Lektury: Część trzecia WIATR OD WSCHODU cd.

Edytuj
Komentarze              Archiwum wersji (wszystkie edycje)

Skopiowano ze stron roboczych projektu Wolne Podręczniki

<akap>W tym czasie do wspólnego mieszkania Buławnika i Baryki przychodził często kolega Antoni Lulek. Był to student prawa na jednym ze starszych kursów uniwersytetu. Lulek był chorowity, słaby, nikły blondyn. Na wojnie bolszewickiej nie był z powodu złego stanu zdrowia. Lulek był nadzwyczajnie oczytany i świetny dialektyk[1]. Gdyby nie anemia i astma, które mu ,,głos odbierały", mógłby przegadać dziesięciu najtęższych gadułów. Czasami zresztą ,,nie gadał", to znaczy, nie odzywał się zupełnie ani słowem. Z głową, a raczej z brodą podpartą na chudej i suchej pięści, siedział wówczas i przenikliwymi niebieskimi oczami patrzał na przeciwnika --- (w studenckich pokojach schodzą się, piją zimną herbatę, palą cudze papierosy i gadają zawsze ,,przeciwnicy"). Lulek był to już jegomość starszy. Z niejednego pieca chleb jadał. W czasie wojny światowej terał się po różnych kryminałach rosyjskich i niemieckich. <wyroznienie>Paka</wyroznienie> --- zabrała znaczny okres jego życia. W <wyroznienie>pace</wyroznienie>, a raczej w <wyroznienie>pakach</wyroznienie>, mając wiele czasu, Lulek uczył się obcych języków, a posiadłszy angielski (licho), francuski i niemiecki (wcale dobrze), wciąż coś tłumaczył. ,,Pracował naukowo", jak mówiło się o tym wśród kolegów. Nikt jednak tych naukowości Lulka na oczy nie widział. Zawsze miało coś być wydane przez pewne ideowe zespoły i kółka i nie dochodziło do skutku, oczywista rzecz, wskutek braku pieniędzy, które nie nosiły w tej sferze innej nazwy, tylko do znudzenia nazwę <wyroznienie>floty</wyroznienie>.</akap>


<akap>Lulek lubił rozmowy z Baryką, a nie lubił z Buławnikiem. Buławnik był to umysł jasny (cokolwiek zanadto jasny), racjonalistycznie prostolinijny, nie znoszący mgły i tajemnicy, którymi Lulek lubił się otaczać. Jeżeli Buławnik zbyt kategorycznie, w sposób ,,medyczny" udowodnił swe twierdzenie, Lulek wypływał na rozlewne wody zastrzeżeń i przyczynków naukowych, puszczał się na wywody niełatwe do doścignięcia i gubił ślady za sobą. Jednakże Lulek potrzebując od czasu do czasu pomocy materialnej, kredytu krótkoterminowego, zjawiał się w jamie Buławnika. Ostatni był dobrze usposobiony dla tego klienta. O swój, a raczej o ojcowski grosz dbał, co się zowie, ale nie było wypadku, żeby odmówił Lulkowi ,,pożyczki", która mogła być --- co to ukrywać? --- zasiłkiem. Tymczasem Lulek był fenomenalnie punktualny.--- Oddawał długi w terminie oznaczonym. Tak się te rzeczy złożyły, że Lulek rozmawiał z Baryką o rzeczach oderwanych, naukowych, teoretycznych, tajnych, a z Buławnikiem o pieniądzach. Gdy Buławnik wtrącał się do rozmowy, zaczynał spierać się, mędrkować i dowodzić, Lulek odcinał się raz, dwa, potem przycichał, a wreszcie popadał w milczenie, w astmę, która mu głos odbierała. Zimnymi swymi oczyma ,,przypatrując się" wywodom przeciwnika kamieniał na długo. Śmiech bezgłośny Lulka gorszy był stokroć dla Buławnika od jego słownych wywodów.</akap>


<akap>Konflikt, RewolucjaO czymże to Lulek dyskutował z Baryką? Otóż przeważnie o jego przejściach bakińskich i moskiewskich. Lulek nigdy nie widział Rosji, nie znał ani Moskwy, ani żadnej tam Tuły, a jednak był poinformowany o sprawach rosyjskich, jakby tam właśnie spędził całe życie. Wszystko to z książek, pism i pisemek. Fenomenalna pamięć pozwalała mu mieć na zawołanie cytaty ze wszystkich dekretów wszystkich najcudaczniej zwanych władz bolszewickich, daty, cyfry, dosłowne teksty rozporządzeń, brzmienie ustaw, dokładne formuły przemówień wodzów i dokładne teksty opozycyjnych zaprzeczeń. Wiedza Lulka obracała się w granicach nakreślonych przez te właśnie doktryny, ujęte w ramy tych właśnie praw i wyjaśnień.</akap>


<akap>Nadto Lulek był nie lada (tak zwanym) ,,psychologiem". Umiał orientować się w nawale faktów przytoczonych przez młokosa, umiał wyczuć naturę jego uniesień oraz siłę rzeczywistą zwątpień i rozczarowań.</akap>


<akap>W te właśnie miejsca, w te obolałe okolice umiał we właściwej chwili pchnąć długim puginałem szyderstwa i zjadliwej drwiny. Baryka znalazł się pod urokiem i niepostrzeżenie, z wolna przechodził pod władzę duchową Lulka.</akap>


<akap>Nadszedł czas, że Cezary poczynił ,,psychologowi" pewne zwierzenia co do Nawłoci i Leńca. Nie powiedział, oczywiście wszystkiego, ale o tym i owym napomknął. Tamten słuchał z nadzwyczajną uwagą, podparłszy nagą brodę nagą pięścią. Nie wtrącał się do tych spraw radą żadną ani uwagą, ale widać było, że przywiązuje do półspowiedzi młodzieńca pewne znaczenie. Dla Baryki potrzeba wyznania była koniecznością duszy. Jakżeby pragnął powiedzieć wszystko, wszystko! Zrzucić z serca kamienie, które je uciskały, dokonać spowiedzi, którą mu swego czasu proponował ksiądz Anastazy! Lecz nie można było z Lulkiem popadać w romanse tego rodzaju, gdyż on czego innego w tych aferach poszukiwał. Chodziło mu o zgorzknienie Baryki, o jego przejście do stanu odrazy i --- co to owijać w bawełnę! --- do stanu zemsty. W tym celu Lulek używał pewnych skrótów.</akap>


<akap>Szlachcic, UpadekMówił o szlachcie, o klasie próżniaczej i przeżytej --- nie ,,szlachta", nie ,,burżuazja" czy tam inaczej, lecz --- ,,nawłoć". O zepsuciu, nikczemności, zgniliźnie duchowej kobiet sfery ziemiańskiej w ogóle mówił ,,laury, laurynki". Grubą, bezmyślną szlagonerię[2] nazwał ,,barwiccy". Ten sposób w pewnej mierze dogadzał uczuciom Cezarego, jakoś był mu na rękę. Sam w rozmowach używał nieraz tych samych określeń. Nic to, że potem czuł w sobie drżenie i żrący gniew za to, że się z tym wszystkim obnaża i obgaduje.</akap>


<akap>Ale Lulek umiał panować nad tymi przelotnymi refleksami. Idealista, Ojczyzna, Państwo, RewolucjaRzucał przed oczy przyjaciela obrazy biedy ludowej jeszcze nie widziane i po prostu źgał go w serce. Poruszał w nim wszystko widziane dawno i niedawno --- przypiekał żelazem rozżarzonym w wielkim ogniu cierpień proletariatu i nędzarzy. Nie dał mu wracać w wydeptaną, wygodną kolej uczuć i popędzał go na nowe drogi. Czy Lulek sam odczuwał cierpienia uciemiężonych? Bóg go raczy wiedzieć! Mówił o tych cierpieniach utartymi formułami, w sposób zawsze jednaki, sumaryczny i ujęty w nieodmienne epitety, co było nudne i tak jałowe, że aż ohydne, a jednak zawierało w sobie prawdę nagich rzeczy.</akap>


<akap>Rzeczownik ,,proletariat" wymawiał w pewnym skrócie sylabowym, jakby ten wyraz od częstego obracania go w ustach i ośliniania jego językowych kantów stał się gładki, okrągły i miękki. Rzeczownik ,,rewolucja" wymawiał z pewnym poświstem i przygwizdem, który w tym wyrazie wydawać się zdawał podniebieniowy dźwięk c. Szczególną antypatią, nienawiścią, odrazą, wzgardą i drwinami Lulek darzył miejscową organizację socjalistyczną z odcieniem narodowym[3]. Gdy mówił o ludziach i działaniach tego zespołu i środowiska, nos jego przybierał kolor jasnozielony, a oczy zawściągały się bielmem. Na inne partie --- ,,burżuazyjne", narodowe, ludowe, postępowe i katolickie czy bezwyznaniowe --- zapatrywał się z większą łaskawością, po prostu dlatego, że nienawiść w jego duszy wzrastała w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do różnic ideowych: im różnice były mniejsze, tym nienawiść większa. Wszelkim enuncjacjom[4] tych partii i głosom ich ,,czołowych" wyrazicieli Lulek nie przeciwstawiał swych twierdzeń ani zaprzeczeń. Przypatrywał się jedynie owym tezom i wywodom zupełnie tak jak umysłowaniom Buławnika. Był przecie w posiadaniu prawdy, po cóż tedy było psuć sobie zdrowie na jakieś alterkacje[5] z powodu takiego czy innego nacjonalizmu.</akap>


<akap>Rzeczywiście jednak ten chorowity człowiek psuł sobie zdrowie żywiąc zupełną już wrogość i nosząc w sercu zemstę względem nowo powstałej Rzeczypospolitej Polskiej. Każde niepowodzenie, pośliźnięcie, klęska czy żywiołowe nieszczęście państwa i rządu polskiego jako całości, jako jestestwa politycznego i społecznego, budziło w piersi Lulka, w jego sercu radosny śmiech. On szczerze i pilnie czyhał na śmierć tego tworu, który stale nazywał ,,najreakcyjniejszym skirem[6] ludzkości". To --- o czym dowiadywał się od Baryki, na przykład o pracach Gajowca --- nieciło w jego duszy zgryzotę śmiertelną, mękę serdeczną, astmę duchową, która podkopywała jego zdrowie fizyczne bardziej niż choroba sama. To mogło zaciemnić jego ideał, a w praktyce odwlec nieunikniony zgon Polski. Dla przyspieszenia zaś tego zgonu Lulek gotów był poświęcić swe mizerne zdrowie i niewesołe życie. Drżącymi rękami chwytał z rana gazety, żeby przecie wyczytać coś ,,pomyślnego", jakąś klęskę publiczną, jakieś załamanie się grube i głębokie, jakąś kompromitację wobec zagranicy, jakąś groźbę czyjąś, zapowiedź zniszczenia rzuconą przez angielskiego potentata lub niemieckiego eks--generała. Najtajniejszym i najszczerszym jego westchnieniem, pewnym rodzajem modlitwy, było hasło:</akap>

<akap_dialog>--- Tylko przetrzymać do najprędszego końca tę ,,niepodległość", a wtedy jeszcze swobodniej pooddycham na świecie!</akap_dialog>


<akap>Trzeba przyznać, że w tych nastrojach nie było impulsu poddanego materialnie, z ręki do ręki, przez ,,ościenne mocarstwo". Lulek był ideowcem najczystszej wody. Żył w najautentyczniejszej biedzie i gotów był zmarnieć i zamrzeć w jakiejś <wyroznienie>pace</wyroznienie> za swoje pasje, sympatie i nienawiść. Lecz nikt go nie aresztował. Cierpienia jego wzmagały się, gdy słyszał lub czytał o powolnych, lecz stałych reformach, ulepszeniach, naprawach, o wprowadzeniu w życie małych zmian na lepsze. Poczytywał to za zbrodnie, większe od jawnych skoków ku reakcji. Owych ,,polepszycieli", oględnych ,,poprawiaczów", ostrożnych kunktatorów[7] nienawidził z całej duszy. Nazywał to wszystko --- ,,gajowszczyzna" --- a do owej gajowszczyzny zaliczał całe partie czerwone i różowawe. Natomiast pałał uwielbieniem dla poczynań reformatorskich ,,sąsiedniego mocarstwa". Gdy czytał o srogich karach na kontrrewolucjonistów, o kaźniach setek tysięcy ludzi, o mordowaniu bez sądu i dziesiątkowaniu zakładników, bladł z rozkoszy. Ręce jego drżały wówczas i twarz promieniała jak od głębokiego natchnienia. Suchy kaszel zdawał się być nieustannym przytakiwaniem. Lulek nie tylko wtedy czuł, ale i działał w duchu --- <slowo_obce>in partibus infidelium</slowo_obce>[8]. Ponieważ specjalnie nie znosił wojska polskiego, gotów był zniszczyć ten kraj już tylko za sam jego ,,militaryzm". A nie mogąc nic poradzić na świeże objawy powodzenia tegoż ,,militaryzmu" w akcie odparcia najazdu bolszewickiego przez wojska polskie, ,,zmuszony był" szukać pomocy za granicą tego kraju. Lulek sztyftował[9] wciąż tajne artykuły, istne raporty szkalujące do pism zagranicznych o kierunkach pokrewnych jego sposobowi myślenia. Cieszył się na swój sposób, gdy się dowiadywał, że nie on jeden osmarowuje grzeszną Polskę przed areopagiem ,,Europy".</akap>


