Skopiowano ze stron roboczych projektu Wolne Podręczniki
<naglowek_rozdzial>Rozdział XXI</naglowek_rozdzial>
<akap>Kondycja ludzka, Gospodarz, GospodyniOn ją kochał okrutnie, a ona jego, i dobrze im było razem, tylko chociaż czwarty rok już żyli ze sobą --- dzieci nie mieli. Natomiast gospodarowali zawzięcie. Wołodyjowski zakupił za swoje i Basine sumy kilka wiosek w pobliżu Kamieńca, za które tanio zapłacił, bo już się byli płochliwsi ludzie pod strachem nawały tureckiej radzi w tamtych stronach wyprzedawali. W tych majętnościach ład i rygor żołnierski wprowadzał, niespokojną ludność w kluby[1] brał, popalone chaty wznosił, ,,fortalicje", to jest dwory obronne, fundował, w których tymczasową załogą żołnierstwo stawało, słowem: jak dawniej dzielnie kraju bronił, tak teraz dzielnie gospodarzyć począł, szabli zresztą z ręki nie wypuszczając.</akap>
<akap>Sława jego imienia najlepszą była jego majętności ochroną. Z niektórymi murzami[2] wodę na szablę lał i pobratymstwo zawarł. Innych bijał. Kupy swawolne kozackie, luźne watahy ordyńskie, rozbójnicy ze stepów i opryszkowie z odajów besarabskich drżeli na wspomnienie ,,Małego Sokoła" --- więc stada jego koni i owiec, jego bawoły i wielbłądy chodziły bezpiecznie po stepie. Nawet sąsiadów jego szanowano. Mienie jego przy pomocy dzielnej niewiasty rosło. Otoczyła go cześć i miłość ludzka. Ziemia rodzinna przyozdobiła go urzędem, hetman go kochał, basza chocimski ustami nad nim cmokał, w dalekim Krymie, w Bachczysaraju, powtarzano ze czcią jego imię.</akap>
<akap>Gospodarka, wojna i miłość --- oto były trzy prządki jego żywota[3].</akap>
<akap>Znojne lato roku 1671 zastało państwa Wołodyjowskich w dziedzicznej Basinej wsi Sokole. Sokół ów był perłą między ich majętnościami. Podejmowali tam oni huczno i dworno pana Zagłobę, któren na trudy podróży ni na wiek swój niezwykły nie bacząc, przybył do nich w odwiedziny, spełniając solenne przyrzeczenie na ślubie państwa Wołodyjowskich dane.</akap>
<akap>Historia, PolitykaWszelako szumne gody i radość z drogiego gościa gospodarzy wkrótce zostały zerwane rozkazem hetmańskim nakazującym Wołodyjowskiemu objąć komendę w Chreptiowie, tamże nad granicą mołdawską czuwać, głosów od strony pustyni nasłuchiwać, stróżować, luźnym czambułom zabiegać i okolicę z hajdamaków oczyścić.</akap>
<akap>Mały rycerz, jako żołnierz do posług Rzeczypospolitej zawsze chętny, wnet nakazał, aby czeladź ściągnęła stada z ługów, wywiuczyła[4] wielbłądy i sama w zbrojnym pogotowiu stanęła.</akap>
<akap>Miłość spełnionaRozdzierało się wszelako jego serce na myśl rozstania się z żoną, bo ją tak kochał, i miłością męża, i ojca, że prawie dychać bez niej nie mógł, a brać ją w dzikie i głuche puszcze uszyckie i na niebezpieczeństwa przeróżne narażać --- nie chciał.</akap>
<akap>Lecz ona upierała się z nim jechać.</akap>
<akap_dialog>Żona--- Pomyśl --- mówiła --- jeżeli bezpieczniej będzie mi tu pozostać niźli tam, pod osłoną wojska, przy tobie zamieszkać? Nie chcę ja innego dachu, jako twój namiot, bom po to za ciebie poszła, by się z tobą i niewczasem, i trudem, i niebezpieczeństwy podzielić. Tu by mnie niepokój zgryzł, a tam, przy takim żołnierzu, będę się czuła bezpieczniejsza niżeli królowa w Warszawie; trzeba zaś będzie z tobą w pole wyruszyć, to wyruszę. Snu tu nie zaznam bez ciebie, jadła do gęby nie wezmę, a w końcu nie wytrzymam, lecz i tak do Chreptiowa polecę, a nie każesz mnie puszczać, to będę u bram nocować i póty cię prosić, póty płakać, aż się zlitujesz.</akap_dialog>
<akap>Widząc Wołodyjowski taki afekt, chwycił żonę w ramiona i chciwie pocałunkami różową twarz jej okładać począł, ona zaś oddawała mu wet za wet.</akap>
<akap_dialog>--- Jaż bym się nie wzdragał --- rzekł wreszcie --- gdyby o proste stróżowanie i podchody przeciw ordyńcom chodziło. Ludzi istotnie będzie dość, bo pójdzie ze mną chorągiew generała podolskiego, a druga pana podkomorzyńska, prócz tego zaś Motowidło z semenami[5] i dragani[6] Linkhauzowi. Będzie ze sześćset żołnierzy, a z ciurami[7] do tysiąca. Tego się wszelako obawiam, czemu gębacze sejmowi w Warszawie wierzyć nie chcą, a czego my, kresowi, lada godzina się spodziewamy: oto wielkiej wojny z całą potencją[8] turecką. To i pan Myśliszewski potwierdził, i basza chocimski co dzień powtarza, i hetman w to wierzy, że sułtan Doroszeńki bez pomocy nie ostawi, jeno wielką wojnę Rzeczypospolitej wypowie, a wtedy co ja z tobą zrobię, mój kwiatuszku najmilejszy, moje <slowo_obce>praemium</slowo_obce>[9] z ręki boskiej dane?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co się stanie z tobą, to się stanie i ze mną. Nie chcę innego losu, jeno takiego, który tobie przypadnie...</akap_dialog>
<akap>Tu pan Zagłoba przerwał milczenie i zwróciwszy się do Basi rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Jeśli was Turczyni pojmają, to czy chcesz, czy nie chcesz, twój los będzie zgoła inszy jak Michałowy. Ha! Po Kozakach, Szwedach, septentrionach i brandeburskiej psiarni --- Turczyn! Mówiłem księdzu Olszowskiemu: ,,Doroszeńki do desperacji nie przywódźcie, bo on jeno z musu do Turczyna się nakłonił". No, i co? --- nie posłuchali! Haneńkę przeciw Doroszowi wystawili, a teraz Dorosz, chce czy nie chce, musi w gardło Turczynowi leźć i na nas w dodatku go prowadzić. Pamiętasz, Michale, że przy tobie księdza Olszowskiego ostrzegałem?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Musiałeś go waćpan ostrzegać kiedy indziej, bo sobie nie przypominam, żeby to było przy mnie --- odrzekł mały rycerz. --- Ale co mówisz o Doroszeńce, to święta prawda, gdyż i pan hetman tegoż samego jest mniemania, a nawet powiadają, że ma listy od Dorosza w tymże właśnie sensie pisane. Jak tam zresztą jest, tak jest --- dość, że teraz już za późno na układy. Wszelako waćpan masz tak bystry rozum, że chętnie jego zdania zasięgnę: mamli brać Baśkę do Chreptiowa czy też lepiej ją tu zostawić? Muszę jeno to dodać, że pustynia to okrutna. Wioszczyna zawsze była licha, a od dwudziestu lat tyle razy przeszły przez nią watahy kozackie i czambuły, że nie wiem, czy dwie belki zbite do kupy znajdę. Siła tam jarów puszczą porosłych, schowek, pieczar głębokich i różnych ukrytych miejsc, w których zbójcy setkami się chowają, nie mówiąc o tych, którzy z Wołoszy przychodzą.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zbójcy przy takiej sile to furda --- odrzekł Zagłoba --- czambuły także furda, bo jeśli nadciągną potężne, to będzie o nich głośno, a jeśli mniejsze, to wygnieciesz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A co! --- zawołała Basia --- a czy nie furda! Zbójcy furda! Czambuły furda! Z taką siłą Michał mnie przed całą potęgą krymską obroni!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie przeszkadzaj mi w deliberacji[10] --- odrzekł pan Zagłoba --- bo przeciw tobie rozsądzę.</akap_dialog>
<akap>Basia położyła prędko obie dłonie na usta i główkę wtuliła w ramionka udając, że się okrutnie pana Zagłoby boi --- a on, choć widział, że kobiecinka żartuje, przecie mu to pochlebiło, więc położył zgrzybiałą rękę na jasnej głowie Basinej i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- No, nie bój się, pociechę ci sprawię!</akap_dialog>
<akap>Basia zaraz ucałowała go w rękę, bo naprawdę dużo od jego rad zależało, które były tak niemylne, że nikt się na nich nigdy nie zawiódł; on zaś założył obie ręce za pas i spoglądając bystrze zdrowym okiem to na jedno, to na drugie, rzekł nagle:</akap>
<akap_dialog>--- A potomstwa jak nie ma, tak nie ma! --- Co?</akap_dialog>
<akap>Tu wysunął naprzód dolną wargę.</akap>
<akap_dialog>--- Boża wola, nic więcej! --- odrzekł wznosząc oczy Wołodyjowski.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Boża wola, nic więcej! --- odrzekła spuszczając oczy Basia.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A chcielibyście mieć? --- spytał Zagłoba.</akap_dialog>
<akap>Na to mały rycerz:</akap>
<akap_dialog>Miłość spełniona--- Powiem waści szczerze: nie wiem, co bym za to dał, ale czasem myślę, że to próżne wzdychanie. I tak zesłał mi Pan Jezus taką szczęśliwość dając mi tego oto kociaka, czyli, jak ją waćpan zwałeś: hajduczka, że gdy przy tym jeszcze i na sławie, i na substancji pobłogosławił, nie śmiem go o nic więcej molestować. Kondycja ludzka, RajBo widzisz waść, nieraz przychodziło mi to do głowy, że gdyby wszystkie ludzkie życzenia spełniać się miały, nie byłoby żadnej różnicy między tą ziemską Rzecząpospolitą a niebieską, która sama jedna zupełną szczęśliwość dać może. Dziecko, Raj, ŻołnierzTak sobie tedy tuszę, że jeśli się tu jednego albo dwóch chłopaków nie doczekam, tedy mnie tam nie miną i po staremu pod niebieskim hetmanem, świętym Michałem archaniołem, będą służyli, i sławą się na wyprawach przeciw paskudztwu piekielnemu okryją, i do szarży zacnych dojdą.</akap_dialog>
<akap>Tu rozczulił się własnymi słowy i tą myślą pobożny chrześcijański rycerz i znowu oczy wzniósł do nieba, ale pan Zagłoba słuchał obojętnie i nie przestał mrugać surowo, wreszcie odrzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Bacz, żebyś nie pobluźnił. Bo że ty sobie pochlebiasz, iż tak dobrze zamiary Opatrzności odgadujesz, to może być grzech, za który poprażyć się jakowyś czas musisz, jako groch na gorącym trzonie. Pan Bóg szersze ma rękawy niż ksiądz biskup krakowski, ale nie lubi, żeby mu w nie zaglądano, co tam dla ludzisków nagotował, i uczyni, co zechce, a ty patrz tego, co do ciebie należy; jeżeli tedy chcecie mieć potomstwo, to zamiast się rozłączać powinniście się kupy trzymać.</akap_dialog>
<akap>Usłyszawszy to Basia wyskoczyła z radości na środek pokoju i skacząc jak pauper[11], a klaszcząc w ręce, poczęła powtarzać:</akap>
<akap_dialog>--- A co! Kupy się trzymajmy! Wraz odgadłam, że jegomość stanie po mojej stronie! wraz odgadłam! Jedziemy do Chreptiowa, Michale! Choć raz mię weźmiesz na Tatary! Jedyny razik! Mój drogi! Mój złoty!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Maszże ją waćpan! Już jej się na podchody zachciewa! --- zawołał mały rycerz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Bo przy tobie nie ulękłabym się choćby całej ordy!...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- <slowo_obce>Silentium</slowo_obce>![12] --- rzekł Zagłoba wodząc rozmiłowanymi oczyma, a raczej rozmiłowanym okiem za Basią, którą lubił niezmiernie. </akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dufam[13], że przecie Chreptiów, do którego wreszcie nie tak daleko, nie będzie ostatnią stanicą od Dzikich Pól.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie! Komendy będą dalej stały, w Mohilowie, Jampolu, a ostatnia ma być w Raszkowie --- odrzekł mały rycerz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- W Raszkowie? Toż my Raszków znamy. Stamtąd my Halszkę Skrzetuską wywozili, z onego waładynieckiego jaru, pamiętasz, Michale? Pamiętasz, jakom owo <slowo_obce>monstrum</slowo_obce>[14] zaciukał, Czeremisa czy diabła, który jej pilnował. Ale skoro ostatnie <slowo_obce>praesidium</slowo_obce>[15] stanie aż w Raszkowie, tedy jeśli się Krym ruszy albo cała potencja turecka, to oni tam wprędce wiedzieć będą i wcześnie do Chreptiowa znać dadzą, zatem i nieprzezpieczeństwa wielkiego nie ma, bo Chreptiów nie może być nagle ubieżon. Dalibóg, nie wiem, dlaczego by Baśka nie miała tam z tobą zamieszkać? Szczerze to mówię, a przecie wiesz, że wolałbym sam starym łbem nałożyć, niźli ją na jakowyś szwank wystawić. Bierz ją! Będzie wam obojgu na zdrowie. Baśka jeno musi przyrzec, że w razie wielkiej wojny pozwoli się bez oporu choćby do Warszawy odesłać, bo wówczas nastaną pochody okrutne, bitwy zawzięte, oblężenia taborów, może i głody, jako pod Zbarażem, a w takich potrzebach mężowi trudno głowę ochronić, a cóż dopiero niewieście.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Rada bym ja choćby polec przy Michałowym boku --- odparła Basia --- ale przecie rozum mam i wiem, że jak nie można, to nie można. Zresztą Michałowa wola, nie moja. Przecie on w tym już roku pod panem Sobieskim na wyprawę chodził, a napierałam się z nim jechać? Nie. Dobrze! Byle mi teraz nie było wzbronno do Chreptiowa z Michałem iść, to w razie wielkiej wojny odeślecie mnie waćpanowie, gdzie wam się podoba.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jegomość pan Zagłoba cię odprowadzi aż na Podlasie do Skrzetuskich --- rzekł mały rycerz --- tam przecie Turczyn nie dojdzie!</akap_dialog>
<akap_dialog>Starość, Żołnierz--- Pan Zagłoba! Pan Zagłoba! --- odparł przedrzeźniając stary szlachcic. --- Czy to ja wojski? Nie powierzajcie no tak żon panu Zagłobie, dufając, że stary, bo się może zgoła co innego pokazać. Po wtóre: czy to myślisz, że w razie wojny z Turczynem będę się już za podlaski piec chował i na pieczywo spoglądał, żeby się zaś nie przepaliło? Jeszczem nie kosztur[16] i mogę się do czego innego przydać. Po stołku na konia już siadam --- <slowo_obce>assentior</slowo_obce>[17]! Ale gdy raz siądę, tak dobrze na nieprzyjaciela skoczę jak każdy młodzik! Jeszczeć się ni piasek, ni trociny, chwalić Boga, ze mnie nie sypią. Na proceder z Tatary już nie wyjdę, w Dzikich Polach wietrzył nie będę, bom też i nie gończy, natomiast w generalnym ataku trzymaj się przy mnie, jeśli potrafisz, a pięknych rzeczy się napatrzysz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Chciałżebyś waść jeszcze w pole wyruszyć?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zali myślisz, że nie zechcę sławną śmiercią sławnego żywota zapieczętować po tylu latach służby? A co mi się godniejszego zdarzyć może? Znałeś pana Dziewiątkiewicza? Ten, prawda, że nie wyglądał więcej jak na sto czterdzieści lat, ale miał sto czterdzieści dwa i jeszcze służył.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tyle nie miał.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Miał! Żebym się z tego zydla nie ruszył! Na wielką wojnę idę, i kwita! A teraz do Chreptiowa z wami jadę, bo się w Baśce kocham!</akap_dialog>
<akap>Baśka skoczyła rozpromieniona i poczęła ściskać pana Zagłobę, on zaś coraz to podnosił w górę głowę powtarzając:</akap>
<akap_dialog>--- Mocniej! Mocniej!</akap_dialog>
<akap>Wszelako Wołodyjowski rozważał jeszcze wszystko czas jakiś i wreszcie rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Niepodobieństwo to jest, abyśmy mieli zaraz wszyscy jechać, boć tam szczera pustynia i dachu kawałka nad głową nie znajdziem. Pojadę ja naprzód, miejsce na majdan opatrzę, fortalicję[18] grzeczną[19] zbuduję i domy dla żołnierzy, a też szopy dla koni towarzystwa, które, jako zacniejsze, od zmienności aury zmarnieć by mogły; też studnie pokopię, drogę przetrę, jary z hultajstwa rozbójniczego jako tako oczyszczę; dopieroż wam tu eskortę przystojną przyślę i przyjedziecie. Choć ze trzy niedziele musicie tu poczekać.</akap_dialog>
<akap>Basia chciała protestować, ale pan Zagłoba uznawszy słuszność słów Wołodyjowskiego rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Co mądrze, to mądrze! Baśka, my sobie tu w kupie na gospodarstwie ostaniem i nie będzie się nam źle działo. AlkoholTrzeba też i zapasik jaki taki przygotować, bo i tego pewnie nie wiecie, że miody a wina nigdzie się tak dobrze jako w pieczarach nie konserwują...</akap_dialog>
<naglowek_rozdzial>Rozdział XXII</naglowek_rozdzial>
<akap>Wołodyjowski słowa dotrzymał; we trzy tygodnie z budynkami się uładził i eskortę znamienitą przysłał: stu Lipków z chorągwi pana Lanckorońskiego i stu Linkhauzowych draganów, których przyprowadził pan Snitko, herbu Miesiąc Zatajony. Lipkom przewodził setnik Azja Mellechowicz, który się z Tatarów litewskich wyprowadzał, człek bardzo młody, bo ledwie dwadzieścia kilka lat wieku liczący. Ten przywiózł list od małego rycerza, który pisał do żony, co następuje:</akap>
<akap>Miłość,,Sercem ukochana Baśko! Jużże przyjeżdżaj, bo bez ciebie jako bez chleba i jeśli do tego czasu nie uschnę, to ci on różany pysio ze szczętem zacałuję. Ludzi przysyłam nieskąpo i oficyjerów doświadczonych, ale prym we wszystkim oddawajcie panu Snitce i do kompanii go przypuszczajcie, bo to jest <slowo_obce>bene natus</slowo_obce>[20] i posesjonat[21], i towarzysz; a Mellechowicz dobry żołnierz, ale Bóg wie kto. Który by też w żadnej innej chorągwi, jak u Lipków, oficyjerem nie mógł zostać, bo łatwie by każdemu przyszło <slowo_obce>imparitatem</slowo_obce>[22] mu zadać. Ściskam cię z całej mocy, rączuchny i nożyny ci całuję. Gospodarz, ŻołnierzFortalicję wzniosłem z okrąglaków setną; kominy okrutne. Dla nas kilka izb w osobnym domie. Żywicą wszędy pachnie i świerszczów siła nalazło, które jak wieczorem poczną grać, to aż psi się ze snu zrywają. Żeby trochę grochowin, prędko by się ich można pozbyć, ale chyba ty każesz nimi wozy wymościć. Szyb znikąd; mecherami[23] okna zasłaniamy; natomiast pan Białogłowski ma w swojej komendzie, między draganami, szklarza. Szkła możesz w Kamieńcu u Ormian dostać, jeno, na Boga, ostrożnie wieźć, żeby się nie potłukło. Komnatkę twoją kazałem kilimkami obić i zacnie się prezentuje. Zbójów, cośmy ich w jarach uszyckich przyłapili, kazałem już dziewiętnastu powiesić, a nim przyjedziesz, do pół kopy[24] dociągnę. Pan Snitko opowie ci, jak tu żyjemy. Bogu i Najświętszej Pannie cię polecam, duszo ty moja myłeńkaja".</akap>
<akap>Basia po przeczytaniu listu oddała go panu Zagłobie, który przejrzawszy pismo, zaraz począł panu Snitce większe honory czynić, nie tak wielkie jednak, aby ów nie miał się spostrzec, iż ze znamienitszym wojownikiem i większym personatem[25] rozmawia, który przez łaskawość tylko do poufałości go przypuszcza. Zresztą pan Snitko był to żołnierz dobroduszny, wesół, a służbista wielki, bo mu wiek życia w szeregach upłynął. Dla Wołodyjowskiego miał cześć wielką, a wobec sławy pana Zagłoby czuł się małym i nie myślał się nadstawiać.</akap>
<akap>Duma, Pozycja społecznaMellechowicza przy czytaniu listu nie było, gdyż oddawszy go wyszedł zaraz niby na ludzi spojrzeć, a w gruncie rzeczy z obawy, by mu do czeladnej odejść nie kazano.</akap>
<akap>Zagłoba miał jednak czas przypatrzyć mu się i mając świeżo w głowie słowa Wołodyjowskiego, rzekł do Snitki:</akap>
<akap_dialog>--- Radziśmy waćpanu! Proszę!... Pan Snitko... znałem!... Znałem!... Herbu Miesiąc Zatajony! Proszę! Godny klejnot... Ale ten Tatar, jakże mu tam na przezwisko?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Mellechowicz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale ten Mellechowicz wilkiem jakoś patrzy. Pisze Michał, że to człek niepewnego pochodzenia, co i dziwna, bo wszyscy nasi Tatarzy szlachta, choć bisurmanie. Na Litwie widziałem całe wsie przez nich zamieszkałe. Tam ich zowią Lipkami, a tutejsi Czeremisów noszą miano. Długi czas wiernie służyli Rzeczypospolitej, za chleb się jej wywdzięczając, ale już za czasów inkursji chłopskiej wielu ich do Chmielnickiego poszło, a teraz, słyszę, poczynają się z ordą obwąchiwać... Ten Mellechowicz wilkiem patrzy... Dawnoż pan Wołodyjowski jego zna?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Z czasów ostatniej wyprawy --- odrzekł pan Snitko zasuwając nogi pod stołek --- gdyśmy z panem Sobieskim, przeciw Doroszeńce i ordzie czyniąc, Ukrainę przejechali.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Z czasów ostatniej wyprawy! Nie mogłem w niej udziału brać, bo mi pan Sobieski inną funkcją powierzył, choć później tęskno mu beze mnie było... A waszmości klejnot Miesiąc Zatajony? Proszę!... Skądże on jest, ten Mellechowicz?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Powiada się Tatarem litewskim, ale to dziw, że go żaden z Tatarów litewskich poprzednio nie znał, choć właśnie w ich chorągwi służy. <slowo_obce>Ex quo</slowo_obce>[26] wieści o jego niepewnym pochodzeniu, którym jego dość górne maniery przeszkodzić nie zdołały. Żołnierz zresztą wielki, choć małomówny. Pod Bracławiem i pod Kalnikiem siła posług oddał, dla których go pan hetman setnikiem mianował, mimo że był w całej chorągwi wiekiem najmłodszy. Lipkowie wielce go miłują, ale między nami miru[27] nie ma --- a czemu? Bo człek ponury, i jak słusznie wasza mość zauważył, wilkiem patrzy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeśli to żołnierz wielki i krew przelewał --- ozwała się Basia --- godzi się go do kompanii przypuścić, czego też mi pan mój małżonek w liście nie broni.</akap_dialog>
