Lektury: 2

Edytuj
Komentarze              Archiwum wersji (wszystkie edycje)

Skopiowano ze stron roboczych projektu Wolne Podręczniki

<akap>
Ojciec Goriot siedział na końcu stołu przy drzwiach, przez które wnoszono jedzenie; zawołany, podniósł głowę, nie przestając wąchać kawałka chleba wyjętego spod serwety było to stare przyzwyczajenie z czasów kupieckich, którego się jeszcze nie pozbył.
</akap>

<akap_dialog>
--- Cóż to takiego? --- zabrzmiał cierpko głos pani Vauquer, zagłuszając głośną rozmowę oraz brzęk łyżek i talerzy --- czy się panu chleb nie podoba?
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Przeciwnie, pani --- odparł --- to chleb z najprzedniejszej etampskiej mąki.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Po czym to pan poznaje? --- zagadnął Eugeniusz.
</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Po białości, po smaku.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Chybaś pan nosem smakował, bo widziałam, jakeś wąchał kawałek chleba --- rzekła pani Vauquer. --- Stajesz się pan coraz oszczędniejszym i z czasem dojdziesz chyba do tego, że wdychanie wyziewów kuchennych będzie dla pana dostatecznym pożywieniem.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Wtedy zastrzeż pan sobie własność wynalazku, a dorobisz się pięknego majątku --- zawołał urzędnik z Muzeum.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Dajcież państwo pokój! --- rzekł malarz --- ojciec Goriot chciał tylko dowieść swym postępkiem, że był w rzeczy samej fabrykantem makaronu.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Jak widać, z pańskiego nosa mogłaby być retorta --- rzekł znów urzędnik z Muzeum.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Co? --- podchwycił Bianchon --- re...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Re-zeda.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Re-flektor.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Re-zerwa.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Re-duta.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Re-netka.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Re-zydent.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Re-nifer.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Re-torama.</akap_dialog>

<akap>
Osiem odpowiedzi posypało się niby grad kul ze wszystkich stron sali. Wrażenie było tym śmieszniejsze, że ojciec Goriot spoglądał po zgromadzonych z głupowatą miną człowieka, który usiłuje zrozumieć cudzoziemską mowę.
</akap>

<akap_dialog>
--- Re? --- powtórzył pytająco, zwracając się do siedzącego obok Vautrina.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Re-umatyzm, mój starowino! --- zawołał Vautrin, uderzając Goriota po głowie i wtłaczając mu kapelusz aż na oczy.
</akap_dialog>

<akap>
Biedny staruszek tak osłupiał po tym napadzie niespodziewanym, że przez kilka minut siedział nieruchomy. Krzysztof sądził, że pan Goriot nie je już zupy i zabrał mu talerz; lecz nieborak nie spostrzegł tego i poprawiwszy kapelusz, opuścił łyżkę na stół w mniemaniu, że talerz znajduje się na swoim miejscu.
</akap>

<akap>Wszyscy obecni parsknęli śmiechem.</akap>

<akap_dialog>
--- Mój panie --- zawołał starzec --- jesteś pan kiepskim trefnisiem! Nadal radzę mu powstrzymywać się od podobnych sztuczek, bo...
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Bo co, tatusiu? --- przerwał Vautrin.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Bo kiedyś zapłacisz mi pan za to sowicie...</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- W piekle, nieprawdaż? --- rzekł malarz --- w tym ciemnym kąciku, gdzie się stawia niegrzeczne dzieci.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Pani nic nie je --- rzekł Vautrin do Wiktoryny. --- Zapewne ojczulek okazał się nieprzystępnym?
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To okropny człowiek --- zawołała pani Couture.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Warto by nauczyć go rozumu --- rzekł Vautrin.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Pani mogła by wytoczyć proces o artykuły żywności, gdyż wcale nie je --- odezwał się Eugeniusz, który siedział niedaleko od Bianchona. --- Ach, proszę no spojrzeć, jak ojciec Goriot wpatruje się w pannę Wiktorynę.
</akap_dialog>

<akap>
Stary zapomniał o jedzeniu i nie spuszczał oczu z twarzy dziewczęcia, napiętnowanej boleścią prawdziwą, boleścią dziecka odtrąconego, które pomimo to nie przestało kochać swego ojca.
</akap>

<akap_dialog>
--- Mój drogi --- szepnął Eugeniusz --- źleśmy osądzili ojca Goriot. To nie jest ani głupiec, ani człowiek bez czucia. Spróbuj no zastosować do niego system Galla i wtedy powiedz mi swe zdanie. Dzisiejszej nocy sam byłem świadkiem, jak starzec ten gniótł półmisek srebrny i to z największą łatwością: rzekłbyś, że miał w ręku wosk a nie metal; w obecnej zaś chwili twarz jego zdradza uczucie niezwykłe. Mnie się zdaje, iż życie Goriota zbyt jest tajemnicze, by nie zasługiwało na głębsze zbadanie. Tak, Bianchon, nie śmiej się, bo ja nie żartuję wcale.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Nie przeczę --- rzekł Bianchon --- że dla medyka człowiek ten jest ciekawym okazem. Jeżeli się zgodzi, gotowym sam dokonać na nim sekcji.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Lepiej pomacaj mu głowę.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- A, dziękuję! Kto wie, czy jego głupota nie jest zaraźliwa?
</akap_dialog>

<akap>
Nazajutrz, około trzeciej po południu, Rastignac ubrany bardzo wykwintnie poszedł do pani de Restaud. W drodze oddał się cały owej nadziei lekkomyślnej, która tysiącem wzruszeń barwi młode życie. Młodzież nie rachuje przeszkód i niebezpieczeństw; gra bujnej wyobraźni idealizuje życie w ich oczach i widzą przed sobą same powodzenia; zburzenie planów, które utworzyła żądza wybujała pogrąża ich w smutku, niekiedy nawet czyni nieszczęśliwymi; gdyby byli odważniejsi i mniej nieświadomi, to budowa społeczna nie mogłaby się przy nich ostać. Eugeniusz wystrzegał się jak mógł, żeby się nie zabłocić, a obok tego układał w myśli, co powie pani de Restaud, przysposabiał zapas dowcipu, wymyślał odpowiedzi stosowne do przypuszczalnej rozmowy, przygotowywał słówka dowcipne, zdania á la Talleyrand i przypuszczał tysiączne okoliczności mogące mu ułatwić wynurzenie uczuć, na którym opierał całą swą przyszłość. I biedny student zabłocił się tak okrutnie, że w Palais Royal musiał kazać oczyścić sobie buty i spodnie. ,,Gdybym był bogaty, rzekł do siebie rozmieniając stusoldową monetę, w którą się zaopatrzył na wszelki wypadek, byłbym pojechał powozem i mógłbym rozmyślać swobodnie". Dostawszy się wreszcie na ulicę du Helder, zapytał o hrabinę de Restaud i spotkał pogardliwe wejrzenie służących, którzy domyślili się, że młody człowiek przyszedł piechotą, gdyż nie słyszeli turkotu przed bramą. Eugeniusz zniósł to wejrzenie z chłodną wściekłością człowieka, pewnego, że kiedyś zwycięży los przeciwny; niemniej jednak zabolało go ono dotkliwie, gdyż wchodząc na podwórze sam przekonał się o swej niższości, na widok pięknego rumaka, który się tam niecierpliwił w bogatym zaprzęgu. Kabriolet, nie mniej piękny od rumaka, świadczył o zbytkownym i swobodnym życiu właściciela, który mógł prawdopodobnie kosztować wszystkich rozkoszy paryskich. Dosyć było tej jednej okoliczności, by zupełnie zepsuć studentowi humor. Wszystkie skrytki jego mózgu, które naładował dowcipem, zamknęły się naraz i Eugeniusz stał się zupełnie głupi. Stanął na jednej nodze przed oknem przedpokojowym, oparł łokieć o zasuwkę i patrzył machinalnie na dziedziniec, czekając odpowiedzi hrabiny, której lokaj poszedł zameldować odwiedzających. Czas wydawał mu się nieznośnie długi i byłby wyszedł niezawodnie, gdyby nie posiadał tej uporczywości właściwej południowcom, która może działać cuda, jeżeli jest skierowana na drogę właściwą.
</akap>