<akap>Opowiadał Cezaremu, iż zna poetę, który posiada stałą pensję miesięczną --- osiem dolarów --- z redakcji pewnego pisma skrajnego za dostarczanie temuż pismu, drukowanemu w języku polskim, jedynie i wyłącznie wierszowanych paszkwilów na szefa reakcji polskiej, Ignacego Paderewskiego[10]. Nie mniej straszliwie niż na polu militarnym przedstawiała się w opinii Lulka nieszczęsna Polska w dziele swej oświaty, sądownictwa, a nade wszystko w systemie więzień i stosowanych tam udręczeń. Natomiast Lulek nie miał wcale słów nagany dla uwięzionych podpalaczów prochowni[11], którzy wysadzali w powietrze nie tylko obiekty obronne polskiego ,,militaryzmu", lecz także domy i dzielnice przyległe, wraz z kobietami, dziećmi i niedołęgami --- oraz dla ich popleczników, pomocników i instruktorów. Ci wszyscy nosili w jego ustach nazwę ,,przeciwników ideowych rządu burżuazyjnego w Polsce". Według jego opinii rząd polski nie miał prawa i nie powinien bronić się wobec swych ,,przeciwników ideowych", na napaść odpowiadać obezwładnieniem i karą, lecz winien był złożyć broń u ich stóp i w ogóle ustąpić z zajmowanych bezprawnie ,,siedlisk tyranii". Siedliska te powinny były niezwłocznie przejść w posiadanie ,,przeciwników ideowych" rządu polskiego. Oczywista rzecz, że Lulek nie stał po stronie Polski w walce jej z wojskami bolszewickimi.</akap>


<akap>I tutaj to zachodziło nieporozumienie między Lulkiem i Baryką. Cezary nie stał po stronie wojsk bolszewickich, które swego czasu pół Polski zalały. Zarówno w rzeczywistości, jak ideowo stał po stronie polskiej. Przeżył ogrom wzruszeń i uniesień wojennych, których nic mu odebrać nie mogło i nic nie mogło wpłynąć na ich zapomnienie. Lulek spostrzegł w rozmowach, że tej sprawy nie należy nawet poruszać, że przynajmniej na teraz nie ma żadnej szansy wykorzenienia z pamięci ucznia wzruszeń ,,rycerskich". Toteż omijał tę materię. Historia, Polak, WalkaOgólnie tylko zwalczał barbarzyński nacjonalizm, wyolbrzymianie czynów różnych historycznych postaci, tę, jak mówił, specyficznie polską, przewlekłą i wyniszczającą malarię dusz --- historyzm --- oparty przede wszystkim na rozgłaszaniu i rozmazywaniu sposobami sztuki mniemanych i rzekomych zasług polskiego militaryzmu.</akap>


<akap>Zasady Antoniego Lulka nie były obce ani nie były nie znane Cezaremu Baryce. W szumnym i buńczucznym okresie bakińskim swego niedługiego życia, w tak zwanej ,,młodości" swej, która taką jest ,,rzeźbiarką"[12], iż wyrzeźbia ,,żywot cały" --- niemało się tych zasad nasłuchał. Żył nimi nie tylko umysłowo i uczuciowo, lecz niejako fizycznie, w sposób stadowy, koleżeński, towarzyski i snobistyczny. Zasady te były w jego świecie modne. Któż w kółku bakińskich koleżków mógłby się był przyznawać do patriotyzmu rosyjskiego, mocarstwowego, przedwojennego, carskiego? Byłby to czarnoseciniec[13], chuligan, karierowicz, drab, zbir.</akap>


<akap>Matka, OjczyznaPolskiego patriotyzmu Cezary wówczas nie odczuwał. Były to dlań wówczas ckliwe uczucia matki reakcjonistki, katoliczki, tęskniącej i chlipiącej zarówno z reumatyzmu, jak z racji braku owej Polski. Polska tedy --- był to, poniekąd, matczyny reumatyzm, artretyzm, skleroza i kaszel. Lecz po przybyciu do Polski coś tutaj w jego duszy narosło. Bolszewickie idee nie były dlań już tak wystarczające i czyste. Gdy Lulek teoretyzował, Cezary uprzytamniał sobie te idee w ich formach oczywistych, widział je na nowo, rozumiał je i cenił. Lecz coś mu ostro przeszkadzało czuć je po dawnemu.</akap>


<akap>Naród, Państwo, Praca, RobotnikGdy usiłując poniżyć ideę kultu narodowości Lulek uwidoczniał na licznych przykładach, iż walki narodowościowe nie prowadzą do żadnego celu, lecz przeciwnie, wytwarzają coraz większą przepaść między narodami, coraz większe gnębienie jednych narodów przez drugie --- i to słabych przez potężne --- że jedyną granicą, którą człowiek rozumny może uznawać, jest granica w poprzek całego świata, dzieląca robotników angielskich, francuskich, niemieckich, rosyjskich, polskich, ukraińskich od burżuazji angielskiej, francuskiej, niemieckiej itd. --- Cezary czuł, że ta sprawa --- ,,nie ma tak dobrze"[14]. Czuł, że Lulek nie dlatego tak mówi, iż jest bardzo mądry i strasznie oczytany w Marksie, lecz raczej dlatego, iż jest w pewnej mierze ograniczony, a nawet tępy. Rozumiał to, iż Lulkowi łatwo być tak radykalnym, łatwo mu wyzbyć się granicy polskiej, ponieważ jej nie widział na oczy --- słupów granicznych, które z płaczem całowali biedni, udręczeni ludzie. Łatwo mu zresztą wyzbyć się mnóstwa spraw i zajść duchowych, które właśnie tę granice wyraźnie stanowią.</akap>


<akap>HistoriaKopce graniczne sypała przede wszystkim przeszłość. I to nie przeszłość militarystyczna, lecz właśnie pokojowa, potulna, niewinna, przeszłość ogromu prac cichych w zakresie rzeczy subtelnych. Pojęcia o tej przeszłości Cezary nabrał w swym pochodzie antybolszewickim w poprzek i wzdłuż rubieży polskich, gdy widywał porabowane biblioteki, porozbijane dzieła sztuki, potłuczone witraże, szczątki, ułamki, druki, papiery. Nabrał tego pojęcia w rozmowach z Gajowcem. Gdy Gajowiec o tym wszystkim mówił, Cezary zżymał się i protestował. Gdy zaś Lulek nic o tym nie chciał wiedzieć, nie doceniał, nie interesował się --- wyłaziło to spod ziemi i ukazywało niezupełność, ułomność, a nieraz śmieszną symplistyczność[15] tez Lulka. Gdy wśród ataków kaszlu Lulek z furią twierdził, iż wyrazu ,,patriotyzm" używa się dziś po to tylko, żeby wśród najciemniejszych mas budzić najciemniejsze instynkty, gdyż ci, którzy zażywają tego słowa, tej rzekomej idei, pokrywają nim tylko swoje interesy materialne, chodzi im bowiem o to, ażeby tym frazesem uśpić, znieczulić, zniweczyć czujność mas i utrzymać w swych rękach bogactwa i władzę --- Cezary widział, że znowu Lulek ,,nie ma tak dobrze". Było jeszcze <wyroznienie>cosik</wyroznienie> nadto. Nie umiał tego wyłożyć na stół, ale to było.</akap>


<akap>Polak, Rewolucja, Robotnik, ŻydNadto zachodziła drogę kwestia Żydów z Franciszkańskiej, Świętojerskiej, Miłej, a także z Nalewek. Rozwój gospodarczy wymaga, żeby burżuazja ustąpiła, gdyż jest klasą przestarzałą. Jeżeli tego nie zechce wykonać dobrowolnie, należy ją usunąć gwałtem, przymusowo, na drodze rewolucyjnej. Władzę całkowitą obejmą robotnicy. A cóż wówczas stanie się z proletariatem najbiedniejszym z proletariatów, z biedą żydowską z ulicy Franciszkańskiej i przyległych? Czy to są robotnicy? Czy to jest burżuazja? AntysemityzmCezary obawiał się w duszy, na mocy tego wszystkiego, co już za żywota swego w sprawach przewrotowych widział na własne oczy, ażeby ta żydowska burżuazja, a zarazem to getto żydowskie --- ci ludzie bez przeszłości i przyszłości, których jest w Polsce więcej niż trzy miliony --- kandydatów --- pod pozorem, iż oni to właśnie są światem robotników, proletariatem --- nie objęli całej władzy w ręce ponad zburzyszczem wszystkiego. Nie sądził bowiem, żeby to było pożyteczne dla postępu świata.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Pewnego dnia rano Lulek przyszedł, a właściwie przybiegł do mieszkania Cezarego zdyszany i niezwykle podniecony. Lecz w mieszkaniu nie można było mówić swobodnie, gdyż Buławnik siedział kamieniem, czegoś tam uczył się zajadle, przebierając między ludzkimi piszczelami. Lulek pokaszliwał coraz niecierpliwiej. Toteż Cezary wymyślił sposób na wygryzienie Buławnika z pokoju: wyłonił pewną sumę i posłał tamtego po serdelki, bułki, cukier i tytoń.</akap>


<akap>Skoro tylko Buławnik trzasnął drzwiami, aż szyby zabrzęczały w całej kamienicy, Lulek pisnął:</akap>

<akap_dialog>--- Ty! Słuchaj!</akap_dialog>


<akap>Zanim Baryka mógł cokolwiek, według zapowiedzi, usłyszeć, musiał zapoznać się z serią kaszlów grubych i cienkich. Skoro się to nieco uspokoiło, Lulek mówił:</akap>

<akap_dialog>--- Dla ciebie jednego to robię, żeby cię przecie coś niecoś oświecić...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zbytek łaski, mości dobrodzieju.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Żeby cię oświecić z boku. Możesz sobie o tym sądzić, co ja mówię, jak ci się żywnie podoba. Teraz masz sposobność usłyszenia prawdy...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wstęp już słyszałem. Teraz może by pierwszy rozdział...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Otóż... Uważaj!</akap_dialog>


<akap>Lulek nachylił się i mówił najcichszym szeptem. Szept ten był istotnie znacznie cichszy niż świsty, charczenia i bulgotania żywiołów lasecznikowych w jego piersiach:</akap>

<akap_dialog>--- Jutro rano odbędzie się tutaj konferencja.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czyja?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Partyjna --- a właściwie --- organizacyjno--informacyjna.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Chcę ci zrobić łaskę i wprowadzić cię na tę konferencję. Usłyszysz nareszcie autentycznych ludzi w tym kraju.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Usłyszę autentycznych ludzi... Czy to jest jaki <wyroznienie>Cekaer</wyroznienie>[16]?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Et! Co z tobą gadać! Ja takiego oto eks--żołdaka wprowadzę na posiedzenie <wyroznienie>Cekaeru</wyroznienie>! --- gdyby istniał!... Mówię ci: konferencja organizacyjno--informacyjna.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Organizacyjno--informacyjna --- jest to <slowo_obce>contradictio in adiecto</slowo_obce>[17]. Albo organizacyjna, albo informacyjna.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Właśnie, że jest taka, jak ci mówię. Będą ludzie z organizacji i będą tacy jak ty, których należy oświecić i wziąć w rękę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mnie nikt nie będzie brał w rękę, bo ja nie jestem parasol ani łyżka.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Właśnie, że twój umysł trzeba ująć w karby. Podobnie jak zarząd partii jest mózgiem klasy robotniczej, tak samo takie rozumy jak twój --- chwiejne, pełne naleciałości burżuazyjnych --- muszą być nastawiane i kierowane przez rozum centralny, przez ideę--matkę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Owszem, pójdę na ten raut.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ja ci dam raut, romansowiczu nawłocki!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mogę posłuchać, co tam bzdyczycie jeden po drugim utartymi na proszek do zębów frazesami, nie kontrolowani przez żaden rozum postronny. Mózg klasy robotniczej! Paradne!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jest jeden warunek: dyskrecja! Nie piśniesz o tym --- ale, uważaj --- we własnym interesie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- ,,We własnym interesie". To już jest groźne. Ty, Lulek, masz chwile dużej wybujałości. A gdzie to ma być? Daleko? Pewno gdzie na końcu najdłuższej linii tramwajowej? Czy to na czarno --- w spodniach --- w żakiecie --- z chustką do nosa? W mankietach obróconych białą stroną w stronę tego <wyroznienie>Cekaeru</wyroznienie>? </akap_dialog>


<akap>Lulek srodze kaszlał. Po wy kaszlaniu się wysyczał:</akap>

<akap_dialog>--- Przyjdę po ciebie o dziesiątej rano.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zawiążesz mi oczy?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zawiążę ci tylko język na supeł, żebyś swoim miłym gajowcom czego nie wypaplał. Zrozumiałeś?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, dobrze. Już o tym słyszałem. Będę jutro w domu. Więc o dziesiątej?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O dziesiątej... --- wyszeptał Lulek wznosząc na Cezarego oczy błagalne, oczy smutne, zimne oczy fanatyka.</akap_dialog>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Nazajutrz o godzinie dziesiątej obadwaj[18] wyszli z dzielnicy żydowskiej i skierowali się ku ruchliwszej i bardziej czystej okolicy. Lulek często i ostrożnie oglądał się poza siebie. Udając, że zapala papierosa, przystawał i rzucał w głąb ulicy spojrzenie tak badawcze, że było śmieszne do najwyższego stopnia. Jak na złość nikt go nie inwigilował[19]. Jeżeli za nim kto szedł uparcie, to stare Żydówki z koszami jabłek albo cytryn na ręku. W pewnej chwili, gdy mijano plac miejski, Lulek skinął na dorożkę. Cezary wybuchnął ostrym śmiechem:</akap>

<akap_dialog>--- Lulek w dorożce! Już za to samo powinni cię zaaresztować, uwięzić i wprowadzić na gilotynę! Ty burżuju!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Leź do budy! --- wrzasnął prawnik rozglądając się na wszystkie strony.</akap_dialog>


<akap>Cezary wlazł do budy, tym chętniej i pospieszniej, że śnieg z deszczem chłostał nie na żarty. Pojechali. Cezary patrzył z boku na chudą, nikłą, żółtawą postać rewolucjonisty, na głuche, podkrążone oczy, na mizerne wąsiki, podszczypane nerwowymi palcami, wykopciałe od dymu kiepskich papierosów, na te wąsiki niepotrzebne, koloru nasturcji, pod sinawym nosem. Żal mu było Antoniego Lulka! Tak się zaś terać dla ludzkości! Tak się wyrzekać dóbr burżuazyjnych dla przyszłego złotego okresu dziejów!</akap>