<akap>Tu zwróciła się do pana Snitki:</akap>
<akap_dialog>--- Waszmość pozwolisz?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Sługa pani pułkownikowej dobrodziejki! --- zawołał pan Snitko.</akap_dialog>
<akap>Basia znikła za drzwiami, a pan Zagłoba odsapnął i spytał pana Snitkę:</akap>
<akap_dialog>--- No, a jakże się waści pani pułkownikowa udała?</akap_dialog>
<akap>Stary żołnierz, zamiast odpowiedzieć, wsadził pięści w oczy i przechyliwszy się w krześle, jął powtarzać:</akap>
<akap_dialog>--- Aj, aj, aj!</akap_dialog>
<akap>Po czym wytrzeszczył oczy, zatknął szeroką dłonią usta i zamilkł, jakby zawstydzon własnym zachwytem.</akap>
<akap_dialog>--- Marcypan[28], co? --- rzekł Zagłoba.</akap_dialog>
<akap>Tymczasem ,,marcypan" ukazał się znów we drzwiach, wiodąc za sobą Mellechowicza, nastroszonego jak dziki ptak, i mówiąc:</akap>
<akap_dialog>--- I z listu męża, i od pana Snitki tyle nasłuchaliśmy się o waścinych mężnych uczynkach, że radziśmy go bliżej poznać. Prosim do kompanii, a i do stołu zaraz podadzą.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Prosim, chodź acan bliżej! --- ozwał się pan Zagłoba.</akap_dialog>
<akap>Pozycja społecznaPosępna, acz urodziwa twarz młodego Tatara nie rozchmurzyła się zupełnie, widać jednak było, że wdzięczny jest za dobre przyjęcie i za to, że mu nie kazano zostać w czeladnej.</akap>
<akap>GospodyniBasia zaś umyślnie starała się być dla niego dobrą, łacno bowiem sercem kobiecym odgadła, że jest podejrzliwy, dumny i że upokorzenia, jakie zapewne często z racji swego niepewnego pochodzenia znosić musiał, bolą go mocno. Nie czyniąc tedy między nim a Snitką innej różnicy, jak tylko taką, jaką dojrzalszy wiek Snitki czynić nakazywał, wypytywała młodego setnika o owe usługi, gwoli którym pod Kalnikiem wyższą szarżę otrzymał.</akap>
<akap>Pan Zagłoba odgadując życzenia Basi odzywał się do niego również dość często, a on, chociaż zrazu nieco się dziczył, dawał jednakże odpowiedzi dorzeczne, a maniery jego nie tylko nie zdradzały prostaka, ale dziwiły nawet pewną dwornością.</akap>
<akap>,,Nie może to być chłopska krew, bo fantazja byłaby nie taka" --- pomyślał sobie Zagłoba.</akap>
<akap>Po czym spytał głośno:</akap>
<akap_dialog>--- Rodzic waćpana w których stronach żywie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Na Litwie --- odparł czerwieniąc się Mellechowicz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Litwa szeroki kraj. To tak samo jak gdybyś mi acan odpowiedział, ,,w Rzeczypospolitej".</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Teraz już nie w Rzeczypospolitej, bo tamte strony odpadły. Mój rodzic wedle Smoleńska ma majętność.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Miałem i ja tam znaczne posiadłości, które mi po bezdzietnym krewnym przypadły, alem je wolał opuścić i przy Rzeczypospolitej się oponować.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak też i ja czynię --- odrzekł Mellechowicz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Godnie waść czynisz! --- wtrąciła Basia.</akap_dialog>
<akap>Lecz Snitko słuchając rozmowy wzruszał nieznacznie ramionami, jakby chciał mówić: ,,Bóg tam raczy wiedzieć, coś ty za jeden i skąd jesteś!"</akap>
<akap>Pan Zagłoba zaś spostrzegłszy to zwrócił się znów do Mellechowicza:</akap>
<akap_dialog>Religia, Wino--- A waćpan --- spytał --- Chrystusa wyznajesz czyli też, bez urazy mówiąc, w sprośności żyjesz?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Przyjąłem chrześcijańską wiarę, dla którego powodu musiałem ojca opuścić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeśliś go dlatego opuścił, to za to cię Pan Bóg nie opuści, a pierwszy dowód łaski jego, że wino pić możesz, którego, w błędach trwając, byłbyś nie zaznał.</akap_dialog>
<akap>Snitko rozśmiał się, ale Mellechowiczowi nie w smak były widocznie pytania tyczące jego osoby i pochodzenia, bo się nastroszył znowu.</akap>
<akap>Pan Zagłoba mało jednak na to zważał, tym bardziej że młody Tatar nie bardzo mu się podobał, chwilami bowiem, nie twarzą wprawdzie, ale ruchami i spojrzeniem, przypominał słynnego wodza Kozaków, Bohuna.</akap>
<akap>Tymczasem podano obiad.</akap>
<akap>Resztę dnia zajęły ostatnie przygotowania do drogi, ruszono zaś nazajutrz skoro świt, a nawet w nocy jeszcze, aby jednym dniem stanąć w Chreptiowie.</akap>
<akap>Wozów zebrało się kilkanaście, postanowiła bowiem Basia suto chreptiowskie komory zaopatrzyć; szły więc także za wozami mocno wywiuczone i wielbłądy, i konie, uginając się pod ciężarem krup i wędlin; szło na końcu karawany kilkadziesiąt wołów stepowych i czambulik owiec. Pochód otwierał Mellechowicz ze swoimi Lipkami, dragoni zaś jechali tuż przy krytym karabonie, w którym siedzieli Basia z panem Zagłobą. Jej chciało się bardzo powodnego dzianecika dosiąść, ale stary szlachcic prosił jej, żeby tego przynajmniej z początku i na końcu podróży nie czyniła.</akap>
<akap_dialog>--- Żebyś to spokojnie usiedziała --- mówił --- nie przeciwiłbym się, ale wnet poczniesz buszować i koniem czwanić[29], a to powadze pani komendantowej nie przystoi.</akap_dialog>
<akap>Marzenie, ŻonaBasia była szczęśliwa i jak ptak wesoła. Od czasu swego zamążpójścia miała ona w życiu dwa największe pragnienia: jedno, dać Michałowi syna; drugie, zamieszkać z małym rycerzem choćby na rok w jakiej stanicy przyległej do Dzikich Pól i tam na krańcu pustyni żyć życiem żołnierskim, wojny i przygód zażyć, w podchodach udział brać, własnymi oczyma ujrzeć te stepy, doświadczyć tych niebezpieczeństw, o których tyle się nasłuchała od najmłodszych lat. Marzyła o tym będąc jeszcze dziewczyną i oto marzenia miały się teraz urzeczywistnić, a w dodatku przy boku kochanego człowieka i najsławniejszego w Rzeczypospolitej zagończyka[30], o którym mówiono, że umie nieprzyjaciela choćby spod ziemi wykopać.</akap>
<akap>Czuła też młoda pułkownikowa skrzydła u ramion i tak wielką radość w piersi, że chwilami brała ją ochota krzyczeć i skakać, ale powstrzymywała ją myśl o powadze. Bo obiecywała sobie być stateczną i zyskać okrutną miłość żołnierzy.</akap>
<akap>Zwierzała się z tych myśli panu Zagłobie, a on uśmiechał się pobłażliwie i mówił:</akap>
<akap_dialog>--- Już że tam będziesz oczkiem w głowie i osobliwością wielką, to pewna! Niewiasta w stanicy --- toż to rarytet[31]!...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A w potrzebie i przykład im dam.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czego?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A męstwa! O jedno się tylko boję, że za Chreptiowem staną jeszcze komendy w Mohilowie i Raszkowie, aż hen, ku Jahorlikowi, i że Tatarów na lekarstwo nawet nie ujrzymy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A ja się jeno tego boję, oczywiście nie dla siebie, ale dla cię, że ich za często będziem widywać. Cóż to, myślisz, że czambuły mają obowiązek koniecznie na Raszków i Mohilów iść? Mogą przyjść wprost od wschodu, ze stepów, alboli też mołdawską stroną Dniestru ciągnąć i wychylić się w granice Rzeczypospolitej, gdzie zechcą, choćby i w górze za Chreptiowem. Chybaby się bardzo rozgłosiło, że ja w Chreptiowie zamieszkałem, to go będą omijali, bo mię z dawna znają.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A Michała to niby nie znają? A Michała to niby nie będą omijali?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I jego będą omijali, chyba że w wielkiej potędze nadciągną, co się może przygodzić. Wreszcie sam on ich poszuka.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Otóż to, tego byłam pewna! Szczerali tam już w Chreptiowie pustynia? Bo to tak niedaleko!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Że i szczersza być nie może. Niegdyś, za czasów jeszcze mojej młodości, była to strona ludna. Jechało się z chutoru do chutoru, z wsi do wsi, z miasteczka do miasteczka. Znałem, bywałem! Pamiętam, gdy Uszyca była walnym grodem co się zowie! Pan Koniecpolski ojciec na starostwo mnie tu promował. Ale potem nastała inkursja[32] hultajska i wszystko poszło w ruinę. Kiedyśmy oto po Halszkę Skrzetuską tędy jechali, to już była pustynia, a potem jeszcze ze dwadzieścia razy przeszły tędy czambuły... Teraz pan Sobieski kozactwu i tatarstwu znów te strony wydarł jako psu z gardła... Ale ludzi tu jeszcze mało, jeno zbóje w jarach siedzą...</akap_dialog>
<akap>Tu począł się pan Zagłoba rozglądać po okolicy i kiwać głową, dawne czasy wspominając.</akap>
<akap_dialog>--- Mój Boże --- mówił --- wówczas gdyśmy po Halszkę jechali, widziało mi się, że starość za pasem, a teraz myślę, żem był młody, bo to przecie temu blisko dwadzieścia cztery lat. Michał był jeszcze młokos i niewiele więcej miał włosów na gębie niż u mnie na pięści. A tak mi ta okolica w pamięci stoi, jakby to było wczora! Chaszcze tylko i bory większe porosły, odkąd <slowo_obce>agricolae</slowo_obce>[33] się wynieśli...</akap_dialog>
<akap>Jakoż za Kitajgrodem wjechali zaraz w duże bory, którymi wówczas tamta strona po większej części była pokryta. Gdzieniegdzie jednak, zwłaszcza w okolicach Studzienicy, zdarzały się i pola odkryte, a wówczas widzieli brzeg Dniestrowy i kraj ciągnący się hen, z tamtej strony rzeki, aż do wyżyn zamykających po mołdawskiej stronie widnokrąg.</akap>
<akap>LasGłębokie jary, siedziby dzikiego zwierza i dzikszych jeszcze ludzi, przecinały im drogę, czasem wąskie i urwiste, czasem otwartsze, o bokach lekko pochyłych i porośniętych głuchą puszczą. Mellechowiczowi Lipkowie zagłębiali się w nie ostrożnie i gdy koniec konwoju był jeszcze na wysokim skraju, początek jego zstępował jakby pod ziemię. Często przychodziło Basi i panu Zagłobie wysiadać z karabonu, bo chociaż Wołodyjowski przetarł jako tako drogę, przejazdy jednak bywały niebezpieczne. Na dnie jarów biły krynice[34] lub płynęły szeleszcząc po kamieniach bystre strumienie, wzbierające wiosną wodą ze stepowych śniegów. Chociaż słońce dogrzewało jeszcze borom i stepom mocno, surowy chłód taił się w tych kamiennych gardzielach i chwytał niespodzianie przejeżdżających. Bór wyściełał skaliste boki i piętrzył się jeszcze na brzegach, posępny i czarny, jakby chciał owe zapadłe wnętrza przed złotymi promieńmi słońca zasłonić. Miejscami jednak całe jego szmaty były połamane, zwalone, pnie ponarzucane jedne na drugie w dzikim bezładzie, gałęzie zwichrzone i zbite w kupy, zeschłe zupełnie lub też pokryte zrudziałym liściem i iglicami.</akap>
<akap_dialog>--- Co się z tym borem stało? --- pytała pana Zagłoby Basia.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Miejscami mogą to być stare zasieki, czynione albo przez dawnych mieszkańców przeciw ordzie, albo też przez hultajstwo przeciw naszym wojskom; miejscami znów to wichry mołdawskie tratują tak po lesie, w których wichrach, jako starzy ludzie powiadają, upiory albo zgoła diabli harce wyprawują.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A waszmość widziałeś kiedy diabelskie harce?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Widzieć nie widziałem, alem słyszał, jako diabli pokrzykiwali sobie z uciechy: ,,u-ha! u-ha!" Spytaj się Michała, bo i on słyszał.</akap_dialog>
<akap>Basia, lubo odważna, bała się jednak trochę złych duchów, więc zaraz poczęła się żegnać.</akap>
<akap_dialog>--- Straszne to strony! --- rzekła.</akap_dialog>
<akap>I rzeczywiście w niektórych jarach było straszno, bo nie tylko mroczno, ale i głucho. Wiatr nie wiał, liście i gałęzie drzew nie czyniły szelestu: słychać było jeno tupot i parskanie koni, skrzyp wozów i okrzyki, które wydawali woźnice w niebezpieczniejszych miejscach. Czasem też zaśpiewali Tatarzy lub dragoni, ale sama puszcza nie odzywała się żadnym ludzkim ni zwierzęcym głosem.</akap>
<akap>Jeśli jednak jary posępne czyniły wrażenie, natomiast górny kraj, nawet tam gdzie ciągnęły się bory, wesoło otwierał się przed oczyma karawany. Pogoda była jesienna, cicha. Słońce chodziło po niebieskim stepie nie splamionym żadną chmurką, lejąc blask obfity na skały, pola i lasy. W tym blasku sosny wydawały się czerwone i złote, a nitki pajęcze, pouczepiane do gałązek drzew, do burzanów i traw, świeciły tak mocno, jak gdyby były same ze słonecznych promieni utkane. PtakPaździernik dobiegał do połowy dni swoich, więc wiele ptactwa, zwłaszcza co czulszego na chłody, poczęło już z Rzeczypospolitej ku Czarnemu Morzu wędrować: na niebie widać było i klucze żurawiane z donośnym okrzykiem lecące, i gęsi, i stada cyranek.</akap>
<akap>Tu i owdzie, wysoko, wysoko, tkwiły w błękicie na rozpostartych skrzydłach groźne dla powietrznych mieszkańców orły; gdzieniegdzie chciwe połowu jastrzębie zataczały powolne koła. Atoli zwłaszcza w gołych polach nie brakło i tego ptactwa, które ziemi się trzyma i w trawach wyniosłych rade się kryje. Co chwila spod kopyt lipkowskich bachmatów zrywały się z szumem stada rdzawych kuropatw; Polowaniekilkakroć też ujrzała Basia, lubo z daleka, stojące na straży dropie, na których widok płonęły jej policzki, a oczy poczynały świecić.</akap>
<akap_dialog>--- Będziem je z Michałem chartami szczwali! --- wołała klaszcząc w dłonie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Żeby to twój mąż był jakowyś domator --- mówił Zagłoba --- prędko by mu z taką żoną broda posiwiała, ale ja wiedziałem, komu mam cię oddać. Inna byłaby choć wdzięczna, hę?</akap_dialog>
<akap>Basia ucałowała zaraz oba policzki pana Zagłoby, aż rozczulił się i rzekł:</akap>
<akap_dialog>Starość, Serce--- Na starość kochające serca tak człeku miłe jako ciepły przypiecek.</akap_dialog>
<akap>Po czym zamyślił się i dodał:</akap>
<akap_dialog>Kobieta, Mężczyzna--- To dziw, jakem ja całe życie tę białogłowską płeć lubił, a żeby tak powiedzieć za co, to sam nie wiem, boć to licho bywa i zdradliwe, i płoche... Jeno że to mdłe[35] jako dzieci, więc niechże którą krzywda jakowaś spotka, to aż ci serce z mizerykordii[36] piszczy. Uściskajże mnie jeszcze czy co!</akap_dialog>
<akap>Basia rada by była cały świat uściskać, więc natychmiast uczyniła zadość życzeniu pana Zagłoby i jechali dalej w wybornych humorach. Jechali bardzo wolno, bo woły idące z tyłu nie mogły prędzej nadążyć, a niebezpiecznie je było z małą liczbą ludzi wśród tych lasów zostawiać.</akap>
<akap>PodróżW miarę jak zbliżali się do Uszycy, kraj stawał się nierówniejszy, puszcza głuchsza, a jary głębsze. Coraz coś psuło się w wozach, to znów narowiły się konie, przez co znaczne zdarzały się mitręgi. Stary gościniec, idący niegdyś do Mohilowa, od dwudziestu lat zarósł lasem tak, że ledwie gdzieniegdzie widać było jego ślady, więc musieli się trzymać szlaków, które przetarły dawniejsze i ostatnie przechody wojskowe, więc często błędnych, a zawsze bardzo trudnych. Nie obyło się też i bez wypadku.</akap>
<akap>Pod Mellechowiczem, jadącym na czele Lipków, związał się koń na pochyłości jaru i zwalił się na dno kamieniste nie bez szwanku dla jeźdźca, który tak silnie rozciął sobie sam wierzch głowy, że aż przytomność na czas pewien go odbiegła. Basia z Zagłobą przesiedli się zaraz na podwodne dzianety, Tatara zaś kazała młoda pani komendantowa ułożyć na karabonie i wieźć ostrożnie. Odtąd przy każdej krynicy zatrzymywała pochód i własnymi rękoma obwiązywała mu głowę szmatami zmaczanymi w zimnej, źródlanej wodzie. On leżał czas jakiś z zamkniętymi oczyma, w końcu jednak otworzył je, a gdy pochylona nad nim Basia poczęła wypytywać, jak mu jest, zamiast odpowiedzi chwycił jej rękę i przycisnął do swych zbielałych warg.</akap>
<akap>Po chwili dopiero, jakby zebrawszy myśli i przytomność, odrzekł po małorusku:</akap>
<akap_dialog>--- Oj, dobre, jako dawno nie buwało!</akap_dialog>
<akap>W takim pochodzie zeszedł im cały dzień. Słońce poczerwieniało wreszcie i przetoczyło się ogromne na multańską stronę; Dniestr począł świecić jak ognista wstęga, a ze wschodu, od Dzikich Pól, nadciągała z wolna pomroka.</akap>
<akap>Chreptiów nie był już zbyt daleko, ale trzeba było dać wypocznienie koniom, więc zatrzymali się na dłuższy postój.</akap>
<akap>Modlitwa, NocTen i ów dragon począł śpiewać godzinki. Lipkowie pozsiadali z koni i rozciągnąwszy na ziemi runa owcze, jęli modlić się na klęczkach, z twarzami zwróconymi ku wschodowi. Głosy ich to podnosiły się, to zniżały; chwilami: ,,Ałła! Ałła!" brzmiało przez całe szeregi, to znów cichli, wstawali i trzymając dłonie odwrócone do góry tuż przy twarzach, trwali w skupionej modlitwie, powtarzając tylko od czasu do czasu sennie i jakby z westchnieniem: ,,Łochiczmen, ach łochiczmen!" Promienie słońca padały na nich coraz czerwieńsze, wstał powiew od zachodu, a z nim razem szum wielki w drzewach, jakby i one chciały uczcić przed nocą tego, który na ciemne niebo wytacza tysiące migotliwych gwiazd.</akap>
<akap>Religia, Zaświaty, ZbawienieBasia przypatrywała się z ciekawością wielką modlitwie Lipków, ale serce ściskało się jej na myśl, że tylu oto dobrych pachołków po życiu pełnym mozołów dostanie się wraz ze śmiercią w ogień piekielny, a to tym bardziej, że stykając się codziennie z ludźmi prawdziwą wiarę wyznającymi trwają jednak dobrowolnie w zatwardziałości.</akap>
<akap>Pan Zagłoba, więcej z tymi rzeczami obyty, wzruszał tylko ramionami na pobożne Basine uwagi, mówiąc:</akap>
<akap_dialog>Pogarda , Robak--- I tak by tych kozich synów do nieba nie puszczono, aby insektów plugawych ze sobą nie naprowadzili.</akap_dialog>
<akap>Potem wdział na się przy pomocy pachołka tuzłuczek wyporkami podbity[37], na chłody wieczorne wyborny, i ruszać kazał, lecz ledwie pochód się rozpoczął, na przeciwległym wzgórzu ukazało się pięciu jeźdźców.</akap>
<akap>Lipkowie rozstąpili się im zaraz.</akap>
<akap_dialog>Małżeństwo--- Michał! --- krzyknęła Basia widząc pędzącego na czele.</akap_dialog>
<akap>I rzeczywiście był to Wołodyjowski, który w kilka koni na spotkanie żony wyjechał.</akap>
<akap>Skoczywszy do siebie, poczęli się witać z wielką radością, a następnie opowiadać sobie, co się im wzajemnie przez czas rozłąki przygodziło.</akap>
<akap>Opowiadała więc Basia, jak im droga poszła i jako pan Mellechowicz ,,rozum sobie o kamienie nadwerężył" --- a mały rycerz zdawał sprawę z czynności swych w Chreptiowie, w którym, jak zapewniał, wszystko już stoi i na przyjęcie czeka, bo pięćset siekier przez trzy tygodnie nad budynkami pracowało.</akap>
<akap>Podczas tej rozmowy rozkochany pan Michał przechylał się co chwila z kulbaki i brał młodą żonę w ramiona, która widać nie bardzo gniewała się o to, bo jechała tuż przy nim, tak że ich konie niemal ocierały się bokami.</akap>
<akap>Koniec podróży był już niedaleki, ale tymczasem zapadła noc pogodna, której przyświecał miesiąc wielki i złoty. Bladł on jednak coraz bardziej, w miarę jak od stepu ku niebu się podnosił, a w końcu blask jego przyćmiła łuna, która jaskrawym światłem zapłonęła przed karawaną.</akap>
<akap_dialog>--- Co to jest? --- pytała Basia.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Obaczysz --- rzekł poruszając wąsikami Wołodyjowski --- jak ów tylko borek przejedziem, który od Chreptiowa nas dzieli.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To już Chreptiów?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Widziałabyś go jako na dłoni, jeno drzewa zasłaniają.</akap_dialog>
<akap>Wjechali w lasek, lecz nim dojechali do połowy, na drugim jego końcu ukazał się rój świateł niby rój czerwi świętojańskich albo gwiazd migotliwych! Gwiazdy owe poczęły się zbliżać z wielką szybkością i nagle cały borek zatrząsł się od gromkich okrzyków:</akap>
<akap_dialog>--- <slowo_obce>Vivat</slowo_obce>, nasza pani! <slowo_obce>Vivat</slowo_obce>, wielmożna komendantowa! <slowo_obce>Vivat</slowo_obce>, <slowo_obce>vivat</slowo_obce>![38]</akap_dialog>
