Lektury: Część pierwsza SZKLANE DOMY cd.cd.

Edytuj
Komentarze              Archiwum wersji (wszystkie edycje)

Skopiowano ze stron roboczych projektu Wolne Podręczniki

<akap>Grób, Pogrzeb, Trup, WojnaSzańce obronne niegdyś wojska angielskiego i pułków ormiańskich, a później wojsk tureckich mieściły się na wyniosłościach podgórza, wysunięte dalej niż cmentarzysko Ormian wymordowanych. Chodziło o to, ażeby wiatr --- <slowo_obce>Nord</slowo_obce><extra>jak wcześniej</extra> --- nie niósł do stanowisk wojennych fetoru tak wielkiej ilości trupów. Gdy wszystkie zwłoki zostały wywiezione z obrębu miasta i złożone pokotem w głęboko kopanej, długiej wyrwie, pracowicie je zasypywano ziemią, tworząc nasyp wydłużony, ciągnący się w półokrąg, zależnie od kształtu wzgórza. Praca spychania ziemi na zwłoki wymagała wielu rąk ludzkich. Skoro zaś winna była być wykonana jak najszybciej, prowadzono ją surowo, na sposób bardzo wschodni. Sami żołnierze mieścili się w schronach utworzonych poza wałem ziemnym, na sposób <slowo_obce>casemate</slowo_obce>[1], choć wykonanych pospiesznie i niedbale. Drugi nasyp, wewnętrzny, czyli cmentarzysko, był niższy od fortalicji zewnętrznej. Pracownicy, we dnie i w nocy zajęci dźwiganiem ziemi i sypaniem jej w fosę trupią, mieszkali tymczasowo w części umocnień wojennych, wybudowanych jeszcze przez Ormian z desek i zrzynów, przytaszczonych tutaj z czarnego miasta.</akap>


<akap>Przemiana Wśród innych pracowników miał tam legowisko i Cezary Baryka. Sypiał na pryczy obok innych leżących pokotem. Tak tedy: jedni z tego stada ludzkiego spali pokotem w ziemi --- drugi szereg, żywy, spał nieco wyżej nad tamtymi, ponad poziomem --- a trzeci szereg jeszcze wyżej, śpiący również nad tamtymi i również pokotem, pilnował dobrze, czy tamte dwa szeregi dobrze się sprawują. Wikt w robotniczych koszarach dawano coraz gorszy, w miarę jak praca nad zasypywaniem nieboszczyków postępowała i miała się ku końcowi. Im pokrywani grubą warstwą ziemi stawali się mniej niebezpiecznymi dla zwycięzców, tym mniej jadła dostawali żywi pracownicy. Praca, WięzieńCezary wśród ciężkiej pracy fizycznej, do której nie był przyzwyczajony, na nowo wychudł, wybladł i osłabł. Pracował bardziej nerwami niż mięśniami. Trudno mu było zasnąć po ciężkim i długim dniu roboczym. Parna i duszna noc miała się częstokroć ku końcowi, gdy on dopiero zasypiał. A ledwie świt ubielił dalekie smugi morza, już ci wrzeszczano na wstawanie i kopano rozespanych. W takich warunkach gagatek wypieszczony przez mamusię nie mógł sobie nic dobrego wróżyć. Prawie nagi, bez koszuli, obgryziony dobrze przez robactwo, obrośnięty i brudny, bosy i bez nakrycia głowy --- zapomniał z wolna o dawniejszym życiu. Wrastał ciałem i duszą w czerwoną glinę bakińską, którą kopał od świtu do nocy. Smutek wewnętrzny zamieniał się z wolna na jałowy cynizm i podłą gnuśność. Nie zawsze przecie zagrzebywał w ziemię piękne Ormianki. Przeważnie oddawał matce ziemi na długie przechowanie opasłych i sprośnych dorobkiewiczów, kupców i buchalterów, więc mu na dobre obmierzli widokiem swym i zapachem.</akap>


<akap>Obcy, SamotnikNieraz w nocy wysuwał się z szopy, śmierdzącej żywymi kandydatami na trupów nie gorzej od umerlaków[2] --- i bezmyślnie zapatrzywszy się w dal, przepędzał czas. Szukał swej duszy. Zbierał jej rozszarpane szczątki. Dopiero fizyczne przerażenie na myśl, jak to on jutrzejszy dzień przetrzyma bez sennego dziś wypoczynku, pędziło go z powrotem na pryczę, między chrapiących i cuchnących współkopaczów[3]. Na ogół nie wiedziano o nim, co jest za jeden. Ponieważ pracownicy składali się z Rosjan, Gruzinów, Niemców i Żydów, a on był nieco odmienny od wszystkich tamtych, wyosobniono go z grup mówiących pomiędzy sobą przeważnie po rosyjsku --- pomijano, a nawet umieszczono jakby na złej liście. Nazwisko Baryka i wzgardliwie określana narodowość <wyroznienie>Polaczyszka</wyroznienie> zrosły się w przezwisko <wyroznienie>Barynczyszka</wyroznienie>[4], którego brzmienie nie znamionowało afektów przyjaznych. Samej tej nazwy dość było, żeby Cezary odstrychnął się od kolegów po fachu.</akap>


<akap>Bieda, Głód, Wojna, ŻebrakOprócz pracowników, zajętych potężną robotą od świtu do nocy na górze trupiej, plątał się tam i wałęsał trzeci jeszcze gatunek istot żywych: --- żebraki, głodomory, chorowite kaleki, baby i starcy --- słowem, nędza miejska i portowa, ciągnąca za wyżerką przy wojsku. Żołnierze tureccy rzucali tej tłuszczy niedogryzione kości, nadmiar chleba, jarzyn, owoców. W mieście Baku było to podówczas jedyne miejsce, gdzie można było jaki taki kąsek do zgryzienia i strawienia pochwycić zgrabiałymi albo drżącymi palcami. Zarobki wszelkie ustały, pracą nikt się nie hańbił, sklepy były pozamykane, życie samo przygasło i głód potworny królował w pustych i niemych ulicach. Ta to gawiedź zgłodniałych i spragnionych stękając i jęcząc zalegała drogi i rowy, czatowała na ochłapy tureckie i oblizywała się, skoro dym unosić się zaczął z kominów kuchni żołnierskich. Łazęgi i niedołęgi usiłowały wyżebrać albo i podkraść cokolwiek nawet od pracowników trupiarni, tak skąpo żywionych. Pchało się to pod łopaty, przysiadało jak najbliżej, czaiło się i plątało wszędzie, gdzie go nie posiano. Szaleniec, SzaleństwoNie brakowało wśród tej zbieraniny notorycznych wariatów, półwariatów, <wyroznienie>jurodiwych</wyroznienie>[5], histeryków i pomylonych dopiero co, którzy jeszcze nie otrzeźwieli ze strasznych mąk ciała i ducha podczas oblężenia, bombardowania i rzezi. Któż by zaś wyśledzić zdołał łotrów, <wyroznienie>hapencucyków</wyroznienie>[6] i hyclów, którzy i tu myszkowali, żeby coś zwędzić, pomimo niewątpliwej kuli w łeb, karcącej chętki złodziejskie.</akap>


<akap>Ojciec, SynCezary Baryka w ciągu szeregu dni dostrzegał w tłumie nędzarzy i nędzników pewnego człeczynę, który stale trzymał się w jego pobliżu. Był to chłop rosyjski, brodaty i kudłaty, w nieopisanie brudnej <wyroznienie>rubasze</wyroznienie>, w <wyroznienie>armiaku</wyroznienie> podartym do ostatniej nitki, czapie z daszkiem, z łapciami na nogach u kończyn zgrzebnych portasów. SzaleniecCzłowiek ten zjawiał się od najwcześniejszego poranku i drzemał na kupie kamieni wyrzuconych przy kopaniu wielkiej mogiły. Zawsze miał głowę opuszczoną, ukrytą w dłoniach, oczy przymknięte i schowane w cieniu daszka czapy nasuniętej nisko na czoło, plecy zgarbione. Nikt z ruchliwej i krzątającej się ciżby głodomorów nie zwracał na niego uwagi. Sam tylko Cezary miał się w stosunku do tej figury na baczności. Zrazu myślał o jakimś prawdopodobnym zamachu czy podstępie. Później zmienił zdanie, gdy obserwacja wykazała, że tajemniczy sąsiad należy do gatunku <wyroznienie>jurodiwych</wyroznienie>, lekkich wariatów. Fiksat ten nie zabiegał, jak wszyscy inni, o jadło i napitek, a siedząc na swych kamieniach wciąż coś pośpiewywał samemu sobie. Jak wszyscy ludzie nienormalni budzą ciekawość w ludziach zdrowych na umyśle, tak samo ten zaciekawił Cezarego.</akap>