<akap>Przecie ten głodomór mógłby grać w karty, uczęszczać do domów publicznych, hulać w knajpach i robić pieniądze w handlu akcjami. On tymczasem wszystkiego się wyrzeka, żeby dogodzić swej nienasyconej manii odkupienia biedaków z niewoli. Lecz pocieszała Cezarego nadzieja, że Lulek kiedyś odżyje --- jeśli doczeka --- gdy walka klas już ustanie, gdy jedna tylko będzie klasa na globie, gdy wszyscy będą mieli jednakie mieszkania, spiżarnie i drwalki, jednakie meloniki, marynarki i kalosze.</akap>


<akap>Co pewien czas Lulek wychylał się z budy, patrzał w tył i w głąb ulicy.</akap>


<akap>Jak na urągowisko ani jeden automobil, ani jeden powóz policji nie ścigał dorożki spiskowej!</akap>

<akap_dialog>--- Mam wrażenie, iż burżuazyjny rząd polski nie chce cię ścigać, więzić i ściąć mieczem twego siedliska mózgu, który jest przecie rozumem klasy robotniczej. Co gorsza, mam wrażenie, iż ten rząd burżuazyjny kpi sobie z ciebie. Kpi z ciebie, czyli po prostu ma cię za pewien rodzaj zera w tym rewolucyjnym termometrze.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Siedź cicho i nie sadź się na dowcipy. To nie twoje rzemiosło.</akap_dialog>


<akap>Dorożka z właściwymi jej podskoki przemknęła się nad zrujnowanymi czasu wojny brukami Warszawy. Lecz oto w pewnej chwili Lulek począł ciągnąć za wielki tylny guzik, przyszyty do kapoty nad lewą nerką woźnicy. Powóz stanął. Prawnik zapłacił co prędzej towarzyszowi--dryndziarzowi sumę tak wielką, iż tamten nie wszczynał kłótni z wyliczeniem ceny owsa i wysokości podatków. Obadwaj spiskowcy ruszyli szybkim krokiem. Cezary nie mógł się zorientować, na jakiej jest ulicy, chociaż było to śródmieście i sklepy przedstawiały się dość okazale. Lulek szybko wszedł do pewnej bramy. Nawet nie oglądał się już tutaj poza siebie. Dreptał chyżo po schodach na trzecie piętro, stanął dopiero przed drzwiami, na których widniała dość niechlujnie utrzymana tablica z napisem:</akap>


<akap>,,Polex. --- Polski eksport manufaktury i ziemiopłodów".</akap>

<akap_dialog>--- ,,Manufaktury i ziemiopłodów"..: --- czytał z uszanowaniem Cezary. --- Nie napisano, dokąd...</akap_dialog>


<akap>Lulek nie mógł odpowiedzieć, gdyż właśnie <wyroznienie>odstawiał</wyroznienie> serię kaszlu. Pomimo tej przeszkody wyglądał za poręcz i pilnie nadsłuchiwał. Wreszcie, gdy się okazało, że nikt go nie śledzi, nacisnął klamkę i wszedł pierwszy. Za nim Cezary. W korytarzu ,,Polexa" było tak bardzo dużo dymu, po prostu na składzie, pod sufitem, że istotnie warto było choć część jego dokądkolwiek na zewnątrz wyeksportować. Stali tu różni ludzie prości, w ubraniach robotniczych, a nawet w sukmanach wieśniaczych. Nie brakło i tużurkowych[20].</akap>


<akap>Jeden trzymał na ręce paltot starannie złożony, z ładną jedwabną podszewką. Lulek prześliznął się wśród nich wszystkich i wszedł do sporej sali, która była niegdyś półburżujskim salonikiem. Tam było dość dużo osób, co najmniej jakie ćwierć setki. Lulek wynalazł gdzieś pod ścianą, między ludźmi, krzesło i podał go Baryce z głosem doradczym:</akap>

<akap_dialog>--- Siadaj.</akap_dialog>


<akap>Skoro ten usiadł, jakiś jegomość z twarzą chytrą i oczami świdrującymi na wylot nawinął się i wszczepił niemiły swój wzrok w Barykę. Prawnik coś mu tam kładł do ucha, gdy Cezary rozglądał się po sali. I tu było dymu niemało. Ludzie rozmawiali szeptem i jakoś chyłkiem, jak w kościele albo na pogrzebie. Barykę, jak to często bywa podczas posiedzeń uroczystych, ogarnęło usposobienie pustackie. Chciało mu się śmiać ze wszystkiego, co się tu dokonywuje, i ze wszystkich zgromadzonych. Nade wszystko śmieszyła go mina Lulka, uroczysta i jakby natchniona. Potem śmieszył go ów chytry jegomość, mały, perkaty, łysawy, z brodziną na bok z lekka odkręconą. Robił wrażenie kupczyka ze sklepu wiktuałów, który lubi dużo rezonować, ponieważ zna się na wszystkim jak nikt na jego przedmieściu. Ten mniemany kupczyk lustrował szczegółowo wszystkich obecnych. O ile ten był ruchliwy i baczący na wszystko, o tyle inni obecni przeważnie sterczeli pompatycznie lub komunikowali się półgębkiem, jakby całą troskę o bezpieczeństwo na tamtego gorliwca zwalili. Wszyscy zawzięcie wykapcali papierosy za papierosami. Sprawiało to wrażenie, iż w tym celu tu przyszli. Całość ich nie wywierała zbyt groźnego wrażenia.</akap>


<akap>Wtem drzwi do sąsiedniego pokoju otwarły się i weszło naraz siedem osób.</akap>


<akap>Teraz dopiero Cezary zrozumiał, że to są grube ryby. Nie było żadnych powitań. Zaledwie jakieś tam pokaszliwania albo wycieranie nosów.</akap>


<akap>Tamci siedmiu zasiedli[21] już to za biurkiem, symulującym sekrety owego ,,Polexa" --- już tu i owdzie na sali. Oczy wszystkich obecnych skierowały się na kobietę lat trzydziestu, przystojną, wysmukłą, skromnie i czysto ubraną, z naturalnie zaczesanymi włosami. Oczy tej niewiasty były szaroniebieskie, stalowe, rysy pociągłe, nos zgrabny i cały wyraz twarzy nader zniewalający. Główną jednak figurą zdawał się być przysadkowaty człowieczyna z zarostem, typ blondynowy, czysto polski, proletariacko--pospolity. Oczy tego typu patrzyły ostro, zimno, uważnie, z wyrazem rozumu i rozsądku, męstwa i determinacji.</akap>


<akap>Coś jakby uśmiech --- ale nie uśmiech --- przewinęło się po jego zmarszczkach, gdy niejako witał zgromadzonych. Od razu widać było, że będzie sowicie gadał, że już głaska, ustawia w rzędach i wypuszcza z klatek myśli połapane. Obok tamtego siedział z głową podpartą na ręce człowiek już nieco starszy, siwawy, zamyślony, coś jakby szlachcic z folwarku, niepokojący się o swe oziminy, strączkowe i okopowizny. Dalej wiercił się niespokojnie na stołku młody, przystojny, tęgi <wyroznienie>mołojec</wyroznienie>, najwidoczniej Rusin, bo miał jakąś dziwną koszulę z wyszywaniem czerwonym na stojącym kołnierzu. Za tymi trzema widać było jeszcze trzech młodych i dość bezbarwnych ludzi, z wyglądu podobnych do kancelistów.</akap>


<akap>Zabrał głos przysadkowaty blondyn. Odchrząknął i walił monotonnym głosem:</akap>

<akap_dialog>Rewolucja, Walka klas--- Towarzysze![22] Cieszymy się, że możemy zebrać się tutaj w liczniejszym gronie, aby o naszych sprawach pomówić. HistoriaWiecie już zapewne, że nasz nauczyciel, nieśmiertelny Karol Marks, powiedział, iż historia ludzkości to jest historia walki klas. Walka między klasami społecznymi jest tak stara jak samo społeczeństwo ludzkie. My wszyscy służąc klasie, z której pochodzimy, służymy ludzkości, naszej matce. Burżuazji, która trzyma władzę w swych rękach, jest już za ciasno, toteż wojny między państwami burżuazyjnymi są nieuniknione i ciągłe. Burżuazja wszystkich krajów nie może już zaspokoić apetytów zamykając drogę do życia robotnikowi, musi wojować, by sobie nawzajem wydzierać różne kraje urodzajne, kopalnie i wszelakie źródła bogactwa, a w ten sposób jedna na niekorzyść drugiej powiększy zakres swej eksploatacji. Rola burżuazji jako czynnika postępu i kultury jest już skończona. Jest to rola rozkładowa, destrukcyjna. Jeżeli robotnicy nie zdołają zmusić burżuazji do ustąpienia, jeżeli jej nie wydrą władzy, to ludzkości grożą nieustanne wojny, tak zwane patriotyczne, rzezie, morderstwa i zacofanie. Jedynie klasa robotnicza może prowadzić dzieło postępu gospodarczego. Drogą do tego celu będzie, oczywiście, organizowanie klasy robotniczej.</akap_dialog>


<akap>To organizowanie zaprowadzi z czasem klasę robotniczą do wzięcia władzy w ręce. Ażeby ten cel osiągnąć, ażeby zaprowadzić nowe życie, oparte nie na wojnach, rzeziach i morderstwach, lecz na współpracy człowieka z człowiekiem, nie wystarczy łączenie się robotników w łonie jednego społeczeństwa, jednego państwa, lecz jako mus, jako nakaz nieubłagany powstaje idea łączenia się robotników wszystkich krajów i wszystkich państw. Stopa gnębienia, norma wyzysku pracy robotniczej jest bowiem w różnych krajach rozmaita, ale istota tego wyzysku jest na naszej kuli ziemskiej jednakowa. Na całym świecie wróg nasz jest jeden i ten sam. I to jest źródło naszej międzynarodowości...</akap>


<akap>Wyłożywszy te prawdy mówca pomacał się po lewej kieszeni marynarki i usiadł. Wnet wyciągnął tekturowe pudełko z papierosami i zapaliwszy jednego z nich zaciągnął się mocno dymem. Założył też nogę na nogę, jakby na znak, że nic już więcej nie powie.</akap>


<akap>Gdy w ciągu dłuższej pauzy widać było, iż towarzysz pierwszy mówca nie udzieli więcej wiadomości i oświadczeń --- dość wdzięcznym i jakby melodyjnym ruchem powstała ze swego krzesła kobieta--towarzyszka, przeszła do biurka i oparła się o nie ręką. W tym jej ruchu uwidoczniła się konieczność pewnej ozdobności, niejakiej potrzeby piękna w ruchu. Sam głos towarzyszki miał brzmienie miłe, dźwięczne, głębokie. Mówiła:</akap>

<akap_dialog>Państwo, Robotnik, Władza--- Towarzysze! Państwo --- jest to organizacja, gdzie jedni sprawują władzę, a inni tejże władzy podlegają. W każdym państwie, a więc i w tym tutaj, świeżo utworzonym, są klasy rządzące i są klasy, którymi się zarządza. Któż tedy tutaj u nas rządzi i na jakiej zasadzie? Do sprawowania rządów w tym społeczeństwie, jak w każdym dzisiejszym --- z wyjątkiem jednego okręgu na ziemskim globie --- uprawnia siła ekonomiczna jednej klasy, burżuazji, nagromadzenie bogactw, posiadanie ziemi i fabryk. To jest podstawa władzy naszych dzisiejszych rozkazodawców i to jest zasada uprawniająca ich do rządów. Robotnik w dzisiejszym społeczeństwie nie może rządzić, gdyż nie posiada ziemi i bogactw, które jedynie zapewniają posiadanie władzy. Władza w państwie dzisiejszym przypada jednej klasie posiadaczów, która tej swojej władzy używa po to, aby bronić swej społecznej egzystencji. Państwo dzisiejsze jest to narzędzie ucisku jednej klasy przez drugą. My, jako przedstawiciele klasy robotniczej, musimy występować przeciwko państwu, jesteśmy bowiem wyrazicielami międzynarodowej organizacji pracowników.</akap_dialog>


<akap>Mógłby ktoś utrzymywać, iż klasa robotnicza, sięgnąwszy po władzę w danym społeczeństwie i państwie, również będzie gnębić inne klasy społeczne i że państwo w ręku robotników również stanie się narzędziem ucisku. Mogłoby to tak być, gdyby istnienie klas społecznych miało być wieczne. Ale właśnie klasa robotnicza chce zdobyć władzę nie po to, aby ciemiężyć inną klasę społeczną, lecz po to, aby znieść podział społeczeństwa na klasy. Nie będzie mogła istnieć niewola klas tam, gdzie samych klas wcale nie będzie, gdzie wszyscy ludzie będą robotnikami. Zamierzeniem naszym jest to jedno, aby znieść panowanie ludzi nad ludźmi, aby skasować niewolnictwo jednych a próżnowanie innych, aby stworzyć społeczeństwo pracujących, równych i wolnych ludzi.</akap>


<akap>Mówczyni poprawiła swe krucze, niemal fiołkowe włosy i ciągnęła dalej głosem nieco odmiennym, nastawionym na ton inny:</akap>

<akap_dialog>Polak, Rewolucja, Robotnik, Zdrada--- Powiedziane było tutaj, że celem naszym jest powalenie kapitalizmu i tryumf socjalizmu. Jeżeli w tej walce przyjdzie do orężnego powstania, to tylko dlatego, że klasy posiadające nie rozumieją momentu dziejowego, który przeżywamy. Klasy te nie rozumieją również naszego stosunku do Sowietów.</akap_dialog>


<akap>Gdy nastała wojna między Polską i Rosją sowiecką, która to wojna zmierzała do uszczuplenia obszarów, na których władza robotników i chłopów już się rozpostarła, jakiż był nasz obowiązek, obowiązek przedstawicieli proletariatu? Czy mogliśmy działać w tym kierunku, aby pomniejszyć już uzyskane zwycięstwo robotników i chłopów? Oczywista rzecz, iż o tym nie mogło być mowy! Zdradzilibyśmy byli sprawę robotniczą.</akap>


