Skopiowano ze stron roboczych projektu Wolne Podręczniki
<naglowek_czesc>Część trzecia --- Wiatr od wschodu</naglowek_czesc>
<akap>Powróciwszy do Warszawy Cezary Baryka zapisał się znowu na swą medycynę i zamieszkał, a raczej ,,wmieszkał się" do pokoju jednego z kolegów, niejakiego Buławnika. Ten Buławnik był progenitury[1] szynkarskiej czy małomiasteczkowo--paskarskiej, wskutek czego zawsze ,,śmierdział pieniędzmi". Mieszkał zaś w dzielnicy oddalonej, już zgoła żydowskiej, przy ulicy Miłej[2], w domu ponurym, obdartym z tynku, o schodach tak brudnych, ścianach wejścia zakopconych czadem lamp gazowych tak dalece, że, zaiste, trzeba było anielskiej dobrotliwości serca, ażeby patrzeć na te ściany i schody bez zgrzytania zębami. Pokój był na trzecim piętrze odrapanej rudery. Poprzez mieszkanie starych pań, których było dużo, a jakichś smrodliwych i rozkudłanych, wchodziło się do pokoju Buławnika. Od razu rzucało się w oczy, że w rogu zacieka tudzież jakoś niewłaściwie pachnie spod podłogi. Na uczynione w tym przedmiocie zapytanie miejscowemu stróżowi, ,,ewentualnie" dozorcy, Cezary otrzymał rezolucję:</akap>
<akap_dialog>--- Ano i jakże nie ma zaciekać, jak nad tym miejscem w rogu jest <wyroznienie>tylośna</wyroznienie> dziura? Baran by przez nią przelazł ze świata na strych.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czemuż tam jest <wyroznienie>tylośna</wyroznienie> dziura? Dach jest od tego, żeby w nim właśnie dziur nie było, przez które barany mogłyby przełazić ze świata na strych.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Proszę pana! --- zadrwił dozorca, ewentualnie stróż. --- Baj baju: nie takie tera <wyroznienie>caszy</wyroznienie>[3], żeby się o dziury w dachu kramarzyć. Mieszka się i już.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Rozumiem, panie dozorco. Ale tam bije jakiś niemiły zapach spod podłogi. Czemu to przypisać?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zapach bije spod podłogi, bo to jest szczytowa ściana. Belka tam gnije i legary[4] to samo. Jakże nie ma gnić, jak to jest szczytowa ściana, a do tego jeszcze dochodzi taki interes, że to jest pokój narożny.</akap_dialog>
<akap>Otrzymawszy te wyjaśnienia Cezary, pouczony i pokrzepiony na duchu, już się o nic nie kramarzył. Mieszkał i już. Pokój mu się jednak nie podobał. Był mały --- na jakie dziesięć lat przed wojną europejską pomalowany na kolor zupy pomidorowej --- jakiś nieporęczny, a nadto przewiewny. Nie wiało jednak z okna i ze drzwi czyste powietrze, lecz zapach pewnych niezbędnych ubikacji, które mieściły się na dole wprawdzie, lecz właśnie pod oknem tego pokoju. Nadto stał tuż za murem blaszany komin piekarni, który, jak zawzięty diabeł, walił wciąż w okno studenckie kłębami burego dymu. W nocy słychać było nieustający hurgot wózków z pieczywem, pędzonych ręcznie z pieca chlebowego, od czego cienkie, choć tak stare mury drżały jak w febrze. Nie był to, słowem, pokój przyjemny. Buławnik nie był przyjemnym towarzyszem: egoista i skąpiec za dnia, prześmiewca i ordynus wieczorem, w nocy chrapał za dziesięciu. Lecz Baryka nie miał wyboru. Musiał korzystać z układu z tym kolegą, gdyż pustki miał w kieszeni.</akap>
<akap>StrójZaraz po przyjeździe wydobył z walizki frak z przynależytościami --- dar przyjacielski Hipolita Wielosławskiego --- i postanowił sprzedać handlarzowi ten zabytek, ten symbol życia w Nawłoci --- tę pamiątkę. Pod pozorem rozpatrzenia wartości fraka Cezary przyglądał się pilnie cudacznej szatce i pod sekretem przed ordynarnym i gruboskórnym Buławnikiem upuścił nań ostatnią łzę. Frak jeszcze pachniał ,,laurowymi" perfumami. Ach, jakże ten zapach był teraz dokuczliwy! Zaiste, jak gdyby szatan mścił się tym nikłym, niewidzialnym a tak potężnym środkiem przypomnienia zgasłych rozkoszy. Niejasno, niedokładnie, niczym przez sen, Baryka dorozumiewał się, iż niepojęta kędyś waga zważyła w chwili tej wytchłą woń perfum Laury z tą samą wonią, gdy ją poczuła Karolina, kiedy to sama jedna tłukła się od drzewa do drzewa podczas balu w Odolanach. On zaś wtedy, mając Laurę w ramionach, niesiony był w tejże alei przez szczęścia demonów...</akap>
<akap>Buławnik obejrzał frak okiem chytrym i świadomym, zbadał stan spodni tudzież kamizelki. Poradził <wyroznienie>frajerowi</wyroznienie>, żeby taki garnitur spuścić nie handełesowi podwórzowemu, który da psie pieniądze, lecz pewnemu krawcowi na pryncypalnej ulicy. Tamten zapłaci nieskończenie więcej. Tak się też stało. Ów krawiec kupił frak, a jednak cały garnitur znalazł się w kuferku Buławnika. Tenże wytłumaczył frajerowi, że odkupił ten interes od krawca. Miało to ten dobry skutek, że Cezary mógł kiedy niekiedy, gdy Buławnika w domu nie było, wąchać swój nawłocki fraczek. Żył zaś, jadł, pił, płacił czynsz przez czas dosyć długi z tej transakcji. Lecz nadeszły dni ciężkie. Kapitał się wyczerpał. Trzeba było płacić za gaz, światło elektryczne i opał. Kredyt u Buławnika był skończony, zaufanie w sklepiku z pieczywem poderwane. Trzeba było iść do pana Gajowca, czego aż dotąd Cezary unikał.</akap>
<akap>Wielce się uradował podstarzały pan Gajowiec. --- Wielce!</akap>
<akap>W gabinecie biurowym, dokąd Cezary się zgłosił, trudno było rozmawiać, gdyż tam nieustannie wchodzili i wychodzili interesanci. Pan Gajowiec zaprosił Barykę po staremu do swego prywatnego mieszkania. W dzień świąteczny, gdy młody człowiek zgłosił się do tego mieszkania, gospodarza nie zastał. Ale właścicielka pensjonatu, od której dygnitarz skarbowy odnajmywał[5] salon, uprzedzona z góry, poprosiła petenta do środka, oświadczając, iż pan ,,wiceminister" spóźni się nieco, gdyż tego dnia ma bardzo wiele ważnych wizyt.</akap>
<akap>Cezary wszedł i usiadł w rogu pokoju. Znał już ten duży pokój, wychodzący na mały, śródkamieniczny ogródek. Nagie, czarne konary drzew krzywymi liniami przecinały duże lustrzane szyby okien. Drzwi do sąsiedniego pokoju, a raczej do niszy z sypialnym łożem, były zawieszone kotarą. Duży salon był urządzony bardzo starannie. Stały tam meble własne sublokatora --- garnitur mahoniowy --- i leżał spory dywan. Była szafa otwarta z książkami w pięknych oprawach. Na ścianach wisiało kilka portretów, rysowanych specjalnie przez dobrego artystę. Dawniej Cezary nie zwracał uwagi na te wizerunki. Teraz, nie mając do roboty nic innego, po rozpatrzeniu tytułów książek przeważnie obcej mu, ekonomicznej i handlowej treści, zwrócił uwagę na portrety. Były to duże głowy, jednako skomponowane, lecz ułożone w sposób fotograficzny, co świadczyło o ich pochodzeniu nie z żywego modela. Pod tymi portretami były podpisy nakreślone ręką pana Gajowca oraz, widać, jakieś najbardziej charakterystyczne cytaty. Podpisy głosiły: Marian Bohusz[6], Stanisław Krzemiński[7], Edward Abramowski[8]. Nazwiska te nic prawie Cezaremu nie powiedziały. Jakieś niejasne reminiscencje[9].</akap>
