ani węża, ani krokodyla. I jest bardzo dobry, i kocha nas z pewnością.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeśli się oswoi --- rzekł Staś --- i jeśli będę mógł zostawiać cię pod jego opieką, to rzeczywiście z całym spokojem będę chodził na polowanie, bo lepszego obrońcy nie mógłbym ci w całej Afryce znaleźć.</akap_dialog>
<akap>Po chwili zaś dodał:</akap>
<akap_dialog>--- Tutejsze słonie są dziksze, ale czytałem, że na przykład azjatyckie mają dziwną słabość do dzieci. Nigdy nie było w Indiach wypadku, żeby słoń dziecko ukrzywdził, i jeśli wpadnie we wściekłość, co się czasem zdarza, to kornacy miejscowi wysyłają dla uspokojenia go dzieci.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A widzisz, a widzisz!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- W każdym razie dobrześ postąpiła, żeś nie dała mi go zabić.</akap_dialog>
<akap>Na to źrenice Nel zapłonęły z radości jak dwa zielonawe ogniki. Wspiąwszy się na paluszki położyła Stasiowi na ramionach obie ręce i przechyliwszy w tył główkę, pytała patrząc mu w oczy:</akap>
<akap_dialog>--- Postąpiłam, jakbym miała ile lat? powiedz! Jakbym miała ile?</akap_dialog>
<akap>A on odrzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Najmniej siedemdziesiąt.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ty sobie zawsze żartujesz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Gniewaj się, gniewaj! a kto uwolni słonia?</akap_dialog>
<akap>Usłyszawszy to Nel poczęła się zaraz łasić jak mała kotka.</akap>
<akap_dialog>--- Ty --- i będę cię za to bardzo kochała, i on także.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ja myślę o tym --- rzekł Staś --- ale to będzie trudna robota i nie zrobię jej zaraz, tylko dopiero wówczas, gdy będziemy mieli wyruszyć w dalszą drogę.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dlatego, że gdybym go uwolnił, nim się zupełnie oswoi i do nas przywiąże, to by sobie zaraz poszedł.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- O, on ode mnie nie odejdzie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ty myślisz, że on to już tak jak ja! --- odparł z pewną niecierpliwością Staś.</akap_dialog>
<akap>Dalszą rozmowę powstrzymało przybycie Kalego, który przyniósł zabitą zebrę i jej młode, zagryzione przez Sabę. Było to szczęście dla brytana, że pobiegłszy za Kalim nie był przy rozprawie z pytonem, byłby bowiem pogonił za nim i doścignąwszy go zginął w jego morderczych skrętach, zanim Staś zdołałby mu przyjść na ratunek. Za zagryzienie źrebięcia zebry dostał jednak za uszy od Nel, czego nie wziął zresztą zbyt do serca, gdyż nie schował nawet wywieszonego ozora, z którym przyleciał z polowania.</akap>
<akap>Staś oznajmił tymczasem Kalemu, że zamierza urządzić mieszkanie w drzewie, i opowiedział mu, co zaszło w czasie wykurzania pnia dymem oraz jak słoń poradził sobie z wężem. Myśl zamieszkania w baobabie, który mógł dać ochronę nie tylko przed deszczem, ale i przed dzikimi zwierzętami, podobała się Murzynowi bardzo, natomiast postępek słonia nie zyskał wcale jego uznania.</akap>
<akap_dialog>--- Słoń jest głupi --- rzekł --- więc rzucił niokę (węża) do grzmiącej wody, ale Kali wie, że nioka jest dobra, więc jej za grzmiącą wodą poszuka i upiecze, gdyż Kali jest mądry i donkey.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Donkey jesteś, zgoda! --- odpowiedział Staś --- ale przecie nie będziesz jadł węża?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nioka dobra --- powtórzył Kali.</akap_dialog>
<akap>I ukazując na zabitą zebrę dodał:</akap>
<akap_dialog>--- Lepsza niż ta nyama.</akap_dialog>
<akap>Po czym obaj udali się do baobabu i zajęli się urządzaniem mieszkania. Kali wyszukał nad rzeką płaski kamień wielkości dużego sita i wstawiwszy go w pień nasypał nań rozżarzonych węgli, a następnie dosypywał coraz nowych, uważając tylko, by próchno wewnątrz pnia nie zajęło się i nie wywołało pożaru całego drzewa. Mówił, że czyni to dlatego, żeby ,,nic nie ukąsić pana wielkiego i bibi". Jakoż okazało się, że nie była to ostrożność zbyteczna, gdyż jak tylko czad wypełnił wnętrze drzewa i rozszedł się nawet na zewnątrz, z rozpadlin kory poczęły wypełzywać najrozmaitsze istoty: chrząszcze czarnej i wiśniowej barwy, wielkie jak śliwki włochate pająki, liszki pokryte jakby kolcami, na palec grube --- i wstrętne, a zarazem jadowite skolopendry, których ukąszenie może nawet śmierć wywołać. A wobec tego, co się działo na zewnętrznej stronie pnia, łatwo się było domyślić, ile podobnych stworzeń musiało wyginąć od węglowego czadu wewnątrz. Te, które z kory i z niższych gałęzi spadały w trawę, Kali rozgniatał niemiłosiernie kamieniami, spoglądając przy tym wciąż na górną i na dolną dziuplę, jakby się obawiał, że lada chwila wyjrzy z której z nich jeszcze coś nowego.</akap>
<akap_dialog>--- Czego tak patrzysz? --- zapytał Staś --- czy myślisz, że drugi wąż może się ukrywać w drzewie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie, Kali bać się Mzimu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Cóż to jest Mzimu?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zły duch.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Widziałeś kiedy w życiu Mzimu?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie, ale Kali słyszał okropny hałas, który Mzimu robi w chatach czarowników.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To jednak wasi czarownicy się go nie boją?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czarownicy umieją go zakląć, a potem chodzą po chatach i mówią, że Mzimu się gniewa, więc Murzyni znoszą im banany, miód, pombe[26], jaja i mięso, aby przebłagać Mzimu.</akap_dialog>
<akap>Staś ruszył ramionami.</akap>
<akap_dialog>--- Widać dobrze być u was czarownikiem. Ale to może ten wąż był Mzimu?</akap_dialog>
<akap>Kali potrząsnął głową:</akap>
<akap_dialog>--- W takim razie nie słoń by zabić Mzimu, ale Mzimu zabić słonia. Mzimu jest śmierć...</akap_dialog>
<akap>Jakiś dziwny łoskot i szum wewnątrz drzewa przerwały mu nagle opowiadanie. Z dolnej dziupli buchnęła dziwna, ruda kurzawa, po czym rozległ się powtórnie jeszcze silniejszy niż poprzednio łoskot.</akap>
<akap>Kali rzucił się w mgnieniu oka twarzą na ziemię i począł krzyczeć przeraźliwie:</akap>
<akap_dialog>--- Aka! Mzimu! Aka! aka! aka!</akap_dialog>
<akap>Staś w pierwszej chwili cofnął się także, ale niebawem odzyskał zimną krew i gdy Nel z Meą nadbiegły, począł im tłumaczyć, co się stać mogło.</akap>