<akap_dialog>
--- Pani jest bardzo zajęta w swoim buduarze --- rzekł kamerdyner --- nie odpowiedziała mi wcale; ale może pan zechce przejść do salonu, tam czeka już ktoś inny.
</akap_dialog>

<akap>
Zastanawiając się nad władzą potężną tych ludzi, którzy jednym słowem obwiniają i sądzą swych panów, Eugeniusz zbliżył się do drzwi, przez które wychodził kamerdyner. Otworzył je niedbale, chcąc zapewne pokazać nadętym lokajom, że zna dobrze wewnętrzny rozkład mieszkania; ale wpadł nierozważnie do jakiegoś pokoju, w którym znajdowało się pełno lamp, bufetów i przyrząd służący do nagrzewania serwet po kąpieli; dalej widać było korytarz ciemny i schodki ukryte. Stłumiony śmiech, który posłyszał w przedpokoju, zbił go do reszty z tropu.
</akap>

<akap_dialog>
--- Proszę pana, tędy się idzie do salonu --- rzekł kamerdyner z ową fałszywą uniżonością, która zdaje się być tylko nową obelgą.
</akap_dialog>

<akap>
Eugeniusz zawrócił się z takim pośpiechem, że zawadził o wannę; szczęściem jednak zdążył zatrzymać wymykający się z rąk kapelusz, W tej samej chwili drzwi jakieś otworzyły się w głębi korytarza oświeconego małą lampką i Eugeniusz posłyszał głos hrabiny i ojca Goriot, po czym rozległ się odgłos pocałunku. Kamerdyner przeprowadził Eugeniusza przez pokój jadalny do pierwszego salonu, gdzie student nasz przystanął przed oknem wychodzącym na podwórze. Pragnął przekonać się, czy spotkany tu ojciec Goriot był rzeczywiście owym znanym mu Goriotem. Serce biło mu jakoś dziwnie, gdy przywodził sobie na pamięć przerażające uwagi Vautrina. Kamerdyner zatrzymał się przy drzwiach salonu, z którego wyszedł nagle elegancki młodzieniec.
</akap>

<akap_dialog>
--- Już ja idę, Maurycy --- rzekł niecierpliwie. --- Proszę powiedzieć hrabinie, że przeszło pół godziny czekałem na nią.
</akap_dialog>

<akap>
Po tych słowach młodzieniec, który widocznie miał prawo być niegrzeczny, zanucił jakąś śpiewkę włoską i zbliżył się do okna, przy którym stał Eugeniusz Udał, że wygląda na dziedziniec, a tymczasem rzucił na twarz studenta przelotne spojrzenie.
</akap>

<akap_dialog>
--- Lepiej byłoby, gdyby pan hrabia zechciał zaczekać chwileczkę, bo jaśnie pani już nie jest zajęta --- rzekł Maurycy zmierzając do przedpokoju.
</akap_dialog>

<akap>
W tej chwili ojciec Goriot zszedł z małych schodków i zatrzymał się przy bramie rozpinając parasol. Nieborak nie widział, że w otwartej bramie pokazało się właśnie tilbury, w którym siedział młody mężczyzna z orderem na piersi. Ojciec Goriot w samą porę rzucił się w tył, żeby nie być stratowanym. Koń przestraszył się rozpiętego parasola i, rzuciwszy się w bok, popędził gwałtownie ku podjazdowi. Młody człowiek obrócił się z gniewem, popatrzył na Goriota i ukłonił mu się wreszcie z przymusowym uszanowaniem, z jakim traktujemy potrzebnego nam lichwiarza lub człowieka spodlonego, dla którego musimy udawać szacunek, choć wewnętrznie rumienimy się za to sami przed sobą. Ojciec Goriot odpowiedział przyjacielskim ukłonem pełnym dobroduszności. Wszystko to stało się z szybkością błyskawicy i pochłonęło całą uwagę Eugeniusza. Nie przypuszczał nawet, że oprócz niego ktoś inny jeszcze może się znajdować w salonie, gdy wtem głos hrabiny uderzył jego ucho.
</akap>

<akap_dialog>
--- Ach, Maksymie, jużeś chciał odchodzić! --- zawołała tonem wyrzutu, w którym przebijało się lekkie rozdrażnienie. </akap_dialog>

<akap>
Hrabina nie zwróciła uwagi, że tilbury zajechało przed dom. Rastignac odwrócił się nagle i ujrzał hrabinę przystrojoną zalotnie w peniuar biały, kaszmirowy, z różowymi kokardami i uczesaną niedbale, tak jak wszystkie paryżanki w godzinach porannych. Musiała wyjść świeżo z kąpieli, bo przejęta była cała jakimś balsamicznym zapachem, spojrzenie miała jakby zamglone, a piękność jej zmiękczona, jeżeli tak rzec można, zdawała się rozkoszniejsza niż zwykle. Oko młodych ludzi umie wszystkiego się dopatrzeć: dusza ich zlewa się z promiennym obrazem kobiety, tak jak roślina napawa się powietrzem, z którego przyswaja sobie część potrzebną; toteż i Eugeniusz nie dotknął się rąk hrabiny, a jednak przeczuł świeżość ich niezrównaną, odgadł przez kaszmir różową białość jej gorsu, którą zdradzał niekiedy przed jego wzrokiem peniuar trochę rozwarty. Hrabina nie potrzebowała gorsetu; przepaska tylko odznaczała gibką jej kibić, szyję miała nęcącą, a nogi jakże ślicznie wyglądały w pantofelkach! Maksym złożył na jej ręce pocałunek i wtedy dopiero Eugeniusz spostrzegł Maksyma, a hrabina Eugeniusza.
</akap>

<akap_dialog>
--- Ach, to pan de Rastignac! Jakże mi przyjemnie widzieć pana --- rzekła hrabina takim tonem, że człowiek dobrze wychowany pojąłby od razu właściwe słów tych znaczenie.
</akap_dialog>

<akap>
Maksym spoglądał kolejno na Eugeniusza i na hrabinę tak wyraziście, jak gdyby chciał przekonać intruza, że jest najzupełniej niepotrzebny. --- Ach, moja droga, spodziewam się, że wypchniesz mi tego malca za drzwi! --- Słowa te malowały się w wyzywająco dumnym wzroku młodzieńca, którego hrabina Anastazja nazwała Maksymem, patrząc mu w twarz z tym wyrazem podległości, którym kobieta zdradza bezwiednie wszystkie swe tajemnice. Rastignac uczuł ku niemu nienawiść gwałtowną. Najpierw piękne włosy Maksyma, jasne i starannie ufryzowane, dały mu poznać, że jego głowa wyglądała szkaradnie. Dalej obuwie hrabiego było delikatne i czyste, a buty studenta, pomimo największej ostrożności, pokryły się w drodze cieniuchną warstwą błota. Wreszcie tamten miał surdut, który układał mu się do stanu tak wdzięcznie, że czynił go podobnym do pięknej kobiety, a Eugeniusz o wpół do trzeciej miał na sobie czarne odzienie. Przenikliwy syn Charenty pojął od razu, jak wielką przewagę miał nad nim ten wykwintnie, starannie ubrany, szczupły i wysoki, o jasnym oku i cerze bladej. Nie czekając odpowiedzi Eugeniusza, hrabina wybiegła szybko do drugiego salonu, a peniuar rozwiany fruwał dokoła czyniąc ją podobną do motyla; Maksym poszedł za nią. Eugeniusz, zły szalenie, poszedł za Maksymem i hrabiną. Wszyscy troje znaleźli się razem na środku wielkiego salonu przed kominkiem. Student wiedział dobrze, że będzie krępować swą obecnością tego wstrętnego Maksyma, a pragnął bądź co bądź dokuczyć elegantowi, choćby nawet przyszło się narazić w oczach hrabiny. Nagle przypomniał sobie, że widział tegoż Maksyma na balu u pani de Beauséant, i odgadł, czym on był dla pani de Restaud; ale zdobył się na odwagę młodzieńczą, która bywa źródłem głupstw wielkich lub wielkich powodzeń i rzekł do siebie: ,,Oto mój rywal, muszę go pokonać." Niebaczny! Nie wiedział, że hrabia Maksym de Trailles pozwalał się znieważać, po czym strzelał pierwszy i zabijał przeciwnika. Eugeniusz słynął jako dobry strzelec, ale na dwadzieścia dwa strzały, nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się trafić dwadzieścia razy. Młody hrabia rzucił się na fotel w rogu kominka, wziął szczypce i zaczął rozrzucać węgle tak gwałtownie i niecierpliwie, że piękna twarz Anastazji zasępiła się od razu . Młoda kobieta rzuciła na Eugeniusza spojrzenie zimne i pytające, które mówi tak wyraźnie: czemu sobie nie idziesz? że ludzie dobrze wychowani od razu pojmują znaczenie takiego zapytania, które można by nazwać zapytaniem pożegnalnym.
</akap>