<akap>Cóż to za jeden? Czemu sterczy właśnie tutaj, a nie gdzie indziej? Cóż to tam śpiewa pod nosem sobie --- nie komu? Młody kopacz ziemi w chwilach wytchnienia począł nadsłuchiwać. Wyłowił uchem jakiś dźwięk monotonny, jednostajny, wciąż ten sam, drżący, rzewny, ekstatyczny. Wsłuchał się w ten dźwięk o jednej porze dnia, o drugiej i o trzeciej. Śpiew zawsze był ten sam. Składał się właściwie z jednego dźwięku, a z dwu sylab, rozciągniętych i powtarzających się niezmiennie. Było w tym coś dziwnego, nienaturalnego, drażniącego. Gdy gwar kopaczów i dźwięk ich pracy zbiorowej nacichał, Cezary słyszał ów śpiew obłąkanego, w którym dźwięczało coś jakby imię jego własne spieszczone: </akap>

<akap_dialog>--- Czaruś --- Czaruś --- Czaruś...</akap_dialog>


<akap>Nie mogąc zdać sobie sprawy z tak dziwacznego podobieństwa śpiewu nieznajomej osoby do brzmienia swego niegdyś zawołania, Cezary zbliżył się wreszcie do palisady, której słupy powywracane przez pociski tureckie jeszcze się tu i ówdzie chyliły ku ziemi. Oparł się piersiami o jeden z tych kołów i patrzał uważnie na dziada. Tamten przestał śpiewać i podniósł zwieszoną głowę. Wtedy, jak to mówią, wszystka krew zbiegła do serca Cezarego. Zobaczył wyblakłe, niebieskie oczy wpatrzone w swe oczy, oczy --- radosne niebiosa. Zdumienie, wątpliwość, niepewność, trwoga, radość, szczęście, obłęd z rozkoszy --- wszystko zamknęło się w jednym szepcie:</akap>

<akap_dialog>--- Ojciec.</akap_dialog>


<akap>Biedak siedzący na kupie kamieni zaprzeczył ruchem głowy, jakby się nie zgadzał na sformułowanie i stwierdzenie szczęścia tej prawdy. Znowu opuścił głowę na piersi i ukrył w cieniu daszka swe niebieskie oczy. Cezary stał na miejscu, kurczowo trzymając się słupa. Ściskał to drzewo, ażeby się umocnić w przeświadczeniu, że nie śpi, że na jawie widzi tamtego człowieka. Nogi mu drżały. Chciał skoczyć. Zdusił krzyk w piersiach. Zawahał się. Przeląkł. Czyż to tylko podobieństwo oczu? Lecz nie! Nie! Skądże by ten człowiek mógł śpiewać od tak dawna jego imię? Śpiewał je przecie znowu:</akap>

<akap_dialog>--- Czaruś --- Czaruś --- Czaruś...</akap_dialog>


<akap>Uśmiech niebiański, uśmiech, zaprawdę, wniebowzięcia leżał na jego ustach, nie okrytych cieniem i oświetlonych przez słońce. Były to usta ojca. Była to postać ojca w łachmanach tego przybłędy. Jeszcze Cezary stał na swym miejscu jak wkopany w ziemię, gdy tamten podźwignął się ze swych kamieni i ociężale, nucąc swoje, powlókł w kierunku miejsca najmniej efektownego, do kloaki z tarcic stojącej między rowem umarłych i koszarami żołnierzy.</akap>


<akap>Było to wspólne miejsce ustępowe, zarówno dla żołnierzy, jak dla pracowników zasypujących trupy. Kloaka owa przed dołami pełnymi niezasypanego kału miała parkan, który nieciekawe sprawy oddzielał od oczu ludzkich. <slowo_obce>Brodiaga</slowo_obce>[7], w którym Cezary rozpoznał ojca, znikł za owym parkanem. Nim jednak znikł, obejrzał się na Cezarego i niepostrzeżonym ruchem głowy przywołał go w to właśnie miejsce. Cezary wrócił na swe stanowisko robocze, przez chwilę jeszcze zawzięcie pracował, a potem rzucił łopatę i szybko ruszył w kierunku kloaki. Gdy tylko skręcił za parkan, chwyciły go ręce ojcowskie.</akap>


<akap>Teraz już nie było wątpliwości! To były ręce, oczy, usta, piersi ojcowskie! Głowa młodzieńca z westchnieniem niewysłowionego szczęścia, z jękiem upojenia spoczęła na piersiach ojca. Ręce tamtego objęły chłopca w ramiona. W cuchnącej woni kloacznej, która dech zapierała --- wśród innej woni --- fetoru zgniłych trupów, którą tu wiatr wirujący przynosił --- przeżyli świętą chwilę znalezienia się, przytulenia, pierwszy moment spotkania obudwu[8] na tej ziemi. Bezsłowny głos szczęścia wydzierał się z ich piersi. Drżało w nich jedno jedyne serce i jedna krew płynęła w ich żyłach. Kiedy dały się słyszeć kroki nadchodzącego człowieka, ojciec i syn odskoczyli w przeciwległe końce ustępu i pod pozorem korzystania z odległych od siebie dołów czynili na przechodniu wrażenie ludzi, którzy o sobie nic zgoła nie wiedzą. Skoro zaś ów trzeci odszedł do roboty, wrócili na swe miejsce.</akap>

<akap_dialog>--- Dlaczego nie możemy być razem jawnie? --- spytał Cezary.</akap_dialog>

<akap>Rewolucja, Wojna, Zbrodnia--- Boję się! Tatarzy znali mię tutaj. Wszyscy mię znali. Mógłby mię który przez jaką zemstę wydać. Zabiliby mię. A teraz nie chcę umierać!</akap>

<akap_dialog>--- Za co by cię mieli zabijać?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy to wiadomo, za co teraz ludzie ludzi zabijają!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mama nie żyje! --- wyznał Cezary.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wiem.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Byłeś na jej grobie?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Byłem.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Skąd wiesz, gdzie leży?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Od Gruzina, od księdza.</akap_dialog>

<akap_dialog>Cierpienie, Łzy--- Jakżeś trafił do mnie?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Trafiłem... --- rzekł z cichym uśmiechem Seweryn Baryka.</akap_dialog>


<akap>Oczy jego zaszły ciężkimi łzami, które pewnie w tej chwili od szeregu lat po raz pierwszy przerwały tamy męczarni jego duszy. Zaszlochał, głucho załkał na piersiach syna. Młody utulił go w ramionach. Podparł go i ugłaskał drżącymi rękoma.</akap>

<akap_dialog>--- Gdzie się spotkamy? --- spytał szybko Cezary.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- W nocy tu przyjdę. Będę czekał na tej pryzmie kamieni, gdzie zawsze.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Warty w nocy chodzą dookoła koszar.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Znam ja miejsce, gdzie warty chodzą. Nie jednę[9] tu już noc przeczekałem myśląc, że przypadkiem wyjdziesz.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Po północy wyjdę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Pójdziemy do mamy. Tędy polem pójdziemy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A skąd ty przychodzisz?</akap_dialog>


<akap>Seweryn Baryka zakreślił ręką półkole ogarniające północny horyzont.</akap>

<akap_dialog>--- Ale skąd? --- pytał syn.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ze świata.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ale skąd?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Z Rosji.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Powiedzieli mi, żeś zginął.</akap_dialog>


<akap>Po chwili Cezary zawył z radości, zawył jak pies:</akap>

<akap_dialog>--- Nie zginąłeś! Nie zginąłeś! O, cóż za szczęście.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- I ty nie zginąłeś!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A gdzieś ty był tak długo? Gdzieś był, tata?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- W legionach --- daleko, daleko --- w Polsce.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mama czekała... --- wyszeptał syn.</akap_dialog>


<akap>Seweryn nie mogąc mówić wykonał znowu swój gest szeroki, pół horyzontu obejmujący. Coś wyjąkał niezrozumiałego, co ledwie można było pojąć:</akap>

<akap_dialog>--- Teraz już... Teraz już --- w nogi! W nogi! Chcesz?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Och, chcę! Ale razem z tobą!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To, to! Razem ze mną</akap_dialog>!