<akap>Byli to żołnierze, którzy biegli Baśkę powitać. Setki ich pomieszały się w jednej chwili z Lipkami. Każdy trzymał na długim drążku płonące łuczywo osadzone w rozszczypanym tego drążka końcu. Niektórzy nieśli na tykach żelazne kagańce, z których płonąca żywica spadała na ziemię w postaci długich łez ognistych.</akap>
<akap>Wnet otoczyły Basię tłumy twarzy wąsatych, groźnych, nieco dzikich, ale rozpromienionych radością. Większa ich część nie widziała Basi nigdy w życiu, wielu wyobrażało sobie, iż stateczną ujrzą już niewiastę, więc radość ich stała się tym większa na widok tego prawie dziecka, które jadąc na białym dzianeciku schylało w podzięce na wszystkie strony swoją cudną twarz różową, drobniuchną, radosną, a zarazem zmieszaną bardzo tak niespodzianym przyjęciem.</akap>
<akap_dialog>--- Dziękuję waszmościom --- ozwała się Basia --- wiem, że to nie dla mnie...</akap_dialog>
<akap>Ale srebrzysty jej głosik zginął w wiwatach, a od okrzyków drżał bór.</akap>
<akap>Towarzystwo spod chorągwi pana generała podolskiego i pana podkomorzego przemyskiego, Kozacy Motowidły, Lipkowie i Czeremisi pomieszali się ze sobą. Każdy chciał widzieć młodą pułkownikową, zbliżyć się do niej; niektórzy, co gorętsi, całowali kraj jej jubki lub nogę w strzemieniu. Bo też dla tych półdzikich zagończyków, przywykłych do podchodów, łowów na ludzi, przelewu krwi i rzezi, było to zjawisko tak nadzwyczajne, tak nowe, że na jego widok poruszyły się ich twarde serca, a jakieś nowe, nieznane uczucia zbudziły się w ich piersiach. Wyszli ją witać z miłości dla Wołodyjowskiego, chcąc mu sprawić radość, a może i pochlebić, a owoż nagle rozrzewnienie chwyciło ich samych. Ta uśmiechnięta, słodka i niewinna twarz z błyszczącymi oczyma i rozdętymi chrapkami stała im się drogą w jednej chwili. ,,Detyna to nasza!". --- wołali starzy Kozacy, prawdziwi wilcy stepowi. ,,Cheruwym każe, pane regimentar!" ,,Zorza poranna! kwiatuszek on kochany! --- wrzeszczeli towarzysze --- jeden na drugim za nią polegniem!..." A Czeremisy cmokali ustami przykładając dłonie do szerokich piersi: ,,Ałła! Ałła!..."</akap>
<akap>Wołodyjowski wzruszon był bardzo, ale rad, wziął się w boki i pysznił się ze swojej Baśki.</akap>
<akap>Okrzyki rozlegały się ciągle. Karawana wytoczyła się wreszcie z lasku i wnet oczom nowo przybyłych ukazały się potężne drewniane budowle, kręgiem na wzgórzu powznoszone. Była to stannica chreptiowska, widna jak we dnie, bo na zewnątrz częstokołu paliły się olbrzymie stosy, na które powrzucano całe pnie. Lecz i majdan[39] pełny był ognisk, tylko że mniejszych, aby pożaru nie uczynić.</akap>
<akap>Żołnierze pogasili teraz łuczywo, natomiast każdy ściągnął z ramienia to muszkiet, to piszczel, to guldynkę i nuż grzmieć na powitanie pani.</akap>
<akap>Wyszły przed częstokół[40] i kapele: więc towarzyska z krzywuł[41] złożona, kozacka z litaurów[42], bębnów i różnych wielostrunnych instrumentów, a wreszcie lipkowska, w której, modą tatarską, przeraźliwe piszczałki prym trzymały. Szczekanie psów żołnierskich i ryk przestraszonego bydła powiększały jeszcze harmider.</akap>
<akap>Konwój pozostał teraz w tyle, a na przodku jechała Basia mając z jednej strony męża, a z drugiej pana Zagłobę.</akap>
<akap>Nad bramą, pięknie jedlinowymi gałązkami przyozdobioną, czerniał na pęcherzowych, łojem wysmarowanych i oświeconych od wewnątrz, błonach napis:</akap>
<poezja_cyt><strofa>Niech Kupido chwil szczęsnych hojnie wam przyczyni,/
<slowo_obce>Crescite</slowo_obce>, mili goście --- <slowo_obce>multiplicamini</slowo_obce>![43]</strofa></poezja_cyt>
<akap_dialog>--- <slowo_obce>Vivant</slowo_obce>! <slowo_obce>Floreant</slowo_obce>! --- krzyczeli żołnierze, gdy mały rycerz z Basią zatrzymali się dla odczytania napisu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dla Boga! --- rzekł pan Zagłoba --- przecie ja także gość, ale jeżeli to życzenie multyplikacji i do mnie się stosuje, tedy niech mnie krucy zdziobią, jeżeli wiem, co mam z nim robić.</akap_dialog>
<akap>Pan Zagłoba znalazł jednak osobny transparent dla siebie przeznaczony i z niemałym zadowoleniem przeczytał na nim:</akap>
<poezja_cyt><strofa>Niech nam żyje wielmożny Onufry Zagłoba,/
Wszystkiego kawalerstwa największa ozdoba!</strofa></poezja_cyt>
<akap>Uczta, ŻołnierzWołodyjowski rozochocił się bardzo i oficerów tudzież towarzystwo zaprosił na wieczerzę do siebie, a dla żołnierzy rozkazał wytoczyć jedną i drugą beczułkę palanki[44]. Padło też kilka wołów, które wnet piec przy ogniskach poczęto. Starczyło dla wszystkich obficie; długo w noc stanica brzmiała okrzykami i wystrzałami z muszkietów, aż strach zdjął kupy opryszków ukryte w jarach uszyckich.</akap>
<naglowek_rozdzial>Rozdział XXIII</naglowek_rozdzial>
<akap>Pan Wołodyjowski nie próżnował w swojej stanicy, a i ludzie jego żyli w ustawicznej pracy. Sto, czasem mniej ludzi zostawało na załodze w Chreptiowie, reszta była w ustawicznych rozjazdach. Najznaczniejsze oddziały komenderowane były do przetrząsania jarów uszyckich i te żyły jakoby w wojnie ustawicznej, kupy bowiem zbójeckie, częstokroć liczne bardzo silny dawały opór i nieraz trzeba było z nimi staczać formalne bitwy. Wyprawy takie trwały po kilka i kilkanaście dni; mniejsze poczty wyprawiał pan Michał hen, aż ku Bracławiu, po nowiny od ordy i Doroszeńki. Pocztów tych zadaniem było sprowadzanie języków, a zatem łowienie ich w stepach; inne chodziły w dół Dniestru do Mohilowa i Jampola, aby utrzymać związek z komendami w tych miejscach stojącymi; inne nasłuchiwały od wołoskiej strony, inne wznosiły mosty, naprawiały dawny gościniec.</akap>
<akap>Kraj, w którym panował ruch tak znaczny, uspokajał się z wolna; mieszkańcy, co spokojniejsi, mniej rozmiłowani w rozboju, wracali z wolna do opuszczonych siedzib, z początku chyłkiem, później coraz śmielej. Do samego Chreptiowa przyciągnęło trochę Żydków rzemieślników; czasem zajrzał i znaczniejszy kupiec Ormianin, coraz częściej zaglądali kramnicy; miał więc pan Wołodyjowski niepłonną nadzieję, że jeśli mu Bóg i hetman dłuższy czas na komendzie zostać pozwolą, owe zdziczałe strony zgoła inną z czasem przybiorą postać. Obecnie były to dopiero początki, siła jeszcze pozostawało do roboty; drogi nie były jeszcze bezpieczne; rozwydrzony lud chętniej ze zbójcami niż z wojskiem w komitywę wchodził i za lada przyczyną znów krył się w gardziele skaliste; przez Dniestrowe brody często przekradały się watahy złożone z Wołochów, Kozaków, Węgrzynów, Tatarów i Bóg wie nie kogo; te zapuszczały zagony po kraju, napadając po tatarsku wsie, miasteczka i zgarniając wszystko, co się zgarnąć dało; chwili jeszcze nie można było w tych stronach szabli z ręki popuścić ani muszkietu na gwoździu zawiesić, jednakże początek już był uczyniony i przyszłość zapowiadała się pomyślnie.</akap>
<akap>Najczujniej trzeba było nadstawiać ucha od wschodniej strony. Z Doroszeńkowej bowiem hassy i pomocniczych czambułów odrywały się co chwila większe lub mniejsze zagony i podchodząc pod komendy polskie, roznosiły razem spustoszenie i pożogę w okolicy. Ale ponieważ były to watahy, pozornie przynajmniej, na swoją tylko rękę działające, więc mały komendant gromił je bez obawy ściągnięcia na kraj większej burzy, a nie poprzestając na oporze, sam szukał ich w stepie tak skutecznie, że z czasem zbrzydził najzuchwalszym wyprawy.</akap>
<akap>Tymczasem Basia rozgospodarowywała się w Chreptiowie.</akap>
<akap>PolowanieCieszyło ją niezmiernie owo życie żołnierskie, któremu nigdy nie przypatrywała się dotąd tak blisko: ruch, pochody, powroty z wypraw, widok jeńców. Zapowiadała też Wołodyjowskiemu, że w jednej przynajmniej musi wziąść udział; ale tymczasem musiała poprzestawać na tym, że czasem siadłszy na bachmacika zwiedzała w towarzystwie męża i pana Zagłoby okolice Chreptiowa; szczwali na takich wycieczkach liszki i dropie; niekiedy basior wychynął z traw i mknął rozłogami --- to go goniono, a Basia, o ile mogła, na przedzie, tuż za chartami, aby pierwsza dopaść zmęczonego zwierza i z bandoleciku mu między czerwone ślepie huknąć.</akap>
<akap>Pan Zagłoba najbardziej rad polował z sokoły, których kilka par, bardzo doskonałych, mieli ze sobą oficerowie.</akap>
<akap>Basia towarzyszyła mu także, a za Basią posyłał pan Michał ukradkiem kilkunastu ludzi, aby była pomoc w nagłym razie, bo choć w Chreptiowie wiadomo było zawsze, co się na dwadzieścia mil wkoło w pustyni dzieje, jednak wolał pan Michał być ostrożnym.</akap>
<akap>ŻołnierzŻołnierze z każdym dniem kochali Basię więcej, bo też się troszczyła o ich jadło i napitek, doglądała chorych i rannych. Nawet ponury Mellechowicz, który na głowę ciągle chorzał, a który serce twardsze i dziksze miał od innych, rozjaśniał się na jej widok. Starzy żołnierze rozpływali się nad jej kawalerską fantazją i wielką znajomością rzeczy żołnierskich.</akap>
<akap_dialog>--- Gdyby Małego Sokoła zbrakło --- mówili --- ona mogłaby komendę objąć i nie żal by było pod takim regimentarzem zginąć.</akap_dialog>
<akap>Czasem też bywało, że gdy pod niebytność Wołodyjowskiego jakiś nieporządek w służbie się zdarzył, burczała Basia żołnierzy i posłuch przed nią był wielki, a przyganę z jej ust więcej starzy zagończykowie do serca brali niż kary, których służbisty pan Michał za uchybienia przeciw dyscyplinie nie szczędził.</akap>
<akap>Wielka karność panowała zawsze w komendzie, bo Wołodyjowski, w szkole księcia Jeremiego wychowan, umiał trzymać żelazną ręką żołnierzy, ale przecie obecność Basi złagodziła jeszcze nieco dzikie obyczaje. Każdy starał się jej przypodobać, każdy dbał o jej wczas i spokój, więc wystrzegano się wzajem wszystkiego, co by je mogło zamącić.</akap>
<akap>W chorągwi lekkiej pana Mikołaja Potockiego było wielu towarzyszów, ludzi bywałych i dwornych, którzy chociaż zdziczeli wśród ciągłych wojen i przygód, grzeczną stanowili jednak kompanię. Ci wraz z oficerami spod innych chorągwi często spędzali wieczory u pułkownika, opowiadając o dawnych dziejach i wojnach, w których sami brali udział. Prym między nimi trzymał pan Zagłoba. On był najstarszy, najwięcej widział i siła dokazał, lecz gdy po jednym i drugim kielichu zdrzemnął się w wygodnym, obitym safianem zydlu, który umyślnie dla niego stawiano, wówczas zabierali głos i inni. A mieli co opowiadać, byli bowiem między nimi tacy, którzy odwiedzili Szwecję i Moskwę; byli tacy, którzy młode lata na Siczy jeszcze przed chmielnicczyzną spędzili; byli, którzy swego czasu w Krymie owiec jako niewolnicy strzegli; którzy w Bachczysaraju studnie, w niewoli będąc, kopali; którzy zwiedzili Azję Mniejszą; którzy po Archipelagu na galerach tureckich wiosłowali; którzy w Jerozolimie czołem o grób Chrystusa bili; którzy doświadczyli wszelkich przygód i wszelkich niedoli, a przecie jeszcze pod chorągwie wrócili bronić do końca życia, do ostatniego tchu tych krain pobrzeżnych, krwią zlanych.</akap>
<akap>Gdy w listopadzie wieczory uczyniły się dłuższe, a od szerokiego stepu był spokój, bo trawy zwiędły, w domu pułkownika zbierano się codziennie. Przychodził pan Motowidło, dowódca semenów, rodem Rusin, mąż chudy jak szczypka, a długi jak kopia, niemłody już, od dwudziestu przeszło lat z pola nie schodzący; przychodził pan Deyma, brat owego, który pana Ubysza usiekł; z nimi pan Muszalski, człek niegdyś możny, ale któren w rannych[45] latach w jasyr wzięty, na galerach tureckich wiosłował, a wyrwawszy się z niewoli, majętności poniechał i z szablą w ręku krzywd swych mścił się na Mahometowym plemieniu. Był to łucznik niezrównany, który czaplę w wysokim locie na żądanie strzałą przeszywał. Przychodzili również dwaj zagończykowie, pan Wilga z panem Nienaszyńcem, żołnierze wielcy, i pan Hromyka, i pan Bawdynowicz, i wielu innych. Przedmurze chrześcijaństwaCi gdy zaczynali opowiadać, a gęsto słowami rzucać, widziało się w ich opowiadaniach cały ów świat wschodni: Bachczysaraj i Stambuł, i minarety[46], i świątynie fałszywego proroka, i błękitne wody Bosforu, i fontanny, i dwór sułtański, i mrowia ludzkie w kamiennym grodzie, i wojska, i janczarów, i derwiszów, i tę całą szarańczę straszną, a jak tęcza świecącą, przed którą ruskie krainy, a za nimi wszystkie krzyże i kościoły w całej Europie osłaniała skrwawionymi piersiami Rzeczpospolita.</akap>
<akap>Kręgiem zasiadali w obszernej izbie starzy żołnierze, na kształt stada bocianów, które, zmęczone lotem, siądą na jakiej stepowej mogile i wielkim odzywają się klekotem.</akap>
<akap>Na kominie paliły się kłody smolne rzucając rzęsiste blaski na całą izbę. Mołdawskie wino grzało się z rozkazu Basi przy żarze, a pachołkowie czerpali je cynowymi kusztyczkami i podawali rycerzom. Zza ścian dochodziło nawoływanie straży; świerszcze, na które skarżył się pan Wołodyjowski, grały w izbie, a czasem poświstywał w szparach mchem tkanych wiatr listopadowy, który dmuchając z północy, stawał się coraz zimniejszy. W takie to zimna najmilej było siedzieć w zacisznej a widnej izbie i słuchać przygód rycerskich.</akap>
<akap>W taki też wieczór opowiadał raz pan Muszalski, co następuje:</akap>
<akap_dialog>--- Niech Najwyższy ma w opiece swojej świętej całą Rzeczpospolitę, nas wszystkich, a między nami szczególnie jejmość panią tu obecną, godną naszego komendanta małżonkę, na której splendory ślepia nasze spoglądać niemal niegodne. Nie chcę ja w paragon[47] wchodzić z panem Zagłobą, którego przygody Dydonę samą i jej wdzięczny fraucymer w największy podziw wprawić by mogły, ale gdy sami waćpaństwo żądacie <slowo_obce>casus cognoscere meos</slowo_obce>[48], nie będę się ociągał, aby zacnej kompanii nie ubliżyć.</akap_dialog>
<akap>W młodości odziedziczyłem na Ukrainie, koło Taraszczy, substancję znaczną. Miałem i dwie wioski po matce w spokojnym kraju, wedle Jasła, alem w ojcowiźnie rezydować wolał, że to od ordy bliżej i o przygodę łatwiej. Fantazja kawalerska ciągnęła mnie na Sicz, ale nic tam już było po nas; jednakże w Dzikie Pola w kompanii niespokojnych duchów chodziłem i rozkoszy zaznałem. Konflikt, Sąsiad, SzlachcicDobrze mi było na majętności, to tylko dolegało mi srodze, iż miałem lichego sąsiada. Był to prosty chłop spod Białocerkwi, któren z młodu na Siczy był, tam się do szarży atamana kurzeniowego dosłużył i do Warszawy od kosza posłował, gdzie też i uszlachcon został. Zwał on się Dydiuk. A trzeba waćpaństwu wiedzieć, że my się od pewnego wodza Samnitów wyprowadzamy, zwanego Musca, co po naszemu ,,mucha" znaczy, ów Musca po nieszczęśliwych przeciw Rzymianom imprezach na dwór Ziemowita, syna Piastowego, przybył, któren przezwał go dla większej wygody Muscalskim, co potem potomność na Muszalskiego przerobiła. Poczuwając ja się tedy do krwi tak zacnej, z wielką abominacją[49] patrzyłem na owego Dydiuka. Bo żeby szelma umiał ten honor, któren go spotkał, szanować i większą doskonałość stanu szlacheckiego nad wszelkie inne uznał, może bym nic nie mówił. Cień, HonorAle on, ziemię jako szlachcic trzymając, z samej godności jeszcze się naigrawał i często to mówił: ,,Zali mój cień teraz większy? Kozak ja był i Kozakiem ostanę, a szlachectwo i wszystkie wraże Lachy --- ot mnie..." Nie mogę waćpaństwu tego powiedzieć, jakie w tym miejscu gesta plugawe czynił, bo obecność jejmość pani zgoła mi na to nie pozwala. Krew, Pojedynek, Pozycja społecznaAle pasja trawiła mię dzika i począłem go gnębić. Nie zląkł się, człek był śmiały, z nawiązką płacił. Na szable byłby wyszedł, alem ja tego nie chciał mając nikczemność krwi jego na uwadze. Znienawidziłem go jak zarazę i on mnie nienawiścią ścigał. Raz w Taraszczy na rynku strzelił do mnie, o włos nie zabił, ja zasię rozszczepiłem mu głowę obuszkiem. Dwakroć zajeżdżałem go z dworskimi ludźmi, dwakroć on mnie z hultajstwem. Nie zmógł mnie, ale i ja przecie nie mogłem mu dać rady. Chciałem prawem przeciw niemu czynić --- ba! Co tam za prawa na Ukrainie, w której jeszcze gruzy z miast dymią. Kto tam hultajów skrzyknie, może o całą Rzeczpospolitą nie dbać. Matka, OjczyznaTak on czynił bluźniąc w dodatku przeciw wspólnej matce i wcale na to niepamiętny, że ona to do stanu szlacheckiego go podnosząc, do piersi tym samym go przycisnęła, przywileje mu dała, z mocy których dzierżył ziemię i tę wolność, aż zbytnią, której by pod żadnym innym władaniem nie zażył. Gdybyśmy się to mogli po sąsiedzku spotykać, pewnie by mi argumentów nie zbrakło, ale my się nie widywali inaczej, jak z rusznicą w jednym, a głownią w drugim ręku. <slowo_obce>Odium</slowo_obce>[50] rosło we mnie z każdym dniem, ażem pożółkł. Ciągle o tym jeno myślałem, jako by go schwytać. Czułem przecie, że nienawiść --- to grzech, więc chciałem mu tylko naprzód za to wyrzekanie się szlachectwa batogami skórę zorać, a potem odpuściwszy mu wszystkie grzechy, jak na prawego chrześcijanina przystało, kazać go po prostu zastrzelić.</akap>
<akap>Ale pan Bóg zrządził inaczej.</akap>
<akap>Miałem za wsią pasiekę zacną i raz poszedłem ją oglądać. Było to pod wieczór. Zabawiłem tam ledwie z dziesięć pacierzy, aż tu <slowo_obce>clamor</slowo_obce>[51] jakowyś o uszy moje uderza. Obejrzę się: dym jako obłok nade wsią. Po chwili lecą ludzie: ,,Orda! Orda!" A tuż za ludźmi --- ćma, powiem acaństwu! Strzały lecą, jakoby deszcz zacinał, i gdzie nie spojrzę, baranie kożuchy i diabelskie mordy ordyńskie. Ja do konia! Nimem nogą strzemienia dotknął, już mnie z pięć albo sześć arkanów chwyciło. Rwałem je przecież, silny byłem... <slowo_obce>Nec Hercules</slowo_obce>[52]!... W trzy miesiące potem znalazłem się z innym jasyrem za Bachczysarajem, we wiosce tatarskiej Suhajdzig zwanej.</akap>
<akap>Panu memu było na przezwisko Sałma-bej. Bogaty był Tatarzyn, ale nieludzki i dla niewolników ciężki. Musieliśmy pod batogami studnie kopać i w polu pracować. Chciałem się wykupić, miałem za co. Przez pewnego Ormianina pisałem listy do moich majętności pod Jasłem. Nie wiem, czyli listy nie doszły, czy okup w drodze przejęto, dość, że nic nie przyszło... Powieźli mnie do Carogrodu i na galery sprzedali.</akap>
<akap>Siła by o tym mieście opowiadać, od którego nie wiem, jeżeli jest większe i ozdobniejsze na świecie. Ludzi tam jako traw w stepie albo kamieni w Dniestrze... Mury na Jedykule srogie. Wieża przy wieży. Pies, Pogarda W grodzie razem z ludźmi psi się błąkają, którym Turcy krzywdy nie czynią, dlatego, widać, że się do pokrewieństwa poczuwają, sami psubratami będąc... Nie masz między nimi innych stanów, jeno panowie a niewolnicy, zaś nad pogańską nie masz cięższej niewoli. Bóg wie, czy to prawda, ale tak na galerach słyszałem, że wody tamtejsze, jako jest Bosfor i Złoty Róg, któren w głąb miasta zachodzi, z łez niewolników powstały. Niemało tam i moich się polało...</akap>
<akap>Przedmurze chrześcijaństwaStraszna jest potencja[53] turecka i żadnemu z potentatów tak wielu królów, jako sułtanowi, nie podlega. Sami zaś Turcy powiadają, że gdyby nie Lechistan (tak oni matkę naszą nazywają), tedyby już <slowo_obce>orbis terrarum</slowo_obce>[54] dawno panami byli. ,,Za plecami Lacha (powiadają) reszta świata w nieprawdzie żyje, bo ów (prawią) jako pies przed krzyżem leży, a nas po rękach kąsa..." I mają słuszność, bo przecie tak było i tak jest... A my tu w Chreptiowie i dalsze komendy w Mohilowie, w Jampolu, w Raszkowie, cóż innego czynimy? Siła jest złego w naszej Rzeczypospolitej, ale przecie tak myślę, że nam ową funkcję i Bóg kiedyś policzy, i ludzie może policzą.</akap>
<akap>Ale owo wracam do tego, co mi się przygodziło. NiewolaCi niewolnicy, którzy na lądzie, w miastach i po wsiach żyją, w mniejszej jęczą opresji od tych, którzy na galerach wiosłować muszą. Bo onych galerników raz na brzegu nawy wedle wiosła przykuwszy, nie odkuwają już nigdy, ani na noc, ani na dzień, ani na święta --- i do śmierci w łańcuchach żyć tam trzeba; a tonie li okręt <slowo_obce>in pugna navali</slowo_obce>[55], to owi z nim razem tonąć muszą. Nadzy są wszyscy, zimno ich mrozi, deszcz moczy, głód gniecie, a na to nie masz innej rady, jeno łzy i praca okrutna, bo wiosła są tak wielkie i ciężkie, że dwóch ludzi do jednego trzeba...</akap>