<akap>Eugeniusz rzekł, jak mógł najmilej:</akap>

<akap_dialog>
--- Pani, spieszno mi było odwiedzić panią, żeby...
</akap_dialog>

<akap>I urwał.</akap>

<akap>
Drzwi się otworzyły, a na progu pokazał się niespodzianie jegomość, który przyjechał w tilbury. Nie miał kapelusza i nie powitał hrabiny, tylko spojrzawszy badawczo na Eugeniusza, wyciągnął rękę do Maksyma: ,,Dzień dobry" --- rzekł do niego z braterską poufałością, która zdziwiła wielce Eugeniusza. Młodzieńcy z prowincji nie rozumieją słodyczy życia we troje.
</akap>

<akap_dialog>
--- Pan de Restaud --- rzekła hrabina, wskazując studentowi swego męża.
</akap_dialog>

<akap>Eugeniusz złożył ukłon głęboki.</akap>

<akap_dialog>
--- To jest pan de Rastignac --- mówiła dalej, przedstawiając Eugeniusza hrabiemu de Restaud --- spokrewniony przez Marcillaców z wicehrabiną de Beauséant. Miałam przyjemność poznać pana na ostatnim balu u wicehrabiny.
</akap_dialog>

<akap>
<wyroznienie>Spokrewniony przez Marcillaców z wicehrabiną de Beauséant!</wyroznienie> Hrabina wymówiła te słowa prawie przesadnie, z pewnym rodzajem dumy, której doznaje pani domu mogąca dowieść, że przyjmuje u siebie tylko ludzi dystyngowanych.
</akap>

<akap>
Pod czarodziejskim wpływem słów powyższych hrabia ożywił się i porzucił swój sposób obejścia się oziębły i ceremonialny.
</akap>

<akap_dialog>
--- Jakżem rad poznać pana --- rzekł kłaniając się studentowi.
</akap_dialog>

<akap>
Nawet hrabia Maksym de Trailles porzucił naraz ton wyzywająco-zuchwały i zmierzył studenta wzrokiem niespokojnym. Jedno nazwisko, potężne jak skinienie laski czarodziejskiej, otworzyło naraz owe trzydzieści skrytek w mózgu południowca i powróciło mu cały zapas przygotowanego dowcipu. Niespodziewane światło rozjaśniło przed nim ciemną dotychczas atmosferę wyższego towarzystwa paryskiego. Gospoda Vauquer z ojcem Goriot była w tej chwili daleko od jego myśli.
</akap>

<akap_dialog>
--- A ja sądziłem, że ród Marcillaców wygasł --- rzekł hrabia de Restaud do Eugeniusza.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Tak jest, panie hrabio --- odparł student. --- Mój dziad stryjeczny, kawaler de Rastignac, ożenił się z dziedziczką rodziny Marcillaców i miał jedną tylko córkę, która wyszła za marszałka de Clarimbault, rodzonego dziada pani de Beauséant. My stanowimy linię młodszą, tym biedniejszą, że dziad mój stryjeczny, wiceadmirał, postradał całe mienie służąc królowi. Rząd rewolucyjny nie chciał uwzględnić naszych wierzytelności przy likwidacji kompanii indyjskiej.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Czy czasami pański dziad stryjeczny nie dowodził ,,Vengeurem" przed rokiem 1789?
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak jest właśnie.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- W takim razie musiał znać mego dziada, który dowodził ,,Warwickiem".
</akap_dialog>

<akap>
Maksym wzruszył ramionami i spojrzał na panią de Restaud, jak gdyby chciał powiedzieć: ,,Zginęliśmy, bo oni myślą rozprawiać o marynarce. Anastazja pojęła spojrzenie pana de Trailles i uśmiechnąwszy się z niepojętą potęgą, właściwą kobietom, zawołała:
</akap>

<akap_dialog>
--- Panie Maksymie, proszę ze mną, mam pana o coś poprosić. --- Wam zaś, panowie, pozwalamy płynąć w jedne drogę na Warwicku i Vengeurze. --- Po czym wstała i skinąwszy niby zdradziecko na Maksyma, skierowała się ku buduarowi. Zaledwie ta para morganatyczna (piękny wyraz niemiecki, który nie ma odpowiedniego we francuskim języku) zbliżyła się do drzwi, gdy hrabia przerwał rozmowę z Eugeniuszem.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Anastazjo, zostań, proszę cię, moja droga --- zawołał z niechęcią --- wiesz przecie, że...
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Natychmiast, natychmiast powracam --- przerwała hrabina --- mam tylko poprosić o coś Maksyma.
</akap_dialog>

<akap>
I w istocie powróciła zaraz. Wszystkie kobiety, które stosują się do charakteru męża, żeby tym bezpieczniej dogadzać swym zachciankom, wiedzą, jak daleko zajść można, nie narażając się na utratę nieocenionego zaufania, i starają się ustępować zawsze, gdy chodzi o jaką drobnostkę. Hrabina poznała też po głosie hrabiego, że niebezpiecznie byłoby zatrzymywać się długo w buduarze. Główną przyczyną nieprzyjemności był student, toteż pani ukazała nań pogardliwym ruchem Maksymowi, który zwracając się do wszystkich trojga, rzekł bardzo epigramatycznie:
</akap>

<akap_dialog>
--- Wiecie co, państwo? Widzę, żeście bardzo zajęci, nie będę więc przeszkadzał. Do zobaczenia. --- I wyszedł.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zostań, panie Maksymie! --- zawołał książę.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Przyjdź pan na obiad --- rzekła hrabina, idąc znów za Maksymem do pierwszego salonu, gdzie zatrzymali się oboje sądząc, że pan de Restaud pożegna tymczasem Eugeniusza.
</akap_dialog>

<akap>
Rastignac słyszał, jak raz wraz śmieli się, rozmawiali i znów oczekiwali w milczeniu; ale student złośliwy wyczerpywał cały dowcip, pochlebiał hrabiemu i wciągał go w dysputy, byle tylko doczekać powrotu hrabiny i zbadać, jakiego rodzaju były jej stosunki z Goriotem. Ta kobieta, zakochana w Maksymie, przewodząca nad mężem i złączona tajemnie ze starym fabrykantem makaronu, była dlań zagadką wielką. Chciał koniecznie przeniknąć tajemnicę, za pomocą której spodziewał się zapanować nad tą prawdziwą paryżanką.
</akap>

<akap_dialog>--- Anastazjo! --- zawołał znów hrabia na żonę.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Cóż robić, biedny mój Maksymie, trzeba zrezygnować --- rzekła hrabina do młodego człowieka. --- Do wieczora...
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Spodziewam się, Naściu --- szepnął jej Maksym do ucha --- że nadal nie będziesz przyjmować tego młodzieńca, którego oczy rozżarzały się jak węgle, gdy się twój peniuar cokolwiek rozchylał. On nie zaniedbałby oświadczyć się tobie, przez co mógłby cię narazić, a ja byłbym zmuszony go zabić.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Czyś ty rozum stracił, Maksymie? --- odparła. --- Ci mali studenci są przeciwnie doskonałymi konduktorami, które strzegą nas od piorunów. Już ja nie zaniedbam podburzyć Restauda przeciw niemu.
</akap_dialog>

<akap>
Maksym rozśmiał się i wyszedł wraz z hrabiną, która stanęła przy oknie, chcąc widzieć go jeszcze, gdy będzie wsiadał i klaśnie z bata, by pobudzić konia do szybkiego biegu. Odeszła od okna wtedy dopiero, gdy zobaczyła, że się za nim brama zamknęła.
</akap>