<akap>Znowu nastąpiła w przemówieniu mała przerwa. Mówczyni ściągnęła brwi. Jej wysmukła, zgrabna i piękna postać przechyliła się nieco na bok. Zabrzmiał znowu głos metaliczny, spokojny:</akap>

<akap_dialog>--- Jestem z zawodu lekarką[23] i jako lekarka poznałam z bliska i z własnego doświadczenia zgniliznę dzisiejszego świata. Przyszłam do przekonania, iż w dzisiejszym świecie panuje straszne zwyrodnienie. Klasa robotnicza zwyradnia się w nędzy i ciemnocie. UpadekObecny ustrój kapitalistyczny prowadzi całą ludzkość do upadku. Tutaj, w tym mieście Warszawie, 85 procent dzieci w wieku szkolnym ma początki suchot. Przeciętna długość życia robotnika wynosi 39 lat, przeciętna długość życia księdza 60 lat. W roku 1918 na 33 000 wypadków śmierci w Warszawie 25 000 było zmarłych na suchoty. Cała klasa robotnicza przeżarta jest nędzą i chorobami. Życie, jakie na tej ziemi pędzi robotnik, ginący z nędzy, powoduje zwyrodnienie, a używanie, nadmiar, przesyt doprowadza również burżuazję do zwyrodnienia. Masy robotnicze pozbawione są kultury. Ich twórcze siły nie są wykorzystane. Poziom kulturalny burżuazji obniża się również. Pieniądz rządzi wszystkimi i wszystkim.</akap_dialog>


<akap>Te enuncjacje towarzyszki lekarki wywarły na słuchaczach silne wrażenie. Co więcej, wytworzyły jakieś poruszenie umysłów, które dotychczas znajdowały się w stanie biernego słyszenia wyrazów --- ,,klasa", ,,proletariat", ,,burżuazja", ,,robotnik", ,,walka klas" itd. Lecz na skutek tych enuncjacji i Cezary poczuł w sobie właściwą mu przekorność. Każde bowiem uwydatnienie pewnych prawd za pomocą mówionego słowa --- uwydatniało zarazem braki i wady argumentacji, a nadto przywodziło na pamięć rzeczywiste obrazy zaprzeczające z gruntu słowom głoszonym jako prawdy. Każde niemal słowo budziło w umyśle słuchacza kontrsłowo, a każda prawda głoszona domagała się wysunięcia i postawienia kontrprawdy. Gdy towarzyszka mówczyni na chwilę umilkła zbierając argumenty do dalszych wywodów, Cezary podniósł rękę prosząc o głos.</akap>


<akap>Towarzysz pierwszy mówca --- który miał na tym zebraniu przyrodzony niejako stopień przewodniczącego, ze względu, zapewne, na zasługi położone dla sprawy emancypacji robotników --- ze zdziwieniem wejrzał na młokosa przerywającego wykład tak świetnej propagatorki. Ale Cezary nastawał z żądaniem głosu. Lulek zaniepokoił się. Blady i przestraszony wyskoczył z tłumu na środek pokoju i machając rękami dawał znaki milczenia zuchwałemu koledze. Nic to nie pomogło. Przewodniczący rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Teraz mówi towarzyszka. Później udzielę towarzyszowi głosu.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dlaczegóż nie teraz? Ja tylko parę słów...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Więc proszę --- ale parę słów! --- rzekł z niechęcią towarzysz--głowacz[24].</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Chciałem powiedzieć parę słów --- zaczął Cezary --- jakby określić? --- prawie w kwestii formalnej. Rewolucja, RobotnikChciałem zwrócić uwagę na nieskuteczność takiej propagandy jak ta, której przykład słyszałem przed chwilą.</akap_dialog>


<akap>Jeżeli tutejsza klasa robotnicza przeżarta jest nędzą i chorobami, jeśli ta klasa jest w stanie zwyrodnienia czy na drodze do zwyrodnienia, jeżeli ta klasa jest pozbawiona kultury, to jakimże sposobem i prawem ta właśnie klasa może rwać się do roli odrodzicielki tutejszego społeczeństwa? Takich argumentów nie należy używać. Należy raczej schować te fakty na dno, na sam spód dowodzeń, gdyż jest to właściwie argument przeciwko racjonalności uroszczeń komunizmu. Klasa przeżarta nędzą i chorobami może być tylko obiektem czyjejś akcji odrodzeńczej, lecz w żadnym razie nie czynnikiem odradzającym. Chory dotknięty klęską braku kultury nie może przecie ani sam siebie, ani nikogo innego skutecznie leczyć. Tego chorego musi leczyć ktoś świadomy --- lekarz.</akap>

<akap_dialog>--- Któż, według was, towarzyszu, ma być takim czynnikiem odradzającym, lekarzem? --- zapytał pierwszy mówca, z uśmiechem drwiącym i złośliwym.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tego ja nie wiem. Ja przecie tylko słucham. Uczę się tutaj. Nie kreślę dróg racjonalnego rozwoju ani dla zaludnienia kuli ziemskiej, ani nawet dla tego oto społeczeństwa, któremu każdy, kto tylko chce, może kołki na głowie ciosać, choćby był dotknięty defektem braku kultury. Po prostu --- nie wiem. Ale, być może --- mówię to z całą masą zastrzeżeń --- może czynnikiem takiego właśnie procesu odrodzenia wszystkich ludzi w tym społeczeństwie, na terenie, który zajmuje to młode państwo, będzie właśnie odrodzona i odradzająca się Polska.</akap_dialog>


<akap>Kij wbity w mrowisko nie sprawia takiego zamieszania wśród mrówek, jak to powiedzenie sprawiło wśród zgromadzonych. Przede wszystkim Lulek zjawił się obok Cezarego i, zaciśniętymi pięściami machając obok jego nosa, coś strasznie groźnego bełkotał. Inni zebrani również mówili jeden przez drugiego wyrazy mocno nieprzyjemne. Gwar się wszczął. Uciszył to wszystko przewodniczący, groźnie prosząc o spokój. Sam zadał pytanie:</akap>

<akap_dialog>--- Więc ,,pan" utrzymuje, że Polska może zastąpić świadomą i celową akcję proletariatu zorganizowanego i czynnego?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nic nie utrzymuję, bo sam jeszcze dobrze nie wiem. Dowiaduję się dopiero. Rzuciłem pytanie. Rzuciłem pytanie na tej podstawie, iż częstokroć Polska, rząd polski, nie tylko nie gnębi robotników jako takich, ale w zatargach robotników z burżuazją o zarobki i prawa staje po ich stronie, po stronie robotników. Twierdzenie, że w Polsce rządzi burżuazja, nie jest prawdą.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Proszę o głos! --- zawołał młody człowiek w wyszywanej koszuli. --- Pan nie wie jeszcze, co to jest pańska Polska, pan się dopiero dowiaduje, więc ja panu podam tutaj niektóre szczegóły --- do wiadomości...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Towarzyszka Karyla jeszcze nie skończyła... --- zastrzegł się prezes.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zrzekam się, zrzekam swego głosu na rzecz towarzysza Mirosława... --- rzekła z gestem niechęci towarzyszka Karyla.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Słyszeliście, towarzysze --- zaczął Mirosław --- że ten ,,pan" wywindował tutaj w swym ,,głosie formalnym" Polskę na takie stanowisko, jakie ją samą, gdyby mogła mieć świadomość i siłę wyrażania opinii, mocno by pewno zażenowało. Muszę oświetlić to twierdzenie, muszę wyjaśnić i jemu, i wam wszystkim.</akap_dialog>


<akap>Wszystkie teraz oczy skierowały się na Cezarego z taką zajadłością i nienawiścią, jakby w jego osobie sama potworna burżuazja rządząca państwem polskim siedziała na drewnianym stołku. Jego ta rola obrońcy burżuazji do gruntu ośmieszyła i podała w pogardę, zwłaszcza że Lulek to z tej, to z tamtej strony wysuwał się przed oczy zza cudzych pleców i wciąż coś złośliwego i ośmieszającego szczebiotał pokrywając słowa histerycznym kaszlem.</akap>

<akap_dialog>--- W ,,pańskiej" Polsce... --- zaczął mówca.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ta Polska nie jest jeszcze ,,moją" Polską. Proszę mówić tak: w Polsce, w dzisiejszym państwie polskim... --- odciął się ze złością Baryka.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dobrze! Ja jestem Rusin zgodny. Bij go, drzyj za włosy --- on zawsze da się do rany przyłożyć... Niewola, Państwo, Władza, WolnośćW Polsce, w dzisiejszym państwie polskim, rozmaite zagarnięte przez nią narody są uciemiężone. Jesteśmy przeciwnikami tej niewoli narodów. Jesteśmy rzecznikami nie tylko wolności klasowej, lecz i wolności narodów ujarzmionych i gnębionych w Polsce. Nie znaczy to wcale, żebyśmy mieli interesy wewnętrznej solidarności z tymi narodami jako z całościami, gdyż w łonie każdego z tych narodów istnieje walka klas...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie u wszystkich --- wtrącił Cezary. --- O ile mi wiadomo, nie wszystkie z tych narodów ujarzmionych przez Polskę zdołały sobie zapuścić burżuazję. Są takie między tymi narodami, które jeszcze własnego raka burżuazji wcale nie posiadają, więc walka klas istnieje w tych okolicach ujarzmionych tylko na papierze tutejszego programu partyjnego.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tym ci gorzej dla Polski! --- odpalił mówca. --- Rolę burżuazji u tych nierozwiniętych nacji spełniają Polacy. ,,Polacy" znaczy to właśnie u tych nieszczęśliwych --- panowie, właściciele latyfundiów, potentaci, sprzymierzeńcy rządów carskich i ,,narodowych", twórcy wielkich fabryk i przemysłów. Ale ja tu mówiłem, że nasza partia potępia fakt, iż w nowoczesnym państwie polskim, które wciąż jeszcze nie może utulić skarg i lamentów, wyuczonych na pamięć, nad niedawną własną niewolą narodową, wolność całego szeregu narodów jest naruszona i zgnębiona. Od chwili powstania państwa polskiego ruch robotniczy jest prześladowany...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ruch robotniczy komunistyczny, w czasie wojny polsko--rosyjskiej stojący po stronie Rosji, jak to tutaj było stwierdzone? --- zapytał Cezary.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak! Komunistyczny! --- zadecydował mówca uderzając pięścią w biurko.</akap_dialog>


<akap>Wszyscy zebrani poruszyli się i jakoś bardziej zbliżyli się do Cezarego. Jego ogarnęła kłótliwość, rankor[25] przeczenia, wadzenia się, nawet dokuczania. Milczał, spokojnie przypatrując się mówcy i jego satelitom.</akap>

<akap_dialog>Więzienie, Władza, Przemoc, Okrucieństwo--- Więzienia przepełnione są[26] aresztowanymi działaczami robotniczymi i działaczami narodowości uciskanych. Cztery tysiące więźniów politycznych przebywa w Polsce za kratą. Warunki, w jakich przebywają tamci więźniowie, niejednokrotnie prześcigają osławione turmy carskie i przeobrażają te więzienia w miejsca kaźni. Świadczą o tym liczne głodówki, które z roku na rok są częstsze. Głodówki te niejednokrotnie kończą się wypadkami śmierci walczących więźniów. Podczas głodówek dozorcy okrutnie biją głodujących. Zeznania wymusza się za pomocą bicia i tortur średniowiecznych. Więźniów bada się prądem elektrycznym. Rozebranego do naga Nykyfora Bortniczuka badał prądem elektrycznym komisarz Kajdan...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Przepraszam... Chciałem zasięgnąć informacji. Czy takie badanie za pomocą tortury elektrycznej odbywa się z wiedzą ministra sprawiedliwości? Czy do tych tortur rząd wydaje specjalne rozporządzenie? Czy to rząd polski asygnuje sumy na zakupno maszyn do tortury elektrycznej? Chciałem się dowiedzieć... --- mówił Cezary w rozterce i przygnębieniu.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie wiem. My nie jesteśmy poinformowani, i, co prawda, nie jesteśmy nawet ciekawi wiedzieć, kto poleca i kto na te przyrządy daje pieniądze. Wiemy dokładnie, kto to robi. Policja bije dosłownie wszystkich.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ciekawym, czy bije i tych, co wysadzają prochownie, a obok prochowni usiłują wysadzić w powietrze całe dzielnice zamieszkane przez ubogą ludność żydowską?</akap_dialog>


<akap>Głuche milczenie było odpowiedzią. Ale milczenie to przeszywały spojrzenia nic dobrego nie wróżące.</akap>


<akap>Cezary czuł w sobie niepojętą wściekłość, porażkę i mękę, jak wówczas, gdy walił w głowę Barwickiego i gdy ciął w twarz najbardziej umiłowaną.</akap>