<akap_dialog>--- No!</akap_dialog>


<akap>Objęli się jeszcze raz, jeszcze raz ramionami żelaznymi. Ktoś znowu szedł, więc Cezary ociężale powrócił do swej łopaty.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Historia, Polityka, Rewolucja, WojnaPanowanie tureckie w mieście Baku, po ukróceniu barbarzyńskiej rzezi i rabunków, nacechowane w ogóle rozumem i dobrą wolą, nie trwało długo. Traktat wersalski zmusił Turków do ustąpienia z Baku i okolicy, umożliwiając wybrzeżom kaspijskim osiągnięcie pewnej formy niezależności pod nazwą Azerbejdżanu. Lecz ta forma, a raczej foremka nie trwała również zbyt długo. Zniweczyło ją najście wojsk bolszewickich, niosących wraz z hasłami rewolucji nowe rzezie, kary, egzekucje, gwałty, nie mniej okrutne i olbrzymie, jak wszystkie poprzednie.</akap>


<akap>W tym czasie, późną jesienią, zanim rozpoczęły się ruchy wojsk sowieckich na południe, Seweryn i Cezary Barykowie gotowali się do opuszczenia Baku.</akap>


<akap>Po odejściu Turków mieszkali razem, a raczej biedowali wspólnie, przygotowując się do odjazdu. Żegnali się z żoną jednego a matką drugiego, śpiącą w ziemi. Gromadzili fundusze, zarabiając czym się tylko dało i jak tylko było można. Ale Cezary nie umiał jeszcze zarabiać, a Seweryn nie mógł z powodu braku siły. Był zbiedzony na wojnie, zrujnowany fizycznie. Miał na ciele dużo ran, a nadto czaszkę nadwyrężoną w szczycie głowy. Ostatnia rana dokuczała mu nade wszystko i przeszkadzała w pracy zarówno fizycznej, jak umysłowej.</akap>


<akap>Z trudem oporządzili się jako tako. Nosili już jednak buty, spodnie, kurtki i czapki, ale brakowało im jeszcze wszystkiego, co dla człowieka, który był wyszedł ze stanu barbarzyństwa, niezbędne jest jak koszula i buty. Nie mieli na kupno niezbędnych lekarstw dla starszego, gdyż gromadzili grosz nieodzowny na bilety. Seweryn dążył do walizki i opowiadał o niej synowi istne cuda. Sławna walizka, z którą był wyruszył na wojnę: przepyszna skóra ,,przedwojenna", wspaniałe okucia, monogram, pasy spinające, imadła z kręconego rzemienia, przegródki i skrytki wewnętrzne! Towarzyszka tylu wypraw wojennych została w Moskwie, u pewnego rodaka, przyjaciela, emisariusza politycznego z Polski, Bogusława Jastruna. Czeka tam na przybycie obydwu. StrójSkarby są wewnątrz tej walizki: wyprana i wyprasowana bielizna, cienka, grubsza i wełniana, chustki do nosa, skarpetki. Kołnierze, mankiety, krawaty! Jest tam flanela, wata --- przyjaciel wojenny, termos, jest aspiryna, antypiryna, jodyna, terpentyna. Jest pewien doskonały, niezawodny środek na ciężkie męki serca. Gdzież to nie wędrowała ta płaska ręczna walizeczka! W jakichże to opresjach wspomagała po setki razy! Na samym jej spodzie leży ów tomik pamiętnika o dziadku Kalikście--Grzegorzu i jego wiekopomnej awanturze --- tej, co to --- ,,pilnować jak oka w głowie"...</akap>


<akap>Seweryn Baryka niewiele synowi mówił o swych przygodach na wojnach, gdyż te rzeczy były mało zrozumiale i niezbyt sympatyczne dla młodego. Więcej zaciekawiały Czarusia powrotne przejścia ojca, gdy się z legionów polskich przekradał, przemycał i prześlizgiwał poprzez całą Rosję, ażeby dotrzeć do rodziny zostawionej w dalekim Baku. Czegóż to bowiem nie przedsięwziął, gdzie nie był, jakich nie zażył podstępów, udawań, przeszpiegów, sztuk i kawałów --- jakie zniósł udręczenia, prywacje, prześladowania, niedole i męki, zanim w przebraniu za chłopa dotarł do miejsca! Dokładna znajomość Rosji, jej mowy, gwar, obyczajów, nałogów ułatwiała mu drogę i możność przedzierzgania się w różne postaci.</akap>


<akap>RewolucjaLecz rewolucja spiętrzyła na tej drodze trudności tak nieprzebyte, iż tylko sama jedna bezgraniczna miłość pokonać je potrafiła. Ona to pchała go i wiodła w bezmierną rosyjską dal, gdy człowiek fizyczny w wagonach--<wyroznienie>tiepłuszkach</wyroznienie> tracił oddech ostatni; ona mu dodawała siły, gdy trzeba było czekać i czekać, na ludzi, na wagony, na pozwolenia, przepustki, paszporty, bilety, przeróżne świadectwa, kartki, znaczki. Ona uczyła cierpliwości wobec przemocy, kaprysów, złej woli, nikczemnej rozkoszy szkodzenia dla szkodzenia, wobec samowładzy komisarzy, panów, władców, despotów, imperatorów w postaci zwyczajnych niby funkcjonariuszów[10]. Ona to dodawała mu ducha wytrwania, gdy siedział w więzieniu, jechał w kupieckich obozach[11] --- albo szedł piechotą w tłumie wędrujących na południe. Ona go uczyła znakomicie kłamać, wymyślać niebywałe ambaje[12], przygód niebyłych, grać role, błaznować, śmieszyć, schlebiać, podlizywać się, służyć, a wciąż trwać i trwać w przedsięwzięciu.</akap>


<akap>WłasnośćDążyli tedy, obadwaj[13] teraz, na razie w marzeniu do walizki w Moskwie. Ale nie mogli ukryć przed sobą nawzajem wątpliwości i obaw, czy ona aby dotrwa. Wielkie bowiem potęgi --- reakcja i rewolucja, wszechwładny carat i wszechpotężny proletariat --- na śmierć walcząc ze sobą, sprzysięgły się na tę małą skórzaną skrzynkę. Czyhały na nią prawa osiągnięte wprost z łaski bożej i prawa materialistycznego pojmowania dziejów człowieczeństwa, prawa indywidualnej grabieży i prawa komunistycznego podziału dóbr tego świata --- jako na własność zasługującą w każdym wypadku na doraźną konfiskatę. Zawierał się w niej przecie pewien ułamek cywilizacji świata skazanego na zagładę, a jednak budzącego skryte pożądania. Nie ulegało wątpliwości, że świat stary może z łaski bożej złupić, a świat nowy przypuści szturm do tej ostatniej twierdzy reakcji. Cezary był na rozdrożu. Z odrazą myślał o poparciu, jakiego nawet w imaginacji udzielał staremu porządkowi rzeczy, zatajając miejsce ukrycia i sam fakt posiadania zakonspirowanej walizki, a jednak nie mógł się oprzeć marzeniu o skarpetkach, chustkach do nosa, ba! --- o krawacie. ChorobaCo ważniejsza, nie mógł przecie odmówić ojcu prawa tęsknoty za aspiryną i antypiryną, które mu tak często były potrzebne.</akap>