<akap_dialog>
--- Co powiesz na to, moja droga --- zawołał hrabia, gdy weszła do pokoju --- wszak majątek, w którym mieszka rodzina pana de Rastignac, leży niedaleko od Verteuil nad Charente. Dziad stryjeczny pana de Rastignac znał osobiście mego dziada.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Jestem zachwycona prawdziwie, żeśmy tak blisko znajomi --- rzekła hrabina z roztargnieniem.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Bliżej niż pani sądzi --- odparł Eugeniusz z cicha.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jak to? --- zapytała żywo.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Widziałem właśnie --- odrzekł student --- jak od pani wychodził ojciec Goriot, najbliższy mój sąsiad, z którym mieszkam w jednym domu.
</akap_dialog>

<akap>
Słysząc to nazwisko poprzedzone wyrazem ojciec, hrabia przestał rozgrzebywać węgle na kominku i rzucił szczypce w ogień z taką gwałtownością, jak gdyby poparzył sobie palce.
</akap>

<akap_dialog>
--- Można było nazwać go panem Goriot --- zawołał powstając.
</akap_dialog>

<akap>
Hrabina zbladła widząc niecierpliwość męża, potem zarumieniła się, nie mogąc ukryć pomieszania i rzekła niby niedbale, starając się nadać głosowi zwykłe brzmienie:
</akap>

<akap_dialog>
--- To pewna, że nie ma na świecie drugiego człowieka, który by zasługiwał więcej na nasze przywiązanie...
</akap_dialog>

<akap>
Nie domówiła i spojrzała na fortepian, jak gdyby nagle zachcianka jakaś przyszła jej do głowy.
</akap>

<akap_dialog>--- Czy pan lubi muzykę? --- spytała.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Bardzo --- odparł Eugeniusz czerwieniąc się i mieszając na myśl, że musiał popełnić potężne jakieś głupstwo.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Czy pan śpiewa? --- zapytała siadając do fortepianu i przebiegając gwałtownie po wszystkich klawiszach od basowego <wyroznienie>c</wyroznienie> aż do najwyższego <wyroznienie>f</wyroznienie> <extra>wyróżnienia do przemyślenia</extra>. Rrrrah!
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie, pani.</akap_dialog>

<akap>
Hrabia de Restaud przechadzał się wzdłuż i wszerz pokoju.
</akap>

<akap_dialog>
--- To szkoda, pozbawiłeś się pan znakomitego środka powodzenia.
</akap_dialog>

<akap>
<wyroznienie>Ca-a-ro, ca-a-a-ro, ca-a-a-a-ro non du-bi-ta-re</wyroznienie>, zaśpiewała hrabina.
</akap>

<akap>
Nazwisko ojca Goriot było znów niby skinieniem różdżki czarnoksięskiej, tylko skutek był wręcz przeciwny temu, jaki sprawiły słowa: krewny pani de Beauséant. Eugeniusz znajdował się w położeniu człowieka, którego amator osobliwości zaprosił łaskawie do swego mieszkania, a on, niebaczny, potrącił szafę z figurami rzeźbionymi i zrzucił trzy czy cztery główki niedobrze umocowane. Biedak rzuciłby się chętnie w przepaść. Twarz pani de Restaud przybrała wyraz chłodny i surowy, a oczy obojętne unikały wzroku nieszczęśliwego studenta.
</akap>

<akap_dialog>
--- Pani życzy zapewne pomówić z panem de Restaud --- wyrzekł --- proszę przyjąć zapewnienie najgłębszego szacunku i pozwolić mi...
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ilekroć tylko zechcesz pan przyjść --- rzekła hrabina pośpiesznie, zatrzymując Eugeniusza skinieniem --- bądź pan pewien, że zrobisz największą przyjemność i mnie i hrabiemu de Restaud.
</akap_dialog>

<akap>
Eugeniusz złożył głęboki ukłon przed obojgiem i wyszedł w towarzystwie pana de Restaud, który nie zważając na prośby studenta przeprowadził go aż do przedpokoju.
</akap>

<akap_dialog>
--- Ile razy ten pan przyjdzie --- rzekł hrabia do Maurycego --- ani pani hrabina, ani ja nie będziemy w domu.
</akap_dialog>

<akap>
Wyszedłszy za drzwi, Eugeniusz spostrzegł dopiero, że deszcz pada. --- Masz tobie, powiedział, przyszedłem po to, by popełnić niezręczność, której nie pojmuję przyczyny ani doniosłości, a do tego zniszczę sobie odzienie i kapelusz. Lepiej było siedzieć w kącie i ślęczeć nad prawem, myśląc o tym tylko, żeby zostać kiedyś surowym prawnikiem. Czyż ja mogę bywać w świecie, skoro, chcąc się w nim obracać swobodnie, potrzeba całej góry powozów, butów lakierowanych, drobnostek nieodzownie potrzebnych, łańcuchów złotych, zamszowych rękawiczek po sześć franków na rano, a na wieczór innych i to koniecznie żółtego koloru! Ten Goriot to stary kiep, ot co!
</akap>

<akap>
Miał już wyjść na ulicę, gdy spostrzegł karetę najemną, którą zapewne odjechali jacyś młodzi małżonkowie. Woźnica pragnął widocznie zrobić kilka przemycanych kursów na własną korzyść, bo skinął na Eugeniusza, który stał bez parasola w czarnym odzieniu, białej kamizelce, żółtych rękawiczkach i butach błyszczących. Eugeniusza opanował ów szał głuchy, popychający młodzież w głąb przepaści, do której się zbliżyli, z taką szybkością, jak gdyby na dnie była nadzieja szczęśliwego wyjścia. Skinął więc głową na znak zgody i wszedł do powozu, w którym leżały jeszcze szczątki pomarańczowych kwiatów i parę strzępków srebrzystej tkaniny, świadcząc o przejeździe młodej pary.
</akap>

<akap_dialog>
--- Dokąd pan jedzie? --- zapytał woźnica, który zdjął już białe rękawiczki.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ha! --- zawołał w duchu Eugeniusz --- kiedym się już raz puścił tą drogą niechże przynajmniej wiem, dlaczego! Jedź do pałacu Beauséant --- rzekł głośno.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Do którego? --- zapytał woźnica.</akap_dialog>

<akap>
To potężne słowo zmieszało Eugeniusza. Świeżo upieczony wykwintniś nie wiedział, że były dwa pałace Beauséant, nie przeczuwał, że miał potężny zastęp krewnych, nie dbających wcale o niego.
</akap>

<akap_dialog>--- Do wicehrabiego de Beauséant, ulica...</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- De Grenelle --- przerwał woźnica, kiwając głową. Bo to widzi pan, jest jeszcze pałac hrabiego i markiza de Beauséant na ulicy Saint-Dominique --- dodał podnosząc stopień od powozu.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Wiem o tym --- odparł Eugeniusz sucho. --- Dziś wszyscy chyba kpią ze mnie! --- zawołał rzucając kapelusz na przednie siedzenie. --- Jeszcze za to błazeństwo będę musiał po królewsku zapłacić. Ale za to odwiedzę moją mniemaną kuzynkę w sposób prawdziwie arystokratyczny. Ten stary łotr Goriot kosztuje mnie już przynajmniej dziesięć franków. Daję słowo, opowiem mą przygodę pani de Beauséant, może to ją rozśmieszy. Ona zna pewnie tajemnicę występnych stosunków między tym szczurem bez ogona, a ową piękną hrabiną. Wolę przypodobać się kuzynce, niż otrzeć się o tę kobietę niemoralną, która, o ile mi się zdaje, musi być bardzo kosztowna. Jeżeli samo imię pięknej wicehrabiny jest tak potężne, jakiż to dopiero wpływ musi wywierać jej osoba? Spróbujmy sięgnąć jak można najwyżej. Trzeba brać samego Boga za cel, jeżeli chcemy zdobyć coś w niebie.
</akap_dialog>

<akap>
Te słowa są krótką formułą tysiąca i jednej myśli, które się snuły po głowie studenta. Odzyskał nieco spokoju i pewności siebie, widząc, że deszcz nie przestaje padać. Powiedział sobie, że straci wprawdzie dwie drogocenne monety stusoldowe, ale za to uchroni od zniszczenia odzienie, kapelusz i buty. Nie bez radości posłyszał wreszcie głos woźnicy, który zawołał:
</akap>