<akap>A mnie przywieźli w nocy i zakuli posadziwszy naprzeciw jakiegoś towarzysza niedoli, którego <slowo_obce>in tenebris</slowo_obce>[56] poznać nie mogłem. Kiedym to usłyszał ów stukot młota i dzwonienie kajdanków --- miły Boże! zdawało mi się, że ćwieki w moją trumnę zabijają, chociaż i to bym wolał. Modliłem się, ale nadzieja w sercu jakoby ją wiatr zwiał... Jęki moje kawadżi batogami potłumił, więc przesiedziałem cicho całą noc, póki nie zaczęło świtać... Niewola, WrógSpojrzę ja wtedy na tego, kto ma ze mną wiosłem robić --- Jezu Chryste miły! --- zgadnijcie acaństwo, kto był naprzeciw mnie? --- Dydiuk!</akap>
<akap>Poznałem go zaraz, chociaż był goły, wychudł i broda urosła mu w pas, bo już dawniej był na galery zaprzedan... Począłem się na niego patrzeć, on na mnie; poznał mnie także... Nie mówiliśmy do siebie nic... Ot, na co nam obum przyszło! Ale przecie taka jeszcze była w nas zawziętość, że nie tylko nie powitaliśmy się po bożemu, ale uraza buchnęła w nas jak płomień i aż radość chwyciła za serce każdego, że i jego wróg tak samo cierpieć musi... Tegoż samego dnia nawa ruszyła w drogę. Dziwno było z największym nieprzyjacielem za jedno wiosło imać, z jednej misy ochłapy jeść, których by psi u nas jeść nie chcieli, jedno tyraństwo znosić, jednym powietrzem dychać, razem cierpieć, razem płakać... Płynęliśmy po Hellesponcie, a potem po Archipelagu... Insula[57] tam przy insuli, a wszystko w mocy tureckiej... Oba brzegi takoż... świat cały!... Ciężko było. W dzień znój niewypowiedziany. Słońce tak pali, że aż woda zda się od niego płonąć, a kiedy owe blaski poczną drgać i skakać na fluktach, rzekłbyś: deszcz ognisty pada. Pot się z nas lał, a język przysychał nam do podniebienia... W nocy zimno kąsało jak pies... Pociechy znikąd --- nic, jeno strapienie, żal za utraconym szczęściem, strapienie i mordęga. Słowa tego nie wypowiedzą... W jednej ostoi, już na ziemi greckiej, widzieliśmy z pokładu one sławne <slowo_obce>ruinas</slowo_obce> świątyń, które jeszcze <slowo_obce>Graeci</slowo_obce> starożytni wznieśli... Kolumna stoi tam przy kolumnie, jakoby ze złota, a to marmur tak pożółkł od starości. Widać zaś dobrze, bo to na wzgórzu nagim i niebo tam jako turkus... Potem pożeglowaliśmy naokół Peloponezu. Dzień szedł za dniem, tydzień za tygodniem, myśmy z Dydiukiem słowa do siebie nie rzekli, bo jeszcze hardość i zawziętość mieszkała w naszych sercach... Ale poczęliśmy z wolna kruszeć pod ręką bożą. Z trudu i zmienności aury grzeszne cielsko jęło nam prawie odpadać od kości; rany surowcem zadane gnoiły się na słońcu. W nocy modliliśmy się o śmierć. Co się zdrzemnę, to słyszę, jako Dydiuk mówi: ,,Chryste pomyłuj! Swiataja Preczystaja, pomyłuj! Daj umerty!" On też słyszał i widział, jakom ja do Bogarodzicielki i jej Dzieciątka ręce wyciągał... A tu jakoby wiatr morski urazę z serca zwiewał... Coraz mniej, coraz mniej... W końcu, jakem nad sobą płakał, tom i nad nim płakał. Jużeśmy też oba spoglądali na siebie inaczej... Ba! poczęliśmy sobie świadczyć. Jak na mnie przyszły poty i śmiertelne znużenie, to on sam wiosłował; jak na niego, to ja... Przyniosą misę, każdy uważa, żeby i drugi miał. Ale patrzcie acaństwo, co to natura ludzka! Po prostu mówiąc, miłowaliśmy się już, ale żaden nie chciał tego pierwszy powiedzieć... Szelma w nim była, ukraińska dusza!... Dopieroż kiedyś okrutnie nam było źle i ciężko, a mówili w dzień, że nazajutrz spotkamy się z wenecjańską flotą. Żywności też było skąpo i wszystkiego nam żałowali prócz bicza. ŁzyPrzyszła noc: jęczymy z cicha i --- on po swojemu, ja po swojemu --- modlimy się jeszcze żarliwiej; patrzę ja przy świetle miesiąca, aż jemu łzy ciurkiem na brodę lecą. Wezbrało mi serce, więc mówię: ,,Dydiuk, toć my z jednych stron, odpuśćmy sobie winy". Jak to usłyszał --- miły Boże! --- kiedy chłopisko nie ryknie, kiedy się nie zerwie, aż łańcuchy zabrzękły. Przez wiosło padliśmy sobie w ramiona, całując się i płacząc... Nie umiem rzec, jakośmy się długo trzymali, bo tam już i pamięć nas odeszła, jenośmy się trzęśli ode łkania.</akap>
<akap>Tu przerwał pan Muszalski i coś koło oczu palcami przebierać począł. Nastała chwila ciszy, jeno zimny wiatr północny poświstywał między bierwionami, a w izbie ogień syczał i świerszcze grały. Za czym pan Muszalski odsapnął i tak dalej prawił:</akap>
<akap_dialog>Brat, Krew--- Pan Bóg, jako się okaże, pobłogosławił nas i łaskę swoją okazał, ale na razie gorzko przypłaciliśmy ów braterski sentyment. Oto trzymając się w objęciach poplątaliśmy tak łańcuchy, żeśmy ich odczepić nie mogli. Przyszli dozorcy i dopiero nas rozczepili, ale kańczug więcej godziny świstał nad nami. Bito nas nie patrząc gdzie. Popłynęła krew ze mnie, popłynęła z Dydiuka, pomieszała się i poszła jednym strumieniem w morze. No! Nic to! Stare dzieje... na chwałę Bożą!...</akap_dialog>
<akap>SzlachcicOd tej pory nie przyszło mi do głowy, że ja od Samnitów pochodzę, a on chłop białocerkiewski, niedawno uszlachcon. I brata rodzonego nie mógłbym więcej miłować, jakom jego miłował. Choćby też i nie był uszlachcon, jedno by mi było --- choć wolałem, że był. A on, po staremu, jako niegdyś nienawiść, tak teraz miłość oddawał z nawiązką. Taką już miał naturę.</akap>
<akap>Nazajutrz była bitwa. Wenecjanie rozegnali naszą flotę na cztery wiatry. Nasza galera, potrzaskana srodze z kolubryn, zataiła się przy jakowejś pustej wysepce, po prostu skale z morza sterczącej. Trzeba ją było reperować, a że żołnierze poginęli i rąk brakło, musieli nas rozkuć i siekiery nam dać. Jakośmy tylko na ląd wysiedli, spojrzę na Dydiuka, a u niego już to samo w głowie, co u mnie. ,,Zaraz?" --- pyta mnie. ,,Zaraz!" --- mówię i nie myśląc dłużej, w łeb Czubaczego; wtem on samego kapitana. Za nami inni jako płomień! W godzinę skończyliśmy z Turkami, potem zładziliśmy jako tako galerę i siedli na nią bez łańcuchów, a Bóg miłosierny kazał wiatrom przywiać nas do Wenecji.</akap>
<akap>O żebranym chlebie dostaliśmy się do Rzeczypospolitej. Podzieliłem się z Dydiukiem podjasielską substancją i oba zaciągnęliśmy się znowu, żeby za nasze łzy i naszą krew zapłacić. Podczas podhajeckiej Dydiuk poszedł na Sicz do Sirki, a z nim razem do Krymu. Co tam wyrabiali i jak znaczną uczynili dywersję[58], o tym acaństwo wiecie.</akap>
<akap>W czasie powrotu Dydiuk, syt zemsty, od strzały poległ. Ja ostałem i teraz oto, ilekroć łuk naciągam, czynię to na jego intencję, a żem tym sposobem nieraz już duszę jego uradował, na to świadków w tej zacnej kompanii nie braknie.</akap>
<akap>Tu znowu umilkł pan Muszalski i znów słychać było tylko poświst północnego wiatru i trzaskanie ognia. Stary wojownik utkwił wzrok w płonące kłody i po długim milczeniu tak skończył:</akap>
<akap_dialog>Brat, Krew, Łzy, Ziarno--- Był Nalewajko i Łoboda, była chmielnicczyzna, a teraz jest Dorosz; ziemia z krwi nie osycha, kłócim się i bijem, a przecie Bóg posiał w serca nasze jakoweś <slowo_obce>semina</slowo_obce>[59] miłości, jeno że one jakoby w płonnej glebie leżą i dopiero gdy je łzy a krew podleje, dopiero pod uciskiem i pod kańczugiem pogańskim, dopiero w tatarskiej niewoli niespodziane wydają frukta[60].</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Cham chamem! --- rzekł nagle budząc się pan Zagłoba.</akap_dialog>
<naglowek_rozdzial>Rozdział XXIV</naglowek_rozdzial>
<akap>Mellechowicz z wolna przychodził do zdrowia, ale że w podjazdach jeszcze udziału nie brał i siedział zamknięty w izbie, przeto nikt sobie nim głowy nie zaprzątał, gdy nagle zaszedł wypadek, który zwrócił nań powszechną uwagę.</akap>
<akap>Oto Kozacy pana Motowidły chwycili Tatara, dziwnie jakoś koło stanicy myszkującego, i przyprowadzili go do Chreptiowa.</akap>
<akap>Po doraźnym zbadaniu jeńca pokazało się, iż był to Lipek, ale z tych, którzy niedawno służby i siedziby w Rzeczypospolitej porzuciwszy, pod władzę sułtańską się udali. Przybywał on z tamtej strony Dniestru i miał ze sobą listy od Kryczyńskiego do Mellechowicza.</akap>
<akap>Pan Wołodyjowski zaniepokoił się tym bardzo i zaraz zwołał starszyznę na naradę.</akap>
<akap_dialog>Zdrada--- Mości panowie --- rzekł --- wiecie dobrze, jako wielu Lipków, nawet z takich, którzy od niepamiętnych lat na Litwie i tu na Rusi siedzieli, teraz do ordy przeszło, zdradą się za dobrodziejstwa Rzeczypospolitej wywdzięczając. Owóż słuszna jest: wszystkim nie nazbyt ufać i bacznym okiem na uczynki ich poglądać. Mamy i tu chorągiewkę lipkowską, sto pięćdziesiąt koni dobrych liczącą, której Mellechowicz przywodzi. Tego Mellechowicza ja nie od dawna znam; wiem jeno to, że go hetman za znamienite usługi setnikiem uczynił i tu mi go z ludźmi przysłał. Dziwno mi też było, że go nikt z waszmościów dawniej, przed jego do służby wstąpieniem, nie znał i o nim nie słyszał... Że go Lipkowie nasi nad miarę miłują i ślepo słuchają, to sobie męstwem jego i sławnymi akcjami tłumaczyłem, ale i oni pono nie wiedzą, skąd on jest i co za jeden. Nie podejrzewałem go dotąd o nic anim też wypytywał na poleceniu hetmańskim poprzestając, chociaż on jakowąś tajemnicą się osłaniał. Różne ludzie miewają humory, a mnie do niczyjego nic, byle każden służbę pełnił. Oto jednak ludzie pana Motowidły złowili Tatarzyna, który list od Kryczyńskiego do Mellechowicza przywiózł, a nie wiem, czy waściom wiadomo, kto jest Kryczyński?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jakże! --- rzekł pan Nienaszyniec. --- Kryczyńskiego znałem osobiście, a teraz go wszyscy ze złej sławy znają.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Razemeśmy do szkół... --- zaczął pan Zagłoba, ale uciął nagle, pomiarkowawszy, że w takim razie Kryczyński musiałby mieć dziewięćdziesiąt lat, a w takim wieku ludzie zwykle już nie wojują.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Krótko mówiąc --- rzekł mały rycerz --- Kryczyński Tatar polski. Był on pułkownikiem jednej z naszych lipkowskich chorągwi, za czym ojczyznę zdradził i do dobrudzkiej ordy przeszedł, gdzie, jako słyszałem, wielkie ma znaczenie, bo tam się widać spodziewają, że on i resztę Lipków na pogańską stronę przeciągnie. Z takim to człowiekiem Mellechowicz w praktyki wchodzi, a najlepszym dowodem ten list, którego tenor[61] jest następujący.</akap_dialog>
<akap>ZdradaTu mały pułkownik rozwinął karty listu, uderzył po nich wierzchem dłoni i czytać począł:</akap>
<akap>,,Wielce miły duszy mojej bracie! Posłaniec twój dostał się do nas i pismo oddał..."</akap>
<akap_dialog>--- Po polsku pisze? --- przerwał pan Zagłoba.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kryczyński, jako wszyscy nasi Tatarzy, jeno po rusińsku i po polsku umiał --- odrzekł mały rycerz --- a Mellechowicz też pewnie po tatarsku nie ugryzie. Słuchajcie waszmościowie nie przerywając:</akap_dialog>
<akap>,,...i pismo oddał, Bóg sprawi, że wszystko będzie dobrze i że dokażesz, czego zechcesz. My się tu z Morawskim, Aleksandrowiczem, Tarasowskim i Grocholskim często naradzamy, a do innych braci pisujemy, rady ich także zasięgając nad sposobem, jakoby to, czego ty, miły, chcesz, jak najprędzej stać się mogło. Żeś zaś na zdrowiu, jako nas wieść doszła, szwank poniósł, przeto człowieka posyłam, aby cię, miły, oczyma ujrzał i pociechę nam przyniósł. Tajemnicy pilno przestrzegaj, bo broń Bóg, aby za wcześnie się wydało. Niech Bóg rozmnoży pokolenie twoje jako gwiazdy na niebie.</akap>
<akap>Kryczyński"</akap>
<akap>Pan Wołodyjowski skończył i począł oczyma wodzić po obecnych, a gdy milczeli ciągle, pilnie widać treść pisma rozważając, rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Tarasowski, Morawski, Grocholski i Aleksandrowicz, wszystko to dawni rotmistrze tatarscy i zdrajcy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To samo Poturzyński, Tworowski i Adurowicz --- dodał pan Snitko.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co acaństwo o tym liście mówicie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zdrada jawna; tu nie ma nad czym deliberować --- rzekł pan Muszalski. --- Po prostu wąchają się z Mellechowiczem, aby i naszych Lipków na ich stronę przeprowadził, a on się zgadza.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dla Boga! Co za <slowo_obce>periculum</slowo_obce> dla całej komendy --- zawołało kilka głosów. --- Toż Lipkowie duszę za Mellechowicza by oddali i jak on im rozkaże, to w nocy nas napadną.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Najczarniejsza zdrada pod słońcem! --- wołał pan Deyma.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I sam hetman tego Mellechowicza setnikiem uczynił! --- rzekł pan Muszalski.</akap_dialog>
<akap_dialog>Kłótnia--- Panie Snitko --- ozwał się Zagłoba --- com mówił, kiedym Mellechowicza obaczył? Czym waćpanu nie powiedział, że renegat i zdrajca oczyma tego człowieka patrzy? Ha! Dość mi na niego było spojrzeć! Wszystkich mógł oszukać, ale nie mnie! Powtórz waść moje słowa, panie Snitko, nic nie zmieniaj. Nie powiedziałżem, iż to jest zdrajca?</akap_dialog>
<akap>Pan Snitko wsunął nogi pod ławę i skłonił głowę.</akap>
<akap_dialog>Pies--- Podziwiać istotnie należy przenikliwość waszmość pana, chociaż, co prawda, to nie pamiętam, żeby go waszmość pan zdrajcą nazwał. Powiedziałeś tylko waszmość pan, iż mu wilkiem z oczu patrzy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ha! Więc acan utrzymujesz, że pies zdrajca, a wilk nie zdrajca, że wilk nie ukąsi ręki, która go gładzi i jeść mu daje? Więc to pies zdrajca? Może waćpan jeszcze i Mellechowicza będziesz bronił, a nas wszystkich zdrajcami uczynisz?...</akap_dialog>
<akap>Skonfundowany w ten sposób pan Snitko otworzył szeroko oczy i usta i tak zdumiał, że słowa przez czas jakiś przemówić nie mógł.</akap>
<akap>Tymczasem pan Muszalski, który prędkie miał zdanie, zaraz rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Naprzód należy nam Panu Bogu podziękować, iż tak niecne praktyki się odkryły, a potem sześciu draganów wykomenderować z Mellechowiczem i kulą w łeb!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Potem tylko innego setnika mianować --- dodał pan Nienaszyniec.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zdrada tak jawna, że i pomyłki być nie może.</akap_dialog>
<akap>Na to Wołodyjowski:</akap>
<akap_dialog>--- Naprzód należy Mellechowicza wybadać, a potem panu hetmanowi o tych praktykach dam znać, bo jako mnie pan Bogusz z Ziębic powiadał, wielce Lipkowie panu marszałkowi koronnemu na sercu leżą.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale waszej mości --- rzekł zwracając się do małego rycerza pan Motowidło --- całkowita względem Mellechowicza przysługuje inkwizycja[62], gdyż on nigdy towarzyszem nie był.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Moje prawo znam --- odparł Wołodyjowski --- i nie potrzebujesz mi go waćpan przypominać.</akap_dialog>
<akap>Wtem inni poczęli wołać:</akap>
<akap_dialog>--- Niechże nam stanie do oczu ów taki syn, ów przedawczyk i zdrajca!</akap_dialog>
<akap>Gromkie wołania zbudziły pana Zagłobę, któren był się nieco zdrzemnął, co mu się już ustawicznie przytrafiało; więc przypomniał sobie prędko, o czym była mowa, i rzekł:</akap>
<akap_dialog>Pies--- Nie, panie Snitko, miesiąc się w klejnociku zataił, ale dowcip waćpanowy jeszcze się lepiej zataił, bo i ze świecą nikt go nie znajdzie. Mówić, że pies, <slowo_obce>canis fidelis</slowo_obce>[63], zdrajca, a wilk nie zdrajca! Pozwól asindziej! waćpan już zupełnie w piętkę gonisz!</akap_dialog>
<akap>Pan Snitko podniósł oczy do nieba na znak, jak niewinnie cierpi, ale nie chciał sprzeczką drażnić staruszka, a wtem też Wołodyjowski kazał mu iść po Mellechowicza, więc wyszedł spiesznie, kontent, że tym sposobem wymknąć się może.</akap>
<akap>Po chwili wrócił prowadząc młodego Tatara, któren widocznie nic o złowieniu Lipka jeszcze nie wiedział, bo wszedł śmiało. Smagła i piękna jego twarz wybladła wielce, ale zdrów już był i głowy nawet nie obwiązywał chustami, tylko ją przykrywał krymką[64] z czerwonego aksamitu.</akap>
<akap>Oczy wszystkich wpatrzone były w niego jak w tęczę, on zaś skłonił się małemu rycerzowi dość nisko, reszcie kompanii dość hardo.</akap>
<akap_dialog>--- Mellechowicz! --- rzekł Wołodyjowski utkwiwszy w Tatara bystre swe źrenice --- czy znasz pułkownika Kryczyńskiego?</akap_dialog>
<akap>Przez twarz Mellechowicza przeleciał cień nagły i groźny.</akap>
<akap_dialog>--- Znam! --- odrzekł.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czytaj! --- rzekł mały rycerz podając mu list znaleziony przy Lipku.</akap_dialog>
<akap>Mellechowicz począł czytać i nim skończył, spokój wrócił mu na lica.</akap>
<akap_dialog>--- Czekam rozkazu --- rzekł zwracając list.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jak dawno zdradę zamierzyłeś i jakich masz tu w Chreptiowie wspólników?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tom o zdradę oskarżon?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Odpowiadaj, nie pytaj! --- rzekł groźnie mały rycerz.</akap_dialog>
<akap_dialog>Duma, Pozycja społeczna--- Za czym taki dam respons: zdrady nie zamierzyłem, wspólników nie miałem; a jeślim miał, to takich, których waćpanowie sądzić nie będziecie.</akap_dialog>
<akap>Usłyszawszy to żołnierze poczęli zgrzytać i zaraz kilka groźnych głosów ozwało się:</akap>
<akap_dialog>--- Pokorniej, psi synu, pokorniej! Przed godniejszymi od siebie stoisz!</akap_dialog>
<akap>Na to Mellechowicz począł spoglądać na nich wzrokiem, w którym błyszczała chłodna nienawiść.</akap>
<akap_dialog>--- Wiem, com panu komendantowi powinien, jako zwierzchności mojej --- odrzekł kłaniając się powtórnie Wołodyjowskiemu --- wiem i to, żem od waćpanów tańszy, dlatego ich kompanii nie szukam; wasza miłość --- tu zwrócił się znów do małego rycerza --- pytała mnie o wspólników; mam ich w mojej robocie dwóch: jeden jest pan podstoli nowogrodzki, Bogusz, a drugi pan hetman wielki koronny.</akap_dialog>
<akap>Usłyszawszy te słowa zdumieli się wszyscy bardzo i przez chwilę panowało milczenie, na koniec pan Wołodyjowski wąsikami ruszył i spytał:</akap>
<akap_dialog>--- Jakże to?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Takim sposobem --- odrzekł Mellechowicz --- że wprawdzie Kryczyński, Morawski, Tworowski, Aleksandrowicz i wszyscy inni do ordy przeszli i siła już złego ojczyźnie uczynili, ale szczęścia w nowej służbie nie znaleźli. Może też i sumienie ich ruszyło, dość, że im się i służba, i miano zdrajców przykrzy. Pan hetman dobrze o tym wie i panu Boguszowi, a także i panu Myśliszewskiemu polecił na powrót ich pod chorągwie Rzeczypospolitej spraktykować, pan Bogusz zaś mnie do tego użył i porozumiewać mi się z Kryczyńskim rozkazał. Mam w kwaterze listy od pana Bogusza, które okazać mogę, a którym lepiej od moich słów wasza miłość uwierzysz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Idź z panem Snitką po owe listy i przynieś je natychmiast.</akap_dialog>
<akap>Mellechowicz wyszedł.</akap>
<akap_dialog>--- Mości panowie --- rzekł prędko mały rycerz --- wielceśmy pono tego żołnierza zbyt rychłym posądzeniem pokrzywdzili, bo jeśli on te listy ma i prawdę mówi --- a poczynam myśleć, że tak jest --- tedy to nie tylko kawaler akcjami wojennymi wsławiony, ale człowiek na dobro ojczyzny czuły, i nagroda, nie krzywe sądy, powinna go za to spotkać. Dla Boga! Trzeba to będzie prędko naprawić!</akap_dialog>
<akap>Inni pogrążeni byli w milczeniu, nie wiedząc, co rzec, pan Zagłoba zaś przymknął oczy i tym razem udawał, że drzemie.</akap>
<akap>Tymczasem wrócił Mellechowicz i podał Wołodyjowskiemu list Bogusza.</akap>
<akap>Mały rycerz począł czytać, co następuje:</akap>
<akap>,,Ze wszystkich stron słyszę, że nikogo nad cię przydatniejszego do takiej posługi nie ma, a to dla dziwnej miłości, którą oni k'tobie płoną. Pan hetman gotów im przebaczyć i przebaczenie Rzeczypospolitej na się bierze. Z Kryczyńskim się znoś jako najczęściej przez ludzi pewnych i <slowo_obce>praemium</slowo_obce>[65] mu obiecuj. Tajemnicę pilnie obserwuj, bo dla Boga, zgubiłbyś ich wszystkich. Panu Wołodyjowskiemu jednemu ,,arcana" dywulgować[66] możesz, bo to twój zwierzchnik i siła ułatwić ci potrafi. Trudu i starania nie żałuj bacząc, że <slowo_obce>finis coronat opus</slowo_obce>[67], i bądź pewien, że za ową życzliwość matka nasza równą ci miłością nagrodzi."</akap>