<akap>Gdy pan Szymon Gajowiec przyszedł do domu, począł wypytywać młodego przyjaciela o wrażenia z pobytu na wsi. Ale młody jego przyjaciel niewiele mu powiedział. Właściwie --- nic. Wykręcił się opowieściami o drobiazgach i szczegółach. Nawzajem Cezary ni z tego, ni z owego zapytał Gajowca o osoby, których podobizny wisiały w mieszkaniu. Chciał w ten sposób odwlec wyjaśnienie głównego celu swej wizyty: prośbę o jakieś zajęcie płatne. Nie wiedział, w jaki sposób do tej kwestii przystąpić, bo był przecie już dłużnikiem Gajowca, a tutaj trzeba było nowe zaciągać długi wdzięczności.</akap>
<akap_dialog>Idealista, Nauczyciel, Patriota, Polak, Praca organiczna, Społecznik--- Te figury? To ,,warszawiacy" czasów minionych: Marian Bohusz, Stanisław Krzemiński, Edward Abramowski.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- ,,Warszawiacy"? Dlaczego im pan nadaje taki tytuł ogólny i wspólny? Czy dlatego, że w Warszawie mieszkali?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie. Nie dlatego. Za czasów niewoli rosyjskiej mieliśmy tutaj w Warszawie znakomitych pracowników, świetne charaktery, doskonałych --- uczonych, którzy żyli w tłumie, przeszli niepostrzeżeni i nieuznani. Zupełnie --- greccy niewolnicy. Ludzie ci należeli do typu, który się w tłumie rozpłynął, znikł, lecz nasycił sobą pokolenie. Z tych ludzi my --- to jest moje pokolenie --- wyssaliśmy wszystko, czym żyjemy aż dotąd.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie wiedziałem. Cóż to za jedni, bo, przyznam się, nie słyszałem nawet i nie czytałem.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pierwszy z brzegu --- Marian Bohusz. Przyrodnik, który gdzie indziej zostałby znanym docentem, może nawet cenionym profesorem. Tutaj został bezcennym dla pewnych sfer felietonistą, tłumaczem i popularyzatorem filozofów i socjologów. Rozmienił się na drobne i sam się w tłum wydał. Nauczał z niewidzialnej katedry swą rzeszę inteligencką. Gdy wszystko było przed tą rzeszą zamknięte, gdy ona mogła spodleć i zdziczeć, dawał jej wszystko, co poczytywał za najlepsze na Zachodzie. Sam żyjąc pod podwójną kopułą niewoli, kopułą moskiewską i pod władzą roztoczonej przez <slowo_obce>włast' t'my</slowo_obce>[10], zmuszał pokolenie swoje do myśli, do pogłębienia uczuć społecznych, do uczenia się, czuwania. Inni później, jak Adam Mahrburg[11], robili tę pracę lepiej, systematyczniej. On jednak był pierwszy. Wszystko zaś o szklance czystej herbaty i, dosłownie, o kawałku suchego chleba. Wiecznie w dziurawych butach i wystrzępionych spodniach. Stary, poczciwy nauczyciel!... Wreszcie --- znikł jak cień. Gdzieś się podział. Oślepł. Więziony przez Moskali, przeszedł męki duchowe. A nie chcąc ludziom zawadzać w ich bieganinie, nie chcąc przyczyniać nikomu kłopotu swoim pogrzebem --- kędyś po swojemu, ,,altruistycznie" znikł, przepadł. Żył i umarł jako duch.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A ten drugi?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ten drugi --- to Stanisław Krzemiński. Niegdyś członek Rządu Narodowego w roku 63. Historyk, eseista, bibliofil i biblioman, a nade wszystko badacz samoistny. Typ encyklopedysty. Straszna jakaś pamięć. Wszystko w głowie. Gdzie indziej byłby głośnym i czczonym pisarzem, pracowałby w spokoju na sławę i pomnik. W dawnej Warszawie był publicystą, pisarzem artykułów politycznych, niepochwytnym dla wroga przemytnikiem na pograniczu dawnych i nowych czasów. Sekretnie, sposobem tajnym, do ludzi, którzy go czcili, pisał o Polsce: ,,Pani moja, Mocarka wielka, Matka najsłodsza". Wierzył niezmiennie i przeciw wszystkiej rzeczywistości w niepodległość przyszłą narodu podartego i nieszczęśliwego, gdyż znał jego siłę w przeszłości, pomimo wszelkich tego narodu wad i win. Tę pewność swej wiary przekazywał otoczeniu przez całe swe życie. Badał przeszłość samoistnie u źródeł. Zagrzebany w <tytul_dziela>Tomicjanach</tytul_dziela>[12], w reformie wychowawczej Konarskiego[13], pisał jednocześnie o najnowszych sztukach i figlach dyplomacji współczesnej. Pracował bez przerwy, bez wytchnienia, jako kanclerz bezsenny nieistniejącego państwa. Błogosławiony warszawiak! W ubogim swoim mieszkanku, wśród ukochanych książek i pism, do ostatniej chwili nad wielką dawną i nową Polską --- zasnął na posterunku.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- No, a trzeci?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Trzeci --- to WizjaEdward Abramowski. Filozof i socjolog. Nowator, prekursor[14] we wszystkich dziedzinach. Główną dziedziną jego pracy duchowej była psychologia. Syn swego czasu, socjalista rewolucyjny, obijający się o wszelkie szkopuły nauki Marksa, błąkający się wśród nich ze swoją miarą fenomenalizmu podmiotowego, stwarza wreszcie naukę własną bojkotu państwa za pomocą złączenia ludzi w związki, stowarzyszenia, kooperatywy. Usiłuje wytworzyć świat nowy i nieznany, który w jego pojmowaniu będzie wielkim, powszechnym ruchem etycznym, świat przewidywany, wymyślony. Ta wymarzona za czasów rosyjskich rewolucja społeczna i moralna poprowadziła go konsekwentnie na stanowisko teoretyka kooperatyzmu praktycznego. A jego pomysł zorganizowania ludzi w sposób antypaństwowy przywiódł go w praktyce, za panowania nad Polską caratu, do uznania Polski nieistniejącej jako realizacji jego pomysłu.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Słowem wszystko, zawsze i niezmiennie --- Polska, Polski, Polsce, Polskę...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tak. My tutaj byliśmy i jesteśmy na tym punkcie ułomni. Jesteśmy urodzeni z defektem polskości.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie o tym mówię, że Polacy są Polakami, lecz o istotnym defekcie, jeżeli w rozważaniach filozoficznych i socjologicznych wynika <slowo_obce>deus ex machina</slowo_obce>[15]: --- Polska. Znana jest anegdota o temacie ,,Słoń". Polak, mający po innych nacjach napisać rozprawę o słoniu, napisał bez wahania: ,,Słoń a Polska". Nie o tym jednak chciałem mówić. Chciałem zapytać: dlaczego ci trzej mężowie zasłużyli na specjalne w gabinecie pana wyróżnienie? Czy innych zasłużonych ludzi w tych czasach nie było?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Owszem, byli! Było bardzo wielu! Trudno mi, o Azerbejdżaninie! wytłumaczyć ci tę zagadkę. Ci trzej zasłużyli na specjalne w mojej izbie wyróżnienie dlatego, że byli moimi nauczycielami. Na nich się w mej głuchej prowincji uczyłem ideału --- ja, urzędniczyna pod rządem rosyjskim. Dzięki im przemyciłem moją duszę do Polski. NiewolaWówczas Polakom wydarty był wszelki czyn, wszelka działalność, wszelka realizacja pragnień idealnych. Filozofia, martwa i daleka, teoretyzująca socjologia, literatura, poezja zastępowała nam czyn, działanie. Felieton literacki świstał nieraz jak pchnięcie szpady lub smaganie bata.