<akap_dialog>--- Nie będę odpowiadał na takie pytania, gdyż mam do zakomunikowania coś ważniejszego --- ciągnął towarzysz Mirosław. --- Chcę, żebyście to wszyscy, towarzysze, dobrze zapamiętali! Policja polska stosuje takie oto tortury: obie ręce skazańca skuwają razem i pomiędzy nie wciągają obadwa kolana. Między ręce i kolana wsuwają żelazny drąg, co sprawia, iż badany skręca się w kółko. Następnie przewraca się ofiarę na plecy i bije się batem po nagich stopach tak długo, aż ta ofiara zemdleje. Wówczas doprowadza się ją do przytomności i zaczyna ,,badanie" od początku. Wlewa się wodę strumieniami do gardła i nosa, aż do uduszenia skazańca.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy to jest prawda? --- zapytał Cezary wstając ze swego miejsca.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy prawda?! Czekajże pan! Powiem ci prawdę! Kowalowi z folwarku Wasilkowszczyzna w powiecie wołkowyskim, niejakiemu Kozłowskiemu, związano ręce, wsunięto między nie kolana i włożono między kolana i ręce drąg żelazny. Dwaj policjanci brali za drąg, podnosili Kozłowskiego do góry i rozmachnąwszy się rzucali nim o ścianę. Kozłowski odbijał się od ściany jak piłka, upadał na podłogę, od której znowu odbijał się w podobny sposób. Procedura ciągnęła się piętnaście minut, Kozłowski, puszczony na wolność, umarł po trzech dniach w strasznych męczarniach.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Za co go tak katowali!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wszystko jedno, za co go tak katowali!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A kto widział tę scenę?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mało panu jeszcze? Jeszcze mało? Powiem więcej! Bicie przy badaniu pałkami w pięty, ściskanie palców w kleszczach, gdy pomiędzy palce wkłada się ołówki albo inne twarde przedmioty, wybijanie zębów herbowym sygnetem, rozgniatanie paznokci, obok poczciwego, staropolskiego bicia po twarzy chamów i starodawnego łamania żeber obcasem --- to wszystko jest w modzie. To jest prawda! Nie dosyć panu jeszcze? Damy jeszcze! We wsi Dziedowo, w powiecie mińskim, zasieczono na śmierć rózgami kilka brzemiennych kobiet. Jeszcze mało?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Co się pan mnie czepiasz? --- krzyknął Cezary w istnym szale. Odsunął gwałtownie krzesełko i wyszedł z zebrania. Zanim jednak zatrzasnął drzwi, słyszał wciąż koło siebie kaszel Lulka, jego natrętny śmiech i świszczące, syczące, jęczące sylaby:</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Idź! Idź! Idź! Idź, chłoptysiu! Patrioto kochany! Żołnierzyku nieustraszony! Idź! Poskarż się wujciowi Gajowcowi! On cię pocieszy! On ci to wszystko wytłumaczy. Zaprzeczy! On ci da wyjaśniającą odpowiedź na wszystkie plotki wywrotowców, zdrajców, wrogów...</akap_dialog>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>BłądzenieIdąc ulicami miasta, gdy mgła zimowa zwisała nad opuchłymi domami, Cezary wodził się za bary ze swoją duszą. Słyszał wewnątrz siebie krzyk przeraźliwy swego ojca i łkanie głuche matki. Kołysał się tu i tam, nie wiedząc, gdzie jest droga. Zaprzeczał jednym, zaprzeczał drugim, a swojej własnej drogi nie miał pod stopami.</akap>

<akap_dialog>--- Otom dopiero dostał po twarzy! --- szeptał w ostatecznym upadku.</akap_dialog>


<akap>Cóż mógł poradzić na to wszystko --- sam jeden? Śmiech Lulka, skierowujący go do Gajowca, zagrodził mu drogę do Gajowca. Nie było nikogo, nikogo...</akap>


<akap>Błoto, Kondycja ludzkaWyszedł na szeroką ulicę. Było tu pełno ludzi, rozbryzgujących nogami rzadkie błoto. Śnieg z ulic pozgarniany tworzył jakoweś szańce wzdłuż chodników. Ludzie pomykali tymi chodnikami. Nogi ich tonęły w wilgoci i brudzie, a głowy zanurzały się we mgłę wielkomiejską. Wszyscy razem tworzyli dziwaczną fantasmagorię człowieczego życia. W głowie Cezarego huczały słowa oskarżeń. W jego uszy wrzynał się śmiech wszystkich tamtych. Oskarżali go! Przeciwko niemu kierowali wszystkie te straszliwe historie i swój śmiech bezlitosny. Czego chcieli od niego? Ach, czuli w nim przecież wroga, ponieważ uczestniczył w bitwach przeciwko armii czerwonej. Dlatego otoczyli go kołem tak zaciekłej nienawiści. Gdyby nie to, że się bił w bitwach i szedł polami na przełaj, szukając ojcowskich szklanych domów... Zaniosła się w nim męczarnia, jak wycie samotnego psa w pustym polu.</akap>

<akap_dialog>--- Chcą tu stworzyć raj ziemski --- taki jak w Baku --- mruknął do siebie. Ten śmiech poczciwy pokrzepił go trochę i wsparł jak dobry kolega. Cezary zapiął się lepiej i szybciej poszedł przed siebie. Było mu zimno. BłotoLepka wilgoć topniejącego śniegu, przepojonego nawozem i uryną, wsączała się w ciało aż do kości. --- Napić się czego! Rozgrzać się, u diaska!</akap_dialog>


<akap>Wnet zobaczył przed sobą ogromne tafle okienne modnej kawiarni. Siarczysta muzyka wzywała jak wołanie. Cezary wszedł do środka. Było pełno jak w ulu. Pracowite pszczółki paskarskie brzęczały w ogromnej sali. Po długim szukaniu znalazło się wolne miejsce przy stoliku, już przez kilku paskarzy zajętym. Baryka poprosił skinieniem głowy o pozwolenie zajęcia miejsca i otrzymał niechętne skinienie. Kazał podać sobie herbaty z odrobiną rumu. Ażeby tamci nie myśleli, że interesuje się ich szwindlami, odwrócił się do okna. Całej tej kawiarni prawie nie widział, a muzyki jakby nie słyszał. Miejsce było w pobliżu wielkiego okna. Zdawało się, że szyby nie ma, i że się jest na powietrzu. UrzędnikPośrodku ulicy, na podłużnym podwyższeniu z kamieni ciosanych przechadzał się posępny policjant w dobrym, ładnym i zgrabnym uniformie.</akap>


<akap>Pięć kroków w jednym kierunku: --- raz --- dwa --- trzy --- cztery --- pięć... Pięć kroków w przeciwnym kierunku: --- raz --- dwa --- trzy --- cztery --- pięć... Tam --- zwrot --- nazad. Istne wahadło.</akap>


<akap>,,A! to jeden z tych, co ołówek wsuwa między palce skazańców, a potem te palce ściska maszynką specjalną. Jeden z tych, co drąg żelazny przesuwa między ręce i nogi splecione, tworząc z człowieka kółko..."</akap>


<akap>Podparłszy brodę pięściami Baryka przypatrywał się tej potwornej figurze. Obserwował pilnie tego kata. Mierzył go od stóp do głów uważnym spojrzeniem. A po wypiciu odrobiny rumu zdało mu się w półsennym przywidzeniu, że to on sam tam stoi na kamiennym nadbruku, ubrany w policyjny uniform. Zdało mu się w półsennym drzemaniu, że to on tam chodzi i wraca, winowajca wszechzłego.</akap>


<akap>Patrzy nieprzerwanie przezornym wejrzeniem w trzeszczącą i burzliwą rzekę rzeczy. Oszołamia dookoła jego głowę natłok łoskotu, łomota[27] w czoło, niczym odgłos młotów tłukących w kowadło. Lecz głowa jest wciąż pilnie gotowa i wciąż pełna spokojnej uwagi. Nikt jej nie odwróci i nic jej nie odwróci od oblicza tej dalekiej ulicy. Nie odwróci jej płacz synka chorego. Cóż --- że go lekarz w tej chwili z boku na bok przewraca szukając złowrogiej wysypki? Cóż --- że boleść się pod mundurem otwiera jak rana, zbójeckim zegadłem[28] otwarta? </akap>


<akap>Pięć kroków w jednym kierunku: --- raz --- dwa --- trzy --- cztery --- pięć... Pięć kroków w przeciwnym kierunku: --- raz --- dwa --- trzy --- cztery...</akap>


<akap>Nikt nie zobaczy łez przez wnętrze płynących i nikt nie usłyszy skargi z warg zaciśniętych głucho. Wokoło, wysoko i nisko, niewzruszone cegły nieme, zdeptane i oślizgłe kamienie, głuchy beton, zardzewiałe żelazo, ślepy tynk i zapotniałe szyby. Patrzą zimne, na poły zapotniałe szyby. Piętrzą się domy ceglane, usiłujące naśladować cios[29] i marmur nędzną swą farbą. Bieda, Choroba, Pozycja społeczna, Władza, ŻydNiewzruszona jest wielka elektryczna latarnia, co nawet za dnia nad głową policjanta w ciemną, mglistą dalekość połyska. Dookoła wirują w prawo i w lewo chybkie samochody, wiozące wygodnie i pieczołowicie wytworne Żydowice w karakułach, nuworysiów[30] w drogich bobrach, dygnitarzy w drogich kortach. Ze wszystkich ludzi pędzących on jeden jest niewzruszony jako latarnia nad głową, jak cegły w ścianę wmurowane, jak kamienie, jak szkło wprawione --- uwięziony jak żelazo i beton.</akap>


<akap>Tam i sam idzie i powraca, podobny do wahadła, które uciekający piasek ludzi we dwie strony rozdziela. Mechanicznym ręki skinieniem rozdziela trzeszczącą i burzliwą rzekę rzeczy w tę lub w tę stronę. Czasami popędza życie. Oto tam daje skinienie pośpiechu znędzniałemu Żydzinie, który pcha wózek ręczny, pełen jakiegoś srogiego ciężaru. Dyszel walczy z jego bezsilnymi rękami, wbija się w dekę piersi, celuje nawet we wstydliwe części ciała, ażeby je --- broń Boże! --- uszkodzić. Jakże to wielki ciężar być musi, skoro go popchnąć tak trudno! Kółka wpadają w wyboje drewnianego bruku i siła jednej pary rąk chudych, jednej deki piersiowej i jednego brzuszyny nie może ich stamtąd wydobyć, pchnąć, potoczyć. Dyszel --- jest to wróg osobisty, kat, napastnik i oprawca. Czy nie lepiej by było ciągnąć ten wóz na wzór konia, niż go po ludzku popychać? Urocza czapeczka z małym daszkiem --- zamaskowana jarmułka --- niezbyt długi surdut do kolan --- zamaskowany chałat --- nie bardzo ciepły na tak wilgotną porę, zanadto ciepły na pracę tak intensywną. Troszkę zanadto zachlapane spodnie --- brr! --- zachlapane żydowskie spodnie! Nieco zanadto przemoczone skarpetki --- brr! --- przemoczone żydowskie skarpetki! Wykrzywione napiętki misternych kamaszków ślizgają się z wyboju do wyboju, chude nogi plączą się w portkach przegniłych, oblepionych wszystkimi kałami ulicy.</akap>


<akap>Ach, jakże bolesne spojrzenie obracają na pana posterunkowego te żyjące zwłoki człowiecze! Pot leje się strugą po twarzy zielonej. Cera tej twarzy, zaprawdę, nie pasuje do tej wrzącej, wielkomiejskiej ulicy, do ulicy kipiącej od siły żywota --- lecz pasuje do rozkoszy spoczynku pod gliną żółtawą i pod darnią zieloną. I cóż tak nadzwyczajnie tkliwego? Zapalenie płuc włóknikowe i wyżej wzmiankowane suchoty, na które umiera co roku dwadzieścia pięć tysięcy pogłowia. Jeden z dwudziestu pięciu tysięcy --- przewalaj!</akap>

<akap_dialog>--- No! --- słychać wreszcie głos rozkazu.</akap_dialog>


<akap>Czyż to pan posterunkowy rozmyśla w sercu swym tej minuty:</akap>


<akap>,,Czemuż, bracie, popychasz ten ciężar nad siły? Czemuż niszczysz ostatnie bicie serca dźwiganiem tego nadmiernego cudzego ciężaru?"</akap>


<akap>,,Ażeby, bracie, kęs chleba umiamlać żuchwami i przełknąć łyk wódki".</akap>


<akap>Nie wyłamie się obłęd ze swego tajnego łożyska, żeby ująć zły dyszel i popchnąć pospołu z tragarzem ten ciężar nad siły.</akap>

<akap_dialog>--- Pięć kroków w jednym kierunku: --- raz --- dwa --- trzy --- cztery --- pięć. Pięć kroków w przeciwnym kierunku: --- raz --- dwa --- trzy --- cztery...</akap_dialog>


<akap>Bieda, Bogactwo, Dziecko, Pozycja społeczna, Ptak, Władza, ZłodziejNie wzruszą go mali złodzieje węglowi, wybiegający z zaułków, z zakamarków, z nor, ze szczelin --- jak szczury. Gdy wielki wóz z węglem zajeżdża, aby zaopatrzyć pana w solidnie malowanej kamienicy w ciepło doskonałe na te dni srogiej zimy --- gdy ogromni, czarni ludzie z czarnymi workami na głowach miotać poczną wielkie bryły w ohydne okno piwnicy --- gdy konie dymią, ludzie stękają i klną, a mokry, czarny miał opada ku zgryzocie przechodniów na oślizgłe chodniki --- zjawiają się, jakby ich ziemia przemarznięta wydaliła ze szczelin między grudą, jakby ich wiatr północny wywiał spomiędzy zasp śniegu.</akap>


<akap>Wykwitają z niczego i znikąd, jako drzewka mrozu na szybie ciepłego pańskiego mieszkania. Każdy z nich ma w ręku koszyczek wiklowy albo torbę u pasa, zeszytą z brytów[31] zgrzebnych, ocalałych z jakowychś fartuchów roboczych. Każdy ma w ręku miotełkę, zwitek brzozy, uszczknięty kędyś sposobem kradzionym z solidnych mioteł stróżowskich, może niecnotliwie pozbieranych za oczami właściciela w sklepie mioteł. Szybciej niż stada wróbli spadających na żer rozsypany, ruchy prędkimi jako mgnienie oka, podrygi, skoki i obroty nagłymi, w prysiudy i okrakiem chłopcy zmiatają pył rozpryśnięty z gzemsów betonu na chodniku, z błotnistych garbów i dziur jezdni. Chwytają palcami kosteczki najmniejsze, okruszyny od złomów odbite, bryłki minimalne. Wygrzebują czerwonymi rękami miał płynący pospołu z gęstą treścią rynsztoka. Wprawnymi ruchami, chybkimi podrzuty chowają miazgę uzgarnianą do torb i koszyków. Wszystko to zwinnie, szybko, w lot, w skok, w mig, nim pan posterunkowy zawróci, nim spojrzy, nim dostrzeże, nim skoczy, aby bronić własności każdego, kto posiada pieniądze. Wtedy rozpierzchają się jako szpaki, chyłkiem, między automobilami mkną jak myszy, wyrywają ni to rącze szczenięta, wieją na wsze strony jako wiater, znikają jako mary, wsiąkają w ziemię na wzór deszczu.</akap>