<akap_dialog>--- Ot mi nagroda! --- mruknął ponuro młody Tatar.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Na miły Bóg! Czemużeś nikomu słowem nie wspomniał? --- zakrzyknął Wołodyjowski.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Waszej miłości chciałem wszystko powiedzieć, alem nie miał jeszcze kiedy, bom po owym szwanku chorował; przed ichmościami --- tu Mellechowicz zwrócił się ku oficerom --- miałem tajemnicę nakazaną, któren nakaz milczenia zechcesz pewnikiem wasza miłość teraz znów ichmościom wydać, aby tamtych nie zgubić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dowody twojej cnoty są tak oczywiste, że i ślepy by im zaprzeczyć nie mógł --- rzekł mały rycerz. --- Prowadź dalej dzieło z Kryczyńskim. Żadnej przeszkody mieć w tym nie będziesz, chyba pomoc, na co ci moją rękę, jako zacnemu kawalerowi, daję. Przyjdźże dziś do mnie na wieczerzę.</akap_dialog>
<akap>Mellechowicz uścisnął podaną mu rękę i skłonił się po raz trzeci. Z kątów ruszyli się ku niemu i inni oficerowie mówiąc:</akap>
<akap_dialog>--- Tośmy się na tobie nie poznali, ale nie umknie ci dziś ręki, kto cnotę kocha.</akap_dialog>
<akap>Lecz młody Lipek wyprostował się nagle i przechylił w tył głowę jak ptak drapieżny dziobać gotowy.</akap>
<akap_dialog>--- Przed godniejszymi stoję --- rzekł.</akap_dialog>
<akap>Po czym wyszedł z izby.</akap>
<akap>Uczyniło się gwarno po jego wyjściu. ,,Nic dziwnego --- mówili między sobą oficerowie --- burzy mu się jeszcze serce o to posądzenie, ale to minie. Trzeba nam inaczej go traktować. Fantazją ma on prawdziwie kawalerską! Wiedział hetman, co robił! Dziwy się dzieją, no, no!..."</akap>
<akap>ZdradaPan Snitko triumfował po cichu i w końcu nie mógł wytrzymać, lecz zbliżywszy się do pana Zagłoby, skłonił mu się i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Pozwól waszmość pan, a tak i ów wilk nie zdrajca...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie zdrajca? --- odparł Zagłoba --- Zdrajca, jeno cnotliwy zdrajca, bo nie nas, ale ordę zdradza... Nie trać waćpan nadziei, panie Snitko, będę się co dzień modlił za waści dowcip, może się Duch Święty zlituje!</akap_dialog>
<akap>Basia cieszyła się wielce, gdy jej pan Zagłoba o całej sprawie opowiedział, bo miała dla Mellechowicza życzliwość i litość.</akap>
<akap>Ale mały rycerz począł gładzić po różowej twarzy Baśkę i odrzekł:</akap>
<akap_dialog>--- O, mucho utrapiona, znają cię! Nie o Mellechowicza ani o ufność ci chodzi, jeno by ci się chciało w step lecieć i bitwy zażyć! Nic z tego...</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy począł ją raz po razu całować w usta.</akap>
<akap_dialog>--- <slowo_obce>Mulier insidiosa est</slowo_obce>![68] --- rzekł z powagą Zagłoba.</akap_dialog>
<akap>ZdradaTymczasem Mellechowicz siedział z owym przysłanym Lipkiem w swojej kwaterze i rozmawiali po cichu. Siedzieli tak blisko siebie, że prawie czołem w czoło. Kaganek z baraniego łoju płonął na stole, rzucając żółte blaski na twarz Mellechowicza, która była mimo całej swej piękności po prostu straszna, taka malowała się w niej zawziętość, okrucieństwo i dzika radość.</akap>
<akap_dialog>--- Halim, słuchaj! --- szeptał Mellechowicz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Effendi[69] --- odrzekł posłaniec.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Powiedz Kryczyńskiemu, że mądry, bo w piśmie nie było nic, co by mnie mogło zgubić. Powiedz mu, że mądry. Niech nigdy wyraźniej nie pisuje... Oni mi teraz będą jeszcze bardziej ufali... wszyscy! Sam hetman, Bogusz, Myśliszewski, tutejsza komenda --- wszyscy! Słyszysz? Niech ich mór wydusi!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Słyszę, effendi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ale naprzód w Raszkowie muszę być, a potem tu wrócić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Effendi, młody Nowowiejski cię pozna.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie pozna. Widział mnie już pod Kalnikiem, pod Bracławiem i nie poznał. Patrzy we mnie, brwi marszczy, ale nie poznaje. On miał piętnaście lat, jak z domu uciekł. Ośm razy zima od tego czasu stepy pokryła. Zmieniłem się. Stary by mnie poznał, ale młody nie pozna... Z Raszkowa dam ci znać. Niech Kryczyński będzie gotów i blisko się trzyma. Z perkułabami[70] musicie porozumienie mieć. W Jampolu także nasza chorągiew jest. Boguszowi wmówię, żeby u hetmana ordynans dla mnie do Raszkowa wyrobił, że stamtąd łatwiej mi będzie Kryczyńskiego praktykować. Ale tu muszę wrócić... muszę!... Nie wiem, co się zdarzy, jako się ułoży... Ogień mię pali, w nocy sen ode mnie ucieka... Gdyby nie ona, byłbym zmarł...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Błogosławione jej ręce.</akap_dialog>
<akap>Wargi Mellechowicza poczęły się trząść i pochyliwszy się jeszcze bliżej ku Lipkowi, jął szeptać jakoby w gorączce:</akap>
<akap_dialog>--- Halim! Błogosławione jej ręce, błogosławiona głowa, błogosławiona ziemia, po której chodzi, słyszysz, Halim! Powiedz tam im, żem już zdrów --- przez nią...</akap_dialog>
<naglowek_rozdzial>Rozdział XXV</naglowek_rozdzial>
<akap>KsiądzKsiądz Kamiński, za młodych lat żołnierz i kawaler wielkiej fantazji, siedział pod starość w Uszycy i parafię restaurował. Ale że kościół był w zgliszczach, a parafian brakło, zajeżdżał ów proboszcz bez owieczek do Chreptiowa i po całych tygodniach tam przesiadując, rycerstwo pobożnymi naukami budował.</akap>
<akap>Wysłuchawszy więc z uwagą opowieści pana Muszalskiego, w kilka wieczorów później tak ozwał się do zgromadzonych:</akap>
<akap_dialog>Bóg, Miłosierdzie--- Lubiłem ja zawsze słuchać takowych opowiadań, w których żałosne przygody szczęśliwy swój koniec mają, gdyż widoczna z nich, że kogo boża ręka piastuje, tego z łowczych obieży wyzuć każdego czasu potrafi i choćby z Krymu pod spokojny dach zaprowadzi.</akap_dialog>
<akap>Dlatego niech każdy z waściów raz na zawsze to sobie zakonotuje, iż dla Pana Boga nie masz nic niepodobnego, i niechże w najcięższych nawet terminach ufności w jego miłosierdzie nie traci.</akap>
<akap>Ot, co jest!</akap>
<akap>Chrystus, Pozycja społecznaChwali się to panu Muszalskiemu, że prostego człeka braterską miłością pokochał. Przykład tego dał nam sam Zbawiciel, który z królewskiej krwi pochodząc, przecie prostaków kochał, wielu z nich apostołami mianował i do promocji im dopomógł, tak że owi teraz w senacie niebieskim zasiadają.</akap>
<akap_dialog>Miłość, NaródLecz co inszego jest miłość prywatna, a co inszego generalna jednej nacji ku drugiej, którą to generalną pan nasz Zbawiciel nie mniej pilnie obserwować nakazał. A gdzie ona? Kiedy, człeku, rozglądniesz się po świecie, to taka wszędy zawziętość w sercach, jakoby ludzie diabelskich, nie boskich przykazań słuchali.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Mój jegomość --- odrzekł pan Zagłoba --- trudno nas przekonasz, abyśmy Turczyna, Tatara lub innych barbarów miłować mieli, którymi i sam Pan Bóg zgoła brzydzić się musi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Do tego ja waści nie namawiam, jeno to utrzymuję, że dzieci <slowo_obce>eiusdem matris</slowo_obce>[71] kochać się powinny, a owóż zamiast tego od chmielnicczyzny, czyli od trzydziestu lat, wszystkie te kraje z krwi nie osychają.</akap_dialog>
<akap_dialog>Wina--- A z czyjej winy?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kto się pierwszy do niej przyzna, temu pierwszemu Bóg ją odpuści.</akap_dialog>
<akap_dialog>Wojna, Żołnierz, Wróg, Morderstwo, Okrucieństwo, Chrystus, Religia--- Jegomość dziś szatki duchowne nosisz, a za młodu bijałeś rebelizantów[72], jakośmy słyszeli, wcale nie zgorzej...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- NienawiśćBijałem, bom był powinien, jako żołnierz, i nie to mój grzech, ale to, żem ich przy tym jako zarazy nienawidził. Miałem swoje prywatne racje, o których nie będę wspominał, bo to dawne czasy i rany owe zaschły. W tym się kajam, żem nad powinność czynił. Miałem pod swoją komendą sto ludzi z chorągwi pana Niewodowskiego i często luzem chodząc, z nimim palił, ścinał, wieszał... Waszmościowie wiecie, jakie to były czasy. Palili i ścinali Tatarzy przez Chmiela na pomoc wezwani, paliliśmy i ścinali my. Kozactwo też wodę a ziemię tylko wszędy zostawiało, gorszych jeszcze dopuszczając się od nas i od Tatarów okrucieństw. Nie masz nic straszniejszego nad wojnę domową... Co to były za czasy, tego nikt nie wypowie, dość, że my i oni byliśmy do psów wściekłych niż do ludzi podobniejsi... Raz dano znać do naszej komendy, że hultajstwo pana Rusieckiego w jego fortalicji oblega. Posłano mnie z moimi ludźmi na ratunek. Przyszedłem za późno. Fortalicja była już z ziemią zrównana. Napadłem jednak na chłopstwo pijane i znacznie wyciąłem, część się tylko w zbożu zataiła; tych kazałem żywcem brać, by ich dla przykładu obwiesić. Ale gdzie? Łatwiej było zamierzyć niż dokonać: w całej wsi nie zostało ani jednego budynku, ani jednego drzewa, nawet hryćkowe grusze na miedzach samotnie stojące były pościnane. Nie miałem czasu szubienicy stawiać; lasu też, jako to w kraju stepowym, nigdzie w pobliżu. Co robić? Biorę ja moich jeńców i idę. Już też przecie znajdę gdzie jaki dębczak rosochaty. Idę milę, idę dwie --- step i step, choć kulą potoczyć. Trafiamy wreszcie na ślady jakiejś wioski, było to pod wieczór; patrzę, oglądam się: tu i owdzie kupa węgli, a zresztą siwy popiół; znowu nic! Na wzgórku maluchnym krzyż przecie został, duży, dębowy, niedawno widać uczyniony, bo drzewo nic jeszcze nie sczerniało i świeciło się przy zorzy, jakoby z ognia. Chrystus był na nim z blachy wycięty i tak właśnie pomalowany, że dopiero z boku zaszedłszy i cienkość blachy widząc poznałeś, iż nieprawdziwe ciało wisi; ale z przodu twarz miał jakoby żywą, od boleści jeno nieco przybladłą, i cierniową koronę, i oczy do góry podniesione z okrutnym smutkiem i żałością. Gdym tedy ujrzał ów krzyż, mignęła mi przez głowę myśl: ,,Ot drzewo, inszego nie masz" --- alem się zaraz zląkł. W imię Ojca i Syna! Na krzyżu ich nie będę wieszał! Ale zrozumiałem, że ucieszę oczy Chrystusowe, gdy w jego obliczności każę tych, którzy tyle krwi niewinnej przelali, pościnać, i mówię tak: ,,Panie miły, niechże ci się zdaje, że to owi Żydowinowie, którzy ciebie na krzyż przybili, bo ci od nich nie lepsi". Wtem kazałem ich po jednemu porywać, na mogiłkę pod krzyż podprowadzać i ścinać. Byli między nimi starzy, siwi chłopi i pacholęta! Pierwszy tedy, którego przyprowadzono, mówi: ,,Przez mękę Pańską, przez tegoż Chrysta, pomiłuj panie!" A ja na to: ,,Po szyi go!" Dragon ciął i ściął... Przyprowadzono drugiego, ten to samo: ,,Przez tego Chrystusa miłosiernego pomiłuj!" A ja znów: ,,Po szyi go!" To samo z trzecim, czwartym, piątym; było ich czternastu, a każdy mię przez Chrysta zaklinał... Już i zorze zgasły, gdyśmy skończyli. Kazałem ich położyć kręgiem koło stóp krzyża... Głupi! Myślałem, że tym widokiem Syna Jedynego udelektuję, oni zaś ruchali czas jakiś to rękami, to nogami, czasem rzucił się który jako ryba z wody wyjęta, ale krótko tego było; niebawem wigor opuścił ich ciała i leżeli wianuszkiem cicho.</akap_dialog>
<akap>Sen, PrzemianaŻe to już ciemność uczyniła się zupełna, postanowiłem zostać na nocleg, chociaż ognisk nie było z czego rozpalić. Noc Bóg dał ciepłą, więc moi ludzie radzi pokładli się na derach, ja zaś poszedłem sobie jeszcze pod krzyż, u nóżek Chrystusowych zwyczajne pacierze odmówić i miłosierdziu jego się polecić. A myślałem, że modlitwa moja tym wdzięczniej zostanie przyjęta, że mi dzień zeszedł w pracy i w takich uczynkach, które za zasługę sobie poczytywałem.</akap>
<akap>Często się utrudzonemu żołnierzowi przytrafia, że począwszy wieczorne pacierze, uśnie. Trafiło się to i mnie. Dragoni widząc, jakom klęczał z głową opartą o krzyż, rozumieli, żem się w pobożnych rozmyślaniach zatopił, i żaden mi ich przerywać nie chciał; moje oczy zaś zaraz się przymknęły i sen dziwny zeszedł na mnie od tego krzyża. Polak, SzlachcicNie powiem, że miałem widzenie, bom go i był, i jestem niegodzien, ale śpiąc twardo, widziałem jakoby na jawie całą mękę Pańską... Na widok tedy opresji Baranka niewinnego skruszało we mnie serce, śluzy puściły mi się z oczu i żałość zdjęła mnie niezmierna: ,,Panie --- mówię --- mam oto garść dobrych pachołków: chceszli widzieć, co nasza jazda, skiń jeno głową, a ja tych takich synów, twoich katów, w mig na szablach rozniosę." Ledwiem to rzekł, znikło mi wszystko z oczu, został tylko sam krzyż, a na nim Chrystus krwawymi łzami płaczący... Obejmuję ja więc podnóżek drzewa świętego i też ślocham. Jak to długo trwało, nie wiem, ale po owym czasie, uspokoiwszy się nieco, znów rzeknę: ,,Panie, Panie! Przecz[73] żeś wśród zatwardziałych Żydowinów naukę twoją świętą opowiadał? Żebyś był z Palestyny do naszej Rzeczypospolitej przyszedł, pewnie nie bylibyśmy cię na krzyż przybijali, ale wdzięcznie przyjęli, wszelakim dobrem obdarzyli i indygenat[74] ci dali dla tym większego twojej boskiej chwały pomnożenia. Czemuś tak nie uczynił, o Panie?"</akap>
<akap>Rzekłszy podniosłem oczy ku górze (we śnie to zawsze było, pamiętajcie acaństwo) i cóż widzę? Oto Pan nasz spogląda na mnie surowie, brwi marszczy i nagle wielkim głosem tak odrzecze: ,,Tanie teraz wasze szlachectwo, bo je czasów wojny szwedzkiej każdy łyk mógł kupić; ale mniejsza z tym! Warciście siebie wzajem i wy, i hultajstwo, a jedni i drudzy gorsiście od Żydowinów, bo wy mię tu co dzień na krzyż przybijacie... Zalim to nie nakazał miłości nawet dla nieprzyjaciół i przebaczania win, a wy, jakoby wściekłe zwierza, wnętrzności targacie sobie wzajem. Na co ja patrząc mękę nieznośną cierpię. Ty zaś sam, któryś mnie chciał odbijać, a potem do Rzeczypospolitej zapraszał, cóżeś uczynił? Oto trupy tu naokół krzyża mego leżą i krew obryzgała mu podnóże, a przecie byli między nimi niewinni, pacholęta młode, albo ludzie zaślepieni, którzy rozgarnięcia nijakiego nie mając za innymi jako głupie owce poszli. Miałżeś nad nimi miłosierdzie, sądziłżeś ich przed śmiercią? Nie! Kazałeś ich wszystkich pościnać i jeszcześ myślał, że mnie tym ucieszysz. Zaprawdę, co inszego jest karcić i karać, tak jako ojciec syna karze, tak jako starszy brat młodszego karci, a co inszego mścić się, sądu nie dawać, miary w karaniu i okrucieństwie nie znać. Brat, Obcy, WizjaDo tego już doszło, że na tej ziemi wilcy miłosierniejsi od ludzi, że tu trawy krwawą rosą się pocą, wichry nie wieją, ale wyją, rzeki łzami płyną i ludzie do śmierci ręce wyciągają mówiąc: ,,Ucieczko nasza!..."</akap>
<akap_dialog>--- Panie! --- zawołałem --- Zali oni lepsi od nas? Kto największe okrucieństwa czynił? Kto pogan sprowadzał?...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Miłujcie ich nawet karząc --- odrzekł Pan --- a wówczas bielmo spadnie z ich oczu, zatwardziałość ustąpi z serc i miłosierdzie moje będzie nad wami. Inaczej przyjdzie nawała tatarska i łyka nałoży wam i im --- i nieprzyjacielowi będziecie musieli służyć w umartwieniu, w pogardzie, we łzach, aż do dnia, w którym pokochacie się wspólnie. Jeśli zaś miarę w zawziętości przebierzecie, tedy nie będzie ani dla jednych, ani dla drugich zmiłowania i poganin posiędzie tę ziemię na wieki wieków!</akap_dialog>
<akap>Struchlałem słuchając takowych zapowiedzi i długi czas słowa nie mogłem przemówić, dopiero rzuciwszy się na twarz pytałem:</akap>
<akap_dialog>--- Panie, co ja mam czynić, aby grzechy moje zmazać?</akap_dialog>
<akap>Na to Pan rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Idź, powtarzaj słowa moje, głoś miłość!</akap_dialog>
<akap>Po tej odpowiedzi sny moje znikły. Że to noc latem krótka, obudziłem się już o brzasku i cały rosą okryty. Spojrzę: głowy wiankiem około krzyża leżą, jeno już posiniałe. Dziwna rzecSpowiedź, Sumienie, Ksiądzz, wczoraj radował mnie ten widok, dziś zgroza mię chwyciła, zwłaszcza na widok głowy jednego pacholęcia lat może siedmnastu, które nad miarę było piękne. Kazałem żołnierzom pogrześć przystojnie ciała pod tym samym krzyżem i odtąd --- byłem już nie ten.</akap>
<akap>Z początku, bywało, myślałem sobie: sen mara! Ale przecie tkwił on mi w pamięci i jakoby jestestwo całe coraz bardziej ogarniał. Nie śmiałem suponować, żeby sam Pan ze mną gadał, bo jakom już rzekł: nie czułem się godnym, ale mogło być to, że sumienie, które się było czasu wojny przytaiło w duszy jako Tatar w trawach, teraz ozwało się nagle wolę mi boską oznajmując. Poszedłem do spowiedzi: ksiądz potwierdził to mniemanie. ,,Jawna (powiada) wola i przestroga Boża, słuchaj ich, bo będzie z tobą źle."</akap>
<akap>Odtąd począłem głosić miłość.</akap>
<akap>Ale towarzystwo i oficyjerowie śmieli mi się w oczy. ,,A coś to (prawią) ksiądz, żebyś nam nauki dawał? Małoż to owi psubratowie dyzgustów[75] Bogu naczynili, mało napalili kościołów, mało nahańbili krzyżów? Mamy się za to w nich kochać?" Słowem, nikt mnie nie słuchał.</akap>
<akap>Więc po beresteckiej wdziałem te oto szatki duchowne, aby z większą powagą słowo i wolę bożą ogłaszać.</akap>
<akap>Od dwudziestu przeszło lat czynię to bez spoczynku. Już mi i włosy pobielały... Bóg miłościw nie ukarze mnie za to, że głos mój był dotychczas głosem wołającego na puszczy.</akap>
<akap>Mości panowie, miłujcie nieprzyjaciół waszych, karzcie ich, jako ojciec karze, karzcie jako brat starszy karci, inaczej gorze im, ale gorze i wam, gorze całej Rzeczypospolitej.</akap>
<akap>Patrzcie, co za skutek owej wojny i zawziętości brata przeciw bratu? Oto pustynią stała się ta ziemia, mogiły mam w Uszycy za parafian; w zgliszczach kościoły, miasta, wsie, a pogańska potęga wzbiera i rośnie nad nami na kształt morza, które i ciebie, kamieniecka opoko, połknąć gotowe...</akap>
<akap>Pan Nienaszyniec słuchał z wielkim wzruszeniem mowy księdza Kamińskiego, aż mu pot wystąpił na czoło, potem tak ozwał się wśród powszechnego milczenia:</akap>
<akap_dialog>Krzywda, Miłosierdzie, Miłość--- Że są między kozactwem godni kawalerowie, przykładem tu obecny pan Motowidło, którego wszyscy kochamy i szanujem. Ale co do miłości generalnej, o której tak wymownie mówił ksiądz Kamiński, przyznaję, że w ciężkim grzechu dotąd żyłem, bo jej we mnie nie było i nie starałem się, żeby ją mieć. Teraz ksiądz jegomość nieco mi oczy otworzył. Alkohol, Obyczaje, SłowoBez szczególnej jednak łaski boskiej ja tej miłości w sercu nie znajdę, bo pamięć okrutnej krzywdy w nim noszę, którą krzywdę pokrótce tu opowiem.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Napijmy się czego ciepłego --- przerwał Zagłoba.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dorzućcie ognia do gruby --- rzekła do pacholików Basia.</akap_dialog>
<akap>I wkrótce potem obszerna izba zajaśniała na nowo światłem, a przed każdym z rycerzy postawił pachoł kwartę z piwem grzanym. Wszyscy zaraz chętnie umoczyli w nim wąsy, a gdy pociągnęli raz i drugi, pan Nienaszyniec zabrał znów głos i tak mówił, jak gdyby wóz turkotał:</akap>