<akap>Ileż to razy stary pan wzdychał:</akap>

<akap_dialog>--- Ach, gdybym to miał tafelkę aspiryny Bayera! Zaraz bym wyzdrowiał...</akap_dialog>


<akap>Bez tej tafelki gorączkował, chorzał, drżał z dreszczów i cierpiał z powodu bólu głowy.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>PodróżWyruszyli w zimie na statku zdążającym do Carycyna[14] jako dwaj robotnicy, którzy pracowali w kopalniach nafty, a teraz wskutek przewrotów i zawieszenia robót wracają do siebie, do Moskwy. Mieli fałszywe paszporty, wydane im przez pewne czynniki sprzyjające sprawie ich powrotu. Odziani w typową odzież robotniczą, mówiący pomiędzy sobą doskonałą ruszczyzną, której arkana posiadali w stopniu niezrównanym, ostrzyżeni w sposób obrzędowy, byli doskonałymi ,,towarzyszami" nowego porządku rzeczy na rozłogach sowieckich. Toteż szczęśliwie przebyli morską część drogi i wyruszyli z Carycyna koleją na północ. Ta druga część była cięższa niż pierwsza. Podróżowali oczywiście w wagonie towarowym. Ciepło szerzyło się w tym pudle dla czterdziestu ludzi z ciał współtowarzyszów podróży i z ognia, który rozniecano pośrodku, gdy było bardzo zimno. Spali obok siebie pokotem, zawinięci w <wyroznienie>tułupy</wyroznienie>[15] baranie. Wóz wciąż stawał i stał nieskończenie długo, nieraz dniami i nocami, na lada podrzędnej stacyjce. Z niewiadomej przyczyny zatrzymywał się i, nie wiedzieć kiedy, z nagła ruszał z miejsca nie bacząc wcale na to, czy tam który z pasażerów nie zostaje. Te postoje napawały rozpaczą młodego Barykę, który pierwszy raz w świat wyruszył i chciał coś przecie na nim zobaczyć. Tymczasem trzeba było pilnować legowiska, aby snadź nie zostać w bezludnym stepie. Leżeli tedy obadwaj[16] z ojcem, który cherlał i dusił się w niemiłosiernym zaduchu wozu --- wysypiali się i prowadzili rozmowy. Zdarzyło się tak szczęśliwie, że najbliżsi trzej sąsiedzi, leżący obok, były to dzikusy zakaspijskie, Sartowie skośnoślepi, nie rozumiejący rosyjskiego języka. Następny za nimi pasażer był śpiochem, który tylko czasem budził się, żeby się przeraźliwie wyziewać --- i znowu zasypiał. Inni mieszkańcy tego ruchomego więzienia gotowali strawę, baby niańczyły chore i płaczące dzieci, chłopi staczali pomiędzy sobą zażarte kłótnie, grali w karty, śpiewali. Upewniwszy się co do obojętności, albo nieszkodliwości sąsiadów ojciec i syn zaczęli mówić po polsku.</akap>


<akap>Polszczyzna Cezarego była nieco zawiana rosyjskim nalotem, lecz mimo to dobra i gładka. Mówił tym językiem chętnie, żeby ojcu sprawić przyjemność. Niejednokrotnie w ciągu długich rozmów Cezary zapytywał ojca, co z nimi będzie potem.</akap>


<akap>Rozumiał, że jadą teraz do walizki, ale potem? Rozumiał, że zobaczą rewolucję w jej samym sednie, u źródła, w gnieździe władzy --- ale co potem? --- Co będzie z nami? Dokąd się udamy?</akap>

<akap_dialog>--- Do Polski --- odpowiadał Seweryn.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Po co?</akap_dialog>


<akap>Stary długo odkładał odpowiedź, obiecując dać ją później.</akap>


<akap>Wreszcie na jednym z postojów, ciągnących się tak długo, iż tracili nadzieję, czy kiedy odjazd nastąpi, leżąc przytuleni do siebie dla ciepła, jakby byli jednym ciałem, ojciec Baryka zaczął dawać odpowiedź, dlaczego mają do Polski podążać. W wagonie było powietrze tak zepsute i ciężkie, iż Seweryn był niby owa wieszczka grecka[17], której trójnóg znajdował się nad szczeliną wydzielającą gazy odurzające. Mówił z przymkniętymi oczyma w odurzeniu od trującego zaduchu wędrowców przemierzających równiny Rosji niezmierzonej.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap_dialog>Idealista, Marzenie, Obywatel, Patriota, Społecznik, Wizja--- Dlatego do Polski --- mówił --- że tam się zaczęła nowa cywilizacja.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakaż to?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A no posłuchaj, jaka...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Słucham.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Narodził się był w Polsce człowiek jeden, a nazywa się tak samo jak my obaj --- Baryka --- człowiek genialny.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Co znowu! nic mi nigdy o tym nie mówiłeś. Cóż to za jeden? Krewny?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A właśnie że tak. Tak się nazywa --- Baryka. Przemiana Ja ci wielu rzeczy o sobie nie mówiłem, bom ja się teraz bardzo zmienił i nie chciałbym cię sobą drażnić. Dawniej byłem zupełnie inny, a teraz jestem zupełnie inny. Innego znałeś ojca w dzieciństwie, a innego widzisz teraz. Taki to los. Za pobytu w kraju, na wojnie i w legionach do gruntu się zmieniłem. Jakby kto moją duszę na nice wywrócił. Ale nie o tym teraz mowa.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Cóż ten Baryka?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Człowiek ten już za pobytu w szkołach zdradzał zdolności niesłychane. Zwłaszcza w dziedzinie matematyki. Ale gdy skończył szkołę średnią, gimnazjum, poszedł na medycynę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To i mnie tatko zawsze podsuwał medycynę, gdym jeszcze był sztubakiem w trzeciej klasie...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak. Pragnąłem, żebyś został lekarzem. Ale nie udało się. Wojna, rozruch rewolucyjny...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- ,,Rozruch rewolucyjny"... --- rozjątrzył się Cezary.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, niech tam będzie, jak chcesz. Nazywajmy to najbardziej głośnymi tytułami. Tamten człowiek ukończył medycynę i zaczął nawet praktykę. A miał ci jakieś niesłychane własne środki lecznicze... Ale o tym potem...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wszystko trzeba po kolei powiedzieć...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Najprzód, co najważniejsze. Otóż ten Baryka rzucił, wyobraź sobie, medycynę i wszelkie wynalazki swoje w tej dziedzinie. Wyjechał z Warszawy...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A to w tej jakiejś Warszawie... --- z rozczarowaniem szepnął młokos.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- W Warszawie. Ów Niemiec, PolakBaryka udał się nad Morze Bałtyckie i tam długo chodził po wybrzeżach oglądając piaszczyste góry nadmorskie, diuny[18], zaspy lotne, co najbardziej sypkie i zwiewne.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Po cóż mu to było potrzebne?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zaraz! Począł skupować od właścicieli prywatnych takie diuny, najbardziej nieużyteczne, nie porośnięte nawet trawą nadmorską, gdzie nawet wrona nie przysiądzie i mewa nie ma z czego gniazda ukręcić. Ludzie pozbywali się tych nieużytków i pustek, uszczęśliwieni, że znalazł się głuptasek, który za nie płaci gotowym pieniądzem --- zwłaszcza że to było w czasie, kiedy Niemcy, na skutek pogłosek o przyłączeniu części wybrzeża do Polski, na gwałt wyzbywali się wszelkiej własności w tamtych okolicach. Naszemu doktorowi udało się skupić w jednym miejscu wielki kawał wybrzeża, zasypanego piaskiem litym na kilometry w głąb kraju i na ogromnej przestrzeni. Zapomniałem tylko, jak się to miejsce u licha nazywa...</akap_dialog>

<akap_dialog>Grzeczność--- I cóż dalej?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Miał tam istne łańcuchy tych diun, idące jedne za drugimi, wzdłuż, wszerz i w głąb. A morze wciąż mu jeszcze podrzucało najczystszego piasku na to Barykowe wybrzeże.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Morze zawsze ma przyzwyczajenie wyrzucać piasek na wybrzeże.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Słusznieś to zauważył, choć niezbyt grzecznie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie dostrzegam w tym, com powiedział, nic niegrzecznego.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Skoro to, coś powiedział, nie jest niegrzecznością, więc <slowo_obce>eo ipso</slowo_obce>[19] jest grzeczną uwagą. Uczymy się, mój mały, do starości. Ja na przykład dowiaduję się oto w tej chwili, jak wygląda grzeczność młodych rewolucjonistów. Ale wracajmy do tamtego doktora Baryki. Okazało się, że miejscowość, którą on nabył od niemieckiego posiadacza, położona na cyplu wchodzącym w morze, była niegdyś tam, w prapra wiekach, dnem jakiejś przedhistorycznej rzeki, gdyż poza wybrzeżnymi wydmami ciągnął się tam wąski pas torfowisk. Torf tam leżał dziewięciometrowym pokładem. Pod torfem zaś był szczery, czysty, złoty piasek, taki sam jak w diunach przymorskich, tylko oczywiście starszy od tych wydm o kilkadziesiąt czy kilkaset stuleci. Kto go tam wie!..</akap_dialog>.