<akap>I znowu pan posterunkowy zimnym okiem spogląda na przelatujące auta, na ich barwy wielorakie --- szare, zielone, granatowe --- na ich kształty coraz inne. Słucha ich porykiwania i pobekiwania, prawidłowego w tym chaosie. Przestrzega porządku w ich biegu bez końca. Ślizga się po nim zimne spojrzenie pana w głębi, w którego skupionej postaci mkną wielkie sprawy, wielkie afery, wielkie interesy, wielkie zyski. Tam pan w okularach na nosie, w okularach wielkich jak koła wózka bezsilnego Żydziaka. Wielkie pomysły, wielkie intrygi, wielkie plany. Pan z uśmiechem na ustach, z rozkoszną dumą we wzroku: wizyta, czarująca rozmowa, spotkanie.</akap>


<akap>Bieda, BogactwoPani bladolica w lutry otulona nadobnie. Szczęście jej --- to te lutry[32]. Po to żyje, by je na sobie pokazywać tym wszystkim, co biegną zziębnięci. Przejmujący zapach perfum. Panna czarująca z prawej strony, panna blondynka z lewej. Oficer. Co za rozszalałe spojrzenia! O wolności! O swawolna rozkoszy! O życie! O szczęście! O młodości, młodości! Wśród nich wszystkich między karawanem i frachtowym ogromem, pośród nabitych tramwajów i zabryzganych dorożek przesuwa się chyłkiem ananas. Kapelusik przekrzywiony na ucho. Ucho spuszczone do aksamitnego kołnierza od watówki. W kłach papieros. Łapy w głębokich kieszeniach. Buty wyczyszczone do glancu, dopiero co na rogu.</akap>


<akap>Jesteś, zbóju! Gdy wszyscy śpią lub się duszą w lubieżnych objęciach --- ci, co mkną w autach, i ci, co się tłuką w dorożkach, co się gniotą i popychają w tramwajach, i ci, co brną chlapiąc brudną cieczą po betonie --- ci, co drzemią po szynkach, albo bezsennie, do pękania mocnej czaszki, pracują --- pan posterunkowy powstaje. Kiedy psa żal wygonić w noc okrutną, bo deszcz tnie, wicher wyje, ziąb, szaruga --- oto się skrada w nocy, żeby zakołatać we drzwi zbója, co już stu niewinnych położył --- o czym nikt nie wie. Każe mu tam drzwi otworzyć! A tamten nie śpi. Czeka. Podnoszą wraz krótkie lufy i obadwaj patrzą się w ciemność śmiertelnymi luf jamami. Któryż pierwszy pochwyci sposobną sekundę?</akap>


<akap>Któryż którego weźmie na muchę? Któryż którego ubiegnie? Pięć kroków w prawo. --- Zwrot. --- Pięć kroków w lewo.</akap>


<akap>WładzaAch, panie posterunkowy, ach, panie posterunkowy, czemuż masz smutną twarz? Masz przecie prawo prądem elektrycznym doświadczać, masz prawo wkładać ołówki między palce, a potem je ściskać maszynką. Na tobie stoi, na tobie polega ten cały oto wirujący świat. Gdyby nie ty, spokojny i uważny, skoczyliby sobie do gardzieli i skłębiliby się w jedno wężowisko żądz. Zdarliby ze siebie nawzajem nie tylko szmaty i bieliznę, ale wyłupiliby sobie oczy nawzajem i z dygocących wnętrzności wyszarpaliby żywą duszę, żeby ją w tym oto błocie ulicy nogami rozdeptać.</akap>


<akap>Ach, panie posterunkowy, ach, panie posterunkowy, czemu masz smutną twarz?</akap>


<akap>Dźwigając ociężałą głowę na pięściach, Baryka zalewał się gorzkimi myślami. Wciąż nie wiedział, dokąd iść z tej kawiarni, wciąż się wahał. Konflikt wewnętrznyWspomniało mu się wtedy jedno zdanie z Platona, z <tytul_dziela>Obrony Sokratesa</tytul_dziela>[33], którą jeszcze tak niedawno w bakińskiej szkole tłumaczył:</akap>


<akap>,,Odzywa się we mnie głos jakiś wewnętrzny, który ilekroć się odzywa, odwodzi mię zawsze od tego, cokolwiek w danej chwili zamierzam czynić, sam jednak nie pobudza mię do niczego"...</akap>


<akap>Znali się na tym głosie wewnętrznym starzy mądrale. Wiedzieli, iż taki głos, dajmonion wewnętrzny, trapi i zwodzi człowieka. Nazywali go głosem wieszczym, zjawiskiem pochodzącym od bóstwa. Cóż by było prostszego, jak prosto z tej kawiarni wrócić na tamto zebranie, wyznać swoją omyłkę, wypalić orację jak sto tysięcy diabłów, ściągnąć na swoją głowę sto tysięcy oklasków --- poruszyć sto tysięcy czynów takich, że od nich ta stara ziemia, co już jęków wysłuchała tyle, znowu by jękła jak nigdy. Cóż? Kiedy wewnętrzny głos wieszczy odwodzi, iż ta droga nie prowadzi nigdzie. Ta droga prowadziłaby w krwawą próżnię...</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Trzeba jednak było iść na robotę, do Gajowca. Cezary miał nadzieję, że ,,starego" nie zastanie o tej porze w domu, więc można będzie spokojnie pracować, można będzie doprowadzić do ładu imaginację sflaczałą. Jak na złość, Gajowiec <wyroznienie>sterczał</wyroznienie> w domu. Ujrzawszy go Baryka, zamiast pożądanego uspokojenia sflaczałej imaginacji, poczuł najpiekielniejszą zaciekłość. Ledwie się przywitał, rzekł z diabelską uciechą:</akap>

<akap_dialog>--- Wracam z zebrania komunistów.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Powinszować znajomości!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A gdzież mam chodzić?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jak to --- gdzie masz chodzić? Masz się uczyć medycyny.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ja teraz od komunistów pobieram lekcje wiedzy o Polsce.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Uczył Piotr Marcina.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie! --- zawołał Cezary --- Nie! Gdyby nie oni, byłbym ciemny jak tabaka w rogu. Pan także nie wiesz całej prawdy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Od was się jej dowiem!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak! Moja matka umarła nie z biedy i nie z bicia, i nie z samych chorób, lecz z tęsknoty za Polską. Mój ojciec... Mój ojciec i moja matka! A wy, wielkorządcy, coście zrobili z tego utęsknienia umierających? Katownię! Biją! Biją na śmierć w więzieniach! Katują! Policjant uzbrojony w narzędzie tortur --- to jedyna ostoja Polski!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Bluźnisz, młodzieńcze!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie bluźnię. Mówię prawdę. Jeślibym zaczął ,,bluźnić", to już do pana nie wrócę. Jeszcze raz wróciłem.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jeszcze raz?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jeszcze raz! Pytam się, czemu nie dajecie ziemi ludziom bez ziemi?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie mamy pieniędzy na wykup.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wykup! Nie stać was na złamanie magnaterii, która już raz pchnęła Polskę w niewolę. Nie ma w was duszy Ludwika XI[34], żeby złamać szlachecką przemoc i przemienić ten kraj w gminę ludzi pracowitych. Czemu gnębicie w imię Polski nie--Polaków? Czemu tu tyle nędzy? Czemu każdy załamek muru utkany jest żebrakami? Czemu tu dzieci zmiatają z ulic mokry pył węglowy, żeby się wśród tej okrutnej zimy troszeczkę ogrzać?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czekaj! Zaraz! Za dużo na raz pytań! Po kolei!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Na wszystko pan znajdzie wytłumaczenie! Wiem! Ale ja nie chcę, nie chcę pańskich tłumaczeń. Ja chcę zaprzeczeń w czynie!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dajemy co dzień, z wolna, w trudzie, mało --- ale dajemy.</akap_dialog>

<akap_dialog>Czyn , Odwaga--- Ja teraz stawiam pytania! I pytam się: na co wy czekacie? Dał wam los w ręce ojczyznę wolną, państwo wolne, królestwo Jagiellonów! Dał wam ludy obce, ubogie, proste, ażebyście je na sercu tej Mocarki, tej Pani, tej Matki ogrzali i do serca jej przytulili. Stolicę wolności dał wam w tym mieście! Czekacie! Czekacie! Czekacie, aż wam jarzmo znowu nałożą.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie nałożą! Zginiemy, zanim jarzmo nam nałożą! Niedoczekanie ich, żebyśmy na to patrzyli!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie wierzę! Wyrajcujecie przyczynę swojej nowej niewoli. Podacie przyczyny wszystkiego i uwidocznicie skutki. Ginąć będzie za was, mądralów, jak zawsze --- młodzież. Ja przecie wiem, co mówię, bom również za piecem nie siedział, gdy młodzi szli ginąć. To wy pobijecie znowu tę młodzież --- swoją mądrością, bo jedyną waszą mądrością jest policjant, no --- i żołnierz.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak, żołnierz! A ty co jeszcze masz na obronę?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ja mam jeszcze na obronę --- reformy! Reformy, które by przewyższyły bolszewickie i niemieckie, które by ludy okrainne odwróciły twarzą ku Polsce, a nie ku Rosji. Ale wy jesteście mali ludzie --- i tchórze!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To jest tylko zniewaga. W tym nie ma ani krzty prawdy.</akap_dialog>

<akap_dialog>Chłop, Rewolucja, Szlachcic--- Boicie się wielkiego czynu, wielkiej reformy agrarnej, nieznanej przemiany starego więzienia. Musicie iść w ogonie ,,Europy". Nigdzie tego nie było, więc jakżeby mogło być u nas? Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane, zburzyć stare i wszcząć nowe? Umiecie tylko wymyślać, szkalować, plotkować. Macież wy w sobie zawzięte męstwo tamtych ludzi --- <slowo_obce>virtus</slowo_obce>[35] niezłomną, która może być omylną jako rachuba, lecz jest niewątpliwie wielką próbą naprawy ludzkości? Nikt nie myśli o tym, żebyście się stać mieli wyznawcami, naśladowcami, wykonawcami tamtych pomysłów, żebyście byli bolszewikami, lecz czy posiadacie ich męstwo?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- ,,Pewnym męstwem ja się nigdy nie pochlubię[36], ja przed bliźnich drżę męczeństwem, w otchłań spychać ja nie lubię"...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To są stare, magnackie, romantyczne teksty, którymi się w potrzebie zamazuje stawiane dzisiejsze zarzuty. Pan, jakoby, wyzbył się już romantyzmu, a jednak, gdy chodzi o odparcie zarzutu, używa pan tekstu romantycznego, zupełnie jak kapłan naginający wersety Pisma do potrzeby obronienia danej tezy. Autor tego tekstu ,,spychał w otchłań" i nie ,,drżał przed męczeństwem bliźnich" --- tylko co dzień niewidocznie, niedostrzegalnie, naturalnie, zagryzał na śmierć swych pańszczyźnianych niewolników[37], ale drżał przed ,,męczeństwem bliźnich", to znaczy szlachty. Nie o męczeństwo chodzi, lecz o męstwo, o męstwo postawienia nowej idei. Jaką wy macie ideę Polski w tym świecie nowoczesnym, tak nadzwyczajnie nowym? Jaką?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Prosiłem cię, żebyś ze mną pracował. Te stosy papierów zawierają nową ideę Polski.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To są stosy papierów i nic więcej. Lud zgłodniały po wsiach, lud spracowany po fabrykach, lud bezdomny po przedmieściach. Jak zamierzacie ulepszyć życie Żydów stłoczonych w gettach? Nic nie wiecie. Nie macie żadnej idei.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie o to nam też idzie, jaką ideę marzyciel wydłubie ze swego mózgu, pasującą do życia jak pięść do nosa, lecz o mądre urządzenie istotnego życia na zasadach najmądrzejszego współżycia.Ojczyzna, Państwo, Patriota, Polak</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie! Polsce trzeba na gwałt wielkiej idei! Niech to będzie reforma rolna, stworzenie nowych przemysłów, jakikolwiek czyn wielki, którym ludzie mogliby oddychać jak powietrzem. Tu jest zaduch. Byt tego wielkiego państwa, tej złotej ojczyzny, tego świętego słowa, za które umierali męczennicy, byt Polski --- za ideę! Waszą ideą jest stare hasło niedołęgów, którzy Polskę przełajdaczyli: ,,jakoś to będzie"!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zbyt wielu mamy wrogów dookoła i na szerokim świecie, wewnątrz i na zewnątrz, ażebyśmy dziś i na długie lata mogli wypracować i ustawić na naszych drogach ideę. Gdy mnie kto w nocy napadnie, to moją wtedy ideą jest --- obronić się! Gdy mi wciąż grozi, że mnie z domu mojego wygoni i na niewolnika mię weźmie, to oczywiście muszę przygotować sobie coś do obrony. Ojczyzna, PolakObronić się przed straszną koalicją wrogów --- otóż pierwsza idea. Nie dać świętej Polski, nie dać Lwowa, nie dać Poznania, nie dać brzegu morskiego, nie dać Wilna --- Moskalom, Niemcom, Litwinom, nikomu, kto po ziemie nasze ręce wyciąga. RosjaJeszcze ziemie nie odkupione jęczą pod wrogiem. Nie dać ludów pokrewnych na zmoskwicenie..</akap_dialog>.