<akap_dialog>Brat, Siostra, Kobieta, Mężczyzna, Przemoc--- Matka umierając poleciła mej opiece siostrę. Halszka jej było na imię. Nie miałem żony, dzieci, więc miłowałem oną dziewczynę jak źrenicę oka. Była dwadzieścia lat młodsza ode mnie i na rękum ją nosił. Po prostu: za dzieckom własne ją uważał. Potem poszedłem na wyprawę, a ją ogarnęła orda. Gdym wrócił, tłukłem łbem o ściany. Majętność w czasie inkursji[76] przepadła, alem sprzedał, com miał: ostatni rząd na konia! I pojechałem z Ormiany, by ją wykupić. Znalazłem ją w Bachczysaraju. Była przy haremie, nie w haremie, bo miała dopiero dwanaście lat. Nie zapomnę nigdy, Halszko, tej chwili, kiedym cię odnalazł, jakoś mię za szyję objęła, jakoś mnie w oczy całowała! Ale cóż! Pokazało się, że mało było tego, com przywiózł. Dziewka była piękna. Jehu-aga, któren ją porwał, trzy razy tyle żądał! Chciałem siebie oddać w dodatku. Nie pomogło i to. W moich oczach kupił ją na targu wielki Tuhaj-bej, ów wróg nasz przesławny, któren chciał ją ze trzy lata przy haremie potrzymać, a później żonę swą z niej uczynić. Wracałem do kraju włosy rwąc. Mąż, Żona, Syn, WłasnośćPo drodze dowiedziałem się, że w jednym ałusie przymorskim przemieszkuje jedna z żon Tuhaj-beja z jego ulubionym synalkiem, Azją... Tuhaj-bej po wszystkich miastach i wielu wsiach trzymał żony, aby wszędy miał swój wczas pod własnym dachem. Porwanie , Przemoc, ZdradaDowiedziawszy się ja o owym synaczku, pomyślałem, że Bóg ukazuje mi ostatni sposób ratunku dla Halszki, i zaraz postanowiłem małego Azję porwać, a potem za moją dziewczyninę go wymienić. Ale sam tego uczynić nie mogłem. Trzeba było na Ukrainie albo w Dzikich Polach watahę skrzyknąć, co nie było łatwe, bo raz, że imię Tuhaj-beja straszne było na wszystkiej Rusi, a po wtóre, onże kozactwu przeciw nam pomagał. Jednak niemało po stepach włóczy się mołojców, którzy tylko własnej korzyści patrzą i dla łupu wszędy iść gotowi. Tych zebrałem kupę znaczną. Cośmy przeszli, póki czajki[77] nie wypłynęły na morze, tego język nie wysłowi, bo i przed starszyzną kozacką kryć nam się było trzeba. Ale Bóg pobłogosławił. Azję porwałem, z nim łupy znamienite. Pościg nas nie dognał i dostaliśmy się szczęśliwie na Dzikie Pola, skąd chciałem do Kamieńca zdążyć, by zaraz rozpocząć przez kupców tamecznych układy.</akap_dialog>
<akap>Rozdzieliłem wszystkie łupy między mołojców, sobie tylko Tuhajowe szczenię zostawując. A żem tak szczerze i hojnie z tymi ludźmi postąpił, żem poprzednio tylu przygód z nimi doznał, żem razem z nimi przymierał głodem i łba za nich nadstawiał, rozumiałem, że każdy z nich w ogień by za mną skoczył, żem sobie ich serca na wieki zjednał.</akap>
<akap>Gorzkom wkrótce miał za to odpokutować!</akap>
<akap>Nie przyszło mi do głowy, że oni własnych atamanów w sztuki rozdzierają, by się łupem po nich podzielić; zapomniałem, że nie masz między tymi ludźmi wiary, cnoty, wdzięczności ni sumienia... Blisko już Kamieńca skusiła ich nadzieja bogatego za Azję okupu. W nocy napadli na mnie jak wilcy, sznurem dusili za szyję, nożami popruli ciało, wreszcie, mając mnie za zdechłego, porzucili w pustyni, a sami z dzieckiem uszli.</akap>
<akap>KobietaBóg mi zesłał ratunek i wrócił zdrowie; ale moja Halszka przepadła na wieki. Może tam żyje gdzie jeszcze, może po śmierci Tuhajowej inny ją pojął pohaniec, może Mahometa przyjęła, może o bracie zgoła zapomniała, może jej syn krew moją kiedyś wytoczy... Ot, moja historia!</akap>
<akap>Tu umilkł pan Nienaszyniec i począł ponuro w ziemię patrzyć.</akap>
<akap_dialog>--- Ile naszej krwi i łez za te krainy wyciekło! --- ozwał się pan Muszalski.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Będziesz miłował nieprzyjacioły twoje --- wtrącił ksiądz Kamiński.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A przyszedłszy do zdrowia nie szukałeś waćpan owego szczeniaka? --- spytał pan Zagłoba.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jakem się później dowiedział --- odrzekł pan Nienaszyniec --- na moich zbójów inna kupa zbójów napadła, która ich w pień wycięła. Ci wraz z łupami i dziecko porwać musieli. Szukałem wszędzie, ale jakoby kamień w wodę wpadło.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Możeś je waćpan później gdzie i spotkał, ale go poznać nie mogłeś? --- rzekła pani Basia.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dzieciak, nie wiem, czy miał trzy lata. Ledwie wiedział, że Azja było mu imię. Ale bym go był poznał, bo miał nad każdą piersią rybę wykłutą i siną barwą napuszczoną.</akap_dialog>
<akap>Nagle Mellechowicz, który dotąd siedział spokojnie, ozwał się dziwnym głosem z kąta izby:</akap>
<akap_dialog>--- Po rybie byś go waszmość nie poznał, bo wielu Tatarów może takowy znak nosić, zwłaszcza z tych, którzy przy brzegach mieszkają.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nieprawda --- odparł sędziwy pan Hromyka --- po beresteckiej oglądaliśmy ścierwo Tuhaj-bejowe, bo na placu zostało, i wiem, że miał ryby na piersiach, a wszyscy inni polegli insze nosili znaki.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A ja waćpanu mówię, że rybę nosi wielu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak, ale z wrażego Tuhaja pokolenia.</akap_dialog>
<akap>Dalszą rozmowę przerwało wejście pana Lelczyca, któren rankiem na podjazd przez Wołodyjowskiego wysłany, teraz właśnie z niego powracał.</akap>
<akap_dialog>--- Panie komendancie --- rzekł zaraz we drzwiach --- u Sierocego Brodu, po multańskiej stronie, kupa jakowaś leży i ku nam zamyśla.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co za ludzie? --- spytał pan Michał.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Łotrzykowie. Jest trochę Wołoszy, trocha Węgrzynów, a najwięcej luźnej ordy, razem ze dwieście ludzi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To ci sami, o których miałem wiadomość, że po wołoskiej stronie plądrowali --- rzekł Wołodyjowski. --- Perkułab musiał ich tam nacisnąć, więc się do nas wymykają; ale tam samej ordy będzie ze dwieście. W nocy się przeprawią, a świtaniem im zastąpim. Pan Motowidło i Mellechowicz będą od północka gotowi. Stadko wołów na przynętę podegnać, a teraz do kwater.</akap_dialog>
<akap>Żołnierze poczęli się rozchodzić, ale nie wszyscy jeszcze opuścili izbę, gdy Basia podbiegłszy do męża zarzuciła mu ręce na szyję i poczęła coś szeptać w ucho. On uśmiechał się i trząsł odmownie głową, ona zaś widocznie nalegała, coraz mocniej zaciskając ręce koło jego szyi.</akap>
<akap>Widząc to pan Zagłoba rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Uczyńże jej raz tę satysfakcję, to i ja stary z wami poczłapię.</akap_dialog>
<naglowek_rozdzial>Rozdział XXVI</naglowek_rozdzial>
<akap>Luźne watahy, które trudniły się rozbojem po obu stronach Dniestru, składały się z ludzi wszelkich narodowości okoliczne kraje zamieszkujących. Przeważali w nich zawsze tatarscy zbiegowie z ordy dobrudzkiej i białogrodzkiej, dziksi jeszcze i mężniejsi od swych krymskich pobratymców, ale nie brakło też i Wołochów, i kozactwa, i Węgrzynów, i czeladzi polskiej, zbiegłej ze stanic nad brzegiem Dniestru leżących. Buszowali oni to po polskiej, to po wołoskiej stronie, przechodząc raz w raz graniczną rzekę, w miarę jak przyciskali ich perkułabowie lub komendanci Rzeczypospolitej. W jarach i lasach, w jaskiniach mieli oni swe kryjówki niedostępne.</akap>
<akap>Głównym celem ich napadów były stanicze stada wołów i koni, które nawet w zimie nie schodziły ze stepów, same sobie pożywienia pod śniegami szukając. Ale prócz tego napadali na wsie, miasteczka, osady, na pomniejsze komendy, na kupców polskich, a nawet tureckich, na pośredników z okupem do Krymu jadących. Miały owe kupy swój ład i swych wodzów, ale łączyły się rzadko. Częstokroć zdarzało się nawet, że mniej liczne były wycinane przez liczniejsze. Namnożyło się ich wszędy w krajach ruskich bardzo wiele, zwłaszcza od czasu wojen kozacko-polskich, gdy wszelkie bezpieczeństwo w owych stronach znikło. Naddniestrzańskie watahy podsycane przez zbiegów ordzińskich szczególniej były groźne. Widywano niektóre do pięciuset głów liczące. Przywódcy ich przybierali tytuł bejów. Pustoszyli oni kraj sposobem zupełnie tatarskim i nieraz istotnie sami komendanci nie wiedzieli, czy mają robotę ze zbójami, czy też z przodowymi czambułami całej ordy. Komputowym wojskom[78], zwłaszcza jeździe Rzeczypospolitej, kupy owe nie były zdolne w polu dostać, ale zapędzone w matnię, biły się po desperacku, wiedząc dobrze, że wziętych w niewolę czeka powróz. Broń ich była rozmaita. Łuków i strzelb im brakło, które zresztą do nocnych napadów mało byłyby im przydatne. Większa część zbrojna była w handżary[79] i jatagany[80] tureckie, w kiścienie[81], w szable tatarskie i w półszczęki końskie wpuszczane w młode dębczaki i umocnione powrózkiem. Owa ostatnia broń w silnym ręku straszliwe oddawała posługi, bo kruszyła każdą szablę. Niektórzy mieli widły, bardzo długie, ostro żelazem okute; niektórzy wreszcie rohatyny[82]. Te w nagłych razach przeciw jeździe nadstawiali.</akap>
<akap>Wataha, która zatrzymała się u Sierocego Brodu, musiała być bardzo liczną albo w ostatnich znaleźć się na multańskiej stronie terminach, skoro odważyła się podejść pod chreptiowską komendę mimo postrachu, jaki samo imię pana Wołodyjowskiego we wszystkich obubrzeżnych rabusiach obudzało. Jakoż drugi podjazd przywiózł wiadomość, że składała się ona z czterystu przeszło głów pod wodzą Azba-beja, słynnego grasanta, który od kilku lat napełniał postrachem i polską, i multańską stronę.</akap>
<akap>Ucieszył się pan Wołodyjowski, gdy dowiedział się, z kim będzie miał do czynienia, i zaraz stosowne wydał rozkazy. Prócz Mellechowicza i pana Motowidły poszła chorągiew pana generała podolskiego i pana podstolego przemyskiego. Poszły one jeszcze w nocy i rzekomo w różne strony, ale jako rybacy szeroko założą niewodem, aby następnie zejść się przy jednej przerębli, tak i owe chorągwie, rozległym idąc koliskiem, miały się zejść o brzasku przy Sierocym Brodzie.</akap>
<akap>Basia asystowała z bijącym sercem wyjściu wojsk, jako że miała to być jej pierwsza większa wyprawa, i rosło jej owo serce na widok sprawności tych starych wilków stepowych. Wychodzili tak cicho, że w samej fortalicji można ich było nie dosłyszeć. Nie zabrzęczały munsztuki, strzemię nie szczęknęło o strzemię, szabla o szablę, koń nie zarżał. Noc była pogodna i nadzwyczaj widna, bo czas pełni. Księżyc oświecał dobrze wzgórze stannicze i step lekko ze wszystkich stron pochyły; a jednak ledwie co która chorągiew wyszła za częstokół, ledwie zamigotała srebrnymi iskrami, które księżyc z szabel wykrzesywał, już nikła z oczu, jakby stado kuropatw w fali traw nurkujące. Było coś tajemniczego w tym pochodzie.</akap>
<akap>Basi zdawało się, że to myśliwi wyjeżdżają na jakoweś łowy mające się o świtaniu rozpocząć i dlatego tak idą cicho i ostrożnie, aby zwierza przedwcześnie nie spłoszyć... Więc wielka ochota wstąpiła w jej serce, aby w tych łowach wziąść udział.</akap>
<akap>Pan Wołodyjowski nie sprzeciwił się temu, bo go Zagłoba do zgody skłonił. Wiedział wreszcie, że kiedyś i tak trzeba będzie chęci Basinej zadośćuczynić, wolał więc zaraz, zwłaszcza że grasanci łuków i samopałów[83] nie mieli zwyczaju używać.</akap>
<akap>Ruszyli jednak dopiero we trzy godziny po wyjściu pierwszych chorągwi, bo tak był całe dzieło pan Michał ułożył. Poszedł z nimi pan Zagłoba, pan Muszalski i dwudziestu Linkhauzowych dragonów z wachmistrzem, samych Mazurów, ludzi na schwał, za których szabliskami była wdzięczna komendantowa równie jak w małżeńskiej komnacie bezpieczna.</akap>
<akap>Dziecko, Kobieta, Strój, UrodaSama ona, mając jechać na męskiej kulbace, przybrana była odpowiednio: miała więc szarawarki perłowego koloru, aksamitne, bardzo obszerne, podobieństwo spódnicy czyniące, a wpuszczone w safianowe żółte buciki: toż kubraczek równie szarej barwy, białym krymskim barankiem podbity i na szwach ozdobnie bramowany; toż ładowniczkę srebrną roboty wybornej; lekką szabelkę turecką na jedwabnych rapciach[84] i pistolety w olstrach[85]. Głowę jej przybierał kołpaczek z wierzchem z weneckiego aksamitu, piórkiem czaplim ozdobion, a żbiczym futrem naokół obszyty; spod kołpaczka wyglądała jasna, różowa twarz, prawie dziecinna, i dwoje oczu ciekawych, a świecących jak węgielki.</akap>
<akap>Tak przybrana i siedząc na cisawym[86] bachmaciku, chybkim jak sarna i jak sarna łagodnym, zdawała się być hetmańskim dzieckiem, które pod opieką starych wojenników na pierwszą naukę jedzie. Oni też się dziwili jej postaci; pan Zagłoba z panem Muszalskim szturchali się łokciami, całując od czasu do czasu każdy swoją pięść na znak nadzwyczajnego dla Basi uwielbienia, obaj zaś wraz z Wołodyjowskim uspokajali jej obawy co do spóźnionego wyjazdu.</akap>
<akap_dialog>--- Na wojnie się nie rozumiesz --- mówił mały rycerz --- i dlatego nas posądzasz, że cię dopiero po wszystkim chcemy na miejsce przyprowadzić. Jedne chorągwie idą jako sierpem rzucił, inne zaś muszą okładać, aby szlaki poprzecinać --- i dopieroż się będą cichaczem do kupy ściągały, w matnię nieprzyjaciela biorąc. A my przyjedziemy na czas i bez nas nic się nie rozpocznie, bo tam każda godzina obrachowana.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A jak się nieprzyjaciel spostrzeże i między chorągwiami się przemknie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Chytry on jest i czujny, ale i nam taka wojna nie nowina.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Michałowi wierz --- zawołał Zagłoba --- bo nie masz nad niego większego praktyka. Zły los przygnał tu tych skurczybyków.</akap_dialog>
<akap_dialog>Kobieta, Mężczyzna, Walka, Nauczyciel, Uczeń--- W Lubniach byłem młodzik --- odrzekł pan Michał --- a już mi podobne funkcje powierzano. Teraz zaś, żem ci to widowisko chciał wyprawić, jeszczem staranniej wszystko rozdysponował. Chorągwie razem się nieprzyjacielowi ukażą, razem się okrzykną i razem skoczą, jakoby kto z bicza trzasnął.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I! I! --- pisnęła z radości Basia i stanąwszy w strzemionach, chwyciła małego rycerza za szyję. --- A mnie wolno będzie skoczyć, co? Michałku, co? --- pytała z iskrzącymi oczyma.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- W tłok ci nie pozwolę, bo w tłoku o przygodę łatwo, nie mówiąc, że koń może szwankować, ale dałem instrukcję, by po rozbiciu kupę jaką na nas nagnano, wówczas rozpuścim konie i możesz dwu albo trzech sobie ściąć, a zajeżdżaj zawsze z lewej, bo tym sposobem ściganemu niezręcznie cię przez konia sięgać, a ty go masz na odlew.</akap_dialog>
<akap>Basia na to:</akap>
<akap_dialog>--- Ho, ho! Nie boję się! Sam mówiłeś, że już szablą robię daleko lepiej od wujcia Makowieckiego; nie da mi żaden rady!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Uważaj, żeby cugle mocno trzymać --- wtrącił pan Zagłoba. --- Oni mają swoje sposoby i może być tak: ty go gonisz, aż on nagle konia zwróci i osadzi, wtedy go miniesz z rozpędu, ale nim miniesz, już on cię sięgnie. Stary praktyk nigdy nadto konia nie rozpuszcza, jeno wedle potrzeby go miarkuje.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- I szabli nigdy bardzo nie podnosić, aby do sztychu przejść łatwo --- rzekł pan Muszalski.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Będę ja przy niej od wypadku --- odpowiedział mały rycerz. --- Widzisz, w bitwie cała trudność w tym, że trzeba o wszystkim pamiętać: o koniu swoim i nieprzyjacielu, o cuglach, o szabli, o cięciu i sztychu --- wszystko naraz! Kto się wprawi, to mu to samo przez się przychodzi, ale z początku znamienici nawet szermierze często bywają niezgrabni i lada chmyz[87], byle był praktyk, bieglejszego od się nowicjusza z konia zsadzi... Dlatego to będę ci przy boku.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeno mnie nie wyręczaj i ludziom przykaż, aby mnie nikt nie wyręczał bez potrzeby.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- No, no! Obaczym jeszcze, czy ci animuszu stanie, jak przyjdzie co do czego! --- odparł uśmiechając się mały rycerz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Albo jeżeli się którego z nas za połę nie ułapisz! --- skończył Zagłoba.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Obaczym! --- rzekła z oburzeniem Basia.</akap_dialog>
<akap>Tak rozmawiając wjechali w okolicę tu i ówdzie chaszczami pokrytą. Do brzasku było już niedaleko, ale tymczasem uczyniło się ciemniej, bo księżyc zaszedł. Od ziemi poczynał też wstawać lekki opar i przesłaniać dalsze przedmioty. W owej leciuchnej mgle i mroku majaczące opodal zarośla przybierały w podnieconej wyobraźni Basi kształty żywych istot. Nieraz zdawało się jej, że widzi wyraźnie ludzi i konie.</akap>
<akap_dialog>--- Michale, co to jest? --- pytała szepcąc i ukazując palcem na majak.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nic, krze.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Myślałam, że jeźdźcy. Prędko zajedziem?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Za jakie półtorej godziny to się i rozpocznie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ha!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Boisz się?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie, jeno mi serce bije z wielkiej ochoty! Miałabym się bać! Nic a nic! Patrz, jaki tu szron leży... Widać, choć ciemno.</akap_dialog>
<akap>Rzeczywiście wjechali na szmat stepu, na którym długie i wyschłe łodygi burzanów szronem siwym były pokryte. Pan Wołodyjowski spojrzał i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Tędy Motowidło przechodził. Nie dalej jak o pół mili musi leżeć przytajony. Świta już!</akap_dialog>
<akap>Jakoż robił się pierwszy brzask. Pomroka rzedła. Niebo i ziemia stawały się szare, powietrze bladło, czuby drzew i zarośli powłóczyły się jakby srebrem. Dalsze kępy poczęły się odsłaniać, jakoby kto zasłonę kolejno podnosił.</akap>
<akap>Wtem z bliższej kępy wychylił się nagle jeździec na koniu.</akap>
<akap_dialog>--- Pana Motowidły? --- spytał Wołodyjowski, gdy semen osadził konia tuż przy nim.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak jest, wasza miłość!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co słychać?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Przeszli Sierocy Bród; potem kierując się na ryk wołów poszli ku Kałusikowi. Woły pobrali i stoją na Jurkowym polu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A gdzie pan Motowidło?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Założył od wzgórza, a pan Mellechowicz od Kałusika. Inne chorągwie nie wiem.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dobrze --- rzekł Wołodyjowski --- ja wiem; ruszaj do pana Motowidły i każ zamykać. A pojedynczych ludzi niech rozsypie na pół drogi od pana Mellechowicza. Ruszaj!</akap_dialog>
<akap>Semen położył się na kulbace, ruszył, aż śledziona w koniu z miejsca zagrała, i wkrótce zniknął. Oni zaś pojechali dalej, jeszcze ciszej, jeszcze ostrożniej... ŚwitRozwidniło się tymczasem zupełnie. Mgła, która o brzasku wstała była od ziemi, opadła całkiem na dół, a na wschodniej stronie nieba ukazała się długa wstęga świetlista i różowa, której światło i różowość poczęły zabarwiać powietrze, wzgórza, zręby odległych jarów i szczyty.</akap>
<akap>PtakWtem do uszu jeźdźców doszły od strony Dniestru liczne zmieszane krakania i wysoko przed nimi ukazało się lecące ku zorzy ogromne stado kruków. Pojedyncze ptaki odrywały się co chwila od stada i zamiast lecieć wprost przed się poczynały zataczać nad stepem koła, jak czynią upatrując zdobyczy kanie i jastrzębie.</akap>
<akap>Pan Zagłoba podniósł szablę do góry, ukazał ostrzem na kruki i rzekł do Basi:</akap>
<akap_dialog>--- Dziwuj się zmyślności tych ptaków. Niech jeno gdziekolwiek ma przyjść do bitwy, zaraz ze wszystkich stron nadlatują, jakoby je kto z worka wysypał. Gdy samo jedno wojsko ciągnie albo przyjacielskie mają się spotkać, nie masz tego, tak to bestie umieją odgadnąć intencje ludzkie, choć się im nikt nie oznajmia. Sama <slowo_obce>sagacitas narium</slowo_obce>[88] tego nie wytłumaczy, dlatego słusznie dziwić się możesz.</akap_dialog>
<akap>Tymczasem ptaki, kracząc coraz mocniej, zbliżyły się znacznie, więc pan Muszalski zwrócił się do małego rycerza i rzekł uderzając dłonią po łuku:</akap>
<akap_dialog>--- Panie komendancie, a nie wzbronno będzie ściągnąć jednego na uciechę dla pani komendantowej? Hałasu to przecie nie uczyni?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ściągnij waść choćby dwa --- rzekł Wołodyjowski wiedząc, jaką stary żołnierz ma słabość popisywania się celnością swych grotów.</akap_dialog>