<akap_dialog>--- Proszę otworzyć bramę!</akap_dialog>

<akap>
Szwajcar w czerwonej wygalonowanej liberii otworzył bramę pałacu, a Eugeniusz patrzył z błogim zadowoleniem, jak kareta jego okrążyła dziedziniec i zatrzymała się u podjazdu. Woźnica w grubym płaszczu niebieskim z czerwonym obszyciem przyszedł spuścić stopień karety. Wysiadając Eugeniusz posłyszał w przedsionku śmiech tłumiony. Trzech czy czterech lokai wyśmiewało się już z powozu, który najmowano na wszystkie biedniejsze śluby. Student pojął ten śmiech w chwili, gdy porównał swą karetę z innym powozem stojącym nieco dalej.
</akap>

<akap>
Był to jeden z najwykwintniejszych powozów paryskich, zaprzężony parą gorących rumaków, z których każdy miał róże za uszami i gryzł niecierpliwie wędzidło. Woźnica upudrowany i wystrojony trzymał je silnie, jak gdyby lada chwila gotowe były zerwać się do biegu. Na Chaussée d'Antin, przed domem pani de Restaud, Eugeniusz oglądał wykwintny kabriolecik dwudziestosześcioletniego młodzieńca, tutaj na przedmieściu Saint-Germain miał go olśnić zbytek magnata, którego powóz musiał kosztować przeszło trzydzieści sześć tysięcy franków.
</akap>

<akap_dialog>
--- Któż tam jest znowu? --- rzekł Eugeniusz do siebie --- pojmując trochę za późno, że w Paryżu musi być mało kobiet niezajętych i że za cenę krwi nawet niełatwo zdobyć sobie jedną z tych królowych.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Do licha! kuzynka musi mieć także swego Maksyma!
</akap_dialog>

<akap>
Wszedł na ganek ze śmiertelną trwogą w duszy. Drzwi oszklone otwarły się przed nim, a lokaje przyjęli go z poważną miną osła, którego czeszą zgrzebłem. Ów bal, na którym był Eugeniusz, odbywał się w wielkich parterowych salonach pałacu Beauséant. Rastignac nie miał czasu złożyć wizyty między zaprosinami i balem, nigdy więc jeszcze nie był w apartamentach pani de Beauséant i miał po raz pierwszy oglądać cuda tej elegancji osobistej, w której przebija się dusza i obyczaje kobiety wyższego świata. Było to studium tym ciekawsze, że salon pani de Restaud mógł służyć do porównania.
</akap>

<akap>
Wicehrabina przyjmowała od pół do piątej; gdyby więc Eugeniusz przybył o pięć minut wcześniej, to nie mógłby oglądać kuzynki. Poprowadzono go przez schody o złoconej poręczy, pełne kwiatów i wysłane dywanem pąsowym. Student, co nie miał pojęcia o rozlicznych subtelnościach etykiety paryskiej, nie znał również biografii pana de Beauséant, a była to jedna z owych zmiennych historii, które co wieczór opowiada się na ucho w salonach paryskich.
</akap>

<akap>
Od trzech lat wicehrabina utrzymywała ścisłe stosunki z margrabią d'Adjuda-Pinto, jednym z najznakomitszych i najbogatszych magnatów portugalskich. Był to jeden z tych związków niewinnych, który ma tyle uroku dla ludzi, że nie chcą dzielić się swym szczęściem z trzecią osobą. Wicehrabia de Beauséant dał dobry przykład publiczności, szanując, może wbrew swej woli, ów związek morganatyczny. W początku istnienia tej przyjaźni, wszyscy znajomi, zgromadzający się o drugiej po południu w salonie wicehrabiny, zaczęły spotykać u niej codziennie markiza d'Adjuda-Pinto. Nie mogąc zamknąć drzwi swego domu, gdyż byłoby to bardzo nieprzyzwoicie, pani de Beauséant przyjmowała odwiedzających tak ozięble i wpatrywała się tak uporczywie w gzyms u sufitu, że wreszcie pojęli, iż są natrętnymi gośćmi. Wkrótce rozpowiadano sobie w Paryżu, że wizyty między drugą a czwartą po południu krępują panią de Beauséant i od tej pory pozostawiono ją w najzupełniejszej samotności. Bywała wprawdzie na komedii lub na operze w towarzystwie pana de Beauséant i pana d'Adjuda-Pinto, ale pan de Beauséant umiał żyć na świecie, towarzyszył więc żonie aż na miejsce, a później usuwał się, zostawiając ją z Portugalczykiem. Pan d'Adjuda miał się żenić z panną de Rochefide. W całym wyższym świecie jedna tylko osoba nie wiedziała nic o małżeństwie zamierzonym, a osobą tą była pani de Beauséant. Przyjaciółki wprawdzie nie zaniedbały nadmienić coś o tym, lecz ona się śmiała, sądząc, że ludzie zazdroszczą jej szczęścia i dlatego chcieliby je zatruć. Tymczasem nadchodził czas zapowiedzi. Piękny Portugalczyk przyszedł oznajmić wicehrabinie o swym małżeństwie, ale siedział długo nie odważając się ani słówka powiedzieć w tym przedmiocie. Dlaczego? Bo chyba nie ma nic trudniejszego, jak oznajmić kobiecie podobne ultimatum. Są ludzie, co woleliby stanąć wobec przeciwnika godzącego w nich ostrzem szpady, niż znajdować się przy kobiecie, która wywodzi elegie przez dwie godziny, a potem woła o ratunek i pada jak nieżywa. Otóż i pan d'Adjuda-Pinto siedział jak na węglach rozżarzonych i chciał już wychodzić tłumacząc sobie, że pani Beauséant dowie się tej nowiny bez niego, że wreszcie on sam napisze do niej, gdyż na piśmie łatwiej będzie popełnić to grzeczne morderstwo. Toteż markiz drgnął z radości, gdy kamerdyner hrabiny przyszedł oznajmić przybycie pana Eugeniusza de Rastignac. Trzeba wam wiedzieć, że kobieta kochana więcej jeszcze ma daru do tworzenia przypuszczeń podejrzliwych, niż do wymyślania coraz to nowych przyjemności. Gdy ma być opuszczona, to zgaduje myśl ukrytą w najlżejszym skinieniu. Pojmiecie więc, że przed okiem pani de Beauséant nie ukryło się owo drgnienie mimowolnie, lecz niemniej przerażające. Eugeniusz nie wiedział, że w Paryżu, chcąc bywać u kogoś, trzeba wpierw poprosić przyjaciół domu, by opowiedzieli historię męża, żony lub dzieci, w przeciwnym bowiem razie można popełnić jedno z tych głupstw, do których zastosowano w Polsce malownicze przysłowie: ,,Zaprzęgajcie woły do woza!" po to zapewne, by czym prędzej wycofać się z nieprzyjemnego położenia. We Francji taki niefortunny zwrot rozmowy nie ma jeszcze nazwy właściwej, trudno nawet przypuścić, żeby się mógł zdarzyć wobec niezmiernie rozpowszechnionej obmowy. Eugeniusz uwikłał się już w jedno głupstwo u pani Restaud, która nie pozwoliła mu nawet zaprząc wołów do woza, a tu u pani de Beauséant mógł rozpocząć na nowo zawód poganiacza. Zdarzyło się jednak, że student, który krępował tak nielitościwie panią de Restaud i pana de Trailles, wybawił pana d'Adjuda z wielkiego kłopotu.
</akap>

<akap_dialog>
--- Żegnam panią --- rzekł Portugalczyk idąc pośpiesznie ku drzwiom w chwili, gdy Eugeniusz wchodził do saloniku przystrojonego materią szarą i różową tak zalotnie, że zbytek ukrywał się pod osłoną wdzięku.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ale do wieczora tylko --- rzekła hrabina zwracając głowę ku margrabiemu. --- Przecie idziemy dziś na komedię?
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Nie mogę --- odparł margrabia biorąc za klamkę.
</akap_dialog>