<akap_dialog>--- I cóż ten doktór?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ten doktór Baryka sprowadził sobie morzem z Ameryki przez Gdańsk jakąś ogromną i cudaczną maszynę, która za jednym zamachem wybiera i odkłada na boki torf dziewięciometrowy w ciągu godziny w takiej ilości, jakiej nie wykopałoby stu ludzi w ciągu tygodnia.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A to dopiero morowa maszyna!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie wierzysz? A patrzże, co się nie dzieje. Nasz kuzyn Baryka torf wysuszony w specjalnych suszarniach sprzedał na opał, a w ogromnym torfowisku wybierał wciąż kanał idący w półokrąg, na dziewięć metrów głęboki i kilkanaście szeroki a zawracający wylotem swoim znowu do morza. Utworzył coś w rodzaju ogromnej litery U, brzuścem dolnym zwrócone do lądu a górnymi, szeroko rozstawionymi szczytami łączące się z morzem. Te dwa szczyty połączył z morzem, gdy kanał został obustronnie drzewem ocembrowany.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ciekawy kanał! I cóż dalej?...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Cały ów kanał leży niżej od poziomu morza, niżej nawet od jego dna przy brzegach, gdzie się od wyrzucanych wciąż piasków poziom dźwignął w górę. Cała ta kombinacja zależała od studium morza w tej jego części. Nasz imiennik przeprowadził pilne badanie morza, gdy tam początkowo defilował po wybrzeżu --- a zwłaszcza badanie pewnego silnego prądu przybrzeżnego, który z oceanu poprzez Zund, Kattegat i Skagerrak[20] idzie ku wschodowi. Lewe ramię kanałowej litery U nasz Baryka podstawił niejako pod ów prąd zachodni i wpuścił olbrzymią siłę wodną do wnętrza. Wpuszczał ów prąd zachodni jednym ramieniem kanału, a drugim go wylewał. Olbrzymia siła wodna nagłym pędem przebiegała przez jego kanał. Wzdłuż owego kanału pobudował fabryki, poruszane przez turbiny, ustawione tu i tam na całej długości. Była to po prawdzie jedna wielka fabryka: olbrzymia huta szklana.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ty byłeś tam, tata?</akap_dialog>