<akap_dialog>--- Zasiec je na śmierć, a nie dać!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jeżeli u nas zasiekają, jak ty mówisz, na śmierć, to za zmoskwicenie się, za zaprzedanie się Moskwie, za służbę Moskwie przeciw Polsce. Jest to krwawa i podła metoda naszych wrogów, którą stosujemy z musu.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Z musu... O obłudo! O krzywoprzysięstwo!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ty przecie znasz Moskwę. Ja cię zapytam, czy tam tak jak u nas karzą takich, co zdradzają, co się buntują przeciwko obowiązującemu prawu? Jeden ci fakt wymienię: wzięty na zakładnika --- dobre prawo! --- Witold Jarkowski, genialny wynalazca, świetny teoretyk awiatyki, profesor, najcudniejsza dusza człowiecza, ozdoba rodu ludzkiego, jako dziesiąty w szeregu, stawiony pod ścianą bez żadnej winy, podle kulami zabity...</akap_dialog>

<akap_dialog>Ojczyzna, Polak--- U nas nie powinno być niżej, nie tak samo, lecz wyżej!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- U nas będzie wyżej. W granicach tej Polski, które los dał naszemu pokoleniu, stworzone będą stany zjednoczone, wolne i równe. Wypracujemy wszystko. Zbudujemy dom wspólny. Ale musimy zacząć od przyciesi, a przede wszystkim musimy mieć za co budować. Bez pieniędzy budować nie można.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wiem --- ,,złoty"...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Właśnie. Z ust mi wyjąłeś. Nie możemy oddać w niewolę czyjąkolwiek naszych rodaków na Rusi. To zazębienie ludów ruskich, polskich, litewskich musi żyć w Rzeczypospolitej Polskiej. Gdy zbudujemy nasz dom, damy ,,bratu Rusinowi pokłon, braterstwo i równe we wszystkim prawo"[38], damy ,,każdej rodzinie rolę domową pod opieką gminy". Wszystko będzie! Wynagrodzimy krzywdy, zapogodzimy się, podźwigniemy się...</akap_dialog>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Pewnego dnia, w pierwszej połowie marca, w przedsionku prosektorium Cezary Baryka otrzymał list, przyniesiony przez posłańca miejskiego. Na kopercie był najwyraźniejszy adres, jego imię i nazwisko, wypisane z całą dokładnością, więc nie mogło być podejrzenia co do pomyłki. W liście był arkusz papieru z następującymi słowami:</akap>


<akap>,,Jestem w Warszawie na krótko. Jeżeli Panu na chęci nie zbywa, proszę zobaczyć się ze mną. Będę dziś w Ogrodzie Saskim obok fontanny o godzinie drugiej po południu. --- Laura".</akap>


<akap>Wyrazy te przeszyły Cezarego do szpiku kości. W pierwszej chwili naskoczyło podejrzenie: ,,to ten Barwicki zwabia mię w potrzask. ,,Laura" --- to na wabia. Tam, obok fontanny, napadną na mnie jakieś zbiry. Dobre miejsce, bo zaraz po operacji można się opłukać". Później przyszły refleksje: ,,Skąd znowu Barwicki? Dlaczegóż by znowu w ogrodzie, obok fontanny, w miejscu ustronnym? Jeżeli Barwicki --- to gdzieś w kawiarni, w teatrze, na placu. Dlaczegóż by nie miała być Laura?"</akap>

<akap>MiłośćLaura! Dźwięk tego imienia, szept tego imienia, jego zapach...</akap>


<akap>Cezary nie wrócił już do mniej wonnych trupów. Natychmiast umył się, wyspirytusował, wyczyścił, wywietrzył. Pognał w kierunku tramwaju. Kochanek, MiłośćByło jeszcze bardzo dużo czasu, więc miał możność obserwowania miejsca z oddali. Wydawał się śmiesznym samemu sobie, gdy zza drzew, to z jednej, to z drugiej strony, badał okolicę fontanny. Nieliczni przechodnie ciapali po błocie chodników i pewnie ze zdumieniem przyglądali się młodzieńcowi, który wytrwale defilował w pustej alei. Niejeden (niejedna) pomyślał(a):</akap>

<akap_dialog>--- Ha, pewnie schadzka... O młody, młody!</akap_dialog>


<akap>Schadzka! Z Laurą! Po tylu tęsknotach, żalach, utracie, beznadziei! Dreszcz przenikał. Serce biło. Brak tchu. Smutek i płomienista radość. Wspomnienia i marzenia. Bojaźń i prośby błagalne. Nikt nie nadchodził. Nikt nie przesuwał się obok tej fontanny, która stała się formą męczarni, dziwaczną postacią tęsknoty, chimerą przywidzeń. Były chwile, że Cezary postanawiał uciec stąd. Odejść, odejść! To go zniecierpliwienie tak ponosiło, że nie mógł tchu złapać i ustać przez sekundę na miejscu --- to zimna wzgarda napełniała mu piersi, niczym trucizna ścinająca krew w żyłach. Nadzwyczajnie śmieszne były te przeskoki od końca do końca, od najzimniejszego rozumowania --- iż przecie to jest podstęp najoczywistszy --- do roztopienia się w szczęściu czułości, które nic nie widzi i o niczym nie chce wiedzieć. Serce tłukło się w piersiach.</akap>


<akap>W pewnej chwili Cezary zobaczył Laurę wychodzącą spod kolumnady, od strony Saskiego placu. Ten widok nie przejął go spodziewaną radością. Oczy tylko nasycały się prawdą, że to jest ona. Wydała mu się być młodszą o jakie pięć, sześć lat. Istna szesnastoletnia panienka. Ubrana była w krótkie futro sobolowe i niedługą suknię. Miała na głowie prześliczny kapelusz z czarnym piórem, na nogach wysokie białe kamasze. Była przecie najpiękniejsza z kobiet! Była najwykwintniejsza z kobiet tego miasta! O, jakże była piękna! Jakie nieopisane uczucie płynęło dookoła niej, gdy się posuwała naprzód, rozglądając się wokół fontanny! Cezary patrzył w nią, w obraz nieporównany, i nie mógł się z miejsca poruszyć. Przeżywał swe najwyższe szczęście. Wszystko jedno! Ach, wszystko jedno! Życie i śmierć nic nie znaczy. Wszakże to ona, Laura. Zobaczyła go z daleka. Podniosła do twarzy dwa futrzane obramowania sobolowe rękawów, zakrywając sobie oczy. Stanęła i czekała. Zbliżył się i stanął przed nią.</akap>

<akap_dialog>--- Czy znowu będziesz może bił mię batem po twarzy? --- zapytała cicho.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie! --- jęknął. --- Nigdy! Tak wtedy byłem nieszczęśliwy... Dziękuję ci, żeś chciała zobaczyć się ze mną.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dlaczegoś stamtąd wyjechał?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Poszłaś za mąż za Barwickiego.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To nie ma nic do rzeczy. </akap_dialog>


<akap>Kochanek, Mąż, ŻonaZachichotał jak głupiec.</akap>

<akap_dialog>--- Czy on jest tutaj, w Warszawie?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jest.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To pewnie nas śledzi.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Boisz się, Czaruś?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Boję się. Ja już złożyłem dowody, jak go się boję. O, ja się go boję! Chciałbym go dostać w ręce. Czy wiesz? Gotów byłbym rozpętać rewolucję, żeby go dostać w swe ręce.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dobra to będzie i rewolucja, której celem będzie Barwicki we własnej osobie. Czy i mnie także chcesz dostać i torturować jak jego?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ciebie... Ciebie --- nie. Ciebie jedną kocham na ziemi. Ciebie kocham do szaleństwa. Nie umiem powiedzieć inaczej i mówię jak w teatrze albo w romansie: ,,do szaleństwa". Ty jesteś --- Laura.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A przecie jeszcze się na mnie gniewasz?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy się gniewam?... Nigdy nie będziemy razem! Zawsze tamten człowiek będzie z tobą! Powiedz, czy to nie jest rozpacz!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie myśl o tym.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A o czymże to ja mam myśleć? Czy nie wiesz czasem, o czym ja mam myśleć?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To myślałeś o mnie?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Myślałem o tobie dniami i nocami. Wszędzie, zawsze! W prosektorium, w ciągu pracy, przy pisaniu cyfr u pewnego urzędnika, na ulicy, w domu, przy muzyce, w knajpie, w teatrze, przy stole, w rozmowach, w dysputach, w awanturach, wszędzie, gdzie tylko byłem. Stałaś przy mnie. Czułem cię tuż, tuż za ramionami, czułem twój zapach, czułem cię w sobie, w mej krwi, w moich piersiach, w żyłach. Całowałem cię w nocy --- pewnie wtedy, gdy cię tamten całował --- wyciągałem do ciebie ręce przez całą tę ziemię --- pewnie wtedy, gdy on cię obejmował! Ty jesteś tak prosta --- prześliczna, ty jesteś tak strojna, tak zgrabna, tak pachnąca, wykwintna, wyszukana --- wybrana, miła! Jesteś okrążona przez jakieś wymyślne, nie istniejące, wyrafinowane kolory! Ty jesteś Laura! Laura! Laura!</akap_dialog>


<akap>Szli boczną aleją. Drzewa ogołocone stały nieruchomo, jakby nasłuchiwały tych wyznań. Drzewa były jakby rozdęte od wilgoci, od odwilży, od rozkisających waporów[39], które się już po długich deszczach burzyły w ziemi. Pani Laura Barwicka gorzko płakała.</akap>

<akap_dialog>--- Nie było cię przez tyle miesięcy! Myślałem już nieraz, że cię wcale a wcale nie było. Myślałem nieraz, że byłaś tylko piękną poezją, którą czytałem w szczęśliwej chwili mego dzieciństwa. Myślałem nieraz, że byłaś zawikłaną opowieścią, snem moim o krasawicy, o najcudniejszej kobiecie ludzkiej rasy. Nieraz z tęsknoty prosiłem cię, żebyś przyszła do mnie przez sen. A teraz przyszłaś sama. Przyszłaś jeszcze bardziej zachwycająca niż w Leńcu. Jeszcze bardziej gładka, powabna, nadobna! Jesteś teraz tak wysmukła, tak puszysta. Ale jesteś tak blada, tak smutna. Czemu jesteś smutna?</akap_dialog>


<akap>Nic nie odpowiedziała. Łza łzę pobijając, płynęły po jej twarzy przeobfite strugi. Ponieważ podniosła woalkę, widać było jej policzki o przezroczystej, białej cerze zimowej. Nie mogła podnieść oczu, bo zawalone były falami łez. Nie mogła mówić, bo pełne miała usta słonej goryczy. Stanęła wreszcie.</akap>

<akap_dialog>--- Widzisz, coś ty narobił! --- rzuciła z głębi piersi.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A co?</akap_dialog>

<akap_dialog>Kobieta, Małżeństwo, Obyczaje--- Ach, ty! --- wybuchła. --- Gdybyś był wtedy nie skroił tej awantury, byłabym może wybrnęła z matni.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tej awantury... --- powtórzył jak echo.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Byłabym się może od niego wykaraskała! Byłabym może znalazła środki, żeby interesy moje rozplątać, rozwikłać. Byłabym się zapracowała na śmierć, a wreszcie bym wylazła. Tyś to narobił, że musiałam wziąć ślub bez zwłoki, natychmiast! Musiałam albo się uratować w opinii albo zginąć. Ty wariacie, napastniku, moskiewski wychowanku! Mogłam być twoją, a teraz muszę być z Barwickim, muszę być jego żoną!</akap_dialog>


<akap>Zaniosła się niemym, zduszonym, spazmatycznym płaczem, oszalałym łkaniem. Na chwilę pokonała się, zastanowiła się. Słowa przemocą wyszarpane z piersi ledwo--ledwo wydała:</akap>

<akap_dialog>--- Muszę teraz... Muszę... Tak oto... Umierać z żalu... Za tobą...</akap_dialog>


<akap>Cezary zachwiał się od wrażenia, że to teraz on dostał szpicrutą straszliwe poprzez oczy cięcie. Wszelkie słowa wypadły mu z gardła. Sam głos zamarł. Ani jednego słowa odpowiedzi. Stanął głupi i niemy. Błagać ją o co? Przepraszać ją za co? Przyobiecywać jej co? Usprawiedliwiać się z czego? Ani jednej myśli, ani jednego powzięcia, ani jednego postanowienia. Wyjęknął cicho:</akap>

<akap_dialog>--- Chodźmy stąd...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dokąd?</akap_dialog>


<akap>Alboż wiedział, dokąd? Któż to była ta kobieta? Teraz dopiero dowiedział się o niej. Gdyby mógł rzucić się przed nią na kolana, gdyby mógł przycisnąć do ust brzeg jej sukni, gdyby mógł ucałować jej stopy!</akap>


<akap>Ludzie w tym miejscu rozmaici przechodzili i podnosili oczy na tę damę tak piękną, a tak gorzko płaczącą. Trzeba było koniecznie z tego miejsca odejść. Znowu tedy powiedział:</akap>

<akap_dialog>--- Chodźmy stąd!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A dokądże pójdziemy?</akap_dialog>


<akap>Podniosła na niego oczy. Blady uśmiech, zbłąkany gość, przewinął się przez jej usta, wykrojone tak przecudnie.</akap>

<akap_dialog>Kobieta, Kochanek, Miłość--- Nie, Czaruś --- rzekła --- już z tobą nigdzie nie pójdę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nigdy?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nigdy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To po cóżeś mię tu wezwała?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wezwałam cię tutaj --- jęknęła z najbardziej przepaścistego dna boleści --- żeby na ciebie popatrzeć, na miłość mojego serca jedyną, jedyną! Na szczęście moje zabite, zabite! A tyś myślał, że ja cię na schadzkę?... Że do hotelu? Przystojna mężatka... do hotelu...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nic nie myślałem.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Więc mówisz, żem schudła? Widzisz --- to przez ciebie! A ty?</akap_dialog>


<akap>Oczy jej obeschły i patrzyły teraz, spłakane i zaczerwienione, z nieopisaną miłością, z niezgłębioną słodyczą. Oglądała usta, oczy, brodę i policzki Cezarego, jakby je oczyma materialnie całowała. Po stokroć wznosiła na niego oczy i po stokroć powracała.</akap>

<akap_dialog>--- Więc to tak --- westchnął --- teraz jesteś ślubną żoną Barwickiego.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak.</akap_dialog>