<akap>
Pani de Beauséant wstała i przywołała go ku sobie, nie zwracając wcale uwagi na Eugeniusza, który stał olśniony czarodziejskim blaskiem bogactwa, gotów uwierzyć w tej chwili w rzeczywistość bajek arabskich, i nie wiedział, gdzie się ukryć przed kobietą, która nie zwracała nań najmniejszej uwagi. Wicehrabina podniosła wskazujący palec prawej ręki i ruchem pełnym wdzięku wskazała markizowi miejsce obok siebie. W ruchu tym był tak gwałtowny despotyzm namiętności, że margrabia zdjął rękę z klamki i powrócił. Eugeniusz spojrzał nań bez zazdrości.
</akap>

<akap_dialog>
--- Oto jest --- rzekł w duchu --- właściciel powozu. Trzebaż mieć konie rącze, liberie i strugi złota, żeby zasłużyć na jedno spojrzenie kobiety paryskiej?
</akap_dialog>

<akap>
Demon zbytku wpił mu się w serce, gorączka zysku opanowała go paląc wnętrzności pragnieniem złota. A pamiętał, że ma tylko sto trzydzieści franków na kwartał. Jego ojciec, matka, bracia, siostry i ciotka przeżywają wszyscy razem niespełna dwieście franków na miesiąc. Osłupiał do reszty porównywając położenie obecne z celem, który należało osiągnąć.
</akap>

<akap_dialog>
--- Dlaczego nie możesz pan być w teatrze? --- zapytała śmiejąc się wicehrabina.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Różne sprawy. Mam być dziś na obiedzie u posła angielskiego.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Porzuć pan dzisiaj wszystkie sprawy!</akap_dialog>

<akap>
Kto kłamie, ten musi koniecznie dodawać kłamstwo do kłamstwa. Pan d'Adjuda zaśmiał się:
</akap>

<akap_dialog>--- Czy pani tego żąda? --- zapytał.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak jest.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- To właśnie pragnąłem usłyszeć --- zawołał z wyrazistym spojrzeniem, które by uspokoiło każdą inną kobietę. Ujął rękę wicehrabiny, złożył na niej pocałunek i wyszedł.
</akap_dialog>

<akap>
Eugeniusz przeciągnął ręką po włosach i już miał się ukłonić sądząc, że pani de Beauséant z kolei o nim pomyśli; ale wicehrabina zerwała się nagle i pobiegła pędem ku galerii, tam stanęła przy oknie patrząc, jak pan d'Adjuda wsiadał do powozu, po czym nadstawiła ucha i posłyszała, jak hajduk powtórzył woźnicy: Do pana de Rochefide.
</akap>

<akap>
Słowa te i sposób, w jaki pan d'Adjuda rzucił się w głąb powozu, raziły jak gromem wicehrabinę, która odeszła od okna przejęta trwogą śmiertelną. W wielkim świecie katastrofy najstraszliwsze powstają z takiego źródła. Pani de Beauséant weszła do swej sypialni, siadła przy stoliku i położywszy przed sobą arkusik pięknego papieru, napisała, co następuje:
</akap>

<akap>
,,Winieneś mnie pan objaśnić, dlaczego jesteś na obiedzie u Rochefidów, a nie w ambasadzie angielskiej; oczekuję pana".
</akap>

<akap>
Poprawiła kilka liter, które wyszły niewyraźnie spod drżącej ręki; po czym podpisała
<wyroznienie>K</wyroznienie>, co miało znaczyć Klara de Bourgogne, i zadzwoniła.
</akap>

<akap_dialog>
--- Jakubie --- powiedziała do wchodzącego kamerdynera, pójdziesz o wpół do ósmej do pana de Rochefide i zapytasz o markiza d'Adjuda. Jeżeli znajdziesz pana markiza, oddasz mu list i nie będziesz czekał odpowiedzi; jeżeli zaś nie, to powrócisz i odniesiesz mi list.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- W salonie ktoś czeka na jasną panią.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ach, prawda --- powiedziała otwierając drzwi.</akap_dialog>

<akap>
Eugeniusz zaczynał się już niepokoić, gdy wreszcie ujrzał wicehrabinę.
</akap>

<akap_dialog>
--- Przepraszam --- rzekła głosem wzruszonym, od którego serce mu zadrżało --- musiałam napisać parę słów, ale teraz służę panu.
</akap_dialog>

<akap>
Nie wiedziała sama co mówi, bo cała zaprzątnięta była jedną myślą. --- Więc markiz chce się ożenić z panną Rochefide? Lecz jest że on swobodny? Dziś wieczorem małżeństwo to musi się rozchwiać lub ja... Nie, jutro o tym mowy nawet nie będzie.
</akap>

<akap_dialog>--- Kuzynko... --- wyrzekł Eugeniusz.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Hę? --- i wicehrabina zmierzyła studenta wzrokiem karcącym, od którego zimno mu się zrobiło.
</akap_dialog>

<akap>
Eugeniusz zrozumiał to: hę. Od trzech godzin pojął już tyle rzeczy, że miał się na baczności.
</akap>

<akap_dialog>--- Pani hrabino --- rzekł rumieniąc się.</akap_dialog>

<akap>Zawahał się, po czym mówił dalej:</akap>

<akap_dialog>
--- Niech pani raczy darować; potrzeba mi tak bardzo protekcji, że najdalsze powinowactwo byłoby dla mnie rzeczą pożądaną.
</akap_dialog>

<akap>
Pani de Beauséant uśmiechnęła się, ale niewesoło; czuła, że już nieszczęście napełniało otaczającą ją atmosferę.
</akap>

<akap_dialog>
--- Gdyby pani wiedziała, w jakim położeniu znajduje się moja rodzina --- mówił dalej Eugeniusz --- przyjemnie byłoby pani wystąpić w roli owej wróżki bajecznej, lubiącej usuwać wszelkie zawady z drogi swych chrzestniaków.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Niechże i tak będzie! --- odparła śmiejąc się --- cóż mogę dla ciebie zrobić, kuzynie?
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Alboż ja wiem? Dość mi już szczęścia, żem połączony z panią węzłem pokrewieństwa, ginącym w dalekiej pomroce. Zmieszałaś mnie pani i nie wiem już sam, co miałem powiedzieć. W całym Paryżu znam jedne tylko osobę, a tą osobą ty jesteś pani. Ach! chciałem zasięgnąć rady pani i prosić, byś mnie przyjęła, jak biedne dziecię, które pragnie uczepić się twej sukni i potrafiłoby umrzeć dla ciebie, pani.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy mógłbyś pan zabić kogo dla mnie?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zabiłbym dwóch nawet! --- zawołał Eugeniusz.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Dziecko! Tak, dziecko z pana --- rzekła połykając łzy. --- Widzę, że kochałbyś szczerze!
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O! --- zawołał wstrząsając głową.</akap_dialog>

<akap>
Ambitna odpowiedź studenta interesowała żywo wicehrabinę, ze strony południowca zaś był to pierwszy wyrachowany postępek. W buduarze niebieskim pani de Restaud i salonie różowym pani de Beauséant odbył trzyletnie studia <wyroznienie>Prawa paryskiego</wyroznienie>, o którym ludzie nie zwykli wiele mówić, choć jest to wysoka nauka społeczna, mogąca niezmiernie daleko zaprowadzić każdego, kto ją dobrze posiada i umie użyć stosownie.
</akap>

<akap_dialog>
--- A, rozumiem! --- rzekł Eugeniusz. --- Na balu u pani, widziałem panią de Restaud i dziś z rana poszedłem do niej.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Obecność pańska musiała okrutnie ją krępować --- rzekła pani de Beauséant z uśmiechem.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- A tak, bo też ze mnie taki nieuk, że wszystkich oburzę na siebie, jeżeli pani odmówi mi swej pomocy. Zdaje mi się, że w Paryżu niezmiernie trudno znaleźć kobietę młodą, piękną, bogatą i wykwintną, która by przy tym wszystkim była niezajęta, a mnie właśnie potrzeba takiej, co by mnie nauczyła żyć, bo kobiety najlepiej umieją wykładać tę naukę. Przeczuwam jednak, że wszędzie znajdę jakiegoś pana de Trailles. Chciałem prosić panią o rozwiązanie pewnej zagadki i o wytłumaczenie, jakiego to rodzaju głupstwo zdarzyło się mi popełnić dzisiaj. Mówiłem o jakimś ojcu...
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Jaśnie oświecona księżna de Langeais --- rzekł Jakub --- przerywając studentowi, który zrobił ruch człowieka mocno rozdrażnionego.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Jeżeli chcesz pan mieć powodzenie --- szepnęła wicehrabina --- pamiętaj, byś nie zdradzał tak łatwo swych uczuć.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ach, dzień dobry najdroższa --- zawołała idąc na spotkanie księżnej i ściskając jej ręce z takim wylaniem serdecznym, jak gdyby witała siostrę rodzoną.
</akap_dialog>