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- O, tak! <slowo_obce>Consolatio servitutis...</slowo_obce>[16]</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Właśnie! Przytoczę jeden przykład. Dawno, bardzo dawno, w roku 1891, obchodziliśmy tutaj po raz pierwszy od powstania styczniowego rocznicę Konstytucji Trzeciego Maja[17]. Święciło tę rocznicę jawnie, w obchodzie, a raczej pochodzie publicznym, nie całe społeczeństwo, lecz jego odłam radykalny, publicyści, studenci, młodzież. Kiedy rozrzucono odezwę wzywającą do święcenia rocznicy, cała niemal publicystyka warszawska, prasa tak zwana ,,poważna", ogłosiła na widocznym miejscu jednobrzmiący protest przeciwko temu jawnemu obchodowi narodowego święta. Ze względów, oczywista, głęboko politycznych. Wówczas młodzież uniwersytecka skarciła ów protest policzkiem. Wszyscy redaktorowie ,,poważni", którzy protest ten wydrukowali, w jednym dniu[18] i o tej samej godzinie dostali ,,po pysku". A ten oto Marian Bohusz napisał tego dnia genialny felieton[19]. Genialny, bo go nawet wszechwiedzący ,,prewencyjny" cenzor[20] nie zrozumiał, podczas gdy rozumieli go wszyscy. Opowiedziano w tym felietonie anegdotkę o kimś, kto się wybierał w podróż do dalekiej Ameryki i umieścił w pismach ogłoszenie, iż poszukuje towarzysza podróży. Otóż późno w nocy na skutek owego ogłoszenia zgłasza się do podróżnika jegomość i z hałasem oświadcza, że on do dalekiej Ameryki nie pojedzie i jemu, ogłoszeniodawcy, jechać nie radzi, a nawet zabrania. Ten felieton wart był więcej niż batalion tęgiej piechoty. On stworzył ze zwyczajnych zjadaczów chleba, z łobuzów i głuptasów --- amatorów podróży do Ameryki.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Rozumiem. Ale to...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- No, co? No, co? Jestem bardzo ciekawy!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To takie... starodawne...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- O nie, braciszku! To nie starodawne! Państwo, PracaDlatego kazałem wyrysować i zawiesiłem sobie na ścianie mej izby te portrety, ażeby nieustannie mieć przed oczyma granicę między starodawnymi i nowymi laty. Oni to są dla mnie granicą i drogowskazem, czym już w tych nowoczesnych dniach naszych być nie należy.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Tego wcale nie rozumiem.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Patrz, przybyszu! Ten oto Stanisław Krzemiński. Polska była dlań --- ,,Pani moja, Mocarka wielka, Matka najsłodsza". Na tym jego głębokim uczuciu, na najszczerszej jego wierze, którą nam przekazywał, kończyła się jego rola. Moja rola --- tu się dopiero zaczyna. Uczucie jego, wiara, męstwo musi być wdrożone w pracę, w czyny, w znajomość rzeczywistych stosunków i rzeczywistych ludzi i --- co jest rzeczą najtrudniejszą --- w sposób rządzenia życiem, stosunkami i ludźmi realnymi.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Polska dzisiejsza musi być grubo niepodobna do ideału tamtych felietonistów.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Podobniejsza jest w każdym razie bardziej do ideału, niż była za ich czasów.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Doprawdy? Ja sądzę, że nie. Ale, oczywiście, nie znam się na rzeczy i mogę się mylić. Nie mylę się tylko w tym, że wówczas Polska przynajmniej nikogo nie uciskała, nie prześladowała, nie trzymała w kajdanach.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wówczas tych samych wrogów ustroju ludzkiego trzymała w kajdanach Rosja oraz Niemcy i Austria. Ale nie o tym teraz mowa. Oto --- Idealista, Państwo, Realista, WizjaEdward Abramowski. Nauczał i wierzyliśmy mu ślepo, stworzyliśmy dzięki jego nauce wiele rzeczy i dzieł wysoce wartościowych. Zorganizowaliśmy masę ludzi w doskonałe stowarzyszenia. Ludzi ciemnych przetworzyliśmy na światłych obywateli. Ale całość jego nauki było to marzenie na jawie o społeczeństwie, marzenie o zorganizowaniu społeczeństwa nominalizm, <slowo_obce>somnium vigilantis</slowo_obce>[21]. Nienawidził państwa z jego wojskiem i wojną, z sądem i policją, ze wszystkimi funkcjami państwa, i nakazywał ludziom organizować się w związki wolne. Patrzę na jego kochany portret i powtarzam mu codziennie: śpij spokojnie, jasny duchu! Pracujemy dzień i noc, bez wytchnienia, szerzymy i spełniamy twe marzenia, tylko zgoła inaczej, wprost inaczej, w wolnym państwie polskim. Uczę się patrząc na to oblicze, na tego ducha, czego robić nie należy, ażeby dojść tam, gdzie on dojść pragnął, gdyż samo życie po tysiąc razy zaprzeczyło marzeniom tego społecznego mistyka.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- A to ładne spełnianie czyichś zasad przez stosowanie ich zaprzeczenia w czynie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Posłuchaj! Abramowski nauczał, że należy bojkotować państwo nawet tam, gdzie ono pracuje pozytywnie, a więc bojkotować szkoły, inspektorat fabryczny[22], filantropię państwową, pracę kulturalną i gospodarską --- rugować i podcinać korzenie państwa, rozrywać łącznik między potrzebami ludzi a instytucjami rządowymi. Na miejsce zbojkotowanych instytucji państwowych, a raczej współcześnie z ich bojkotem miałyby rozwijać się instytucje swobodne: zamiast sądów państwowych --- sądy polubowne, zamiast policji --- stowarzyszenia obrony, zamiast szkół państwowych --- szkoły wolne lub nauczanie prywatne --- i tak dalej. Wreszcie, zamiast społeczeństwa terytorialnego --- społeczeństwa stowarzyszeniowe. A teraz rzeczywistość. ,,Stowarzyszenie obrony" --- to jest ta sama policja, jeżeli ma być sprawnie i skutecznie działające.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Niekoniecznie!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Inaczej być nie może! Zdarzył się tutaj w tym czasie napad ohydny, tak zwana ,,zbrodnia skolimowska"[23]. Wśród bandytów, którzy napadli na dom młynarza w Skolimowie i wymordowali jego rodzinę, był młody chłopiec, narzeczony córki młynarza. W czasie rzezi narzeczona zarzuciła ręce na ramiona narzeczonego błagając go najsłodszymi imionami miłości o obronę i pomoc, a widząc, że to on jest napastnikiem --- o litość. Ale on siekierą odrąbał ręce dziewczęce, które go miłośnie obejmowały i chciały obezwładnić, a we dwa dni później, jeszcze nie wyśledzony przez policję, szedł za trumną narzeczonej, zalewał się łzami ku powszechnej nad nim ludzkiej litości. Nie wystarczy, braciszku, na łotrostwo człowiecze --- sąd polubowny albo stowarzyszenie obrony. Biada zaś wszystkim bez oświaty! Państwo, WalkaA co byśmy byli poczęli bez armii, gdy na nasze młode państwo runął nieprzyjaciel zewnętrzny? Mieliśmyż czekać --- gdy świat nas się wyparł --- z założonymi rękami na nowe stulecia moskiewskiej niewoli?