<akap_dialog>--- Prawdopodobnie --- mówił --- całe zwały próchna wewnątrz pnia rozszerzając się od gorąca runęły wreszcie na dół i zasypały węgle. A on myśli, że to Mzimu. Niech jednak Mea chlustnie kilka razy wodą w otwór, jeśli bowiem węgle z braku powietrza nie zgasły i próchno się od nich zatli, to drzewo może spłonąć.</akap_dialog>
<akap>Po czym widząc, że Kali wciąż leży i nie przestaje powtarzać z przerażeniem: ,,aka! aka!", wziął tę strzelbę, z której strzelał zwykle do pentarek, wypalił w otwór i rzekł trącając chłopca kolbą:</akap>
<akap_dialog>--- Twój Mzimu zabity. Nie bój się!</akap_dialog>
<akap>A Kali podniósł się, ale pozostał na klęczkach.</akap>
<akap_dialog>--- O, pan wielki! wielki!... Pan nie bać się nawet Mzimu?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Aka! aka! --- zawołał przedrzeźniając Murzyna Staś.</akap_dialog>
<akap>I począł się śmiać.</akap>
<akap>Kali uspokoił się po pewnym czasie zupełnie i gdy zasiadł do przygotowanego przez Meę jedzenia, pokazało się, że chwilowy przestrach nie odebrał mu wcale apetytu, albowiem prócz porcji wędzonego mięsa spożył jeszcze na surowo wątrobę źrebięcia zebry nie licząc dzikich fig, których dostarczył w obfitości rosnący w pobliżu sykomor. Następnie obaj ze Stasiem wrócili do drzewa, przy którym dużo jeszcze było roboty. Wyrzucanie próchna, węgli, poprażonych całych setek chrząszczy i wielkich stonóg oraz kilkunastu upieczonych nietoperzy zajęło im przeszło dwie godziny czasu. Stasia dziwiło to nawet, że nietoperze mogły mieszkać w bezpośrednim sąsiedztwie z wężem, domyślił się jednak, że olbrzymi pyton albo pogardzał tak drobną zwierzyną, albo nie mogąc się we wnętrzu pnia koło niczego owinąć nie umiał się do nich dostać. Żar węgli wywoławszy upadek pokładów próchna oczyścił to wnętrze znakomicie --- i widok jego napełnił teraz Stasia radością, albowiem było ono tak obszerne jak duży pokój i mogło dać schronienie nie czworgu ale dziesięciu ludziom. Dolny otwór stanowił drzwi, górny okno, dzięki któremu w olbrzymim pniu nie było ani ciemno, ani duszno. Staś umyślił podzielić całość za pomocą płócien namiotu na dwie izby, z których jedną przeznaczał dla Nel i Mei, drugą dla siebie, Kalego i Saby. Drzewo nie było spróchniałe aż do wierzchu pnia, deszcz więc nie mógł przeciekać do środka i aby się zupełnie od niego zabezpieczyć, dość było podnieść i podeprzeć nad obu otworami korę w taki sposób, aby tworzyła dwa okapy. Spód wnętrza postanowili wysypać wyprażonym przez słońce piaskiem znad rzeki i powierzchnię jego wymościć suchymi mchami.</akap>
<akap>Robota była istotnie ciężka, a szczególnie dla Kale-go, musiał on bowiem obok tego wędzić mięso, poić konie i myśleć o żywności dla słonia, który trąbił o nią ustawicznie. Ale młody Murzyn zabrał się do urządzenia nowej siedziby z wielką ochotą, a nawet i z zapałem, którego przyczynę wyłuszczył Stasiowi jeszcze tego samego dnia w następujący sposób:</akap>
<akap_dialog>--- Gdy pan wielki i bibi --- mówił biorąc się pod boki --- zamieszkają w drzewie, Kali nie będzie potrzebował budować na noc wielkiej zeriby i będzie mógł próżnować co wieczór.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To lubisz próżnować? --- zapytał Staś.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kali jest mężczyzną, więc Kali lubi próżnować, gdyż pracować powinny tylko kobiety.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A widzisz jednak, że ja pracuję dla bibi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale za to, gdy bibi dorośnie, będzie musiała pracować na pana wielkiego, a jeśli nie zechce, to pan wielki pewno ją bić.</akap_dialog>
<akap>Lecz Staś na samą myśl o biciu bibi skoczył jak oparzony i krzyknął z gniewem:</akap>
<akap_dialog>--- Głupcze, czy ty wiesz, kto jest bibi?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie wiem --- odpowiedział z przestrachem czarny chłopak.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Bibi to jest... to jest... dobre... Mzimu!</akap_dialog>
<akap>A Kali aż przysiadł.</akap>
<akap>I po skończonej robocie zbliżył się nieśmiało do Nel, po czym padł przed nią na twarz i jął powtarzać wprawdzie nie przerażonym, ale błagalnym głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Aka! aka! aka!...</akap_dialog>
<akap>Zaś ,,dobre Mzimu" wytrzeszczyło na niego swoje śliczne, koloru morskiej wody oczy, nie rozumiejąc wcale, co się stało i o co Kalemu chodzi.</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXVIII</naglowek_rozdzial>
<akap>DrzewoNowa siedziba, którą Staś nazwał ,,Krakowem", została urządzona w przeciągu trzech dni. Ale przedtem złożono w ,,męskim pokoju" główne pakunki --- i w chwilach wielkiej ulewy młoda czwórka znajdowała w olbrzymim pniu jeszcze przed wykończeniem mieszkania doskonałe schronienie. Pora dżdżysta rozpoczęła się na dobre, ale nie były to nasze długie, jesienne deszcze, w czasie których niebo zawleka się ciemnymi chmurami i nudna, uciążliwa słota trwa przez całe tygodnie. Tu kilkanaście razy na dzień wiatr przepędzał po niebie wzdęte obłoki, które zlewały ziemię obficie, po czym znów rozbłyskiwało słońce, jasne, jakby świeżo wykąpane i zalewało złotym światłem skały, rzekę, drzewa i całą dżunglę. Trawy rosły prawie w oczach. Drzewa pokrywały się obfitszym liściem i nim stary owoc opadł, tworzyły się zawiązki na nowy. Powietrze, z powodu zawieszonych w nim igiełek wody, uczyniło się tak przeźroczyste, że nawet odległe przedmioty stawały się zupełnie wyraźne i wzrok sięgał w niezmiernie daleką przestrzeń. Na niebie rozwieszały się cudne, siedmiobarwne tęcze, a wodospad był prawie ciągle w nie ubrany. Krótko trwające ranne i wieczorne zorze grały tysiącami tak świetnych blasków, że nawet i w Pustyni Libijskiej dzieci nie widziały nic podobnego. Najniższe, bliskie ziemi obłoki barwiły się wiśniowo, górne, lepiej oświecone, rozlewały się na kształt jezior z purpury i złota, a drobne, wełniste chmurki mieniły się jak rubiny, ametysty i opale. Nocami, między jedną falą dżdżu a drugą, księżyc zmieniał w brylanty krople rosy wiszące na liściach mimoz i akacyj, a światło zodiakalne świeciło w odświeżonym powietrzu jaśniej niż w innych porach roku.</akap>
<akap>Z rozlewów, które czyniła rzeka poniżej wodospadu, dochodziło niespokojne rechotanie żab i melancholijne kumkanie ropuch, a podobne do wielkich błędnych gwiazd latarniki przelatywały z brzegu na brzeg między kępami bambusów i arumów.</akap>