<akap>Seweryn Baryka odpowiedział po namyśle:</akap>

<akap_dialog>--- Oczywiście! Byłem. Szkliłbym ci to tak w żywe oczy, gdybym nie był?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ale co to ma wspólnego z ,,nową cywilizacją"?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakże! Od tego się ta cywilizacja zaczęła.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Od jednej szklanej huty?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakaś --- mam wrażenie --- krucha i łatwo tłukąca się cywilizacja.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Przeciwnie! Najmocniejsza na tym padole z żelaza i betonu.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Szkło się łatwo tłucze.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie takie szkło! Baryka --- nasz imiennik --- produkuje szkło belkowe. Za pomocą olbrzymiej siły, którą ma darmo od prądu zachodniego, zwłaszcza wobec wiatrów zachodnich, które tam trwają niemal stale, otrzymuje niezmierną masę popędu elektrycznego, z którego pomocą topi piasek nadmorski...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To, oczywiście, jego sekret?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Sekret. Z olbrzymiej masy płynnej wyciąga gotowe belki, tafle, kliny, zworniki[21], odlane, a raczej ulane według danego architektonicznego planu. Cały szklany parterowy dom, ze ścianami ściśle dopasowanymi z belek, które się składa na wieniec, a spaja w ciągu godziny, z podłogą, sufitem i dachem z tafel --- oddaje nabywcy gotowe. WieśW domach tego typu, wiejskich, czyli, jak się dawniej mówiło, chłopskich, nie ma pieców. Gorąca woda w zimie idzie dokoła ścian, wewnątrz belek, obiegając każdy pokój. Pod sufitem pracują szklane wentylatory normujące pożądane ciepło i wprowadzające do wnętrza zawsze świeże powietrze.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- W lecie musi być w takim domeczku niczym w Baku na rynku podczas kanikuły.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mylisz się, niewierny! Tymi samymi wewnętrznymi rurami idzie w lecie woda zimna obiegająca każdy pokój. Woda ochładza ściany, wskutek czego jest w takim domku podczas największego upału jak w bakińskiej naszej piwnicy, tylko bez jej zgnilizny i odoru. Tąż wodą zmywa się stale szklane podłogi, ściany i sufity, szerząc chłód i czystość. Nawet nie wymaga ci to żadnej pracy specjalnej, gdyż rury odprowadzające zużytą wodę i wszelką nieczystość uchodzą do szklanych kloak, wkopanych opodal w ziemię.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakieś gablotki, do licha, nie ludzkie mieszkania.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Istne gablotki. Chłop polski, niezbyt, powiedzmy, przepadający za czystością, jak to jest wszędzie na wsi, przy pracy około krów, koni, kóz i owiec --- choćby nie chciał, musi sobie w izbie zaprowadzić, zapuścić --- uważasz --- czystość, żeby mu snadź w izbie szklanej nie było gorąco. Wciąż mu baba zmywa izbę, ściany, podłogę --- a wilgoci ani krzty, bo nie ma co gnić ani pleśnieć, ani śmierdzieć widzialnym czy niewidzialnym brudem, jako że naczynia wszystkie, sprzęty, graty, meble --- szklane.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Oszaleć!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Oszaleć, ale z zachwytu. Artysta, DomBo te domy komponują artyści. Wielcy artyści. Dzisiaj są ich tam już setki. I powiem ci, nie są to nudziarze, snoby, żebraki, produkujące bzdury i głupstwa, śmieszne cudactwa i małpiarstwa dla znudzonych sobą i nimi bogaczów[22], lecz ludzie mądrzy, pożyteczni, twórcy świadomi i natchnieni, wypracowujący przedmioty ozdobne, piękne a użyteczne, liczne, wielorakie, genialne, a godne jak najszerszego rozmnożenia --- dla pracowników, braci swych, dla ludu. Domy są kolorowe, zależnie od natury okolicy, od natchnienia artysty, ale i od upodobania mieszkańców. Są na tle okolic leśnych domy śnieżnie białe, w równinach --- różowe, w pagórach --- jasnozielone, z odcieniem fioletu, albo koloru nasturcji. Domy te są najwymyślniej, najfantastyczniej, najbogaciej zdobione, według wskazań artystów i upodobań nabywców, bo belkę ściany i taflę dachu można w stanie jej płynnym zabarwić, jak się żywnie podoba. Co tylko bezgraniczna fantazja kolorysty może począć i ujrzeć w boskiej tajemnicy organu oka, w darze niebios, we wzroku --- jaka tylko barwa jawi się w przepychu kwiatów na łące pod koniec czerwca, to wszystko, to wszystko ujęte w natchnieniu, sformułowane przez twórczą świadomość, artystyczną mądrość i akty pracowitej woli, zobaczysz w zewnętrznych i wewnętrznych kompozycjach kolorowych chat nowoczesnych polskich chłopów. Są to istne marzenia futurystyczne[23] ucieleśnione w podatnym i posłusznym szklanym materiale.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- I tyś to widział tam? Takie wsie? Tata!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakże! Całe okolice, powiaty, województwa! Bo to ci poszło jak morowa zaraza, skoro się ludzie zwiedzieli. Któż by chciał mieszkać w próchniejącym, gnijącym i zjedzonym przez grzyby drewnianym chlewie albo w ciupie szerzącej reumatyzmy, gruźlice i szkarlatyny, w murowanym więzieniu cuchnącym wilgocią i myszami, wśród ścian, w które wrosły wszelakie choroby? Praca, RobotnikSzklane domy kosztują niezmiernie tanio, gdyż przecie przy ich budowie nie ma mularzów[24], cieślów, stolarzy i gonciarzy. Sam materiał jeno, transport na miejsce i dwu, trzech monterów. Sam dom --- bez robót ziemnych --- buduje się w ciągu trzech, czterech dni. Jest to bowiem tylko składanie części dopasowanych w fabryce. Materiał, nawet z wynagrodzeniem artystów, nie kosztuje nad morzem drożej niż na miejscu drzewo budulcowe. Nie mówię już o cegle, wapnie i płacy robotnika, strajkującego wciąż z racji rosnącej drożyzny.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A w fabryce tego naszego kuzynka już nie strajkują?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie. Fabryka jest kooperatywną własnością pracowników, techników i artystów. Sam ów Baryka zakłada wciąż nowe turbiny, buduje huty i idzie dalej. Taka jest wola jego geniuszu.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dokądże on tak idzie dalej?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Do swoich odległych celów. Teraz wieś polska jeszcze nie jest dobrze zabudowana. Każdy domek szklany jeszcze się w zimie ogrzewa, a w lecie oziębia przy pomocy swego własnego, indywidualnego kotła i własnej kuchni, przypartej do budynku. Już teraz bardzo mała ilość paliwa ogrzewa kocioł, rozprowadza rurami ciepło i tworzy z małego domu wiejskiego pewien rodzaj termosu, który trzyma własne ciepło. Ale to nie jest ideał. Każda wieś powinna mieć wspólną ogrzewalnię i wspólną chłodnię. Do tego jednak potrzebna jest powszechna elektryfikacja kraju. Woda To samo stosuje się do pompowania wody. Dziś zużytkowuje się domowe studzienki, nieraz zabrudzone i źle urządzone. Jednak wzrost spożycia i użycia w domach wody przegotowanej już dziś wpłynął na zmniejszenie chorób zaraźliwych.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy już koniec?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jeszcze nie, mój synku. RzekaSkoro rzeka Wisła w całej swojej długości i ze wszystkimi dopływami toczyć się poczęła poprzez państwo narodowe polskie, Baryka zużył bieg jej wód tak samo jak słony prąd morski, z zachodu zdążający ku wschodowi. Począł ujmować wielką rzekę w szklane łożysko. W jednej z hut nad morzem wytwarza materiał specjalny. Kolosalne tafle klinowate, wielkiej grubości, ostro zakończone, wpierające się jedna w drugą fugami[25] na moc wieczną i niezwalczoną dla żadnej siły, zmocowane hakami i klinami szklanymi, wsparte o tylne podpory, zapuszcza w piaszczyste lub poszarpane wybrzeża. Ścieśnia rozległą i rozlewną rzekę w dwakroć węższy strumień wodny. Mechanizm tworzenia ściany szklanej jest prosty, prawie pierwotny i niemal ciesielski. Robota wbijania w dno na ogromną głębokość tafli klinowych, u dołu ostrych jak brzytwa a grubiejących aż do bryłowatości fortecznego muru --- jest szybka nad wszelkie słowo. Na przestrzeni, która z obu brzegów już ujęta została w śliskie łożysko, zniweczone zostały wylewy i zatory, gdyż szybkość pędzącej tam wody unosi krę, a specjalny mechanizm niszczy jej wszechwładne zamarzanie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Rzeka ta nie zamarza?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Owszem, zamarza, lecz inżynier Baryka nad jej zamarzaniem i odmarzaniem w łożysku szklanym zupełnie panuje. Wody, ujęte w ciasne łożysko, zimą i latem pracują. Obracają szeregi turbin, a będą wkrótce obracać tysiąc tysięcy. Drzewo, Natura, ZwierzętaNiezmierzona siła elektryczna zastąpiła siłę koni i wołów. W całym dorzeczu już opanowanym pracują pługi i wszelakie narzędzia rolne popędzane elektrycznie. Już dziś na tych obszarach drzewo staje się rzeczą nietykalną, świętą, a szlachetnemu zwierzęciu zwraca się jego godność --- Apisa[26] i czarnego rumaka Swarożyca[27].</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Godność wołu idącego do szlachtuza w celu przemienienia się na godne bifsztyki.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Niekoniecznie. W nowej cywilizacji niekoniecznie będzie się pożerało mięso starszych naszych braci w Darwinie[28]. Chłopom polskim nie przyjdzie to z trudnością, nie będą oni ponosili żadnego wyrzeczenia się, gdyż dziś prawie wcale mięsa nie jadają. Rzadko kiedy, jedynie bodaj na tak zwane godne święta. Jeżeli się odejmie od nich dzisiejsze zaraźliwe choroby, brud i złe powietrze chlewów mieszkalnych, to będą oni rasą najzdrowszą na ziemi. Przy zmniejszeniu okropnej ich pracy na roli --- tym mniej będą potrzebowali jeść mięsa.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Marzenia! Marzenia!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Marzenia, o młody rewolucjonisto? WieśMówmy o nowych wsiach szklanych. Już się one nie palą, a i piorun w nie nie bije. Chaty w niektórych osiedlach połączone już są szklanymi chodnikami. Obszerne gromadzkie szklane obory i gromadzkie chlewy dają możność rozwinięcia nowych przemysłów mlecznych, kooperatywnej hodowli świń. Znika cuchnąca obórka dla każdej chorej na gruźlicę krowiny i znika dwakroć bardziej cuchnący chlewik dla brudnej świnki, mającej na sobie i w sobie miliony zarazków chorobotwórczych. Odpadkami mlecznymi karmią tam świnie i wyhodowują je, a w masarniach wiejskich przerabiają na znakomite szynki i kiełbasy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ci sami wegetarianie czy jacyś inni, mięsożerni?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Inni, specjaliści, majstrowie w tej świńskiej idei i idylli.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Można by więc tę nową lechicką cywilizację nazywać nie tyle szklaną, ile świńską.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dlaczego, synku? Nie jest ona ufundowana jedynie na poczciwych świnkach. Szkło tam gra główną rolę. Reforma rolna[29], którą właśnie tam przedsiębiorą i rozważają, chociażby jak najbiedniej wypadła, nie będzie papierową, teoretyczną, nieziszczalną, lecz rzeczywistą i skuteczną. Rozciągnie ona nowe szklane domy, rozrzuci je po szerokich pustkach, ugorach, polach, lasach dawnych latyfundiów[30]. Trudniej będzie o światło i siłę elektryczną. Ale tego światła i tej siły będzie z miesiąca na miesiąc przybywać w miarę obwałowania szklanym murem rzeki Wisły. Siły i światła będzie taki ogrom, iż ono wszędzie dosięgnie. Zobaczymy wnet narzędzia do orki, siewu, żniwa i omłotu, poruszane przez tę moc błogosławioną.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A no --- zobaczymy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A cóż powiesz o szkołach szklanych! O kościołach zakwitających na wzgórzach, według marzenia i skinienia artystów, w formach tak pięknych, iż wobec nich zagaśnie i zblednie wszystko, co dotąd było.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakoś ta cała cywilizacja idzie u ciebie, ojcze, sposobem cokolwiek fajerwerkowym.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wielkie wynalazki, a raczej niespodziane odkrycia, uchylenie tego, co dotąd było obok nas, lecz było zakryte --- stwarzają to, że po ich zastosowaniu i spożytkowaniu wszystko idzie sposobem fajerwerkowym. Któż by pięćdziesiąt lat temu uwierzył, że można konia wyścigowego wsadzić na aeroplan i przewieźć go pod obłokami, a nawet nad obłokami z Paryża do Antwerpii? Tak to owoc fantazji poety Ariosta[31], koń hipogryf[32], lata w rzeczywistości nad obłokami. MiastoToteż stare miasta, te straszne zmory starej cywilizacji, będą zanikać, będą stawały się zabytkami muzealnymi, siedliskiem banków, sklepów, składów, magazynami krajów, składami towarów --- a powstaną nowe miasta--ogrody, miasta--siedziby, wśród pól, lasów, wzgórz rozciągnięte, rozwleczone po okolicach, wzdłuż linii elektrycznych kolei i tramwajów.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak, tak...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mój synku! Domy robotnicze pod Warszawą, które Baryka planuje --- a miałem szczęście widzieć te plany --- są wygodniejsze, zdrowsze, czyściejsze[33], piękniejsze od najwyszukańszych pałaców arystokracji, od will bogaczów amerykańskich, a lepsze od siedlisk królów. Dwa pokoje, lecz dwa pokoje najczystsze, najzdrowsze, najładniejsze, czyż to nie szczyt marzeń dla samotnego człowieka?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wydaje mi się, że cokolwieczek za dużo tam ma być czystości. Przydałoby się cokolwiek brudnej zakwaski. Co zaś do wyż wzmiankowanych burżujów tudzież <slowo_obce>ci--devant</slowo_obce>[34] królów, to wolą oni, jak sądzę, mieszkać po staremu. Wolą taki, dajmy na to, apartamencik, jaki my niegdyś zajmowaliśmy w Baku --- co, tatku? --- jak my ongi w Baku --- pięć, sześć pokojów, choćby tam już --- niech będzie! --- kamiennych, niż te szklanki ciągle opłukiwane w wodzie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nigdy! Przenigdy! Bogactwo, ZdrowieOkazuje się przecie, właśnie wskutek i wobec wynalazku naszego Baryki, że wyrazem bogactwa nie jest pieniądz ani nagromadzenie wartości realnych, drogocennych przedmiotów i rzadkich fatałachów, tylko --- zdrowie. Najbogatszy bankier, jaśnie wielmożny magnat, przejadłszy apetyt, przepiwszy możność pragnienia, zrujnowawszy zdrowie nerwów nadużyciami, słyszy od lekarza radę: trzeba, żeby jaśnie wielmożny pan zamieszkał na wsi, chodził w zgrzebnej bieliźnie, bez kapelusza i butów, żeby dostojny smakosz jadł chleb razowy, kaszę, rzepę, rzodkiew, pogryzał czosnek wystrzegał się jak ognia wina, alkoholów, kawy, herbaty, frykasów --- żeby rozkazodawca robotników pracował w ogródku --- na słońcu --- motyką, rydlem, widłami, cepami --- żeby noktambulista[35], z dnia czyniący noc, wstawał wraz z ptactwem i szedł spać z kurami... Cóż to oznacza? Oto zdrowie --- apetyt i pragnienie, twardy sen po ciężkiej pracy fizycznej --- stało się jedynym bogactwem bogacza. A zdrowie zupełne da, zabezpieczy i podtrzyma właśnie dom szklany. Higiena, wygoda, absolutna czystość. Praca, spokój, zadowolenie wewnętrzne, wesołość. Do takiego schronienia przed srogością natury i jej strasznymi jadami, dla uzyskania i zabezpieczenia zdrowia fizycznego i duchowego --- będą dążyć właśnie burżuje. Boję się, że oni to rozwiną tak wielkie zapotrzebowanie szklanych domów, iż dla biedaków nie starczy. Na szczęście...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie ma strachu! Zbadają oni tę rzecz dobrze, bo przecie burżuje są najsprytniejsi, pomimo iż jako klasa są już do niczego. Jeżeli tam zwąchają swój interes, zafundują sobie u naszego kuzynka Baryki wille i pałace, jakich rzeczywiście oko nie widziało.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Na szczęście on nie chce stawiać nic innego w miastach i na wsiach, oprócz domów robotniczych, szpitali, muzeów, domów dla pracującej inteligencji, dla przeciętnych, szarych ludzi, dla zmęczonych dzisiejszą walką.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Filantrop to jakiś. Dobrodziej. Dopóki łotrostwo kradzieży dawnych bogactw nie jest wygubione na całym świecie, zamęczy on się, biedaczysko. Łotra w ludzkości trzeba najprzód wygubić, a dopiero później budować normalne życie.</akap_dialog>