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pewnie, pewnie. Państwo, Patriota, Praca u podstaw, Praca organiczna, WiosnaAle tu mało się robi, żeby skasować niewolę biednych ludzi, niewolę wewnętrzną.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pewnie, pewnie. Bo też dopiero początek. Żeby to nas zostawiono w spokoju na parę lat! Żeby się to nami przestali zajmować rozmaici zewnętrzni dobrodzieje! Tamci ludzie, których widzisz na tych podobiznach, żyli podczas najsroższej zimy. Patrzyli na życie dalekie poprzez obmarznięte kraty. Jakże mieli dać nam prawdziwą wiadomość o życiu ludzi spracowanych w warsztatach i po norach? I my sami jeszcze nie wiemy, co i jak, gdyż dopiero pierwszy wiosenny wiatr powiał w nasze twarze. To dopiero przedwiośnie nasze. Wychodzimy na przemarznięte role i oglądamy dalekie zagony. Bierzemy się do własnego pługa, do radła i motyki, pewnie że nieumiejętnymi rękami. Trzeba mieć do czynienia z cuchnącym nawozem, pokonywać twardą, przerośniętą caliznę[24].</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Bardzo coś długo trzeba czekać, aż się tu zabiorą do roboty.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wierzymy, że doczekamy się jasnej wiosenki naszej...</akap_dialog>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
<akap>Miasto, Mieszczanin, Obcy, Pozycja społeczna, Warszawa, Żyd, AntysemityzmWychodząc na wykłady i do prosektorium, wracając z lekcji czy z miasta, Baryka musiał przemierzać dzielnicę zamieszkaną przez Żydów. Byli oni co prawda rozproszeni we wszystkich okolicach Warszawy, lecz w tej osiedli jako masa jednolita, tworząc zamknięty organizm o kilkuset tysiącach jednostek. Zrazu widok domów, mieszkań i sklepów żydowskich mierził oczy przybysza swą specyficzną ohydą, później jednak począł go zaciekawiać, a wreszcie narzucił mu się wszechwładnie jako problemat. Chwile wolne Cezary poświęcał na zwiedzanie przyległych ulic: Franciszkańskiej, Świętojerskiej, Gęsiej, Miłej, Nalewek i innych.</akap>
<akap>Żydzi zamieszkujący lub zatrudnieni w tych stronach tworzyli tak zwane getto. Lecz to ich osiedlisko nie powstało w przeszłości, nie miało za sobą historii. Same nazwy ulic wskazywały, że tak nie było. Nikt ich tutaj nie osadzał osobno, jak, dajmy na to, papież Paweł IV[25] w Rzymie, aby się z chrześcijanami nie stykali, nikt ich nie zmuszał do zamieszkania tutaj właśnie, a nie gdzie indziej. Sami spłynęli w tę dzielnicę, zeszli się tu jedni do drugich, a przyrastając stale, stworzyli samochcąc getto[26]. W tych ulicach ginęły już napisy polskie na sklepach, składach i warsztatach. Zastępowały je napisy żydowskie. Polaków nie było tu już widać. Trafiały się domy, gdzie jedynym Polakiem był stróż kamieniczny, i ulice, gdzie jedynym Polakiem był policjant.</akap>
<akap>Ulice te mają wygląd srogo niepowabny. DomKamienice wzniesione przez Żydów i do nich należące mają cechę wielkomiejskiej tandety, bezwstydnej ordynarności i haniebnej brzydoty. Wojna odarła je z olejnych lub klejowych pomalowań. Malowanie na olejno poskręcało się w rurki i zwoje i wygląda na powierzchni tych domów jak niechlujne pejsy na niechlujnym Izraelicie. Wnętrza domów, podwórza są odarte nie tylko z olejnej czy klejowej powłoki, lecz obłupione z tynku, który kawałami i płatami poodpadał. Świeci nagi, ceglany mur, lecz i on jest oślizgły od brudu, pełen wyrw, plam, zmaz, zacieków i wstrętnych zapaprań, które nikogo z mieszkańców nie rażą. Jakże potworne są tam kloaki, śmietniki, ścieki, zlewy, rynsztoki i same bruki! Większość dziedzińców jest ciemna, poprzegradzana, zastawiona, pełna pak, odpadków, rumowia i rupiecia, strzępów i gałganów. Nieopisana jest melancholia tych dziedzińców, głuchy jest smutek okien wiecznie patrzących w smrodliwe i obmierzłe zaułki, w odarte i pozaciekane mury, w sienie i piwnice wyziewające zgniliznę.</akap>
<akap>Bieda, Dzieciństwo, DzieckoBawią się tam, w tych zakażonych klatkach, tłumy dzieci żydowskich --- brudne, schorowane, mizerne, wybladłe, zzieleniałe --- o ile promień słońca przedrze się przez chmury zimowe i zajrzy do tych padołów. Gdy huczy wicher i mróz ściska, dzieci te wtrącone są do kryjówek, gdzie starzy szwargoczą o interesach, zyskach i szybkich zarobkach. Zdarzyło się raz Cezaremu widzieć dwoje kilkoletnich dzieci przytulonych do siebie i wędrujących dokądś długą Franciszkańską ulicą. BłotoNożyny ich tonęły w czarnym, rzadkim i lepkim błocie chodników i rynsztoków, odzienie ich było zmoczone i brudne. Para ta była wynędzniała ponad wszelkie słowo opisu. Nogi ich były cienkie jak pogrzebacze, a ręce chude jak ptasie piszczele. Twarze były również nie ludzkie, lecz jakby sępie czy jastrzębie, oczy były surowe i starcze. Ta para nieszczęśliwych machała przezroczystymi dłońmi, kiwała głowami osadzonymi na wychudłych szyjach i zajadle, zaciekle o czymś rozprawiała. O czymże to mówiło tych dwoje? Czy również o zyskach i szybkich zarobkach? Cezary szedł długo za nimi, gdy się obijali o ściany i latarnie, a wlekli do jakiegoś celu, który, doprawdy, nie wart był ich fatygi. Płakał w głębi siebie, w tajnikach duszy, wspominając złote, iście anielskie dzieciństwo swoje...</akap>
<akap>HandelW dnie przedsabatowe zakradał się do długich ,,gościnnych dworów"[27], gdzie sprzedawano koszerne[28] zapasy jarzyny, warzywa, mięso i smakołyki. Miał tam widowisko pełne przedziwnego humoru, niestrzymanego śmiechu, a zarazem głęboko ponure. W tych miejscach panował chargot, wrzask, niemal huk, wywołany przez handel na modłę ściśle żydowską. Nabywcy i sprzedawcy ochłapów mięsa, kawałków gęsi, nóg, łbów, szyj, dziobów, skrzydeł, śledzi, kartofli, odkrajanych cząstek pomarańcz, cukierków i owoców --- skakali sobie do oczu, wydzierali towar z rąk, obrzucali się stekiem wyzwisk, wydzierali pieniądze z garści zaciśniętych. Wszyscy mieli we włosach pierze, byli pobryzgani i zachlastani krwią niewinnych kaczek i kogutów. Włóczyły się w tłumie typy nie opisane, nie znane nigdzie na kuli ziemskiej, w łachmanach tak wyświechtanych, iż składały się jakby z zeskorupiałej pozłoty tłuszczu --- łazili na wpół nadzy przekupnie, a na wpół nadzy żebracy w tej rzece ludzkiej stali na uboczu i pochylali się monotonnym gestem, jak badyle bezsilne na polu --- zaklinając o datek w imię Boga. Całe to zbiegowisko sprawiało wrażenie soboru[29] potępieńców opętanych od diabła, o coś twarzą w twarz zaciekle walczących.</akap>