<akap>Lecz gdy chmury pokrywały chwilami gwiaździste niebo i deszcz poczynał padać, czyniło się bardzo ciemno, a we wnętrzu baobabu tak czarno jak w piwnicy. Chcąc temu zaradzić Staś kazał natopić Mei tłuszczu z zabitych zwierząt i urządził z blaszanki lampę, którą zawiesił pod górnym otworem, zwanym przez dzieci oknem. Światło bijące z tego okna, widne z daleka wśród ciemności, odpędzało dzikie zwierzęta, ale natomiast przyciągało nietoperze, a nawet i ptaki, tak że w końcu Kali musiał urządzić w otworze rodzaj zasłony z cierni, podobnej do tej, którą zamykał na noc otwór dolny.</akap>
<akap>Jednakże w dzień, w chwilach pogody, dzieci opuszczały ,,Kraków" i krążyły po całym cyplu. Staś wyprawiał się na antylopy-ariele i na strusie, których liczne stada pojawiły się w dole rzeki, a Nel chodziła do swego słonia, który z początku trąbił tylko o żywność, a potem zaczął trąbić i wówczas, gdy mu się nudziło bez małej przyjaciółki. Witał też ją zawsze z wyraźną radością i nastawiał natychmiast swoje olbrzymie uszy, jak tylko usłyszał z daleka jej głos lub kroki.</akap>
<akap>Pewnego razu, gdy Staś poszedł na polowanie, a Kali łowił ryby za wodospadem, Nel postanowiła pójść do skały zamykającej wąwóz, aby zobaczyć, jak też Staś z nią sobie poradzi i czy już czego nie dokonał. Zajęta obiadem Mea nie zauważyła jej odejścia, dziewczynka zaś zbierając po drodze kwiatki osobliwej begonii[27], rosnącej obficie wśród zrębów skalnych zbliżyła się do pochyłości, którą wyjechali niegdyś z wąwozu i zeszedłszy na dół znalazła się przy skale. Wielki głaz, oderwany od rodzimej ściany, zamykał gardziel wąwozu jak i poprzednio. Nel jednak zauważyła, że między nim a ścianą jest przejście tak szerokie, że nawet dorosły człowiek mógłby się nim przecisnąć. Przez chwilę zawahała się, po czym przeszła i znalazła się po drugiej stronie. Ale był tam zakręt, który trzeba było minąć, by dojść do szerokiego ujścia zamkniętego wodospadem. Nel poczęła rozmyślać: ,,Pójdę jeszcze tylko trochę dalej, wyjrzę zza skały, raz spojrzę na słonia, który mnie wcale nie zobaczy, i wrócę." Dziecko, ZwierzętaTak rozmyślając posuwała się krok za krokiem coraz dalej, aż wreszcie doszła do miejsca, w którym wąwóz rozszerzał się nagle w małą dolinkę, i zobaczyła słonia. Stał odwrócony tyłem do niej, z trąbą zanurzoną w wodospadzie, i pił. To ją ośmieliło, więc przytuliwszy się do ściany skalnej postąpiła jeszcze kilka kroków --- i jeszcze kilka --- a wtem olbrzymi zwierz chcąc polać sobie boki odwrócił głowę, zobaczył dziewczynkę i zobaczywszy ruszył natychmiast ku niej.</akap>
<akap>Nel zlękła się bardzo, ale ponieważ nie było już czasu cofnąć się, więc przycisnąwszy kolanko do kolanka dygnęła słoniowi, jak umiała najładniej, po czym wyciągnęła rączkę z begoniami i ozwała się trochę drżącym głosikiem:</akap>
<akap_dialog>--- Dzień dobry, kochany słoniu! Ja wiem, że nie zrobisz mi nic złego, więc przyszłam, żeby ci powiedzieć dzień dobry... i mam tylko te kwiatki...</akap_dialog>
<akap>A kolos zbliżył się, wyciągnął trąbę, wyjął z paluszków Nel wiązkę begonii, lecz włożywszy ją do paszczy wypuścił zaraz na ziemię, gdyż widocznie nie smakowały mu ani włochate liście, ani kwiaty. Nel ujrzała teraz nad sobą trąbę na kształt ogromnego czarnego węża, który wyciągał się i przeginał: dotknął jej jednej rączki i drugiej, potem obu ramion i na koniec opadłszy w dół począł się chwiać łagodnie na obie strony.</akap>
<akap_dialog>--- Wiedziałam, że mi nie zrobisz nic złego --- powtórzyła dziewczynka, choć strach nie opuszczał jej jeszcze.</akap_dialog>
<akap>Słoń zaś cofnął w tył swoje bajeczne uszy, zwijając i rozwijając na przemian trąbę i gulgocąc radośnie, tak jak gulgotał zawsze, gdy dziewczynka zbliżała się do krawędzi wąwozu.</akap>
<akap>I jak niegdyś Staś ze lwem, tak teraz tych dwoje stało naprzeciw siebie --- on ogrom, podobny do domu lub skały --- i ona, drobna kruszynka, którą mógł zgnieść jednym ruchem, nawet nie ze złości, ale przez nieuwagę.</akap>
<akap>Lecz dobry i roztropny zwierz nie czynił żadnych, ani gniewnych, ani nieuważnych ruchów i widocznie rad był i uszczęśliwiony z przybycia małego gościa.</akap>
<akap>Nel ośmieliła się stopniowo, a wreszcie wzniosła oczy w górę i patrząc tak, jakby patrzyła na wysoki dach, zapytała wysuwając nieśmiało rączkę:</akap>
<akap_dialog>--- Czy można cię pogłaskać po trąbie?</akap_dialog>
<akap>Słoń nie umiał wprawdzie po angielsku, ale z ruchu jej ręki zmiarkował od razu, o co idzie, i podsunął pod jej dłoń koniec swego długiego na dwa metry nosa.</akap>
<akap>Nel jęła głaskać trąbę, z początku jedną ręką i ostrożnie, potem dwiema, a wreszcie objęła ją obu ramionkami i przytuliła do niej z całą dziecinną ufnością.</akap>
<akap>Słoń przestępował z nogi na nogę i wciąż gulgotał z radości.</akap>
<akap>Po chwili zaś obwinął trąbą drobne ciało dziewczynki i podniósłszy je w górę począł kołysać ją lekko w prawo i w lewo.</akap>
<akap_dialog>--- Jeszcze! jeszcze! --- wołała rozbawiona Nel.</akap_dialog>
<akap>I zabawa trwała dość długo, a następnie ośmielona już zupełnie dziewczynka wymyśliła sobie inną. Oto znalazłszy się na ziemi próbowała wspinać się po przedniej nodze słonia jak po drzewie albo chowając się pod niego pytała go, czy ją znajdzie. Ale przy tych figlach spostrzegła jedną rzecz, a mianowicie, że w przednich, a zwłaszcza w tylnych nogach słonia tkwią liczne kolce, od których potężne zwierzę nie umiało się uwolnić, raz dlatego, że do tylnych nóg nie mogło dosięgnąć swobodnie trąbą, a po wtóre, że obawiało się widocznie zranić się w palec, którym trąba jest zakończona i bez którego straciłaby całą swą zręczność i sprawność. Nel nie wiedziała o tym zupełnie, że takie kolce w nogach są prawdziwą plagą dla słoni w Indiach, a jeszcze bardziej w dżunglach afrykańskich, składających się przeważnie z roślin kolczastych. Ponieważ jednak zrobiło jej się żal poczciwego olbrzyma, więc bez namysłu siadłszy w kucki przy jego nodze poczęła wyjmować delikatnie naprzód większe, a potem mniejsze zadziory, nie przestając przy tym szczebiotać i zapewniać słonia, że nie pozostawi ani jednej. On zrozumiał wybornie, o co chodzi --- i zginając nogi w kolanie pokazywał tym sposobem, że i w podeszwach między kopytami pokrywającymi palce tkwią także kolce, które przyczyniają mu jeszcze większe dolegliwości.</akap>
<akap>Ale tymczasem nadszedł z polowania Staś i począł zaraz wypytywać Meę, gdzie jest panienka. Otrzymawszy odpowiedź, że zapewne jest w drzewie, już miał zajrzeć do wnętrza baobabu, gdy wtem wydało mu się, że słyszy jej głos w głębi wąwozu. Nie wierząc własnym uszom skoczył natychmiast do krawędzi i spojrzawszy w dół, zmartwiał. Dziewczynka siedziała przy nodze kolosa, a ów stał tak spokojnie, że gdyby nie ruch trąby i uszu, można by było pomyśleć, iż jest wykuty z kamienia.</akap>