<akap>Księżna odpowiedziała wdzięcznym przymileniem.</akap>

<akap_dialog>
--- To dwie przyjaciółki serdeczne --- rzekł Rastignac do siebie. Będę więc miał odtąd dwie protektorki, obie muszą mieć upodobania jednakie, a więc i ta zajmie się mym losem.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Jakiejże to szczęśliwej myśli zawdzięczam twą obecność, najdroższa Antonino? --- zapytała pani de Beauséant.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Widziałam właśnie, jak pan d'Adjuda-Pinto wchodził do pana de Rochefide i sądziłam, żeś ty sama jedna.
</akap_dialog>

<akap>
Pani de Beauséant nie zagryzła ust ani się zarumieniła, oczy jej spoglądały tak jak i przedtem, a czoło zdawało się wyjaśniać, gdy księżna wymawiała złowrogie wyrazy.
</akap>

<akap_dialog>
--- Gdybym wiedziała, żeś zajęta... --- dodała księżna zwracając się ku Eugeniuszowi.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- To pan de Rastignac, jeden z mych kuzynów --- rzekła wicehrabina. --- Czy nie masz wiadomości o jenerale de Montriveau? Sérizy mówiła mi wczoraj, że go wcale nie widać, czy nie był dziś u ciebie?
</akap_dialog>

<akap>
Powiadano, że pan de Montriveau opuścił księżnę, która była w nim szalenie rozkochana; to też zapytanie przyjaciółki ukłuło ją w serce i odparła zarumieniona:
</akap>

<akap_dialog>--- Wczoraj był w pałacu Elizejskim.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Z obowiązku służbowego --- dorzuciła pani de Beauséant.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Musisz już wiedzieć, Klaro --- odparła księżna ze wzrokiem błyszczącym złośliwością --- że jutro wyjdą zapowiedzi pana d'Adjuda-Pinto i panny Rochefide.
</akap_dialog>

<akap>
Był to cios zbyt gwałtowny, wicehrabina zbladła i zaśmiała się.
</akap>

<akap_dialog>
--- To plotka, którą się głupcy bawią --- odparła. --- Czyżby pan d’Adjuda rzucił Rochefidom jedno z najpiękniejszych imion Portugalii? Przecież Rochefidowie to taka świeża szlachta!
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ale Berta będzie miała, jak mówią, dwieście tysięcy liwrów dochodu.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Pan d’Adjuda zbyt jest bogaty, aby się miał bawić w podobne rachuby.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A!</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ależ, moja droga, panna de Rochefide jest zachwycająca.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Wreszcie markiz zaproszony dziś do nich na obiad, warunki już są ułożone. Dziwi mnie niezmiernie, że ty wiesz o tym tak mało.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Jakież to głupstwo popełniłeś pan dzisiaj panie de Rastignac? --- zapytała pani de Beauséant. --- To biedne dziecko tak niedawno znalazło się na świecie, że nic a nic nie rozumie, co my mówimy, najdroższa Antonino. Odłóżmy ten przedmiot do jutra, zrób to dla niego. Jutro, widzisz, cała ta sprawa będzie już miała charakter urzędowy, i ty będziesz mogła głosić na pewno.
</akap_dialog>

<akap>
Księżna zwróciła na Eugeniusza wzrok wyzywający, co to ogarnia człowieka od nóg do głowy, spłaszcza go i zniża do wartości zera.
</akap>

<akap_dialog>
--- Bezwiednie wbiłem sztylet w serce pani de Restaud. Uczyniłem to bezwiednie i w tym leży błąd mój cały --- rzekł student, który miał dosyć sprytu, by odkryć krwawe przycinki obydwóch kobiet, ukryte pod zasłoną czułych słówek. --- Można się nawet obawiać człowieka, który z całą świadomością ból nam zadaje, ale ten, co uderza nie wiedząc nawet, czy rani głęboko, uchodzi za głupca niezręcznego, który nie umie korzystać ze sposobności i zasługuje na pogardę.
</akap_dialog>

<akap>
Pani de Beauséant rzuciła na studenta spojrzenie powłóczyste, którym dusze wzniosłe umieją wyrażać wdzięczność połączoną z godnością.
</akap>

<akap>
W spojrzeniu tym był balsam na serce studenta, zranione wzrokiem taksatora, jakim go księżna zmierzyła.
</akap>

<akap_dialog>
--- Proszę sobie wyobrazić --- ciągnął dalej Eugeniusz --- że udało mi się właśnie zdobyć przychylność hrabiego de Restaud; gdyż --- rzekł, zwracając się do księżnej, a ton jego mowy był pokorny i złośliwy zarazem --- trzeba pani wiedzieć, że ze mnie tylko mizerny student, opuszczony, biedny bardzo...
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Nie mów pan tego, panie de Rastignac. My kobiety nie przyjmujemy tego, czego nikt nie chce.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Cóż robić! --- zawołał Eugeniusz --- liczę dopiero lat dwadzieścia dwa i muszę znosić przykrości właściwe memu wiekowi. Przy tym spowiadam się przed paniami, a przyjemnie uklęknąć przy tak pięknym konfesjonale; zgrzeszywszy przy jednym pośpieszamy do drugiego, by tam wyznać swą winę.
</akap_dialog>

<akap>
Księżna przybrała oziębłą powagę, słuchając tej mowy niereligijnej; chciała okazać, że znajduje ją niewłaściwą, i rzekła do wicehrabiny:
</akap>

<akap_dialog>--- Pan de Rastignac przybywa pewnie...</akap_dialog>

<akap>
Pani de Beauséant zaczęła się śmiać szczerze i z kuzyna swego, i z księżnej.
</akap>

<akap_dialog>
--- Przybywa, moja droga, starać się o nauczycielkę, co by się podjęła nauczyć go dobrego tonu.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Pani --- rzekł Eugeniusz do księżnej --- cóż dziwnego, że chcemy zgłębić to, co was zachwyca? (Jednak --- rzekł w duchu zdaje mi się, że niemądrze jakoś do nich przemawiam).
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ależ pani de Restaud jest, zdaje mi się, uczennicą pana de Trailles --- rzekła księżna.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Jam nic o tym nie wiedział --- odparł student --- i dlatego nierozważnie znalazłem się między nimi. Potrafiłem jednak porozumieć się z mężem i widziałem, że żona będzie mnie znosić przez czas pewien; ale przyszło mi do głowy przyznać się, że znam pewnego jegomości, który w moich oczach wyszedł z ich domu tajemnymi schodami, ucałowawszy poprzednio hrabinę w głębi ciemnego korytarza.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Cóż to za jeden? --- zapytały obie kobiety.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Jest to pewien starzec z przedmieścia Saint-Marceau, wydatkujący tak jak i ja, nieborak, tylko dwa luidory na miesiąc. Biedak ten, z którego wszyscy się śmieją, nazywa się ojciec Goriot.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ach, jakież z pana dziecko! --- zawołała pani de Beauséant --- wszakże Goriot--- to panieńskie nazwisko hrabiny de Restaud.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ona jest córką fabrykanta makaronu --- dorzuciła księżna. --- Może pamiętasz, Klaro? wszak osóbka ta prezentowała się u dworu jednego dnia z jakąś córką pasztetnika. Król zaczął się śmiać i powiedział po łacinie jakiś dowcip o mące. Powiedział, że to są ludzie, ach, jakże on ich nazwał? ludzie...
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- <slowo_obce>Ejusdem farinae</slowo_obce> --- podchwycił Eugeniusz.
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak, tak --- rzekła księżna.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ach! więc to jej ojciec --- zawołał student przerażony.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Ależ tak; nieborak ma dwie córki, które kocha nad życie, jakkolwiek obie zaparły się go prawie zupełnie.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Wszak druga wyszła zdaje się za mąż za jakiegoś bankiera o niemieckim nazwisku, za jakiegoś barona de Nucingen? --- rzekła wicehrabina, spoglądając na panią de Langeais. --- Zdaje się, że się ona nazywa Delfina. Czy nie będzie to tylko ta blondynka, która ma boczną lożę w Operze i bywa w teatrze Komicznym, gdzie zawsze śmieje się bardzo głośno, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
</akap_dialog>