<akap>Bieda, LenistwoZadziwiające ponad wszystko są w tej dzielnicy sklepy, a raczej sklepiki, wklinowane w partery domów. Tymi komórkami ulice i uliczki są literalnie nabite. Na odrzwiach tych maleńkich zakamarków wiszą blaszane tablice z napisami w języku żydowskim --- a więc towary w tych kramach przeznaczone są tylko dla starozakonnej publiczności. Jakże mizerny, jak niewymyślny i nieobfity jest towar tych magazynów! Kapitał zakładowy każdego z nich nie może przekraczać dwudziestu złotych. Trochę żelaziwa, skór, kilka wiązek czy miar wiktuałów, nieco nici, sznurowadeł albo szuwaksu stanowi źródło dochodu osób, które w tych wąziutkich i niziutkich klatkach z desek próżnują marznąc i drzemiąc po całych dniach i wieczorach.</akap>
<akap>Pewnego razu Baryka zabrnął na wielkie podwórze, którego obmierzłego wnętrza żadne pióro opisać nie zdoła, którego bezprzykładnego nieładu, brudu, wstrętnej bezmyślności rzeczy naprędce rzuconych nic nie zdoła wysłowić. Były to składy żelaza, a raczej starego żelaziwa. I tutaj pełno było sklepików z żelazem wybrakowanym, starym, lichym. Można by powiedzieć, że ten cały podwórzec przeżarła rdza i sama tylko została jako ślad rzeczy, które zniweczyła. I Żydzi, którzy tam biegali, krzyczeli, roili się i o coś wodzili za łby, byli rdzawi, zagryzieni na śmierć przez żelazo.</akap>
<akap>W pewnej chwili wtoczył się na ten dziedziniec wóz frachtowy, na którym leżało jakoweś olbrzymie brzemię w płachcie. Wnet wspólnymi siłami wytaszczono brzemię z wozu i płachtę rzucono na błoto rozmarznięte. W płachcie była masa przegryziona od rdzy: rznięte kawałki rur, poprzepalane ruszty, śrubki, haczyki, ułamki pogrzebaczów, połówki szczypców, muterki, krzywe gwoździe, podstawki naczyń niewiadomego użytku, szpice i gzygzaki od ogrodzeń żelaznych, klucze, dusze żelazek do prasowania, fajerki, ułamki okuć okiennych, klamki bez ryglów i mnóstwo nieprzebrane żelaziwa wszelakiego rodzaju. Wobec rozwinięcia wnętrza płachty wypełzło, wynurzyło się jakby spod ziemi mnóstwo Żydów i Żydówek, przeważnie starych, koślawych, powykrzywianych, zrudziałych, obrośniętych kłakami. Cała ta czereda poczęła z krzykiem i kłótnią wyłapywać poszczególne kawałki, cząstki i obrzynki żelaza, nabywać je wśród nieopisanej sprzeczki i targu. Niepodobna było zrozumieć, co to są za ludzie. Kupcy? Handlarze? Pośrednicy? Zbieracze?</akap>
<akap>Cezary doznał wrażenia, że to jest zbiorowisko starych próżniaków, specjalistów od gromadzenia starych pogrzebaczy. Nie mógł się przejąć uszanowaniem dla ich ubóstwa ani zrozumieć sensu ich zatrudnienia. Szukając wielkich zysków spadli, widocznie, z etatu[30] i teraz oto szukają zysku wprost znikomego, nie przestając marzyć o wielkim. Podobnie jak tamci w sklepikach, norach i jamach, czyhają na wielki zarobek nic literalnie nie robiąc. Jakaż reforma społeczna mogłaby ich podnieść na wyższy stopień społeczny? Co można by dla tych ludzi zrobić, ażeby ich zrównać z innymi ludźmi w prawach, w posiadaniu dóbr tego świata, w pracy, obyczajach, sposobie życia?</akap>
<akap>Lenistwo, PracaBył tam nadmiar nędzarzy--łachmaniarzy, który zużywał ruchliwość przyrodzoną rasy żydowskiej na oszukiwanie się wzajemne, na pracowitą kłótnię o ochłapy jadła, o śledzie, o skrawki mięsa, a nic, literalnie nic nie czynił dla zarobku godziwego, stałego i dobrze płatnego w fabrykach i warsztatach. Wielu, oczywiście, pracowało w tych ulicach nad siły jako tragarze, woźnice, pomocnicy, subiekci, i ci mieli nawet zewnętrzny wyraz inny, normalny, ludzki. Przeciętny jednak typ --- to była karykatura ludzkiej postaci. Zgarbieni, pokrzywieni, obrośli, brodaci, niechlujni, śmieszni bezgranicznie w swych płytkich czapeczkach i długich, brudnych chałatach do pięt, wałęsali się i zalewali ulice, brodzili, wchodzili i wychodzili, gadali, kłócili się, nic właściwie nie robiąc. Cezary przyszedł do przeświadczenia ogólnego, iż Żydzi zamieszkujący dzielnicę, w której mu przebywać wypadło, są zbiorowiskiem ruchliwych i gadatliwych próżniaków.</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
<akap>Historia, Ojczyzna, Patriota, Polak, RealistaPan Szymon Gajowiec poza urzędowymi pracami, które mu ogrom czasu zabierały, i niezależnie od tych prac, prowadził po nocach swą własną robotę. Pisał książkę o Polsce nowożytnej, o Polsce niezależnej od najeźdźców, ale również niezależnej od romantyków, mistyków, wieszczów, proroków, socjalistycznych i reakcyjnych dyktatorów papierowych i wszelkiego rodzaju gadułków. Zamierzył przedstawić Polskę rzeczywistą, ,,złożoną z trzech nierównych połówek", jak to swego czasu pisali poczciwi gadułkowie --- Polskę żyjącą z pracy czarnych rąk i hulaszczą --- przeładowaną ogromem ludności żydowskiej i okrainnych nieprzyjaciół --- z niezałatwioną kwestią rolną i cudzymi prawami[31] określającymi winę i karę, z cudacznym obcym pieniądzem[32] --- kraj zepsuty przez najeźdźców, złupiony z dóbr fizycznych i duchowych, pełen ciemnoty i lenistwa, brudu, barbarii i chamstwa. Dopiero w ten obraz rzeczywistości, istoty rzeczy i najbezwzględniejszego realizmu pragnął tchnąć ducha proroków i apostołów, którzy za czasów niewoli nie dawali usnąć na wieki tworowi nieszczęsnemu, noszącemu nazwę narodu polskiego. Pan Gajowiec czerpał materiały do swego tytanicznego dzieła nie tylko ze źródeł ogłoszonych drukiem, znanych i dostępnych, ze statystyk i wykazów dokonywanych przez urzędy zaborców, ale również z nowych źródeł, nikomu nie znanych, które nowe polskie urzędy zgromadziły. Z tym wszystkim, z ogromem danych faktów, spostrzeżeń i wniosków nie mógł dać sobie rady. Ażeby opanować te wszystkie wiadomości o krajach, które się teraz zjednoczyły i w jedno ciało zrosły, ażeby zliczyć wszystkie szczegóły dla wydania opinii ostatecznej, nie dość było siły fizycznej jednego człowieka. Toteż pan Gajowiec szukał pomocy Cezarego Baryki.</akap>
<akap>Ten inteligentny i pracowity młody człowiek, tak mu skądinąd bliski, nadzwyczajnie przydał się do tej właśnie roboty. Państwo, PracaPan Gajowiec nie chciał ,,okradać" skarbu i wykonywać swej pracy siłami podwładnych mu urzędników. Toteż płacił Baryce pensję ze swej pensji miesięcznej. Dość już, jak mówił, popełnił nadużycia, przywłaszczając sobie wiadomości, które czerpał z wykazów, statystyk i rubryk urzędowych.</akap>
<akap>Książka Gajowca miała być nabita faktami, naładowana jak nabój. Do kogo to on zamierzał nią strzelać, kogo tym dziełem porazić, kogo obalić, a kogo obronić i podźwignąć? Mówił, iż pisze list otwarty do rodaków. Wierzył, iż oni muszą ów list przeczytać i treści posłania wysłuchać, gdyż ono dopiero zawierać będzie prawdę o sile ich, której nie znają.</akap>