<akap_dialog>--- Nel! --- krzyknął Staś.</akap_dialog>
<akap>A ona zajęta swoją robotą, odpowiedziała mu wesoło:</akap>
<akap_dialog>--- Zaraz, zaraz!</akap_dialog>
<akap>Na to chłopak, który nie miał zwyczaju wahać się wobec niebezpieczeństwa, podniósł jedną ręką w górę strzelbę, drugą chwycił za obdartą z kory wyschłą łodygę lianu i objąwszy ją nogami, w mgnieniu oka zsunął się na dno wąwozu.</akap>
<akap>Słoń poruszył niespokojnie uszami, ale w tej chwili Nel wstała i objąwszy trąbę zawołała pośpiesznie:</akap>
<akap_dialog>--- Nie bój się, słoniu, to Staś.</akap_dialog>
<akap>Staś spostrzegł od razu, że nie ma dla niej żadnego niebezpieczeństwa, lecz nogi trzęsły się jeszcze pod nim, serce biło mu gwałtownie i nim ochłonął z wrażenia, począł mówić zdławionym, pełnym żalu i gniewu głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Nel, Nel, jak ty mogłaś to zrobić?!...</akap_dialog>
<akap>Ona zaś poczęła się tłumaczyć, że nie zrobiła nic złego, bo słoń jest dobry i zupełnie już oswojony; że chciała tylko raz na niego spojrzeć i wrócić się, ale on ją zatrzymał i począł się z nią bawić, że ją huśtał bardzo ostrożnie i że jeśli Staś chce, to i jego pohuśta.</akap>
<akap>To mówiąc jedną rączką wzięła za koniec trąby i zbliżyła ją do Stasia, drugą zaś ręką machnęła kilkakrotnie w prawo i w lewo, mówiąc jednocześnie do słonia:</akap>
<akap_dialog>--- Pokołysz, słoniu, i Stasia.</akap_dialog>
<akap>Mądry zwierz znów odgadł z jej poruszeń, czego od niego chce --- i Staś, chwycony za pasek przy spodenkach, w jednej chwili znalazł się w powietrzu. Było przy tym takie jakieś dziwne i zabawne przeciwieństwo między jego rozgniewaną jeszcze miną a tym bujaniem się nad ziemią, że małe Mzimu poczęło śmiać się do łez, klaskać w ręce i krzyczeć tak jak poprzednio:</akap>
<akap_dialog>--- Jeszcze, jeszcze!</akap_dialog>
<akap>A ponieważ niepodobna jest zachować należytej powagi i prawić morałów wówczas, gdy człowiek wisi na końcu słoniowej trąby i mimowolnie wykonywa ruchy podobne do ruchów wahadła, więc chłopiec począł się w końcu śmiać także. Ale po pewnym czasie zmiarkowawszy, że ruchy trąby stają się wolniejsze i że słoń zamierza postawić go na ziemi, wpadł niespodziewanie na nowy pomysł: mianowicie, korzystając z chwili, w której znalazł się w pobliżu olbrzymiego ucha, chwycił za nie obu rękoma, wdrapał się po nim w mgnieniu oka na głowę i siadł słoniowi na karku.</akap>
<akap_dialog>--- Aha --- zawołał z góry na Nel --- niech zrozumie, że to on musi mnie słuchać.</akap_dialog>
<akap>I ją klepać go dłonią po głowie, z miną władcy i pana.</akap>
<akap_dialog>--- Dobrze! --- zawołała z dołu Nel --- ale jak teraz zleziesz?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To mały kłopot --- odpowiedział Staś.</akap_dialog>
<akap>I przewiesiwszy nogi przez czoło słonia objął nimi trąbę i zsunął się po niej jak po drzewie.</akap>
<akap_dialog>--- Ot, jak zlezę!...</akap_dialog>
<akap>Po czym oboje zajęli się wyjmowaniem resztek kolców z nóg słonia, który poddawał się temu z nadzwyczajną cierpliwością.</akap>
<akap>Tymczasem spadły pierwsze krople dżdżu, więc Staś postanowił odprowadzić natychmiast Nel do ,,Krakowa" --- ale tu zaszła niespodziewana trudność. Słoń za nic nie chciał się z nią rozstać i za każdym razem, gdy próbowała się oddalić, zawracał ją trąbą i przyciągał ku sobie. Położenie stawało się ciężkie i wesoła zabawa wobec uporu zwierzęcia mogła się źle zakończyć. Chłopiec nie wiedział, co począć, gdyż deszcz padał coraz gęstszy i groziła ulewa. Oboje cofali się wprawdzie nieco ku wyjściu, ale bardzo nieznacznie, i słoń posuwał się za nimi.</akap>
<akap>Na koniec Staś stanął między nim a Nel, utkwił w jego oczach ostre spojrzenie, jednocześnie zaś rzekł cichym głosem do Nel:</akap>
<akap_dialog>--- Nie uciekaj, ale cofaj się ciągle aż do wąskiego przejścia.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A ty, Stasiu? --- zapytała dziewczynka.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Cofaj się --- powtórzył z naciskiem --- bo inaczej muszę zastrzelić słonia.</akap_dialog>
<akap>Dziewczynka pod wpływem tej groźby posłuchała rozkazu, tym bardziej że mając już nieograniczoną ufność w słoniu była pewna, że on w żadnym razie nie zrobi nic złego Stasiowi.</akap>
<akap>Chłopiec zaś stał o cztery kroki od olbrzyma nie spuszczając zeń oczu.</akap>
<akap>Upłynęło w ten sposób kilka minut. Nastała chwila wprost groźna. Uszy słonia poruszyły się kilkakrotnie, małe oczki błysnęły jakoś dziwnie i trąba wzniosła się nagle do góry.</akap>
<akap>Staś uczuł, że blednie.</akap>
<akap>,,Śmierć!" --- pomyślał.</akap>
<akap>Ale kolos odwrócił się niespodzianie ku krawędzi parowu, na której widywał zwykle Nel, i począł trąbić tak żałośnie jak nigdy przedtem.</akap>
<akap>A Staś poszedł spokojnie ku przejściu i za skałą znalazł Nel, która nie chciała wracać bez niego do drzewa.</akap>
<akap>Chłopak miał niepohamowaną ochotę powiedzieć jej: ,,Patrz, czegoś narobiła! o małom przez ciebie nie zginął." Ale nie było czasu na wymówki, gdyż deszcz zmienił się w ulewę i trzeba było wracać jak najprędzej. Nel przemokła do nitki, choć Staś owinął ją we własne ubranie.</akap>
<akap>We wnętrzu drzewa kazał ją zaraz Murzynce przebrać --- sam zaś odwiązał naprzód w męskim pokoju Sabę, którego poprzednio był przywiązał z obawy, aby pobiegłszy w jego ślady nie płoszył mu zwierzyny, następnie począł przepatrywać raz jeszcze wszelkie ubrania i pakunki, w nadziei, że może znajdzie jaką zapomnianą szczyptę chininy.</akap>
<akap>Ale nie znalazł nic. Tylko na dnie słoika, który dał mu misjonarz w Chartumie, kryło się we wgłębieniach trochę białego proszku, tak jednak mało, że starczyć go mogło zaledwie na pobielenie końca palca. Postanowił wszelako nalać do słoika ukropu i dać Nel do wypicia tę płukankę.</akap>
<akap>Po czym, gdy ulewa przeszła i zaświeciło znów słońce, wyszedł z drzewa, aby popatrzyć na ryby, które przyniósł Kali. Murzyn złowił ich kilkanaście na wędki poczynione z cienkiego drutu. Po większej części były małe, ale znalazły się trzy na stopę długie, srebrno nakrapiane i zadziwiająco lekkie. Mea, która wychowana nad brzegami Nilu Niebieskiego znała się na rybach, mówiła, że są one dobre do jedzenia i że pod wieczór wyskakują bardzo wysoko nad wodę. Jakoż przy oprawianiu ich pokazało się, że są tak lekkie dlatego, iż wewnątrz mają ogromne powietrzne pęcherze. Staś wziął jedną z takich baniek, dochodzącą do wielkości dużego jabłka, i poniósł pokazać ją Nel.</akap>