<akap>
Księżna uśmiechnęła się: --- Prawdziwie podziwiam cię, najdroższa. Z jakiej przyczyny zajmujesz się tak bardzo tymi ludźmi? Tylko szalenie rozkochany Restaud odważył się opylić mąką panny Anastazji. I nic na tym nie zyskał! Anastazja wpadła w ręce pana de Trailles, który ją zgubi.
</akap>

<akap_dialog>--- Obie zaparły się ojca --- powtarzał Eugeniusz.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- A tak, ojca, ojca własnego --- odrzekła wicehrabina --- dobrego ojca, który, jak mówią, wyzuł się ze wszystkiego, zachowując dla siebie tylko od ośmiu do dziesięciu tysięcy liwrów dochodu, a każdej z nich dał pięćset czy sześćset tysięcy franków, byle tylko wydać je dobrze za mąż i zapewnić im przyszłość szczęśliwą. I spodziewał się, że obie córki pozostaną dla niego córkami; sądził, że wydawszy je za mąż, podwoi swe własne życie, że znajdzie zawsze dwa domy, gdzie uwielbiać i pieścić go będą. Po upływie dwóch lat zięciowie wygnali go ze swego towarzystwa, jak ostatniego nędzarza...
</akap_dialog>

<akap>
Łzy zakręciły się w oczach Eugeniusza, który tak niedawno orzeźwił się pod wpływem czystych i świętych uczuć rodzinnych i nie mógł jeszcze utracić wiary młodzieńczej, bo pierwszy dzień przepędzał na placu boju cywilizacji paryskiej. Prawdziwe uczucie udziela się z taką siłą, że przez chwil kilka wszyscy troje spoglądali na siebie w milczeniu.
</akap>

<akap_dialog>
--- O, mój Boże! --- rzekła pani de Langeais --- nie przeczę, że to się wydaje okropnym; jednak rzeczy podobne dzieją się co dzień przed naszymi oczyma. Jakiż powód w tym leży? Powiedz, najdroższa, czyś ty kiedy pomyślała, co to znaczy zięć? Zięć to znaczy człowiek, dla którego ty albo ja wychowamy kiedyś miluchną istotkę, połączoną z nami tysiącem węzłów, która przez lat siedemnaście będzie szczęściem rodziny, jej duchem białym, rzekłby Lamartine, a w końcu stanie się jej zakałą. Człowiek, który zabierze nam tę istotę, pochwyci wnet jej miłość niby topór ostry i zada ból sercu naszego anioła, wycinając wszystkie uczucia, które go z rodziną łączyły. Córka, która wczoraj wszystkim dla nas była i dla której my wszystkim byliśmy, stanie się jutro nieprzyjaciółką naszą. Czyż nie patrzymy co dzień na tę tragedię? Tu synowa dokucza jak może teściowi, który wszystko poświęca dla syna, tam zięć wygania świekrę za drzwi. I pytają, co dziś jest tragicznego w naszym społeczeństwie? Ależ sam dramat zięcia jest przerażający, że już nie wspomnę o małżeństwach naszych, które stały się czymś bardzo niezabawnym. Pojmuję doskonale, co się przytrafiło owemu staremu fabrykantowi makaronu. Przypominam coś sobie, że ten Foriot...
</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Goriot --- proszę pani.</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Tak jest, ten Moriot był podczas rewolucji naczelnikiem sekcji. Umiał on skorzystać ze sławnego głodu i zrobił początek majątku, biorąc za mąkę dziesięć razy drożej, niż sam zapłacił. Miał jej, ile tylko zapragnął. Rządca mej babki sprzedał mu niezmierną ilość mąki. Ten Goriot musiał, jak wszyscy owi ludzie, dzielić się z Komitetem dobra publicznego. Pamiętam, iż rządca zaręczał mej babce, że może przebywać bezpiecznie w Grandvilliers, gdyż posiadany zapas zboża był dla niej doskonałą kartą ochronną. Otóż ten Loriot, który sprzedawał zboże ścinaczom głów, podlega jednej tylko namiętności. Powiadają, że ubóstwia swe córki. Dla starszej usłał gniazdo wysoko w domu de Restaud, a drugą połączył z baronem de Nucingen, bogatym bankierem, który uchodzi za rojalistę. Pojmiecie państwo, że za czasów cesarstwa obaj zięciowie znosili u siebie starego przedstawiciela dziewięćdziesiątego trzeciego roku, uchodziło to jakoś przy Bonapartem. Ale po powrocie Burbonów poczciwiec nasz zaczął krępować bardzo pana de Restaud, a bardziej jeszcze pana barona. Być może, że córki nie przestały kochać ojca, toteż chciały tak zrobić, żeby i wilk był syty i koza cała; chciały dogodzić i ojcu i mężom; przyjmowały Goriota, gdy nie było nikogo więcej, i składały to na karb czułości. ,,Przychodź, ojczulku, najlepiej nam będzie, gdy będziemy sami" itd. Co do mnie, moja droga, zdaje mi się, że prawdziwe uczucie umie widzieć i pojmować: musiało więc krwawić serce biednego przedstawiciela dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Widział, że się córki rumienią za niego, że one kochają mężów, a on zięciom zawadza. Trzeba się było poświęcić. I nieborak poświęcił się, gdyż był ojcem; skazał się na dobrowolne wygnanie. Widząc zadowolenie córek, pojął, że dobrze zrobił. I ojciec i dzieci byli wspólnikami tej małej zbrodni. Wszędzie się to spotyka. Czyż taki ojciec Doriot nie wyglądałby jak plama dziegciowa w salonach swych córek? Nudziłby się i czułby, że nie jest na właściwym miejscu. To co spotkało owego ojca, może też spotkać każdą piękną kobietę ze strony najukochańszego człowieka; niech tylko znudzi go swą miłością, a porzuci ją natychmiast i gotów będzie popełnić czyn nikczemny, byle tylko uciec od niej. Wszystkie uczucia podlegają temu prawu. Serce nasze to skarbnica, wypróżnijmy je od razu i otośmy zrujnowani. Nie przebaczamy uczuciu, co się od razu wylało, jak nie przebaczamy również człowiekowi, który ani grosza nie posiada. Ojciec ów nie miał już nic do dania. Przez lat dwadzieścia nie żałował uczucia, miłości, a z majątku wyzuł się od razu . Cytryna była dostatecznie wyciśnięta i córki wyrzuciły szczątki na ulicę.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Świat jest nikczemny --- rzekła wicehrabina. Skubała szal ze spuszczonymi oczyma, gdyż była do żywego dotknięta słowami, które pani de Langeais do niej zastosowała, opowiadając historię Goriota.
</akap_dialog>

<akap_dialog>
--- Nikczemny? Nie --- odparła księżna --- idzie tylko zwykłym trybem. Mówię ci o nim w ten sposób, bo chcę przekonać, że znam go doskonale. Zresztą myślę tak jak ty --- rzekła, ściskając ręce wicehrabiny. --- Świat kałużą, starajmy się więc trzymać na miejscu najbardziej wyniosłym. --- Wstała i złożyła pocałunek na czole pani de Beauséant: --- Dziwnie piękną jesteś w tej chwili, najdroższa --- wyrzekła. --- Masz niewypowiedzianie piękne rumieńce.
</akap_dialog>

<akap>
Po czym spojrzała na kuzyna wicehrabiny, skinęła z lekka głowa i wyszła.
</akap>

<akap_dialog>
--- Ojciec Goriot jest wzniosły! --- zawołał Eugeniusz, przypominając sobie w tej chwili, jak starzec gniótł wśród nocy półmisek srebrny.
</akap_dialog>