<akap>Cezary znalazł dość zyskowne zajęcie, toteż z zapałem pracował. Dzięki literackiej pasji Gajowca miał zarobek i na pewien czas byt w Warszawie zapewniony. Rano i po południu pracował w prosektorium, chodził na wykłady, później obiadował z kolegami, a wieczorem w ,,salonie" Gajowca wertował papiery, liczył, dodawał, notował, robił wyciągi przeglądając stosy papierów, które ,,wiceminister" przynosił do domu. Młodość , StarośćMiało to zajęcie jedną wadę: zbyt częste przebywanie w towarzystwie starszego pana. Starszy pan, jak wszyscy prawie starsi panowie, lubił przypominać sobie różności ze swego życia i z życia ogółu, opowiadać --- jednym słowem, bajdurzyć. To, co dla Baryki było starzyzną, przeszłością, historią, gdyż wydarzyło się przed jego urodzeniem, dla Gajowca było świeżuteńkie, prosto z igły, właśnie nowe, tym nowsze, im dawniejsze, gdyż je lepiej, wrażliwszym umysłem pochwycił i spamiętał. Wszystkich ludzi wybitnych, właśnie rządzących, znał z tamtych czasów. Każdego niemal przedstawiał z owej strony nieznanej, sekretnej, skrytej, dawnej, pradawnej. Częstokroć się zdarzało, iż człowiek, który się Baryce przedstawiał jako pospolity <wyroznienie>ryfa</wyroznienie>[33] albo zwyczajny burżuj, naraz w opinii Gajowca nabierał barwy zupełnie nowej, którą mu dawało postępowanie dzielne i niepospolite właśnie w owych czasach zaśniedziałych, minionych, w ,,niewoli". Częstokroć znowu osobistość dla młodego medyka sympatyczna, pociągająca, ciekawa --- budziła na wargach Gajowca śmiech sarkastyczny albo i zgoła pogardliwy, bo w tamtych zaśniedziałych czasach ten oto dzielny dziś <wyroznienie>mołojec</wyroznienie>[34] i silny w gębie był zwyczajnym zjadaczem chleba albo i kanalijką bożą, przemykającą się chyłkiem między knutem i poczciwym polskim snobizmem. Cezary nigdy nie mógł w sedno utrafić.</akap>
<akap>Idealista, Ojczyzna, Polak, Polityka, CudPan Szymon Gajowiec, dążący wszystkimi swymi siłami do przedstawienia Polski najistotniejszej, takiej, jaka żyje, cierpi, raduje się, w rzeczywistości najrealniejszej, był przecież także mistykiem. Wierzył w cuda. Wierzył w tajemnicze opiekuństwo nad tym krajem. W rozmowach z Cezarym wskazywał palcem na kilka ,,cudów". Pierwszym ,,cudem" pana Gajowca było, rzecz prosta, wskrzeszenie państwa polskiego. Drugim ,,cudem" było odparcie bolszewików w roku 1920.</akap>
<akap>Pozycje tego ,,cudu" były takie: Bolszewicy mieli ogromną armię, świetną konnicę. Zalali tą armią cały prawie polski kraj. Na sztandarach bolszewickich było wypisane hasło wyzwolenia proletariatu z burżuazyjnej opresji, rewolucja socjalna. Któż i cóż mogło się oprzeć tej armii i jej moralnej sile? Powinna była w Polsce znaleźć zwolenników, powinna była zniszczyć szczupłą polską siłę zbrojną, gdyż za plecami wojsk polskich powinna była stanąć druga potęga: zrewolucjonizowane masy proletariatu miast i wsi. Ta druga siła powinna była podać rękę rosyjskiej armii czerwonej. Tymczasem bolszewicka armia czerwona została przepędzona na cztery wiatry, uciekła z Polski jak banda napastników. To był istotny, był niewątpliwy cud nad Wisłą.</akap>
<akap>Innym dowodem tajemniczego opiekuństwa nad Polską były dzieje niektórych ludzi, zwanych przez pana Gajowca ,,wielkimi polskim charakterami".</akap>
<akap>Ktoś --- mówił --- roznieca wielką duszę w chłopcu z prowincji[35], w zabiedzonym studencie medycyny, co to nie dojada i nie dosypia, a mieszka jak pies na płocie --- ażeby podjął walkę ni mniej, ni więcej, tylko z całym moskiewskim caratem, z cesarstwem Aleksandra Trzeciego[36], o którym wszystkie umysły kraju głosiły jako o potędze nie do pokonania dla nikogo na globie ziemskim. Ów student medycyny, któremu zaledwie starczyło pieniędzy na kupno atramentu, pióra i papieru, pisze raz w raz wezwania do robotników i chłopów, powołujące ich do organizowania się i do walki z wszechpotężnym caratem. Przy pomocy współspiskowców odbija te swoje prace rewolucyjne na tajnej maszynce drukarskiej, pracując jako zecer przy ogarku świecy --- później wydrukowane własną ręką kilkaset numerów pisma bierze na plecy i zza granicy idzie do Polski[37]. Ażeby zaś przejść potajemnie granicę pilnie strzeżoną, musi przebywać po nocy graniczną rzekę. Wybiera jesienną noc, najgłuchszą, najciemniejszą, najbardziej dżdżystą, kiedy <slowo_obce>obieszczyk</slowo_obce> nadgraniczny zawinie się w ciepły płaszcz i będzie drzemał na koniu. Wówczas inspirator zżuje buty i obnaży się do pasa. Pod pachę lewej ręki ujmie żerdź, którą w ciemności będzie macał <wyroznienie>obieszczyka</wyroznienie>[38] stojącego nad rzeką. W prawą rękę ujmie rewolwer, ażeby strzelać do żołnierza, jeśli weń żerdzią natrafi i gdy się walka wywiąże. Posłyszawszy plusk w rzece żołnierz ze swego konia krzyczy: <slowo_obce>ja tiebia wiżu! ja tiebia wiżu!</slowo_obce>[39] --- Po tym okrzyku rewolucjonista poznaje miejsce postoju żołnierza. Przechodzi obok niego o krok, o dwa kroki. Słyszy, jak siodło chrzęści pod jeźdźcem, jak dzwonią jego ostrogi i chrapie koń strwożony. Idzie boso, przeziębły do szpiku kości, dygocący, półnagi, po ostrych kołkach zarośli --- w rodzinny kraj, ażeby budzić ze snu niewoli.</akap>
<akap>RobotnikPan Gajowiec opowiadał swemu młodemu słuchaczowi o sześciu kolejnych manifestacjach robotniczych, w których rokrocznie w dniu 1 maja brał udział. Z prawdziwą jednak kurtuazją wspominał pierwszą z tych manifestacji[40], zorganizowaną przez tegoż wędrowca poprzez graniczne rzeki. I tutaj, jak zawsze, ten sam inspirator napisał wezwanie do święcenia dnia 1 maja w Alejach Ujazdowskich Warszawy pod samymi murami Belwederu[41], w którym rezydował generał--gubernator warszawski, wielkorządca Polski z ramienia caratu. Sam wydrukował wezwanie na czerwonych kartkach i sam je rozrzucił, rozdał w fabrykach Warszawy. Przebrany za Anglika, przygodnie zabłąkanego w tym mieście i spacerującego po Alejach, w wysokim cylindrze (mocno trącającym magazynami ,,Wałówki"[42], starannie przyprasowanym, w niebieskich binoklach i długim paltocie, organizator przechadzał się wyniośle i obojętnie wśród grup manifestantów, którzy tego dnia po raz pierwszy wyszli masowo z fabryk i warsztatów na spotkanie z potęgą caratu. Żandarmi konni na wspaniałych rumakach podjeżdżali blisko, oficerowie żandarmscy wkraczali na chodnik, ażeby przypatrzeć się twarzy wędrownego Anglika. Tłumy policji i wojska otaczały ze wszech stron manifestantów, kierując ich ku otwartej bramie ogrodu, ażeby ich tam wepchnąć i schwytać. Pan Gajowiec wspominał blade twarze tych ludzi, tych pierwszych żołnierzy sprawy niepodległości, defilujących przed Belwederem.</akap>
<akap_dialog>--- Dziwna, przedziwna jest siła modlitwy --- mówił pan Gajowiec.</akap_dialog>