<akap_dialog>--- Patrz --- rzekł --- to siedzi w rybach. Z kilkunastu takich pęcherzy można by zrobić szybę w naszym oknie.</akap_dialog>
<akap>I pokazał górny otwór w drzewie.</akap>
<akap>Lecz pomyślawszy potem przez chwilę, dodał:</akap>
<akap_dialog>--- I jeszcze coś więcej.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co takiego? --- zapytała rozciekawiona Nel.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I latawce.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Takie, jakie puszczałeś w Port-Saidzie? O, dobrze! zrób!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zrobię. Z pociętych, cieniutkich bambusów zbiję ramki, a tych błon użyję zamiast papieru. To będzie nawet lepsze od papieru, bo lżejsze --- i deszcz tego nie rozmoczy. Taki latawiec pójdzie ogromnie w górę, a przy silnym wietrze zaleci Bóg wie dokąd...</akap_dialog>
<akap>Tu nagle uderzył się w czoło:</akap>
<akap_dialog>--- Mam jedną myśl.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jaką?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zobaczysz. Jak sobie to jeszcze lepiej wyobrażę, to ci powiem. Teraz ten słoń tak ryczy, że nie można się nawet rozmówić...</akap_dialog>
<akap>Istotnie słoń z tęsknoty za Nel, a może za obojgiem dzieci, trąbił tak, aż cały wąwóz się trząsł razem z pobliskimi drzewami.</akap>
<akap_dialog>--- Trzeba mu się pokazać --- rzekła Nel --- to się uspokoi.</akap_dialog>
<akap>I poszli do wąwozu. Ale Staś całkiem zajęty swą myślą począł półgłosem mówić:</akap>
<akap_dialog>--- ,,Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski z Port-Saidu, uciekłszy z Faszody od derwiszów, znajdują się..."</akap_dialog>
<akap>I zatrzymawszy się zapytał:</akap>
<akap_dialog>--- Jak oznaczyć gdzie?...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co, Stasiu?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nic, nic. Już wiem: ,,Znajdują się o miesiąc drogi na wschód od Białego Nilu --- i proszą o prędką pomoc..." Gdy wiatr będzie dął na północ albo na wschód, puszczę takich latawców dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto, a ty, Nel, pomożesz mi je kleić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Latawce?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak --- i powiem ci tylko tyle, że mogą nam one oddać większą przysługę niż dziesięć słoni.</akap_dialog>
<akap>Tymczasem doszli do krawędzi. I dopieroż zaczęło się przestępywanie olbrzyma z nogi na nogę, kiwanie się, machanie uszami, gulgotanie i znów żałosne trąbienie, gdy Nel próbowała się choć na chwilę oddalić. W końcu dziewczynka poczęła tłumaczyć ,,kochanemu słoniowi", że nie może ciągle przy nim przesiadywać, bo przecie musi spać, jeść, pracować i gospodarzyć w ,,Krakowie". Ale on uspokoił się dopiero wówczas, gdy zepchnęła mu widełkami przygotowaną przez Kalego żywność --- a i to wieczorem zaczął znów potrębywać.</akap>
<akap>Dzieci nazwały go tegoż wieczora: ,,King", gdyż Nel zaręczała, że zanim dostał się do wąwozu, był niezawodnie królem wszystkich słoni w Afryce.</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXIX</naglowek_rozdzial>
<akap>W ciągu kilku dni Nel spędzała wszystkie chwile, w których deszcz nie padał, u Kinga, który już nie sprzeciwiał się jej odejściu zrozumiawszy, że dziewczynka wraca po kilka razy dziennie. Kali, który w ogóle bał się słoni, patrzył na to z nadzwyczajnym zdumieniem, ale w końcu doszedł do przekonania, że potężne dobre Mzimu oczarowało olbrzyma, i począł go także odwiedzać. King zachowywał się względem niego jak również względem Mei życzliwie, ale tylko jedna Nel robiła z nim, co chciała, tak że po tygodniu ośmieliła się nawet przyprowadzić mu i Sabę. Dla Stasia była to wielka ulga, gdyż mógł z całym spokojem pozostawić Nel pod opieką, czyli jak się wyrażał: pod trąbą słonia --- i chodzić bez żadnej obawy na polowanie, a nawet czasem zabierać z sobą Kalego. Był też teraz pewien, że zacne zwierzę nie opuściłoby ich już w żadnym razie, i począł się namyślać, jak je z zamknięcia uwolnić.</akap>
<akap>A właściwie mówiąc, sposób wynalazł on już dawno, ale wymagający takiej ofiary, że bił się z myślami, czy go użyć, a następnie odkładał to z dnia na dzień. Ponieważ nie miał z kim o tym pomówić, postanowił wtajemniczyć ostatecznie w swe zamiary Nel, chociaż uważał ją za dziecko.</akap>
<akap_dialog>--- Skałę można wysadzić prochem --- rzekł --- ale na to trzeba będzie popsuć mnóstwo ładunków, to jest powyciągać z nich kule, wysypać proch i zrobić z niego jeden wielki nabój. Taki nabój wcisnę w najgłębszą szparę, jaka się w środku znajdzie, następnie zatkam i podpalę. Wówczas skała rozpadnie się na kilka lub kilkanaście części i Kinga można będzie wyprowadzić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale jeśli będzie wielki huk, to czy on się nie przelęknie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To niech się przelęknie! --- odpowiedział żywo Staś. --- To mnie najmniej obchodzi. Z tobą doprawdy nie warto poważnie mówić.</akap_dialog>
<akap>Jednakże mówił dalej, a raczej myślał dalej głośno:</akap>
<akap_dialog>--- Ale jeżeli użyję za mało ładunków, to skała się nie rozpadnie i zmarnuję je na próżno; jeżeli w dostatecznej ilości, to nam ich niewiele zostanie. A gdyby ich zabrakło przed końcem drogi, wówczas grozi nam po prostu śmierć. Bo z czymże będę polował, czym cię bronił w razie jakiego napadu? Wiesz przecie dobrze, że gdyby nie ta strzelba i nie te naboje, to zginęlibyśmy od dawna albo z rąk Gebhra, albo z głodu. I szczęście to prawdziwe, że mamy konie, bo sami nie moglibyśmy unieść ani rzeczy, ani ładunków.</akap_dialog>
<akap>Na to Nel podniosła palec do góry i ozwała się z wielką pewnością:</akap>
<akap_dialog>--- Jak ja Kingowi powiem, to King poniesie wszystko.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jakież ładunki poniesie, jeśli ich mało co zostanie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Będzie nas za to bronił...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale nie będzie przecie strzelał ze swej trąby do zwierzyny tak jak ja ze sztucera.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To możemy jeść figi i te duże dynie, co rosną na drzewach, a Kali nałapie zawsze ryb.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Póki zostaniemy nad rzeką. Porę dżdżystą trzeba tu przeczekać, gdyż te ciągłe ulewy napędziłyby ci z pewnością febry. Pamiętaj jednak, że potem ruszamy w dalszą drogę i możemy trafić na pustynię.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Taką jak Sahara? --- zapytała z przestrachem Nel.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie, taką jednak, na której nie ma rzek ani drzew owocowych, a rosną niskie akacje i mimozy. Tam można żyć tylko z tego, co się upoluje. King znajdzie tam trawę, a ja antylopy, ale jeśli nie będę miał czym do nich strzelać, to King ich nie nałapie.</akap_dialog>