<akap>Na to niezrównany łucznik sięgnął ręką za plecy i wydobył strzałę pierzastą, za czym nałożył ją na cięciwę i podniósłszy w górę łuk i głowę, czekał.</akap>
<akap>Stado było coraz bliżej. Wszyscy wstrzymali konie i patrzyli ciekawie ku niebu. Nagle rozległ się żałosny jęk cięciwy, niby świegot jaskółki, i strzała wybiegłszy znikła pod stadem.</akap>
<akap>Przez chwilę można było pomyśleć, że pan Muszalski chybił, lecz oto jeden ptak zwinął kozła i zniżył się wprost nad głowami ku ziemi, następnie, koziołkując ciągle, zniżał się coraz bardziej, wreszcie począł spadać z rozpostartymi skrzydłami, zupełnie jak liść dający opór powietrzu.</akap>
<akap>Po chwili spadł na kilka kroków przed koniem Basi. Strzała przeszyła go na wylot tak, że grot świecił powyżej grzbietu.</akap>
<akap_dialog>--- Na szczęśliwą wróżbę! --- rzekł kłaniając się Basi pan Muszalski. --- Będę ja miał z daleka na panią komendantową, a wielką moją dobrodzikę, oko i w nagłym razie znowu, daj Boże szczęśliwie, strzałeczkę wypuszczę. Choć tam i bzyknie blisko, upewniam, że nie zrani.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie chciałabym ja być tym Tatarem, którego waszmość na cel weźmiesz! --- odrzekła Basia.</akap_dialog>
<akap>Lecz dalszą rozmowę przerwał pan Wołodyjowski, który ukazawszy na dość znaczne wzniesienie odległe na kilka stai rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- Tam staniem...</akap_dialog>
<akap>Po tych słowach ruszyli rysią. W pół wzniesienia mały rycerz kazał zwolnić kroku, a wreszcie niedaleko wierzchołka zatrzymać konie.</akap>
<akap_dialog>--- Nie będziem do samego szczytu dojeżdżać --- rzekł --- bo przy tak jasnym ranku z daleka można by nas wziąć na oko, ale zsiadłszy z koni przybliżym się tak do zrębu, by głowy niewiele wystawały.</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy zeskoczył z konia, a za nim Basia, pan Muszalski i kilku innych. Dragoni pozostali pod szczytem, trzymając rumaki, oni zaś posunęli się aż do miejsca, w którym wzniesienie zapadało się ścianą prawie prostopadłą ku dołowi.</akap>
<akap>U stóp tej ściany, wysokiej na kilkadziesiąt łokci, rosły dość gęsto wąskim pasem chaszcze, dalej zaś ciągnął się step niski, równy, którego z tej wysokości ogromną przestrzeń mogli objąć oczyma.</akap>
<akap>Oko, WrógRównina owa, przecięta niewielkim strumieniem biegnącym w stronę Kałusiku, była również, jak i spód skały, pokryta kępami zarośli. Z największej kępy cienkie smugi dymu unosiły się ku niebu.</akap>
<akap_dialog>--- Widzisz --- rzekł do Basi Wołodyjowski --- to nieprzyjaciel się tam przytaił.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Widzę dymy, ale nie widzę ni ludzi, ni koni --- odrzekła z bijącym sercem Basia.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Bo ich zarośla skrywają, chociaż wprawne oko ich dojrzy. Ot tam, patrz: dwa, trzy, cztery, całą kupę koni widać; jeden srokaty, jeden całkiem biały, a stąd wydaje się jak niebieski.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Prędko do nich zjedziem?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nam ich tu przygnają, ale mamy czas, bo do owej kępy będzie z ćwierć mili.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A gdzie nasi?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Widzisz, tam ot, hen, skrawek boru? Pana podkomorska chorągiew powinna teraz właśnie sięgać już brzegu. Mellechowicz wynurzy się z ówtej strony bodaj za chwilę. Druga towarzyska chorągiew weźmie ich od tego kamienia. Dostrzegłszy ludzi oni sami ruszą ku nam, bo tędy można dobrze ku rzece pod wiszarem przejechać, a zaś z tamtego boku jest jar okrutnie przepaścisty, przez który nikt nie przejedzie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To są w matni?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jako widzisz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dla Boga! Ledwo już stoję! --- zakrzyknęła Basia.</akap_dialog>
<akap>Lecz po chwili:</akap>
<akap_dialog>--- Michałku, żeby byli mądrzy, to by co zrobili?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To by poszli jak w dym na podkomorską i przejechali im po brzuchach. Wtedy byliby wolni, ale tego nie uczynią, bo naprzód nie lubią oni jeździe regularnej w oczy leźć, po wtóre, będą się bali, że więcej wojska w lesie czyha, więc pomkną ku nam.</akap_dialog>
<akap_dialog>Przywódca, Uczeń, Żołnierz--- Ba! Ale my ich nie zatrzymamy: mamy jeno dwudziestu ludzi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A Motowidło?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Prawda! Ha! Gdzie on jest?</akap_dialog>
<akap>Wołodyjowski zamiast odpowiedzieć, zakwilił nagle, jak kwili jastrząb albo sokół.</akap>
<akap>Wnet liczne kwilenia odpowiedziały mu od stóp wzgórza. Byli to semenowie Motowidły, którzy tak dobrze przyczaili się w chaszczach, że Basia, stojąc tuż nad nimi, wcale ich nie ujrzała.</akap>
<akap>Więc przez chwilę spoglądała ze zdumieniem to w dół, to na małego rycerza, nagle policzki jej zapałały ogniście i za szyję chwyciła męża.</akap>
<akap_dialog>--- Michałku! Tyś największy wódz w świecie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeno że wprawy trochę mam --- odrzekł uśmiechając się Wołodyjowski. --- Ale ty nie trzepotaj mi się tu z radości i pomnij, że grzeczny żołnierz powinien być spokojny.</akap_dialog>
<akap>Ale nic nie pomogła przestroga. Basia była jakby w gorączce. Chciało się jej zaraz na koń siadać i ze wzgórza zjeżdżać, by się z oddziałem Motowidły połączyć. Ale Wołodyjowski zatrzymał ją jeszcze, bo chciał, żeby początek dobrze widziała.</akap>
<akap>Słońce, Światło, WzrokTymczasem słońce poranne wstało nad step i powlokło chłodnym, bladozłotym światłem całą równinę. Pobliskie kępy rozjaśniły się wesoło, dalsze i mniej wyraźne zarysowały się wyraźniej; szron miejscami w dołach leżący począł się skrzyć migotliwie, powietrze stało się bardzo przezrocze i wzrok mógł lecieć w dal prawie bez granic.</akap>
<akap_dialog>--- Podkomorska z borku wychodzi --- ozwał się pan Wołodyjowski --- widzę ludzi i konie!</akap_dialog>
<akap>Rzeczywiście, jeźdźcy poczęli się wynurzać ze skraju lasu i czernieć długą linią na pokrytej mocno szronem podleśnej łące. Biała przestrzeń między nimi a lasem poczęła się z wolna powiększać. Widać nie spieszyli się zbytnio, chcąc dać czas innym chorągwiom.</akap>
<akap>Wołodyjowski zwrócił się teraz w lewą stronę.</akap>
<akap_dialog>--- Jest i Mellechowicz! --- rzekł.</akap_dialog>
<akap>A po chwili znowu:</akap>
<akap_dialog>--- I pana łowczego przemyskiego ludzie nadjeżdżają. Nikt dwóch pacierzy nie uchybił.</akap_dialog>
<akap>Tu wąsiki jego poruszyły się żywo.</akap>
<akap_dialog>--- Noga nie powinna ujść! Na koń teraz!</akap_dialog>
<akap>Szybko zwrócili się ku dragonom i skoczywszy na kulbaki, zjechali bokiem wzniesienia między rosnące w dole chaszcze, gdzie znaleźli się wśród semenów pana Motowidły.</akap>
<akap>Zatem całą masą już zbliżyli się do skraju zarośli i stanęli w miejscu, poglądając przed siebie.</akap>
<akap>PolowanieNieprzyjaciel dojrzał widocznie zbliżającą się podkomorską chorągiew, bo w tejże chwili sypnęły się z gęstwiny rosnącej w środku równiny kupy jezdnych, tak jakoby kto stado sarn ruszył. Z każdą chwilą wysypywało się ich coraz więcej. Zwarłszy się w łańcuch szli oni z początku stępem brzegiem gęstwiny; jeźdźcy pokładli się na karkach końskich, tak iż z daleka można było mniemać, że to sam tabun ciągnie długą linią wzdłuż kępy. Widocznie nie mieli jeszcze pewności, czy owa chorągiew na nich idzie i widzi ich już, czy też to jest oddział przeglądający tylko okolicę. W tym ostatnim wypadku mogli spodziewać się, że zarośla skryją ich jeszcze przed oczyma nadjeżdżających.</akap>
<akap>Z miejsca, gdzie stał Wołodyjowski na czele ludzi Motowidły, widać było doskonale ruchy niepewne i wahające się owego czambułu, podobne zupełnie do ruchów dzikich zwierząt, które już zwietrzyły niebezpieczeństwo. Dojechawszy do półkępy, poczęli iść prędzej lekkim cwałem. Naraz, gdy pierwsze szeregi sięgnęły otwartego stepu, wstrzymały nagle konie, a z nimi zatrzymała się cała wataha.</akap>
<akap>Oto dojrzeli ciągnący z tej strony oddział Mellechowicza.</akap>
<akap>Wówczas zatoczyli półkolem w bok od kępy i oczom ich przedstawiła się w całej pełni przemyska chorągiew idąca już rysią.</akap>
<akap>Teraz stało się dla nich jasnym, że wszystkie chorągwie wiedzą o nich i jadą na nich. Dzikie krzyki ozwały się wśród kupy i wszczęło się zamieszanie. Chorągwie, okrzyknąwszy się także, przeszły w cwał, aż równina zagrzmiała od tętentu. Widząc to czambuł wyciągnął się w mgnieniu oka w ławę i gnał ile tchu w piersiach końskich ku wzgórzu, pod którym stał mały rycerz z panem Motowidłą i jego ludźmi.</akap>
<akap>Przestrzeń dzieląca jednych od drugich poczęła się zmniejszać z przerażającą szybkością.</akap>
<akap>Basia przybladła nieco zrazu ze wzruszenia i serce tłukło się w jej piersiach coraz silniej, widząc jednak, że patrzą na nią i nie dojrzawszy na żadnej twarzy najmniejszego niepokoju, opanowała się prędko. Za czym zbliżająca się jak wicher hurma zajęła całą jej uwagę. Przykróciła cugle, ścisnęła mocniej szabelkę i krew od serca napłynęła znów wielkim pędem do jej twarzy.</akap>
<akap_dialog>--- Dobrze! --- rzekł mały rycerz.</akap_dialog>
<akap>Ona spojrzała tylko na niego i poruszyła chrapkami, szepnąwszy jednocześnie:</akap>
<akap_dialog>--- Prędko skoczym?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeszcze czas! --- odrzekł pan Michał.</akap_dialog>
<akap>A tamci gnali, gnali, jak szarak, który czuje psy za sobą. Już nie więcej jak pół staja dzieli ich od chaszczów, już widać wyciągnięte łby końskie z potulonymi uszami, a nad nimi twarze tatarskie jakby przyrosłe do grzywy. Są bliżej i bliżej... Słychać chrapanie bachmatów, których wyszczerzone zęby i wytrzeszczone oczy świadczą, że idą takim pędem, aż im dech zapiera... Wołodyjowski daje znak i płot piszczeli semeńskich pochyla się ku nadbiegającym.</akap>
<akap_dialog>--- Ognia!</akap_dialog>
<akap>Huk, dym i jakoby wicher uderzył w kupę plewy.</akap>
<akap>W jednym mgnieniu oka wataha rozlatuje się na wszystkie strony, wyjąc i wrzeszcząc.</akap>
<akap>WalkaWtem mały rycerz wysuwa się z gęstwiny, a jednocześnie podkomorska, przemyska i lipkowska, zamykając krąg koła, zganiają rozproszonych ku środkowi znów w jedną kupę. Próżno ordyńcy szukają na pojedynkę wyjścia, próżno się kręcą, zabiegają w prawo, lewo, naprzód, w tył, koło już zwarte, więc i wataha zbija się mimo woli coraz ciaśniej, a wtem nadbiegają chorągwie i rozpoczyna się straszliwe łomotanie.</akap>
<akap>Zrozumieli grasanci, że ten tylko wyjdzie żyw z owego skrzętu, kto się przebije, więc choć bez ładu i każdy na swoją rękę, jęli się bronić z rozpaczą i wściekłością. Zaraz też z początku gęsto usłali pole, tak wielka była furia uderzenia.</akap>
<akap>Żołnierze, naciskając ich i mimo ciasnoty prąc konie naprzód, siedli i bodli z tą nieubłaganą a straszliwą wprawą, jaką tylko żołnierz z rzemiosła mieć może. Odgłos tuzania rozlegał się nad tym ludzkim koliskiem, podobien do odgłosu cepów bijących gromadnie a szybko w klepisko. Bito ordyńców i cięto przez łby, przez karki, przez plecy, przez ręce, którymi okrywali głowy, bito ze wszystkich stron, bez odpoczynku, bez pardonu, bez miary i zmiłowania. Oni też poczęli razić, czym kto mógł: handżarami, szablami, ów kiścieniem, ów szczęką końską. Konie ich, spychane do środka, osiadały na zadach lub waliły się na wznak. Inne gryząc się i kwicząc wierzgały w tłoku, powodując nieopisany zamęt. Po krótkiej walce w milczeniu wycie wyrwało się ze wszystkich piersi tatarskich; gniotła je większa liczba, lepsza broń, większa biegłość. Zrozumieli, że nie ma dla nich ratunku, że nie ujdzie nikt nie tylko z łupami, lecz nawet z życiem. Żołnierz, rozgrzewając się stopniowo, grzmocił coraz potężniej. Niektórzy z rabusiów pozeskakiwali z kulbak pragnąc przemknąć się między nogami rumaków. Tych tratowały kopyta, a czasem żołnierz odwrócił się i sztychem z góry zbiega przeszywał; niektórzy padali na ziemię w tej nadziei, że gdy chorągwie posuną się ku środkowi, wówczas zostawszy na zewnątrz koła będą mogli ratować się ucieczką.</akap>
<akap>Jakoż kupa zmniejszała się coraz bardziej, bo z każdą chwilą ubywało ludzi i koni. Widząc to Azba-bej zbił, o ile mógł, ludzi w klin i rzucił się całą siłą na semenów Motowidły pragnąc koniecznie rozerwać pierścień.</akap>
<akap>Lecz ci osadzili go na miejscu i wówczas rozpoczęła się rzeźba straszliwa. W tym samym czasie Mellechowicz, szalejąc jak płomień, rozerwał kupę i zostawiwszy jej połowę dwom towarzyskim chorągwiom, sam siadł na karki tym, którzy ścinali się z semenami.</akap>
<akap>Część wprawdzie rabusiów wymknęła się przez ów ruch w pole i rozleciała się po równinie jak stado liści, ale żołnierze z tylnych szeregów, którzy przystępu do bitwy dla zbyt małego miejsca znaleźć nie mogli, puścili się za nimi natychmiast, po dwóch, po trzech lub pojedynczo. Natomiast ci, którzy nie zdołali się wymknąć, szli pod miecz mimo zapalczywej obrony i kładli się pokotem jak łan zboża, który żniwiarze z dwóch stron żąć napoczną.</akap>
<akap>Kobieta, Mężczyzna, Opieka, Walka, ŻołnierzBasia ruszyła wraz z semenami, piszcząc cienkim głosem dla dodania sobie fantazji, bo w pierwszej chwili pociemniało jej nieco w oczach zarówno od pędu, jak z wielkiego wzruszenia. WzrokDopadłszy też już nieprzyjaciela, widziała przed sobą z początku tylko ciemną masę, ruchliwą, rozkołysaną. Porwała ją nieprzezwyciężona chęć, by zupełnie zamknąć oczy. Oparła się wprawdzie tej chęci, lecz i tak machała szabelką trochę na oślep. Ale krótko to trwało. Odwaga jej wzięła wreszcie górę nad konfuzją i zaraz przejrzała jaśniej. Naprzód dostrzegła łby końskie, za nimi rozpalone a dzikie twarze; jedna z nich błysnęła przed nią tuż, tuż; Basia cięła zamaszyście i twarz znikła nagle, jakby była widziadłem.</akap>
<akap>Wówczas do uszu Basinych doszedł spokojny głos męża:</akap>
<akap_dialog>--- Dobrze!</akap_dialog>
<akap>Głos ów nadzwyczajnej dodał jej otuchy, pisnęła jeszcze cieniej i poczęła klęski szerzyć z zupełną już umysłu przytomnością. Oto znowu szczerzy przed nią zęby jakaś straszliwa głowa o płaskim nosie i wystających policzkach: Basia mach! Po niej!... Tam znowu ręka kiścień podnosi: Basia mach! Po niej; widzi jakieś plecy w tołubie: sztychem w nie; za czym tnie w prawo, w lewo, wprost, a co tnie, to człek leci na ziemię zdzierając uździenicą konia. Basi aż dziw, że to tak łatwo. Ale łatwo dlatego, że z jednej strony jedzie strzemieniem w strzemię mały rycerz, z drugiej --- pan Motowidło. Pierwszy pilnie baczy na swoje kochanie --- i to zgasi tak człeka jak świecę, to płytkim sztychem odwali ramię wraz z bronią, to czasem wetknie ostrze między Basię a nieprzyjaciela i wraża[89] szabla wyleci nagle tak w górę, jakby była ptakiem skrzydlatym.</akap>
<akap>Pan Motowidło, żołnierz flegmatyk[90], pilnował drugiego boku mężnej pani. I jako pracowity sadownik idąc wśród drzew raz w raz odetnie lub pokruszy suchą gałęź, tak on raz w raz strącał ludzi na skrwawioną ziemię, walcząc z taką flegmą i spokojem, jak gdyby o czym innym myślał. Obaj wiedzieli, kiedy Basi samej pozwolić na natarcie, a kiedy ją uprzedzić lub zastąpić.</akap>
<akap>Czuwał nad nią z daleka i ktoś trzeci, łucznik niezrównany, któren stojąc umyślnie opodal, co chwila bełt strzały do cięciwy przykładał i puszczał niechybnego posłańca śmierci w tłok największy.</akap>
<akap>Lecz tłok uczynił się tak srogi, że Wołodyjowski nakazał Basi cofnąć się wraz z kilkoma ludźmi z zamętu, zwłaszcza że półdzikie konie ordyńców jęły gryźć i wierzgać. Basia zaś usłuchała niezwłocznie, bo jakkolwiek zapał ją unosił i mężne serce do dalszej zachęcało walki, przecie jej niewieścia natura poczęła brać górę nad uniesieniem i wzdragać się wśród tej rzezi, na widok krwi, wśród wycia, jęków, chrapania konających, w powietrzu przesiąkłym zapachem surowicy i potu.</akap>
<akap>Cofając więc z wolna konia, wkrótce znalazła się za kołem walczących, zaś pan Michał i pan Motowidło, uwolnieni od pilnowania, mogli wreszcie dać zupełną swej ochocie żołnierskiej folgę[91].</akap>
<akap>Tymczasem pan Muszalski, stojący dotychczas opodal, zbliżył się do Basi.</akap>
<akap_dialog>--- Waćpani dobrodzika prawdziwie po kawalersku stawałaś --- rzekł jej. --- Ktoś nie wiedzący myślałby, że archanioł Michał zstąpił z niebios między semenów i psubratów gromi... Co za honor dla nich ginąć z takiej oto rączki, którą przy okazji niech mi ucałować będzie niewzbronno.</akap_dialog>
<akap>To rzekłszy pan Muszalski chwycił rękę Basi i przycisnął do niej wąsiska.</akap>
<akap_dialog>--- Waćpan widziałeś? Istotnie dobrze stawałam? --- spytała Basia chwytając w otwarte nozdrza i usta powietrze.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Że i kot lepiej przeciw szczurom nie staje. Serce mi tu rosło, jak Pana Boga kocham! Aleś waćpani słusznie uczyniła cofając się z bitwy, bo pod koniec zwykle o przygodę najłatwiej.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Mąż mi kazał, a ja na wyjezdnym przyrzekłam mu, że go wraz usłucham.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Może łuk swój zostawić? Nie! Na nic mi on teraz, bo też z szablą skoczę. Widzę trzech ludzi nadjeżdżających, których pewnie pan pułkownik dla pilnowania jej dostojnej osoby przysyła. Inaczej ja bym przysłał; ale ścielę się do stóp, bo tam już koniec niedługo będzie, i trzeba mi się spieszyć.</akap_dialog>
<akap>Trzech dragonów istotnie nadjechało dla pilnowania Basi, co widząc pan Muszalski rozpuścił konia i skoczył. Basia wahała się przez chwilę, czy zostać na miejscu, czy objechawszy urwistą ścianę wspiąć się na wzgórze, z którego przed bitwą spoglądali na równinę. Lecz czując zmęczenie wielkie postanowiła zostać.</akap>
<akap>Niewieścia natura odzywała się w niej coraz silniej. O jakie dwieście kroków docinano bez litości reszty grasantów i czarna kupa walczących wichrzyła się coraz gwałtowniej na krwawym pobojowisku. Krzyki rozpaczliwe wstrząsały powietrzem, a Basi, niedawno jeszcze tak pełnej zapału, uczyniło się jakoś mdło i słabo. Zdjął ją strach wielki, by nie omdlała całkiem, i tylko wstyd przed dragonami podtrzymywał ją na kulbace; odwracała jednak starannie od nich twarz, by nie dojrzeli na niej bladości. Świeże powietrze wracało jej z wolna siły i animusz, nie do tego jednak stopnia, by miała ochotę skoczyć znów między walczących. Byłaby to uczyniła chyba dlatego, by prosić o zmiłowanie nad ostatkami ordyńców. Wiedząc zresztą, że na nic by się to nie zdało, wyglądała z upragnieniem końca bitwy.</akap>
<akap>A tam bito i bito. Odgłos rąbaniny i krzyki nie ustawały ani na chwilę. Upłynęło może pół godziny: chorągwie stłaczały się coraz mocniej. Nagle kupka grasantów licząca może dwudziestu jeźdźców wyrwała się z morderczego koliska i poczęła biec jak wicher ku wzgórzu.</akap>
<akap>Pomykając wzdłuż urwiska mogli istotnie dobrać się do miejsca, gdzie wzgórze łagodnie zlewało się z równiną, i znaleźć na wysokim stepie ocalenie. Ale na ich drodze stała z trzema dragonami Basia. Widok niebezpieczeństwa wlał w tej chwili moc do jej serca i przytomność do jej umysłu. Zrozumiała, że zostać jest zgubą, bo kupa owa samym pędem obali ich i roztratuje, nie mówiąc o tym, że na szablach zostaną rozniesieni.</akap>
<akap>Stary wachmistrz dragoński widocznie tego samego był zdania, bo chwycił ręką za cugiel Basinego dzianecika, zawrócił go ku ucieczce i krzyknął desperackim niemal głosem:</akap>
<akap_dialog>--- W konie, jasna pani!</akap_dialog>
<akap>Basia pomknęła jak wicher, ale sama; wierni trzej żołnierze stanęli murem na miejscu, by choć przez chwilę powstrzymać nieprzyjaciela i dać ukochanej pani czas odsadzenia się na większą odległość.</akap>
<akap>Tymczasem za ową kupą skoczyli natychmiast w pościgu żołnierze, ale pierścień otaczający dotąd szczelnie grasantów tym samym przerwał się, więc poczęli się wymykać po dwóch, po trzech, potem coraz liczniej. Ogromna większość ich leżała już pokotem, ale kilkudziesięciu, wraz z Azba-bejem, zdołało zbiec. Wszystkie te kupy pędziły co koń wyskoczy ku wzgórzu.</akap>