<akap>I oto przypominał pewną swoją modlitwę przed obrazem zamazanym przez deszcze, zniszczonym przez słoty, przed obrazem w starej kapliczce unickiej, przy drodze do Drohiczyna. Stał wtedy obok matki Cezarego, młodziutkiej panny Jadwigi... Modlił się gorąco --- gorąco o łaskę pomocy dla biednych ludzi Podlasia. I oto --- mocarstwa przeszły, cesarze upadli, wojska wielkie znikły, niezdobyte fortece w gruz się rozsypały. Modlitwa zrobiła swoje...</akap>
<akap>Pan Gajowiec, urzędnik legalista[43], wiele tego rodzaju wynurzeń powierzał swemu młodemu sekretarzowi.</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
<akap>Sekretarz, słuchając w milczeniu polskich opowieści realno--mistycznych, puszczał je mimo uszu. W uszach jego brzmiały jakby maleńkie srebrne dzwoneczki, wciąż jedno imię powtarzające. Toteż częstokroć rozmawiając nie rozmawiał i słuchając nie słyszał. Pod zewnętrzną powłoką rozmowy, dysputy, a nawet sporu, wskroś umysłowania, rozważania, a nawet rachunku, płynął jak gdyby potok szumiący, wieczne wspomnienie o pięknej pani Laurze. A nieprzerwana jej nieobecność, głuchy step rozstania, sahara jałowa i wyschnięta życia bez niej --- drażniła go i rozjuszała. Nie podobało mu się tutaj, w tym mieście. Nic tu nie miał wielkiego, olbrzymiego, na czym czucie zawisnąć by mogło. Ojczyzna, Państwo, PieniądzRozumiał prace owego Gajowca, prace surowe i na nic niebaczne, wszczepione jak pług w przyszłość tego kraju. Ale się tą zimną, ścisłą, nieefektowną prozą nie mógł przejąć. Gajowiec marzył jako o szczęściu swym, o ideale swego życia --- o polskim pieniądzu. Gdy wymawiał słowo ,,złoty"[44], rozanielał się, jaśniał, promieniał. Tłumaczył długo młodemu kamratowi, jakich to trudów, walk, mozołów --- jakiego to ogromu wiedzy, przewidywań i rozumowań --- znajomości arkanów i wybiegów życia nowego, którego przewidzieć nie może żadna socjologia ani żaden program jakiejkolwiek międzynarodówki --- jakiego to wreszcie twórczego geniuszu wymaga ów ,,złoty". Cezary zgadzał się, lecz nie płonął entuzjazmem do ,,złotego". Gdyby pan Gajowiec wiedział, o czym myśli ten młody człowiek w trakcie jego zawiłych wywodów, zamknąłby usta na cztery spusty.</akap>
<akap>Z czasem, im Baryka bardziej zagłębiał się w życie, im więcej poznawał ludzi i więcej obserwował faktów, w tym większą popadał niechęć do całego polskiego zespołu. Historia, Ojczyzna, Państwo, PolakDrażnili go wszyscy swym przywiązaniem do przeszłości, do owego smutnego ,,wczoraj" --- i radosną świadomością, naiwną uciechą z pięknego ,,dzisiaj". Cezary natomiast widział to ,,dzisiaj" nie w wielobarwnej sukience wolności, lecz w obmierzłym łachmanie rzeczywistych i oczywistych faktów. Cóż go mogło obchodzić stwierdzenie, że ta oto dziura w łachmanie jest nieuniknionym następstwem, najnaturalniejszym skutkiem takich a takich przyczyn --- że ten oto wrzód, rana, strup przyschnięty to jest dzieło i wina zaborców, za które oni odpowiadają. Baryka widział tylko dziury, łaty, łachmany, wrzody i strupy. Nadto --- widział sińce i guzy zadane przez nową władzę, która usiłowała być mocną, nie słabszą od władzy zaborców. Nawet miejsca z pozoru zdrowe, kwitnące począł podejrzewać o wewnętrzną kiłę. Przeszywał te miejsca swym szydłem podejrzliwości albo przecinał nieulękłym lancetem. Wszakże widział był wieś szlachecką z jej życiem. Czyż nie należało tej całej Nawłoci z jej Chłodkami posłać <wyroznienie>do luftu</wyroznienie>? Czyż nie należało tego Leńca z jego panem Barwickim i panią Barwicką?... Tu przyłączyła się inna sfera uczuwania rzeczywistości. Ręka chwytała nie lancet, lecz jakiś wschodni przyrząd rozprawy...</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
Przypisy
- <slowo_obce>progenitura</slowo_obce> --- potomstwo, tu: pochodzenie.
- ulica Miła --- znajdowała się w północno--zachodniej części Warszawy, w dzielnicy żydowskiej, obok Nalewek.
- <slowo_obce>caszy</slowo_obce> --- większość gwar polskich cechuje tzw. mazurzenie, tj. wymowa spółgłosek: s, z, c, dz --- zamiast ogólnopolskich: sz, ż, cz, dż, a więc ,,casy" zamiast ,,czasy". Z kolei jednak u ludzi wywodzących się ze wsi, pojawia się, w obawie przed mazurzeniem, skłonność do wymawiania: sz, cz, ż dż, nawet w takich miejscach, gdzie w języku poprawnym występuje: s, c, z, dz (tzw. szadzenie), dlatego dozorca mówi ,,caszy".
- <slowo_obce>legary</slowo_obce> --- belki, na których położona jest podłoga.
- <slowo_obce>odnajmywał</slowo_obce> --- dziś popr.: odnajmował.
- Marian Bohusz --- właściwie Józef K. Potocki (ur. 1854, przepadł bez wieści w 1898), poeta, socjolog, współzałożyciel ,,Głosu", działacz Ligi Polskiej i Ligi Narodowej. W przekonaniach jego radykalizm społeczny łączył się z orientacją nacjonalistyczną. (Wspomina o nim Joasia w <tytul_dziela>Ludziach bezdomnych</tytul_dziela>.)
- Stanisław Krzemiński (1839--1912) --- członek Rządu Narodowego w roku 1863 i dyrektor prasy za dyktatury Traugutta (należał do prawicy ,,czerwonych"), potem publicysta i krytyk literacki, współpracownik wielu pism i wydawnictw zbiorowych, w poglądach polityczno--społecznych liberalny demokrata, przeciwnik pozytywizmu i ugody z caratem.
- Edward Abramowski (1868--1918) --- psycholog, socjolog, teoretyk i działacz spółdzielczy. W młodości uczestnik ruchu robotniczego i popularyzator marksizmu, później przeciwstawiał walce politycznej idealistyczną teorię ,,rewolucji moralnej", jako czynnika decydującego o przemianach społecznych. Rewolucja ta dokonywać się powinna w ramach dobrowolnych zrzeszeń, wśród których największe znaczenie posiada spółdzielczość. Rozwój jej miał z jednej strony doprowadzić do zwycięstwa socjalizmu, z drugiej, wypierając instytucje państwowe, powodować obumieranie państwa już w samym kapitalizmie i służyć walce z caratem (<tytul_dziela>Zmowa powszechna przeciw rządowi</tytul_dziela>, 1905). W anarchistycznej koncepcji Abramowskiego również przyszły ustrój socjalistyczny miał być bezpaństwowy. W filozofii i socjologii Abramowski był subiektywnym idealistą; u podstaw jego poglądów znajdował się fenomenalizm podmiotowy: ,,istotą zjawisk jest to, że mogą być one przedmiotem myśli". --- Utopijne koncepcje Abramowskiego posiadały stosunkowo duży wpływ na ówczesną inteligencję.
- <slowo_obce>reminiscencja</slowo_obce> --- wspomnienie.
- <tytul_dziela>Włast' t'my</tytul_dziela> (ros.) --- <tytul_dziela>Potęga ciemności</tytul_dziela> (tytuł słynnego dramatu Lwa Tołstoja).
- Adam Mahrburg (1855--1913) --- filozof pozytywistyczny, zwolennik Kanta, popularyzator i wykładowca filozofii na tajnych kompletach w Warszawie.
- <tytul_dziela>Tomicjana</tytul_dziela> --- <tytul_dziela>Acta Tomiciana</tytul_dziela>: akta dyplomatyczne Piotra Tomickiego (1464--1535), biskupa krakowskiego i podkanclerzego, zebrane przez jego sekretarza, Stanisława Górskiego. --- Skądinąd nie wiadomo o studiach Krzemińskiego nad <tytul_dziela>Tomicjanami</tytul_dziela>.