<akap>I Staś miał rzeczywiście o co się troszczyć, gdyż obecnie, gdy słoń już się oswoił i poprzyjaźnił z nimi tak poczciwie, niepodobna było go porzucić i skazać na śmierć głodową; a uwolnić go, to znaczyło pozbawić się większej części amunicji i narazić samych siebie na nieuchronną zgubę.</akap>
<akap>Więc Staś odkładał robotę z dnia na dzień, powtarzając sobie co wieczór w duszy:</akap>
<akap>,,Może jutro wynajdę jaki inny sposób."</akap>
<akap>A tymczasem do tej troski przyłączyły się inne. Naprzód Kalego straszliwie pokąsały w dole rzeki dzikie pszczoły, do których doprowadził go znany w Afryce niewielki szarozielony ptak, zwany pszczołowodem. Czarnemu chłopakowi nie chciało się przez lenistwo podkurzyć ich dostatecznie, wrócił więc z miodem, ale skłuty i spuchnięty tak, że w godzinę później stracił przytomność. Dobre Mzimu wyciągało z niego aż do wieczora, przy pomocy Mei, żądła a potem okładało go ziemią, którą Staś polewał wodą. Jednakże nad ranem zdawało się, że biedny Murzyn kona. Na szczęście starania i silny organizm przemogły niebezpieczeństwo --- zdrowie jednak odzyskał dopiero po upływie dni dziesięciu.</akap>
<akap>Druga przygoda spotkała konie. Staś, który podczas choroby Kalego musiał je pętać i prowadzić do wody, zauważył, że poczęły straszliwie chudnąć. Nie można było wytłumaczyć tego brakiem żywności, ponieważ wskutek deszczów trawa wybujała wysoko i wybornej paszy było w bród. A jednak konie wprost nikły. Po kilku dniach sierść na nich poszerszeniała, oczy im zgasły, a z nozdrzy płynął gęsty śluz. W końcu przestały jeść, a natomiast piły chciwie, jakby trawiła je gorączka. Gdy Kali przyszedł do zdrowia, były to już dwa kościotrupy. Ale on tylko spojrzał na nie i od razu zrozumiał, co się stało.</akap>
<akap_dialog>--- Tse-tse! --- rzekł zwracając się do Stasia. --- One muszą umrzeć.</akap_dialog>
<akap>Staś zrozumiał także, albowiem jeszcze w Port-Saidzie słyszał wielokrotnie o musze afrykańskiej, zwanej tse-tse, która jest tak straszliwą plagą niektórych okolic, że tam, gdzie ona mieszka stale, Murzyni nie posiadają wcale bydła, a tam gdzie wskutek pomyślnych chwilowych warunków rozmnoży się niespodzianie, bydło ginie. Koń, wół lub osioł, ukłuty przez tse-tse, marnieje i zdycha w ciągu dni kilkunastu, czasem w ciągu dni kilku. Zwierzęta miejscowe rozumieją też niebezpieczeństwo, jakie im od niej zagraża, zdarza się bowiem, że całe stada wołów, gdy przy wodopoju usłyszą jej brzęczenie, wpadają w szaloną trwogę i rozbiegają się na wszystkie strony.</akap>
<akap>Stasiowe konie były pokąsane; konie te, a wraz z nimi osła, Kali nacierał teraz codziennie jakąś niesłychanie wonną, podobną z zapachu do cebuli, rośliną, którą w dżunglach wyszukał. Mówił, iż woń jej odpędza tse-tse, ale pomimo tego zaradczego środka konie chudły. Staś z trwogą myślał o tym, co będzie, jeżeli zwierzęta padną? Jak zabrać wówczas rzeczy, Nel, wojłoki, namiot, ładunki i naczynia? Było tego jednak tyle, że chyba jeden King potrafiłby to wszystko udźwignąć. Ale żeby uwolnić Kinga, potrzeba było poświęcić przynajmniej dwie trzecie naboi.</akap>
<akap>Coraz większe troski zbierały się nad głową Stasia, na podobieństwo tych chmur, które nie przestawały poić dżungli dżdżem. A na koniec przyszła największa klęska, wobec której zmalały wszystkie inne: febra!</akap>
<naglowek_rozdzial>ROZDZIAŁ XXX</naglowek_rozdzial>
<akap>Pewnego dnia przy wieczerzy Nel podniósłszy do ust kawałek wędzonego mięsa odsunęła go nagle jakby ze wstrętem --- i rzekła:</akap>
<akap_dialog>--- Nie mogę dziś jeść.</akap_dialog>
<akap>Staś, który poprzednio dowiedział się od Kalego, gdzie są pszczoły, i podkurzał je teraz codziennie, by rabować im miód, był pewien, że mała zjadła w ciągu dnia za dużo miodu, i dlatego nie zwrócił uwagi na jej brak chęci do jedzenia. Lecz ona po chwili wstała i poczęła chodzić spiesznie wedle ogniska, zataczając coraz większe koła.</akap>
<akap_dialog>--- A nie oddalaj się zanadto --- wołał na nią chłopiec --- bo jeszcze cię co porwie.</akap_dialog>
<akap>W rzeczywistości nie obawiał się jednak niczego, albowiem obecność słonia, którą dzikie zwierzęta czuły, i jego trąbienie, które dochodziło do ich czujnych uszu, trzymały je w przyzwoitej odległości. Zapewniało to bezpieczeństwo zarówno ludziom, jak i koniom, albowiem najstraszniejsi nawet w dżungli drapieżnicy, jak lew, pantera i lampart, wolą nie mieć do czynienia ze słoniem i nie zbliżać się zanadto do jego kłów i trąby.</akap>
<akap>Jednakże gdy dziewczynka nie przestawała krążyć coraz pospieszniej, Staś poszedł za nią i zapytał:</akap>
<akap_dialog>--- Hej, mała ćmo! czemu tak latasz koło ognia?</akap_dialog>
<akap>Pytał jeszcze wesoło, ale już się zaniepokoił, a niepokój jego wzrósł, gdy Nel odpowiedziała:</akap>
<akap_dialog>--- Nie wiem. Nie mogę usiedzieć na miejscu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co ci jest?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak mi jakoś nieswojo i tak dziwnie...</akap_dialog>
<akap>A wtem oparła mu nagle główkę na piersiach i jakby przyznając się do winy, zawołała pokornym, przetkanym łzami głosem:</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu, ja chyba jestem chora.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nel!!</akap_dialog>
<akap>Po czym położył jej dłoń na czole, które było suche i zarazem lodowate. Więc porwał ją na ręce i poniósł ku ognisku.</akap>
<akap_dialog>--- Zimno ci? --- pytał po drodze.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I zimno, i gorąco, ale bardziej zimno...</akap_dialog>
<akap>Jakoż ząbki jej uderzały jedne o drugie, a ciałem wstrząsały ciągle dreszcze. Staś nie miał już najmniejszej wątpliwości, że dostała febry.</akap>