<akap_dialog>Kochanek, Zazdrość, Słowo--- I ślub ten staje na przeszkodzie naszemu szczęściu?</akap_dialog>


<akap>Zawahała się, zakołysała na miejscu, nie mogąc iść dalej. Wreszcie rzekła:</akap>

<akap_dialog>--- Ślub nie ślub... Cóż mi tam Barwicki! Ale słowo. Dane słowo honoru.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Słowo honoru...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak, Czaruś. Ja byłam wolna i ty byłeś wolny. Byliśmy dwa wolne ptaki. Szaleliśmy ze szczęścia pod naszym niebem. Aleś to wszystko nogami podeptał!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Kłamiesz! To ty teraz wszystko depcesz nogami! Nasze szczęście!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie gniewaj się na mnie! W tej chwili nie gniewaj się na mnie! Tą chwilą będę żyła... długie miesiące, długie miesiące... Nie odbieraj mi tej chwili!</akap_dialog>


<akap>Chciała niepostrzeżenie pochwycić jego rękę, ale ją wyrwał. Znowu poniosła go jędza zazdrości, najstraszliwszy z demonów. Roześmiał się dziko:</akap>

<akap_dialog>--- Słowo honoru! Słowo honoru!</akap_dialog>


<akap>Ukłonił się z daleka.</akap>

<akap>--- Czaruś! Nie chodź! Czaruś --- wzywała z rozpaczą, w szalonej męczarni.</akap>


<akap>Ale już się nie odwrócił. Zaklęsła się w nim dzikość czucia, jakby serce rozjuszonego jastrzębia zbudziło się w jego piersi, jakby szpony zemściwego jastrzębia u rąk mu wyrosły. Szedł rozbryzgując nogami błoto, pogwizdując z przejęciem, śród drzew głuchych.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>WiosnaBył pierwszy dzień przedwiośnia. Powiał wiatr południowy i w płynne błoto zamienił stosy śniegu uzgarniane wzdłuż chodników. We włosy i w usteczka, w nozdrza, w policzki i w uszy dzieci spieszących do szkółek wiał ów wiatr suchy, odmienny. Tysiące wróbli ćwierkały radośnie, do upadłego, hardo i nieustępliwie na gzemsach odrapanych murów, na załamaniach rynien i na czarnych gałęziach kasztana, więźnia w podwórzu żydowskiej kamienicy. Bladozielone Żydki wyściubiły niebieskawe nosy z piwnic i, że tak powiem, z mieszkań na Franciszkańskiej ulicy. W czystych alejach przechodnie szli wesoło, tupiąc suchymi butami po betonie chodnika, który w oczach obsychał. Już się na rogu ulicy uwijała młoda ulicznica w przedwcześnie wiosennym stroju, ażeby przecie więcej nagości na wabia łobuzom pokazać. ObłokObłok wiosenny nad miastem przepływał jak anioł boży, zarówno miłujący cnotliwe i grzeszne. Dzwon się na wieży dalekiej rozlegał, jak gdyby na zlecenie anioła lecącego przez niebiosy wołał ku wszystkim nędzarzom, znękanym i zżartym przez choroby: ,,Wiosna, o ziemscy nędzarze!"</akap>


<akap>Praca, Robotnik, WładzaTego dnia właśnie od Nowego Światu, przez plac Trzech Krzyżów ciągnęła wielka manifestacja robotnicza w stronę Belwederu. Bezrobotni wskutek fabrykanckiego lokautu[40], strajkujący wskutek drożyzny i niemożności wyżycia z płacy zarobkowej tak nędznej, jaka była ich udziałem --- i uświadomieni komuniści. Ci trzymali prym, młoda gwardia, a raczej awangarda Sowietów.</akap>


<akap>Ludzie ci ściągnęli z niskiego Powiśla i z dalekiej Woli. Przemknęli się pojedynczo wszystkimi ulicami, a tutaj dopiero, u wylotu Alei Ujazdowskich, spiknęli się i z radością natrafili na swoich. Właściwy powód tego pochodu był następujący. W jednej z fabryk robotnicy zażądali podwyżki zarobku o 50%. Skoro dyrekcja kategorycznie odmówiła, grzecznie ujęli dyrektora pod paszki i wyprowadzili na podwórze, a z podwórza za bramę. Tam zaś poprosili go kolanem, żeby poszedł do swego mieszkania, a tutaj się nie plątał, gdzie go nie <wyroznienie>potrza</wyroznienie>. Sami zaś zajęli pozycje przy maszynach, każdy specjalista przy swojej specjalności. Fabrykę ogłosili jako zajętą w posiadanie rady robotniczej. Właściciel fabryki ze swej strony ogłosił, że fabrykę zamyka na czas nieograniczony, a wszystkich robotników wydala. Wtedy robotnicy oświadczyli, że nie pozwolą zamknąć tej fabryki, sami będą pracować i nikomu jej nie dadzą. Wtedy policja otoczyła fabrykę i zażądała od zespołu robotników, żeby wyszedł dobrowolnie, jeśli nie chce narazić się na przymusowe wydalenie.</akap>


<akap>Właśnie wtedy kierownictwo partii zażądało od ogółu robotników poparcia. Manifestacja wyszła nagle z placu i ruszyła pod Belweder. W pierwszym szeregu znacznego tłumu szli ująwszy się pod ręce ideowi przedstawiciele, między innymi Lulek i Baryka. Baryka w samym środku, ubrany w lejbik żołnierski i czapkę żołnierską. --- Śpiewali.</akap>


<akap>Właśnie konna policja pokazała się w jednej z ulic poprzecznych. Oficer na pięknym koniu, w płaszczu gumowym spiętym na piersiach, w skokach konia i lansadach przejeżdżał obok tłumu szarego i rudego, który się ściskał i zbijał w jedno ciało. Oficer przypatrywał się pilnie ideowcom. Specjalnie pilnie temu w czapce żołnierskiej. Gdy tłum zbliżył się pod sam już pałacyk belwederski, z wartowni żołnierskiej wysunął się oddział piechoty i stanął w poprzek ulicy, jakby tam nagle ściana szara, parkan niezłomny, mur niezdobyty wyrósł.</akap>


<akap>Baryka wyszedł z szeregów robotników i parł oddzielnie, wprost na ten szary mur żołnierzy --- na czele zbiedzonego tłumu.</akap>


<extra></extra>


<extra></extra>



<sekcja_swiatlo/>
<sekcja_swiatlo/>



<akap>Konstancin, d. 21 września 1924.</akap>



<extra></extra>

</powiesc></utwor>

Przypisy

  1. <slowo_obce>dialektyk</slowo_obce> --- tu: biegły w sztuce dyskutowania.
  2. <slowo_obce>szlagoneria</slowo_obce> --- zacofana, prowincjonalna szlachta.
  3. <slowo_obce>organizacja socjalistyczna z odcieniem narodowym</slowo_obce> --- tj. Polska Partia Socjalistyczna.
  4. <slowo_obce>enuncjacja</slowo_obce> --- wypowiedź.
  5. <slowo_obce>alterkacja</slowo_obce> --- zatarg, sprzeczka.
  6. <slowo_obce>skir</slowo_obce> --- rak.
  7. <slowo_obce>kunktator</slowo_obce> --- człowiek zwlekający umyślnie z działaniem.
  8. <slowo_obce>in partibus infidelium</slowo_obce> (łac.) --- w krajach niewiernych; określenie używane wobec biskupów, których władza jest tylko tytularna; tu ma charakteryzować stosunek komunisty do państwa burżuazyjnego.
  9. <slowo_obce>sztyftować</slowo_obce> --- przygotowywać.
  10. Ignacy Paderewski (1860--1941) --- znakomity pianista i Kompozytor, zarazem polityk i działacz społeczny. Premier i minister spraw zagranicznych, w roku 1919 delegat polski na konferencję wersalską.
  11. <slowo_obce>podpalacze prochowni</slowo_obce> --- zamachy terrorystyczne były całkowicie sprzeczne z zasadami walki politycznej KPRP. Mimo to gdy 14 Października 1923 nastąpił wybuch prochowni w Cytadeli Warszawskiej (powodując śmierć 28 osób), władze --- bez zbadanie przyczyn katastrofy --- obciążyły odpowiedzialnością Komunistów i dokonały wśród nich masowych aresztowań.
  12. <slowo_obce>młodość... rzeźbiarką</slowo_obce> --- aluzja do znanej zwrotki z wiersza Zygmunta Krasińskiego <tytul_dziela>Do Kajetana Koźmiana</tytul_dziela> (1850): ,,Młodość, mistrzu, jest rzeźbiarką, co wykuwa żywot cały; Choć przeminie sama szparko, cios jej dłuta wiecznotrwały".
  13. <slowo_obce>czarnoseciniec</slowo_obce> --- zajadły reakcjonista (,,czarna sotnia" --- skrajnie reakcyjna organizacja monarchistyczna w carskiej Rosji, dokonywała napaści na rewolucjonistów, organizowała pogromy antyżydowskie).
  14. <slowo_obce>sprawa --- ,,nie ma tak dobrze"</slowo_obce> --- niejasna dziś aluzja do jakiegoś głośnego błędu językowego.
  15. <slowo_obce>symplistyczność</slowo_obce> --- uproszczenie.
  16. Cekaer --- skrót: Centralny Komitet Robotniczy (nazwa centralnej władzy partyjnej PPS, a nie KPRP).
  17. <slowo_obce>contradictio in adiecto</slowo_obce> (łac.) --- połączenie dwóch pojęć, które wzajemnie się wyłączają.
  18. <slowo_obce>obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
  19. <slowo_obce>inwigilować</slowo_obce> --- śledzić.
  20. <slowo_obce>tużurkowi</slowo_obce> --- <slowo_obce>tużurek</slowo_obce>: rodzaj czarnego surduta męskiego przywdziewanego na wizyty i uroczystości; <slowo_obce>tużurkowi</slowo_obce>: ludzie w strojach pańskich w przeciwieństwie do ubiorów ludzi pracy.
  21. <slowo_obce>Tamci siedmiu zasiedli</slowo_obce> --- dziś popr.: tamtych siedmiu zasiadło.
  22. <slowo_obce>Towarzysze!</slowo_obce> --- wypowiedź tego mówcy zestawił Żeromski z fragmentów zeznań wybitnego działacza komunistycznego Stefana Królikowskiego (1881--1937) na lwowskim procesie, tzw. świętojurskim (1922). Sprawozdanie stenograficzne z tego procesu ukazało się w roku 1923.
  23. <slowo_obce>Jestem z zawodu lekarką...</slowo_obce> --- wypowiedź ta jest prawie dosłownym przytoczeniem zeznań Czesławy Jachimowicz--Grosserowej (1883--1937. ps. Olga Lewicka), jednej z oskarżonych w lwowskim procesie komunistycznym, tzw. świętojurskim.
  24. <slowo_obce>głowacz</slowo_obce> --- przywódca.
  25. <slowo_obce>rankor</slowo_obce> --- uraza, zawziętość.
  26. <slowo_obce>Więzienia przepełnione są...</slowo_obce> --- informacje ,,Mirosława" --- o torturach stosowanych wobec więźniów politycznych zacytował Żeromski niemal dosłownie z ,,Listu otwartego w sprawie białego terroru w Polsce", wydanego przez KPP w czerwcu 1924 r.
  27. <slowo_obce>łomota</slowo_obce> --- dziś popr.: łomocze.
  28. <slowo_obce>zegadło</slowo_obce> --- narzędzie do tortury przyżegania.
  29. <slowo_obce>cios</slowo_obce> --- drobnoziarnisty piaskowiec, dający się łatwo obrabiać.
  30. <slowo_obce>nuworysiów</slowo_obce> --- nuworyszów (tj. nowobogackich).
  31. <slowo_obce>bryt</slowo_obce> --- szmata.
  32. <slowo_obce>lutry</slowo_obce> --- futro z wydry.
  33. <tytul_dziela>Obrona Sokratesa</tytul_dziela> --- utwór Platona (427--347 p.n.e.) przedstawiający obronę Sokratesa wobec oskarżenia go o bezbożność i demoralizację młodzieży. (Głosem dajmoniona motywują również swe postępowanie Korzecki i Judym w <tytul_dziela>Ludziach bezdomnych</tytul_dziela>).
  34. Ludwik XI --- pierwszy francuski monarcha absolutny (1461--1483), złamał potęgę wielkich feudałów.
  35. <slowo_obce>virtus</slowo_obce> (łac.) --- męstwo.
  36. <slowo_obce>Pewnym męstwem ja się nigdy nie pochlubię...</slowo_obce> --- cytat z <tytul_dziela>Psalmu żalu</tytul_dziela> (1848) Zygmunta Krasińskiego; autor polemizował w nim z aprobatą rewolucji daną przez Słowackiego w wierszu <tytul_dziela>Odpowiedź na Psalmy przyszłości</tytul_dziela>.
  37. <slowo_obce>zagryzał na śmierć swych pańszczyźnianych niewolników</slowo_obce> --- Krasiński jako właściciel rozległych dóbr nie uczynił nic dla polepszenia losu swych pańszczyźnianych chłopów; w listach do rządcy zalecał ludzkie obchodzenie się z chłopami, zezwalał jednak na karanie ich chłostą ,,w razie potrzeby".
  38. <slowo_obce>bratu Rusinowi pokłon...</slowo_obce> --- są to (przytoczone widocznie z pamięci) fragmenty tzw. <tytul_dziela>Składu zasad</tytul_dziela>, ułożonego przez Mickiewicza jako program polityczno--społeczny dla Legionu Polskiego organizowanego we Włoszech (marzec 1848). W tekście Mickiewicza inaczej: ,,Każdemu Słowianinowi, zamieszkałemu w Polsce, braterstwo, obywatelstwo, równe we wszystkim prawo".
  39. <slowo_obce>wapory</slowo_obce> --- tu: wyziewy.
  40. <slowo_obce>lokaut</slowo_obce> --- zamknięcie fabryki przez właściciela, celem wywarcia presji na robotników i zmuszenia ich do ustępstw.