- <slowo_obce>reforma wychowawcza Konarskiego</slowo_obce> --- przeprowadzona w szkołach pijarskich w r. 1740--1753 była pierwszą i ważną próbą przebudowy systemu nauczania i wychowania w duchu świeckim i patriotycznym w Polsce. Krzemiński przez wiele lat zbierał materiały do wielkiej monografii o Konarskim, której jednak nie napisał.
- <slowo_obce>prekursor</slowo_obce> --- poprzednik.
- <slowo_obce>deus ex machina</slowo_obce> (łac.) --- nagłe i niespodziewane rozwiązanie (określenie zaczerpnięte z dziejów dramatu i teatru greckiego).
- <slowo_obce>Consolatio servitutis</slowo_obce> (łac.) --- pociecha niewoli.
- <slowo_obce>rocznica Konstytucji Trzeciego Maja</slowo_obce> --- manifestacja ta (1891) przygotowana została przez nacjonalistyczną Ligę Polską i organizację młodzieży Zet.
- <slowo_obce>w jednym dniu</slowo_obce> --- 26 kwietnia 1891.
- <slowo_obce>genialny felieton</slowo_obce> --- <tytul_dziela>Bez obłudy</tytul_dziela>, ,,Głos" 1891 nr 18.
- <slowo_obce>prewencyjny cenzor</slowo_obce> --- cenzura prewencyjna: zapobiegawcza, przeprowadzona przed oddaniem rękopisu do druku.
- <slowo_obce>nominalizm</slowo_obce> --- Żeromski nazywa poglądy społeczne Abramowskiego nominalizmem, chcąc zaznaczyć, że miały one charakter utopijny, że były ,,snem na jawie" --- <slowo_obce>somnium vigilantis</slowo_obce> (łac); tak określił scholastykę średniowieczną --- według świadectwa Kallimacha --- pierwszy polski humanista Grzegorz z Sanoka (zm. 1477). W myśl takiej intencji należało jednak poglądy Abramowskiego porównać nie z nominalizmem, lecz raczej z przeciwstawnym mu prądem w scholastyce --- z tzw. realizmem średniowiecznym, który przyznawał obiektywne istnienie uniwersaliom (tj. pojęciom ogólnym), mającym stanowić jak gdyby idealne pierwowzory konkretnych przedmiotów. Natomiast nominalizm głosił, że uniwersalia nie posiadają samodzielnego bytu, są tylko nazwami (<slowo_obce>nomina</slowo_obce>) konkretnych przedmiotów pojedynczych. Żeromskiego zawiodła tu pamięć i użył terminu ,,nominalizm" dla oznaczenia sposobu myślenia analogicznego przez swą ,,nierealność" właśnie do realizmu średniowiecznego.
- <slowo_obce>inspektorat fabryczny</slowo_obce> --- w krajach kapitalistycznych państwowa kontrola warunków pracy w fabrykach.
- <slowo_obce>zbrodnia skolimowska</slowo_obce> --- mord na rodzinie młynarza Stanisława Regla w Skolimowie (pod Warszawa) 4 lutego 1922.
- <slowo_obce>calizna</slowo_obce> --- ziemia niezorana.
- Paweł IV --- papież w latach 1555--1559.
- <slowo_obce>stworzyli samochcąc getto</slowo_obce> --- Swoboda osiedlania się Żydów w poszczególnych dzielnicach Warszawy była ograniczona przez zmieniające się zarządzenia władz miejskich, nie można więc mówić o tworzeniu getta z własnej chęci. Patrz: Artur Eisenbach, <tytul_dziela>Z dziejów ludności żydowskiej w Polsce w XVIII i XIX w.</tytul_dziela>, wyd. 1983; E. Ringelblum, <tytul_dziela>Żydzi w Warszawie od czasów najdawniejszych do roku 1527</tytul_dziela>, Warszawa 1932.
- <slowo_obce>gościnny dwór</slowo_obce> (z ros. <slowo_obce>gostinyj dwor</slowo_obce>) --- stragany.
- <slowo_obce>koszerny</slowo_obce> --- przyrządzony zgodnie z rytualnymi przepisami żydowskimi.
- <slowo_obce>sobór</slowo_obce> --- tu: zgromadzenie, zjazd.
- <slowo_obce>spaść z etatu</slowo_obce> --- tu: podupaść.
- <slowo_obce>cudze prawa</slowo_obce> --- Polska międzywojenna odziedziczyła ustawodawstwo po trzech państwach zaborczych. Działalność unifikacyjna i opracowanie nowych ustaw odbywało się bardzo powoli.
- <slowo_obce>cudaczny obcy pieniądz</slowo_obce> --- w pierwszym okresie niepodległości w obiegu znajdowały się jeszcze waluty państw zaborczych. Dopiero w roku 1920 wprowadzono markę polską jako wyłączny środek płatniczy.
- <slowo_obce>ryfa</slowo_obce> --- tu: dureń.
- <slowo_obce>mołojec</slowo_obce> (z ukr.) --- zuch, junak.
- <slowo_obce>chłopiec z prowincji</slowo_obce> --- w postaci tej zespolił Żeromski pewne szczegóły z życia Józefa Piłsudskiego i Stanisława Wojciechowskiego. Stanisław Wojciechowski (1869--1953, działacz prawicowego skrzydła PPS), bliski współpracownik Piłsudskiego, po roku 1905 wystąpił z PPS i stał się organizatorem ruchu spółdzielczego. W latach 1918--1919 był ministrem spraw wewnętrznych. Po wojnie zbliżył się do prawicowego stronnictwa chłopskiego ,,Piast". W roku 1922 jako kandydat Centrum i PPS wybrany został na prezydenta. Zrzekł się władzy po zamachu majowym Piłsudskiego (1926).
- Aleksander Trzeci --- car rosyjski w latach 1881--1894. Panowanie jego było okresem wzmożonej reakcji i ucisku narodowościowego.
- <slowo_obce>idzie do Polski</slowo_obce> --- te szczegóły zaczerpnął Żeromski prawdopodobnie z opowiadań swego przyjaciela, uczestnika ruchu rewolucyjnego, Mariana Abrramowicza (1871--1925), któremu poświęcił również odrębne wspomnienie w ,,Przeglądzie Warszawskim" (1925).
- <slowo_obce>obieszczyk</slowo_obce> (ros. <slowo_obce>obiezdczyk</slowo_obce>) --- strażnik graniczny.
- <slowo_obce>ja tiebia wiżu!</slowo_obce> (ros.) --- widzę cię!
- <slowo_obce>pierwsza z tych manifestacji</slowo_obce> --- prawdopodobnie demonstracja pierwszomajowa w roku 1898, organizowana przez PPS, przy czynnym udziale Wojciechowskiego.
- Belweder --- pałac wśród parku na końcu Alei Ujazdowskich, w okresie zaborów był rezydencją generał--gubernatorów warszawskich. W pierwszych latach niepodległości --- siedziba Piłsudskiego jako naczelnika państwa, od roku 1922 --- siedziba prezydenta.
- Wałówka --- rynek ze starzyzną, znajdował się w Warszawie przy ul. Wałowej.
- <slowo_obce>legalista</slowo_obce> --- człowiek stawiający sobie jako zasadę postępowanie zgodne z prawem.
- <slowo_obce>złoty</slowo_obce> --- w pierwszych latach powojennych inflacyjna polityka rządu doprowadziła do gwałtownego spadku wartości marki, (w roku 1920 kurs dolara wynosił około 800 marek, w roku 1922 18 000 marek, w październiku 1923 --- 1 000 000 marek, w styczniu 1924 --- 10 000 000 marek), co dla kapitalistów było początkowo źródłem ogromnych zysków spekulacyjnych, powodowało jednak wciąż rosnącą nędzę mas pracujących. Na przełomie lat 1923--1924 inflacja doprowadziła do dezorganizacji całego życia gospodarczego. Dopiero wówczas rząd Władysława Grabskiego dokonał reformy finansowej, wprowadzając jako nową walutę złoty (kwiecień 1924).