<akap>Kazał natychmiast Mei zaprowadzić ją do drzewa, rozebrać i położyć, a następnie okrył ją, czym mógł, widział był bowiem w Chartumie i Faszodzie, że ludzie chorzy na febrę okrywali się owczymi skórami, aby się zapocić. Postanowił przesiedzieć przy Nel całą noc i poić ją gorącą wodą z miodem. Ale ona z początku nie chciała pić. Przy świetle kaganka zawieszonego wewnątrz drzewa Staś dostrzegł jej błyszczące źrenice. Po chwili zaczęła się skarżyć na gorąco, a jednocześnie trzęsła się pod wojłokami i pod pledem. Ręce jej i czoło były wciąż zimne, ale gdyby Staś znał się choć cokolwiek na febrycznych przypadłościach, byłby poznał z jej nadzwyczaj niespokojnych ruchów, że musi mieć straszliwą gorączkę. Ze strachem zauważył, że gdy Mea wchodziła z gorącą wodą, dziewczynka patrzyła na nią jakby z pewnym zdziwieniem, a nawet z obawą, i zdawała się jej nie poznawać. Z nim jednak rozmawiała przytomnie. Mówiła mu, że nie może leżeć, i prosiła, żeby pozwolił jej wstać i biegać, to znów pytała, czy się nie gniewa na nią za to, że chora, a gdy zapewniał ją, że nie, przyciskała rzęsami łzy, które napływały jej do oczu, i zaręczała, że jutro będzie zupełnie zdrowa.</akap>
<akap>Tego wieczora, a raczej tej nocy, słoń był jakoś dziwnie niespokojny i ciągle ryczał, co znów pobudzało Sabę do szczekania. Staś zauważył, że chorą to drażni, więc wyszedł z drzewa, by ich uspokoić. Z Sabą poszło mu łatwo, ale słoniowi trudniej było nakazać ciszę, więc wziął kilka melonów, by mu je rzucić i zatkać mu trąbę przynajmniej na jakiś czas. Wracając spostrzegł przy świetle ognia Kalego, który z kawałkiem wędzonego mięsa na ramieniu oddalał się w kierunku biegu rzeki.</akap>
<akap_dialog>--- Co ty tam robisz i dokąd idziesz? --- zapytał Murzyna.</akap_dialog>
<akap>A czarny chłopak zatrzymał się i gdy Staś zbliżył się ku niemu, rzekł z tajemniczą twarzą:</akap>
<akap_dialog>--- Kali iść pod inne drzewo położyć mięso złemu Mzimu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dlaczego?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dlatego, żeby zły Mzimu nie zabić dobrego Mzimu.</akap_dialog>
<akap>Staś chciał na to coś odpowiedzieć, lecz nagle żal chwycił go za piersi, więc zacisnął tylko zęby i odszedł w milczeniu.</akap>
<akap>Gdy wrócił do drzewa, Nel miała oczy zamknięte; ręce jej leżące na wojłoku drgały wprawdzie mocno, ale zdawało się, że usypia. Staś siadł przy niej i w obawie, by jej nie zbudzić, siedział przez pewien czas bez ruchu. Mea siedząca z drugiej strony poprawiała co chwila kawałki kości słoniowej sterczące jej w uszach, by bronić się tym sposobem od drzemki. Uczyniło się cicho, tylko z dołu rzeki od strony rozlewu dochodziło rzechotanie żab i smętne kumkanie ropuch.</akap>
<akap>Nagle Nel siadła na posłaniu.</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jestem tu, Nel.</akap_dialog>
<akap>A ona dygocąc jak liść na wietrze, poczęła szukać jego ręki i powtarzać spiesznie raz po raz:</akap>
<akap_dialog>--- Boję się, boję się! daj mi rękę!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie bój się, jestem przy tobie.</akap_dialog>
<akap>Choroba, OpiekaI chwycił jej dłoń, która tym razem była rozpalona jak w ogniu; nie wiedząc zaś sam, co ma robić, jął okrywać tę biedną wychudzoną rączkę pocałunkami.</akap>
<akap_dialog>--- Nie bój się, Nel, nie bój!</akap_dialog>
<akap>Po czym dał jej się napić wody z miodem, która przez ten czas wystygła. Nel tym razem piła chciwie i przytrzymywała mu rękę z naczyniem, gdy próbował odejmować je od ust. Chłodny napój zdawał się ją uspokajać.</akap>
<akap>Nastało milczenie. Lecz po upływie pół godziny Nel znów siadła na posłaniu, a w rozszerzonych jej oczach widać było okropną trwogę.</akap>
<akap_dialog>--- Stasiu!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co ci jest, kochanie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czemu --- pytała przerywanym głosem --- Gebhr i Chamis chodzą koło drzewa i zaglądają tu do mnie?</akap_dialog>
<akap>Stasiowi w jednej chwili wydało się, że oblazły go tysiące mrówek.</akap>
<akap_dialog>--- Co ty mówisz? --- rzekł. --- Tu nikogo nie ma! To Kali chodzi koło drzewa.</akap_dialog>
<akap>Lecz ona patrząc w ciemny otwór zawołała szczękając zębami:</akap>
<akap_dialog>--- I Beduini także! Dlaczegoś ty ich pozabijał?</akap_dialog>
<akap>Staś otoczył ją ramieniem i przytulił do siebie:</akap>
<akap_dialog>--- Ty wiesz dlaczego! Nie patrz tam! nie myśl o tym. To było już dawno.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dziś! dziś!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie, Nel, dawno!...</akap_dialog>
<akap>Jakoż i było dawno, ale wróciło jak fala odbita od brzegu --- i napełniło znów przerażeniem myśli chorego dziecka.</akap>
<akap>Wszelkie słowa uspokojenia okazywały się daremne. Oczy Nel rozszerzały się coraz bardziej. Serce biło tak gwałtownie, iż zdawało się, że pęknie lada chwila. Potem zaczęła się rzucać jak ryba wyjęta z wody i trwało to prawie do rana. Dopiero nad samym ranem siły jej wyczerpały się zupełnie i główka opadła na posłanie.</akap>
<akap_dialog>--- Słabo mi! słabo! --- powtórzyła. --- Stasiu, ja lecę gdzieś na dół.</akap_dialog>
<akap>Po czym zamknęła oczy.</akap>
<akap>Staś w pierwszej chwili przeraził się okropnie, myślał bowiem, że umarła. Ale to był tylko koniec pierwszego paroksyzmu tej strasznej afrykańskiej febry, zwanej ,,zgubną", której dwa ataki ludzie silni i zdrowi mogą przetrzymać; trzeciego nie przetrzymał dotychczas nikt. Podróżnicy opowiadali o tym często w Port-Saidzie, w domu pana Rawlisona, a jeszcze częściej wracający do Europy misjonarze katoliccy, których pan Tarkowski gościnnie u siebie przyjmował. Drugi atak przychodził po kilku lub kilkunastu dniach, trzeci zaś jeśli nie przyszedł w ciągu dwu tygodni, to nie był śmiertelny, gdyż liczył się jako znów pierwszy w drugim nawrocie choroby. Staś wiedział, że jedynym lekarstwem, jakie mogło przerwać lub pooddalać od siebie ataki, były duże dawki chininy, ale nie miał już jej ani atomu.</akap>
<akap>Na razie jednak widząc, że Nel oddycha, uspokoił się nieco --- i począł się za nią modlić. A tymczasem słońce wyskoczyło spoza skał wąwozu i uczynił się dzień. Słoń upominał się już o śniadanie, a od strony rozlewu, który tworzyła rzeka, ozwały się krzyki wodnego ptactwa. Chcąc zabić parę pentarek na rosół dla Nel chłopiec wziął strzelbę śrutówkę i poszedł wzdłuż rzeki ku kępie wysokich krzewów, na których ptaki te sadowiły się zwykle na noc. Ale tak był niewyspany i myśli jego tak były zajęte chorobą dziewczynki, że całe stado pentarek przeszło tuż koło niego truchcikiem, jedna za drugą, dążąc do wodopoju, a on ich wcale nie spostrzegł. Stało się tak jeszcze i dlatego, że wciąż się modlił. Myślał o zabiciu Gebhra, Chamisa, Bedui-nów i podnosząc oczy w górę mówił ze ściśniętym przez łzy gardłem: ,,Ja to dla Nel zrobiłem, Panie Boże, dla Nel! --- bo nie mogłem jej inaczej uwolnić, ale jeśli to grzech, to mnie ukarz, a ona niech wyzdrowieje!..."</akap>