<akap_dialog>Zbrodnia, Morderstwo, Dobro, Zło, Twórczość--- Któż to wie, kto wśród nas jest łotr[36], a kto sprawiedliwy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To wiadomo aż nadto dobrze. Łotra w człowieku trzeba siłą wydusić, a gdy się nie poddaje --- zabić!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie zabijaj! Syneczku! Nie zabijaj!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Złe na świecie trzeba zabijać. Zabijamy padalce, żmije, wilki, wszy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Najprzód nie bardzo dobrze wiemy, co jest złe, a co na pewno dobre. Potem --- jedyne, co z zabijania wynika, to zbrodnia zabójstwa. Zabijanie jest zgoła niepotrzebne. Szkoda na to czasu i zdrowia duszy ludzkiej. Wystarcza najzupełniej budowanie życia nowego. Budować od nowa, od samego początku, od gliny ziemnej i głęboko płynącej, ziemnej, czystej wody.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Już mi to i mama po siedlecku klarowała. Nic, starzy, nie rozumiecie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Rozumiemy, tylko nie ograniczamy się do tego jednego rozumienia. Rewolucja, Twórczość, Przemiana, PozoryOto tamten wziął garść piasku, którym wszyscy pogardzali, tchnął weń myśl swoją i na wzór Boga rzekł: ,,uczynię z tej garści piasku świat nowych zjawisk. Rewolucją istotną i jedyną jest wynalazek. Rewolucją fałszywą jest wydzieranie przemocą rzeczy przez innych zrobionych".</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ależ posiadanych, nie zrobionych! Posiadanych bezprawnie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A czyż ci, co z pałacu wypędzają magnata i zabierają ten pałac w swoje władanie, zrobili ten pałac?</akap_dialog>

<akap_dialog>Lud--- Zabierają ten pałac we wspólne, powszechne władanie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- ,,Powszechne władanie", a w zrabowanych pałacach mieszkają nowi panowie, komisarze, dyplomaci, naczelnicy i w ogóle nowi władcy, nowi uzurpatorowie. Lud po staremu mieszka w chałupach, po staremu cuchnących, w norach miejskich i jamach nędzarskich.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jeszcze nie jest przeprowadzona likwidacja starego łotrostwa. Jeszcze toczy się walka.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ta walka będzie się toczyć bardzo długo. Dobro, Przemoc, TwórczośćZbawiciel świata w kazaniu na górze[37] nauczył świat, że nawet złemu oczywistemu nie należy przeciwić się siłą.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O, to --- to! Stare gadaniny. Jeżeli spostrzegę, że ktoś wobec mnie dziecko sprzedaje do rozpusty albo je uczy rozpusty --- jeżeli widzę, że drugi rabuje dobro przez tysiące ludzi wypracowane --- to ja mam się temu nie sprzeciwić?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Sprzeciw, zakaz, kara! Nie jest to celowe, nie jest skuteczne, a zacieśnione do jednego zjawiska. Tworzeniem nowych wartości i rozmnażaniem nowego dobra trzeba wyniszczać w ludziach samą zawiść i samą nienawiść. Można wypracować takie warunki pracy i mieszkania, iż nie będzie o co się nienawidzić i mordować. Doprawdy --- śmieszny to jest przewrót, który magnatów strąca z pałaców do piwnic, a mieszkańców piwnic wprowadza do pałaców. Jest to prawdziwie robota i dom szalonych. Takie jest moje przeświadczenie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Moje jest inne. Zupełnie inne!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Toteż nie mówmy już o tym. Po cóż mamy mówić próżne słowa zapewnień i zaprzeczeń. Ja nie będę ci już przeczył. A ty w zamian bądź łaskaw zbogacić zapas swych wiadomości o jeden szczegół. Szkoła, MatkaWidziałem szkołę wiejską zbudowaną według nowych planów. Były tam sale tak piękne, że każde dziecko biegło do nich z najżywszą uciechą. Były tam zimne i ciepłe kąpiele, kuchnia, jadłodajnia, izba koncertowa i kinematograficzna...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nowoczesne termy...[38]</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Już dziś matki --- na wspomnienie imienia tego swego monarchy, który skinieniami geniuszu przebudowuje świat na siedlisko dobra, a im, matkom, zdejmuje z ramion i piersi ciężar, sam go biorąc w swe ramiona --- mówią w pokorze: ,,Błogosławiony żywot[39], który cię nosił, i piersi, któreś ssał".</akap_dialog>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Nadzwyczajnie długo trwała podróż do Moskwy. Ale nareszcie i ta podróż skończyła się. Pociąg dowlókł się do przedmieść historycznego miasta. Nie ono jednak było celem wyprawy, więc trzeba było zmienić role i odzież. Trudno było udawać rosyjskich robotników wybierając się w drogę do Polski. Toteż Barykowie, ojciec i syn, przedzierzgnęli się w Moskwie na zwykłych ,,inteligentów" obcokrajowców, polskich ,,optantów"[40].</akap>