<akap>Trzej dragoni nie zdołali zatrzymać wszystkich uciekających, zresztą po krótkiej walce spadli z kulbak[92], hurma[93] zaś biegąc śladem Basi zawróciła na skłonie wzgórza i wydostała się na step wysoki. Polskie chorągwie, a w przodzie najbliższa lipkowska, pędziły co koń wyskoczy o kilkadziesiąt kroków za nimi.</akap>
<akap>Na wysokim stepie poprzecinanym gęsto zdradliwymi rozpadlinami i jarami utworzył się z jeźdźców jakoby wąż olbrzymi: głowę jego stanowiła Basia, szyję grasanci, a dalszy ciąg cielska Mellechowicz z Lipkami i dragoni, na których czele pędził Wołodyjowski z ostrogami wbitymi w boki konia i przerażeniem w duszy.</akap>
<akap>W chwili kiedy owa garść zbójów wyrwała się z koła, był on zajęty z drugiej jego strony, dlatego Mellechowicz uprzedził go w pościgu. Teraz więc włos stawał dębem na głowie małego rycerza na myśl, że Basia może być przez zbiegów ogarnięta, że może utracić przytomność i umykać wprost w stronę Dniestru, że którykolwiek ze zbójów może przy wymijaniu dosięgnąć ją szablą, handżarem lub kiścieniem. I serce zamierało w nim z obawy o życie ukochanego stworzenia. Leżąc prawie na karku końskim, wybladły, ze ściśniętymi zębami, z wichrem okropnych myśli w głowie, bódł rumaka zbrojnymi piętami, okładał go płazem i leciał jak drop, nim zerwie się do lotu. Przed nim migały baranie kapuzy Lipków.</akap>
<akap_dialog>--- Boże daj, by Mellechowicz nadążył. On na dobrym koniu, Boże daj! --- powtarzał z rozpaczą w duszy.</akap_dialog>
<akap>Lecz obawy jego były płonne, a niebezpieczeństwo nie tak wielkie, jak się rozkochanemu rycerzowi zdawało. Tatarom nadto chodziło o własną skórę; nadto blisko czuli za plecami Lipków, by mieli ścigać pojedynczego jeźdźca, choćby ten jeździec był najpiękniejszą hurysą z Mahometowego raju i umykał w płaszczu całkiem klejnotami wyszytym. Basia potrzebowała tylko zatoczyć kołem w stronę Chreptiowa, by się pozbyć pogoni, tamci bowiem z pewnością nie zawracaliby za nią w paszczę lwu, mając wprost przed sobą rzekę wraz z jej komyszami[94], w których się ukryć mogli. Lipkowie, mając konie lepsze, i tak zbliżali się do nich coraz więcej. KońBasia zaś siedziała na dzianecie nieporównanie ściglejszym od zwykłych, kudłatych bachmacików ordyńskich, bardzo wytrwałych w biegu, ale nie tak rączych jak konie wysokiej krwi. Na koniec, nie tylko nie straciła przytomności, ale zuchowata natura ozwała się w niej z całą siłą i krew rycerska zagrała na nowo w jej żyłach.</akap>
<akap>Dzianet jej wyciągnął się jak sarna, wiatr świszczał jej w uszach i zamiast strachu ogarnęło ją pewne uczucie upojenia.</akap>
<akap>,,Rok cały mogą mnie gonić i nie zgonią --- pomyślała sobie. --- Popędzę jeszcze, a potem zawrócę i albo ich puszczę przed siebie, albo --- gdyby mnie ścigać nie przestali --- pod szable ich podprowadzę".</akap>
<akap>Przyszło jej na myśl, iż jeśli jadący za nią grasanci rozproszyli się zbyt po stepie, to może przy zawrocie przyjdzie jej natknąć się na którego i pojedynczą walkę stoczyć.</akap>
<akap_dialog>--- Ba! To i cóż! --- rzekła na ową myśl do swej walecznej duszy. --- Michał tak mnie już wyuczył, że śmiało mogę się ważyć, a inaczej pomyślą jeszcze, że ze strachu uciekam, i na drugą ekspedycję nie wezmą, a przy tym pan Zagłoba będzie ze mnie dworował...</akap_dialog>
<akap>To sobie rzekłszy obejrzała się za łotrzykami, ale ci uciekali kupą. Do walki pojedynczej nie było żadnego podobieństwa, lecz Basi zachciało się koniecznie złożyć na oczach całego wojska dowód, że nie ucieka na oślep i w zapamiętaniu.</akap>
<akap>W tym celu wspomniawszy, iż ma w olstrach dwa pistoleciki wyborne, a przed odjazdem przez samego Michała starannie nabite, poczęła wstrzymywać dzianeta, a raczej zawracać go, hamując, w stronę Chreptiowa.</akap>
<akap>Lecz o cudo, na ten widok cała kupa grasantów zmieniła nieco kierunek ucieczki, biorąc się więcej w lewo, ku brzegowi wzgórza. Basia, podpuściwszy ich na kilkadziesiąt kroków, wypaliła po dwakroć do najbliższych koni, następnie zatoczywszy koło skoczyła całym pędem w stronę Chreptiowa.</akap>
<akap>KońLecz zaledwie dzianet przebiegł z szybkością jaskółki kilkanaście kroków, gdy nagle zaczerniała przed nim szeroka rozpadlina stepowa. Basia wspięła go ostrogami bez namysłu i szlachetny zwierz nie odmówił skoku. Ale przednie tylko jego kopyta zachwyciły nieco przeciwległego brzegu, więc przez chwilę szukał gwałtownie tylnymi podparcia na stromej ścianie, za czym nie dość zmarznięta jeszcze ziemia obsunęła mu się spod nóg i runął w szczelinę wraz z Basią.</akap>
<akap>Na szczęście nie przygniótł jej, bo pierwej jeszcze zdołała wyrzucić nogi ze strzemion i przechylić się w bok z całej mocy. Padła też na gruby pokład mchu wyściełającego niby futrem dno szczeliny, ale wstrząśnienie było tak silne, że zemdlała.</akap>
<akap>Miłość, Kobieta, Pożądanie, PocałunekWołodyjowski nie dojrzał wypadku, bo mu horyzont przesłaniali Lipkowie, natomiast Mellechowicz wrzasnął okropnym głosem na ludzi, by nie zatrzymując się ścigali dalej grasantów, sam zaś dobiegłszy do jaru stoczył się na łeb w dół.</akap>
<akap>W mgnieniu oka zeskoczył z kulbaki i porwał Basię w ramiona. Sokole oczy jego objęły ją całą w jednej chwili, bacząc, czy nie dojrzą gdzie krwi, potem błyskawicą padły na mchy. Zrozumiał, że one to uchroniły od śmierci i ją, i dzianeta.</akap>
<akap>Przygłuszony okrzyk radości wyrwał się z ust młodego Tatara.</akap>
<akap>Basia jednak ciążyła mu na rękach, więc przycisnął ją z całej mocy do piersi, potem zbladłymi wargami począł całować raz po raz jej oczy, potem przywarł ustami do jej ust, jakby duszę z niej wypić pragnął, wreszcie świat cały zakręcił się z nim szalonym wirem, zatajona na dnie piersi, jak smok w jaskini, namiętność porwała go jak burza.</akap>
<akap>W tej chwili jednak tętent licznych koni rozległ się echem z wysokiego stepu i zbliżał się coraz bardziej. Liczne głosy poczęły wołać: ,,Tu! W tym jarze! Tu!"</akap>
<akap>Mellechowicz złożył Basię na mchach i ozwał się nadjeżdżającym:</akap>
<akap_dialog>--- Bywaj! Tu! Bywaj!</akap_dialog>
<akap>W minutę później Wołodyjowski skoczył na dno jaru, za nim pan Zagłoba, Muszalski, Nienaszyniec i kilku innych oficerów.</akap>
<akap_dialog>--- Nic jej! --- zakrzyknął Tatar. --- Mchy ją ocaliły.</akap_dialog>
<akap>Wołodyjowski porwał omdlałą żonę na ręce, inni skoczyli po wodę, której w pobliżu nie było. Zagłoba chwyciwszy skronie omdlałej począł wołać:</akap>
<akap_dialog>--- Basiu! Baśka najmilsza! Baśka!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nic jej! --- powtórzył blady jak trup Mellechowicz.</akap_dialog>
<akap>AlkoholTymczasem Zagłoba uderzył się po boku, chwycił manierkę, nalał gorzałki na dłoń i począł Basine skronie nią wycierać, następnie przechylił manierkę do jej ust, co widocznie poskutkowało, bo nim inni nadbieżeli z wodą, ona otworzyła oczy i poczęła chwytać powietrze ustami, pokasłując przy tym, bo jej gorzałka paliła podniebienie i gardło. W kilka minut przyszła zupełnie do siebie.</akap>
<akap>Wołodyjowski, nie zważając na obecność oficerów i żołnierzy, to przyciskał ją do piersi, to okrywał pocałunkami jej ręce mówiąc:</akap>
<akap_dialog>--- A mojeż ty kochanie. Mało dusza ze mnie nie wyszła. Nicże ci? Nic cię nie boli?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nic mi! --- odrzekła Basia. --- Aha! Widzę teraz, że mnie zamroczyło, bo koń się ze mną opsnął... Zali to już po bitwie?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Już. Azba-bej usieczon. Wracajmy teraz prędko, bo się boję, abyś mi nie zachorzała od fatygi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wcale żadnej fatygi nie czuję! --- rzekła Basia.</akap_dialog>
<akap>Po czym spojrzawszy bystro po obecnych rozdęła chrapki.</akap>
<akap_dialog>--- Tylko nie myślcie waćpanowie, żem uciekała ze strachu. Oho! Ani mi się śniło. Jak Michała miłuję, tak sobie dla uciechy gnałam przed nimi, a potem z pistoletów wypaliłam.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Koń od owych wystrzałów jeden postrzelon i zbója wzięliśmy żywcem --- wtrącił Mellechowicz.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A co? --- odrzekła Basia. --- Taki szwank przy skoku każdemu może się przytrafić, prawda? Żadna eksperiencja od tego nie obroni, że się koń czasem opsnie. Ha! Dobrze, żeście mnie waćpanowie postrzegli, bo mogłabym tu długo poleżeć.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pierwszy dostrzegł cię pan Mellechowicz i pierwszy ratował, bo myśmy za nim pędzili --- odrzekł Wołodyjowski.</akap_dialog>
<akap>Basia usłyszawszy to zwróciła się do młodego Lipka i wyciągnęła do niego rękę.</akap>
<akap_dialog>--- Dziękuję waćpanu za życzliwość.</akap_dialog>
<akap>On nic nie odrzekł, tylko przycisnął do ust jej rękę, a potem pochylił się i objął z pokorą jej stopy, jak chłop.</akap>
<akap>Tymczasem coraz więcej chorągwi ściągało nad brzeg szczeliny; bitwa była skończona, więc pan Wołodyjowski wydał tylko rozkazy Mellechowiczowi, aby urządził obławę na tych kilkunastu ordyńców, którzy zdołali ukryć się przed pościgiem, i zaraz wszyscy ruszyli do Chreptiowa. Po drodze widziała Basia raz jeszcze ze wzniesienia pobojowisko.</akap>
<akap>Trup, Zwierzęta, PtakTrupy ludzkie i końskie leżały miejscami w kupach, miejscami pojedynczo. Po błękicie niebieskim płynęły ku nim coraz liczniej, z wielkim krakaniem stada kruków i siadały opodal, czekając, by pocztowi kręcący się jeszcze po równinie odjechali.</akap>
<akap_dialog>--- Ot, żołnierscy grabarzowie! --- rzekł wskazując ptactwo krzywcem szabli Zagłoba --- a niech jeno odjedziem, przyjadą tu wilcy z kapelą i zębami będą tym nieboszczykom dzwonić. Znaczna to jest wiktoria, choć nad tak nikczemnym nieprzyjacielem odniesiona, bo ów Azba od kilku lat to tu, to tam grasował. Polowali na niego komendanci jak na wilka, zawsze na próżno, aż wreszcie na Michała trafił i przyszła nań czarna godzina.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Azba-bej usieczon?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Mellechowicz go pierwszy dojechał i powiadam ci, kiedy go nie wyciął nad uchem, to aż mu szabla do zębów doszła.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Mellechowicz dobry żołnierz! --- rzekła Basia.</akap_dialog>
<akap>Tu zwróciła się do pana Zagłoby:</akap>
<akap_dialog>--- A waćpan siła dokazywałeś?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie piszczałem jako świerszcz, nie skakałem jako pchła ani jako cyga, bo takową uciechę insektom zostawuję, ale też za to nie szukano mnie między mchami jako grzyba, za nos mnie nikt nie ciągnął ani też w gębę mi nikt nie dmuchał...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Waćpana nie kocham! --- odrzekła Basia wysuwając naprzód usta i sięgając mimo woli do swego różowego noska.</akap_dialog>
<akap>A on patrzył na nią, uśmiechał się i mruczał nie przestając dworować:</akap>
<akap_dialog>Kobieta, Walka, Żołnierz--- Biłaś się walecznie --- rzekł --- umykałaś walecznie, przewróciłaś kozła walecznie, a teraz będziesz się od bólu w kościach kaszą okładała także walecznie; my zaś musimy cię pilnować, aby cię razem z twoją walecznością wróble nie zdziobały, gdyż one na kaszę wielce łakome.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Waćpan już w to godzisz, żeby mnie Michał na drugą ekspedycję nie zabrał. Wiem doskonale!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Owszem, owszem, będę go prosił, żeby cię zawsze na orzechy brał, boś misterna i gałęź się pod tobą nie złamie. Mój Boże, to mi wdzięczność! A któż Michała namawiał, byś z nami jechała? Ja! Srodze sobie to teraz wyrzucam, zwłaszcza że mi tak moją życzliwość płacisz. Czekaj! Będziesz teraz drewnianą szabelką badyle na chreptiowskim majdanie ścinać! Ot, dla ciebie ekspedycja! Inna by starego uściskała, a to licho kąśliwe naprzód mi strachu narobiło, a ninie jeszcze na mnie nastaje!</akap_dialog>
<akap>Basia niewiele myśląc uściskała zaraz pana Zagłobę, któren uradował się z tego wielce i rzekł:</akap>
<akap_dialog>--- No, no! Przyznać muszę, żeś się cokolwiek do dzisiejszej wiktorii przyczyniła, bo żołnierze, że to każden chciał się popisać, z okrutną furią się bili.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jako żywo! --- zawołał pan Muszalski. --- Nie żal człeku i zginąć, gdy takie oczy na niego patrzą!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- <slowo_obce>Vivat</slowo_obce> nasza pani! --- zakrzyknął pan Nienaszyniec.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- <slowo_obce>Vivat</slowo_obce>! --- powtórzyło sto głosów</akap_dialog>.
<akap_dialog>--- Daj jej Boże zdrowie!</akap_dialog>
<akap>A pan Zagłoba pochylił się ku Basi i mruknął:</akap>
<akap_dialog>--- Po słabości!</akap_dialog>
<akap>I jechali wesoło dalej, pokrzykując, pewni uczty wieczorem. Pogoda uczyniła się cudna. Trębacze zagrali po chorągwiach, dobosze uderzyli w kotły i z wielkim gwarem wjechali wszyscy do Chreptiowa.</akap>
Przypisy
- <slowo_obce>kluba</slowo_obce> --- dawne narzędzie tortur; brać kogo w kluby: dyscyplinować.
- <slowo_obce>murza</slowo_obce> (z pers.) --- wódz, książę tatarski.
- <slowo_obce>trzy prządki (...) żywota</slowo_obce> --- nawiązanie do mit. gr., według której trzy Parki przędły nić ludzkiego życia.
- <slowo_obce>wywiuczyć</slowo_obce> (z tur., przestarz.) --- rozładować, zdjąć bagaż z grzbietu zwierzęcia.
- <slowo_obce>semen</slowo_obce> (z ukr.) --- nadworny kozak z Rusi.
- <slowo_obce>dragan</slowo_obce> (z fr.) --- żołnierz lekkiej jazdy.
- <slowo_obce>ciura</slowo_obce> (daw.) --- pachołek.
- <slowo_obce>potencja</slowo_obce> (z łac.) --- siła, potęga.
- <slowo_obce>praemium</slowo_obce> (łac.) --- nagroda, zapłata.
- <slowo_obce>deliberacja</slowo_obce> (z łac.) --- rozmyślanie, rozważanie.
- <slowo_obce>pauper</slowo_obce> (z łac.) --- biedak, ubogi chłopiec utrzymujący się z jałmużny, ulicznik.
- <slowo_obce>silentium</slowo_obce> (łac.) --- cisza.
- <slowo_obce>dufać</slowo_obce> (daw.) --- dziś: ufać.
- <slowo_obce>monstrum</slowo_obce> (łac.) --- potwór.
- <slowo_obce>praesidium</slowo_obce> (łac.) --- obrona.
- <slowo_obce>kosztur</slowo_obce> (daw.) --- narzędzie do sadzenia drzewek, por. kostur.
- <slowo_obce>assentior</slowo_obce> (łac.) --- zgadzam się.
- <slowo_obce>fortalicja</slowo_obce> (z łac.) --- budowla obronna lub umocniony dwór szlachecki.
- <slowo_obce>grzeczny</slowo_obce> (daw.) --- do rzeczy (od: k' rzeczy), porządny.
- <slowo_obce>bene natus</slowo_obce> (łac.) --- dobrze urodzony, szlachcic.
- <slowo_obce>posesjonat</slowo_obce> (z łac.) --- posiadacz ziemski.
- <slowo_obce>imparitatem</slowo_obce> (łac.) --- nierówność; tu: o zarzucie niższości stanu.
- <slowo_obce>mechera</slowo_obce> (gw., przestarz.) --- pęcherz wieprzowy.
- <slowo_obce>kopa</slowo_obce> (daw.) --- sześćdziesiąt sztuk.
- <slowo_obce>personat</slowo_obce> (z łac.) --- osobistość.
- <slowo_obce>ex quo</slowo_obce> (łac.) --- z których, od których.
- <slowo_obce>mir</slowo_obce> (daw.) --- posłuch, szacunek.
- <slowo_obce>marcypan</slowo_obce> --- dziś popr. marcepan.
- <slowo_obce>czwanić</slowo_obce> --- popisywać się.
- <slowo_obce>zagończyk</slowo_obce> (hist.) --- żołnierz doświadczony w walce na tyłach wroga, zwł. oddziałów tatarskich.
- <slowo_obce>rarytet</slowo_obce> --- rzadkość, osobliwość; dziś popr. rarytas.
- <slowo_obce>inkursja</slowo_obce> (daw.) --- napad.
- <slowo_obce>agricola</slowo_obce> (łac.) --- rolnik; tu w M lm.
- <slowo_obce>krynica</slowo_obce> --- źródło.
- <slowo_obce>mdły</slowo_obce> (daw.) --- słaby.
- <slowo_obce>mizerykordia</slowo_obce> (z łac.) --- tu: litość.
- <slowo_obce>tuzłuczek</slowo_obce> wyporkami podbity --- okrycie podszyte futrem karakułowym.
- <slowo_obce>vivat</slowo_obce> (łac.) --- niech żyje.
- <slowo_obce>majdan</slowo_obce> (ukr.) --- plac, rynek.
- <slowo_obce>częstokół</slowo_obce> --- ogrodzenie z bali.
- <slowo_obce>krzywuła</slowo_obce> --- drewniany instrument dęty o zakrzywionej rurze.
- <slowo_obce>litaur</slowo_obce> --- rodzaj bębna.
- <slowo_obce>crescite (...) multiplicamini</slowo_obce> (łac.) --- rośnijcie (i) rozmnażajcie się; cytat z łac. tłumaczenia Biblii.
- <slowo_obce>palanka</slowo_obce> --- gatunek wódki.
- <slowo_obce>ranny</slowo_obce> --- tu: wczesny.
- <slowo_obce>minaret</slowo_obce> (z tur.) --- wieża przy meczecie.
- <slowo_obce>paragon</slowo_obce> (przestarz.) --- współzawodnictwo, rywalizacja.
- <slowo_obce>casus cognoscere meos</slowo_obce> (łac.) --- poznać mój przypadek, moją historię.
- <slowo_obce>abominacja</slowo_obce> (z łac. <slowo_obce>abominatio</slowo_obce>) --- wstręt, odraza, obrzydzenie.
- <slowo_obce>odium</slowo_obce> (łac.) --- nienawiść.
- <slowo_obce>clamor</slowo_obce> (łac.) --- krzyk.
- <slowo_obce>Nec Hercules contra plures </slowo_obce> (łac.) --- dosł. I Herkules nie poradzi przeciw wielu.
- <slowo_obce>potencja</slowo_obce> --- tu: siła.
- <slowo_obce>orbis terrarum</slowo_obce> (łac. tu w D. lp.) --- krąg ziemski.
- <slowo_obce>in pugna navali</slowo_obce> (łac.) --- w bitwie morskiej.
- <slowo_obce>in tenebris</slowo_obce> (łac.) --- w strachu.
- <slowo_obce>insula</slowo_obce> (łac.) --- wyspa.
- <slowo_obce>dywersja</slowo_obce> --- niszczące działanie na tyłach wroga.
- <slowo_obce>semina</slowo_obce> (łac.) --- ziarna.
- <slowo_obce>frukta</slowo_obce> (z łac.) --- owoce.
- <slowo_obce>tenor</slowo_obce> --- tu: głos.
- <slowo_obce>inkwizycja</slowo_obce> (z łac.) --- badanie, dochodzenie.
- <slowo_obce>canis fidelis</slowo_obce> (łac.) --- wierny pies.
- <slowo_obce>krymka</slowo_obce> --- tatarska czapeczka bez daszka.
- <slowo_obce>praemium</slowo_obce> (łac.) --- nagroda.
- <slowo_obce>dywulgować</slowo_obce> (z łac.) --- ujawniać.
- <slowo_obce>finis coronat opus</slowo_obce> (łac.) --- koniec wieńczy dzieło.
- <slowo_obce>Mulier insidiosa est</slowo_obce>! (łac.) --- kobieta jest przebiegła!
- <slowo_obce>effendi</slowo_obce> (z tur.) --- pan, władca; tu w formie W. lp.
- <slowo_obce>perkułab</slowo_obce> --- urzędnik.
- <slowo_obce>eiusdem matris</slowo_obce> (łac.) --- tej samej matki.
- <slowo_obce>rebelizant</slowo_obce> (przestarz.) --- buntownik.
- <slowo_obce>przecz</slowo_obce> (przestarz.) --- dlaczego.
- <slowo_obce>indygenat</slowo_obce> (z łac.) --- nadanie cudzoziemcowi polskiego szlachectwa.
- <slowo_obce>dyzgust</slowo_obce> (przestarz.) --- niechęć, niezadowolenie.
- <slowo_obce>inkursja</slowo_obce> (z łac.) --- najazd.
- <slowo_obce>czajka</slowo_obce> --- szybka i zwrotna łódź kozacka.
- <slowo_obce>komputowe wojsko</slowo_obce> --- stałe wojsko zaciężne w XVIIw.
- <slowo_obce>handżar</slowo_obce> (z arab.) --- rodzaj sztyletu.
- <slowo_obce>jatagan</slowo_obce> (z tur.) --- broń sieczna o wygiętej głowni.
- <slowo_obce>kiścień</slowo_obce> --- broń w postaci drewnianego trzonka z przyczepionym na rzemieniu ołowiem.
- <slowo_obce>rohatyna</slowo_obce> (z ukr.) --- włócznia zakończona hakiem.
- <slowo_obce>samopał</slowo_obce> --- ręczna broń palna, rodzaj rusznicy.
- <slowo_obce>rapeć</slowo_obce> --- rzemień lub taśma podtrzymująca szablę.
- <slowo_obce>olstro</slowo_obce> (z niem.) --- skórzany futerał na pistolety przy siodle.
- <slowo_obce>cisawy</slowo_obce> --- czerwonobrunatna maść konia.
- <slowo_obce>chmyz</slowo_obce> (przestarz., pot.) --- smarkacz.
- <slowo_obce>sagacitas narium</slowo_obce> (łac.) --- wyczuwanie węchem.
- <slowo_obce>wraży</slowo_obce> --- dziś: wrogi.
- <slowo_obce>flegmatyk</slowo_obce> (z gr.) --- człowiek powolny, spokojny.
- <slowo_obce>dać (...) folgę</slowo_obce> --- pozwolić sobie.
- <slowo_obce>kulbaka</slowo_obce> (z wł.) --- siodło, dawniej drewniane, używane przez Tatarów.
- <slowo_obce>hurma</slowo_obce> (przestarz.) --- tłum, gromada.
- <slowo_obce>komysz</slowo_obce> (przestarz.) --- podmokłe zarośla.