<akap>Po drodze spotkał Kalego, który poszedł zobaczyć, czy zły Mzimu zjadł ofiarowane mu wczoraj mięso. Młody Murzyn kochając małą bibi modlił się także za nią, ale modlił się w całkiem odmienny sposób. Mówił mianowicie złemu Mzimu, że jeśli bibi wyzdrowieje, to on mu co dzień przyniesie kawałek mięsa, ale jeśli umrze, to chociaż się go boi i choć wie, że potem zginie, tak mu przedtem skórę wyłupi, że złe Mzimu na wieki go popamięta. Nabrał wszelako dobrej otuchy, gdyż złożone wczoraj mięso znikło. Mógł wprawdzie porwać je jaki szakal, ale mógł i Mzimu przybrać na się postać szakala.</akap>
<akap>Kali zawiadomił o tym pomyślnym wypadku Stasia, ten jednak popatrzył na niego, jakby go wcale nie rozumiał, i poszedł dalej. Minąwszy kępę krzaków, w której pentarek nie znalazł, zbliżył się do rzeki. Brzegi jej zarośnięte były wysokimi drzewami, z których zwieszały się na kształt długich pończoch gniazda remizów, ślicznych żółtych ptaszków z czarnymi skrzydłami, a także i gniazda os podobne do wielkich róż, ale koloru szarej bibuły. W jednym miejscu rzeka tworzyła szeroki na kilkadziesiąt kroków rozlew, porośnięty w części papirusem. Na tym rozlewie roiło się zawsze ptactwo wodne. Były tam bociany, takie same jak nasze europejskie i bociany o wielkim, grubym dziobie zakończonym hakiem, i czarne jak aksamit ptaki o nogach czerwonych jak krew --- i flamingi, i ibisy, i białe z różowymi skrzydłami warzęchy mające dzioby podobne do łyżek --- i żurawie z koronami na głowach, i mnóstwo kulików, pstrych i szarych jak myszy, biegających szybko tam i na powrót, niby drobne duchy leśne, na długich, cienkich jak słomki nóżkach.</akap>
<akap>Staś zabił dwie duże kaczki pięknej cynamonowej barwy i depcąc po nieżywych białych motylach, których tysiące zaścielały brzeg, rozejrzał się naprzód dobrze, czy na mieliźnie nie ma krokodylów, po czym przeszedł przez wodę i podniósł zdobycz. Strzał rozproszył oczywiście ptactwo; pozostały tylko dwa stojące o kilkanaście kroków dalej i zadumane nad wodą marabuty, podobne do dwóch starców o łysych, wciśniętych między ramiona głowach. Te nie poruszyły się wcale. Chłopiec popatrzył przez chwilę na ich obrzydliwe worki mięsne zwieszające się na piersiach, a następnie zauważywszy, że osy zaczynają coraz gęściej krążyć koło niego, powrócił do obozowiska.</akap>
<akap>Nel spała jeszcze, więc i on oddawszy Mei kaczki rzucił się na wojłok i zasnął natychmiast kamiennym snem. Zbudzili się dopiero po południu --- on wcześniej, Nel później. Dziewczynka czuła się nieco silniejsza, a gdy gęsty i mocny rosół pokrzepił jeszcze jej siły, wstała i wyszła z drzewa chcąc popatrzyć na Kinga i na słońce.</akap>
<akap>ChorobaAle teraz dopiero przy świetle dziennym można było dokładnie zobaczyć, jakie ta jedna noc gorączki porobiła w niej spustoszenia. Cerę miała żółtą i przeźroczystą, usta poczerniałe, oczy podkrążone i twarzyczkę jakby postarzałą. Nawet źrenice jej wydawały się bledsze niż zwykle. Pokazało się także, iż wbrew zapewnieniom, jakie dawała Stasiowi, że czuje się dość mocna --- i mimo sporego kubka rosołu, który zaraz po przebudzeniu się wypiła, ledwie mogła dojść o własnych siłach do wąwozu. Staś myślał z rozpaczą o drugim ataku i o tym, że nie posiada ani lekarstw, ani żadnych środków, którymi mógłby mu zapobiec.</akap>
<akap>A tymczasem deszcz zlewał ziemię po kilkanaście razy na dzień, powiększając wilgoć powietrza.</akap>
Przypisy
- <slowo_obce>mierzyn</slowo_obce> --- niski koń zaprzęgowy.
- <slowo_obce>rozkulbaczyć</slowo_obce> --- zdjąć siodło.
- <slowo_obce>spieka</slowo_obce> (przestarz.) --- upał, spiekota.
- <slowo_obce>dzika figa</slowo_obce> --- <slowo_obce>ficus sycomorus</slowo_obce> [figa morwowa, sykomora sykomora: afrykańskie drzewo figowe o niesmacznych owocach, lecz cenionym przez rzeźbiarzy drewnie; red. W.L.].
- <slowo_obce>antylopa gnu</slowo_obce> --- <slowo_obce>antilope gnu</slowo_obce> [gatunek antylopy żyjącej na równinach południowej i wschodniej Afryki; red. W.L.].
- <slowo_obce>comber<slowo_obce> --- mięso z częsci grzbietowej zwierząt.
- <slowo_obce>palmy podobne (...) do olbrzymich wachlarzy</slowo_obce> --- <slowo_obce>borassus flabelliformis</slowo_obce>.
- <slowo_obce>zeriba</slowo_obce> --- afrykańska zagroda z ciernistych krzewów, chroniąca obozowisko przed napaścią dzikich zwierząt.
- <slowo_obce>pęto</slowo_obce> --- wiązadło nakładane na przednie nogi zwierzęcia dla ograniczenia swobody ruchu.
- <slowo_obce>parów</slowo_obce> --- dolina przekształcona z wąwozu, charakteryzująca się płaskim dnem i stromymi zboczami.
- <slowo_obce>durra</slowo_obce> --- rodzaj trawy, której ziarno przetwarzane jest na mąkę, kaszę i stosowane jako pasza.
- <slowo_obce>juk</slowo_obce> --- skórzany wór służący do przewożenia rzeczy na grzbiecie zwierzęcia jucznego.
- <slowo_obce>chinina</slowo_obce> --- przeciwmalaryczny środek leczniczy.
- <slowo_obce>storczyki o pstrych, podobnych do motyli kwiatach, z również pstrym dzbankiem w środku korony</slowo_obce> --- <slowo_obce>auselia africana</slowo_obce>.
- <slowo_obce>storczyki drobne i żółte (...) o dużych, ostro zakończonych uszach</slowo_obce> --- <slowo_obce>lissohilosia</slowo_obce>.
- <slowo_obce>krzaki dzikiego jaśminu</slowo_obce> --- <slowo_obce>jasminum trifollatum</slowo_obce>.
- <slowo_obce>rafia</slowo_obce> --- palma iglasta albo bambusowa.
- <slowo_obce>chlebowiec</slowo_obce> --- ok. 40 gatunków drzew z rodziny morwowatych, o wielkich skórzastych liściach, pochodzących z tropikalnej Azji i dostarczających jadalnych owoców.
- <slowo_obce>euforbia</slowo_obce> --- roślina zielna lub drzewiasta z rodziny wilczomleczowatych.
- <slowo_obce>ostęp</slowo_obce> --- trudno dostępne miejsce w puszczy, inaczej matecznik.
- <slowo_obce>feston</slowo_obce> --- element dekoracyjny w formie podwieszonego po bokach pęku kwiatów czy owoców lub fragmentu tkaniny upiętej guzami, inaczej girlanda.
- <slowo_obce>liany kauczukowe</slowo_obce> --- <slowo_obce>landolphia florida</slowo_obce>.
- <slowo_obce>małpka żałobniczka</slowo_obce> --- <slowo_obce>colobus caudatus</slowo_obce>.
- <slowo_obce>massika</slowo_obce> --- wiosenna pora dżdżysta.
- <slowo_obce>passiflora</slowo_obce> --- <slowo_obce>odenia globosa</slowo_obce>.
- <slowo_obce>pombe</slowo_obce> --- piwo wyrabiane z rośliny sorgo.
- <slowo_obce>begonia</slowo_obce> --- <slowo_obce>begonia johnstoni</slowo_obce>.