<akap>Znakomicie w tym przeobrażeniu się pomogła im walizka, która cierpliwie na właścicieli czekała w mieszkaniu Bogumiła Jastruna. Ów Jastrun niemało miał z nią kłopotu: przenosząc się z miejsca na miejsce, musiał dźwigać i pielęgnować cudze rzeczy. Jednak dochował depozyt w całości. Ojciec i syn znaleźli w walizce nie tylko bieliznę i ubranie dla siebie, ale i dla cnotliwego Jastruna nadało się nieco bielizny. Cóż zaś mówić o mydle, przyborach i lekach, które wydawały się być zesłanymi z nieba! Na dnie spoczywała książeczka oprawna w skórę, z misternie wyciskanymi narożnikami, świadcząca zawsze jednako o dziadku Kalikście. </akap>


<akap>Cezary, tak spragniony widoku Moskwy nieznanej i jej bolszewickich porządków, był wzruszony i przejęty, gdy wdziewał bieliznę, od tyla czasów nie widzianą przezeń, i odzież pasującą do człowieka jak jego własna skóra. Obadwaj[41] z ojcem byli rozradowani i dumni ze siebie, jakby każdy z nich pawia z rozłożonym ogonem połknął i nosił w sobie po ulicach i placach. Przechadzali się po mieście i przyglądali różnym jego dziwom.</akap>


<akap>Pan Jastrun nie radził jednak po próżnicy łazić i w ogóle siedzieć w tej ,,białokamiennej" stolicy[42] różnych carów. Jeść nie było co, a w kuchniach publicznych wymagano legitymacji dokładnych z wykonanej pracy. Czekali też w Moskwie tylko do chwili uzyskania przydziału do <wyroznienie>eszelonu</wyroznienie>, czyli pociągu wiozącego różnych rozbitków do granic polskich. Uzyskawszy niezbędne papiery, wtłoczeni zostali do pociągu, który był nabity do ostatniego miejsca, gdyż idąc z dala zabierał po drodze Polaków Bóg wie skąd, z gór, znad mórz i ze stepów. Dla dwu ludzi znalazło się jeszcze miejsce. Walizkę z wielkim już trudem wtaszczyli za sobą. Pociąg ów dążył do Charkowa. Tam była jego meta. Wszyscy podróżni mieli w Charkowie czekać na inny pociąg, który miał tam dopiero nadejść po pewnym czasie. Pojechali.</akap>


<akap>PodróżO ile podróż od wybrzeży Kaspijskiego Morza była długa i ciężka, to ta z Moskwy do Charkowa była już istną torturą. Chciwość, Interes, Korzyść, Przekupstwo, SzantażWozy były naładowane ludźmi, którzy wieźli ze sobą i na sobie całkowity nieraz dorobek długiego życia. Wiedział o tym maszynista prowadzący ów pociąg. Toteż tu albo tam, w mieście lub u jego przedmieść, a nieraz w najszczerszym polu pociąg stawał i stał niewzruszenie. Stał godzinę, dwie, pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia. Pasażerowie błagali maszynistę, żeby jechał --- przewodnik, który był poniekąd władzą nad reemigrantami, wchodził z nim w pertraktacje. Maszynista oświadczał sucho, że musi w swej lokomotywie zrobić pewien <slowo_obce>remontik</slowo_obce>. Robił zaś ów <slowo_obce>remontik</slowo_obce> dopóty, dopóki przewodnik lub ktoś inny z podróżnych nie obszedł pociągu i nie zebrał składki na szybszą reparację maszyny. Kto miał walory mające jakieś znaczenie, dawał walory. Kto nie posiadał walorów, mógł dawać przedmioty wartościowe, pierścionki, obrączki, dewizki, nawet zegarki, nawet buty i surduty. Pod tym względem wszechwładza kolejowa rządziła się wielką wyrozumiałością i nie robiła żadnych szykan: buty --- dobrze, surdut --- niech będzie i surdut! Skoro zebrała się suma przedmiotów czy pieniędzy zaspakajająca ambicje maszynisty, nie obraźliwa dla jego godności osobistej, <slowo_obce>remontik</slowo_obce> dobiegał do końca[43]. Pociąg gwizdał, sapał, ruszał z miejsca, turkotał raz prędzej, drugi raz wolniej, posuwał się po szynach aż do następnego tajemniczego punktu w polu lub w mieścinie. Zapytywano, czy to znowu <slowo_obce>remontik</slowo_obce>, i jeżeli dawała się słyszeć odpowiedź potwierdzająca, zabierano się do gromadzenia nowej składki w walorach i przedmiotach. Im bliżej było upragnionego Charkowa, tym lokomotywa więcej i częściej wymagała niezbędnych poprawek i dłużej trwały postoje. Zapasy wyczerpywały się i psuły, zimno dokuczało, jęczeli chorzy, płakały dzieci, ludzie popadali w tępe odrętwienie lub w nerwowy niepokój, a poczciwy maszynista ćmił swego papierosika siedząc na stopniach maszyny, patrzał w przestwór i <slowo_obce>zaunywno</slowo_obce>[44] pośpiewywał jednę z pięknych piosenek ludowych.</akap>


<akap>Ostatni postój wypadł z woli maszynisty o dziesięć wiorst przed Charkowem. Z jakichś względów w tym właśnie punkcie kończyła się droga pociągu--<wyroznienie>eszelonu</wyroznienie>. Część podróżnych --- zwłaszcza kobiet i dzieci --- postanowiła czekać: --- a nuż jeszcze pojedzie? --- Część druga, niecierpliwsza i mocniejsza w nogach, ruszyła do miasta piechotą.</akap>


<akap>Do tej drugiej części należeli dwaj Barykowie. Kradzież, WłasnośćPonieśli na przemiany na plecach swoją walizkę i trafili do miasta. Dotarli do dworca kolejowego i tu oddali na przechowanie kufereczek zawierający cały ich majątek, wszelkie papiery i ubogie skarby w lekarstwach, watach i flanelach. Po opłaceniu należności za przechowanie wydano im z charkowskiego <slowo_obce>deposito</slowo_obce>[45] kwit z pieczęcią czerwoną, wielkości uczciwego spodka. Schowawszy pieczołowicie ów dokument na posiadanie ręcznej własności, w skok pomknęli do polskiego biura, ażeby powziąć wiadomość o pociągu do granicy.</akap>


<akap>Ale przed drzwiami biura zastali długi szereg ludzi nieszczęsnych, wyczekujących swej kolei. Trzeba było stanąć w ,,ogonku" i poczekać. Zmieniali się w tym wartowaniu. Jeden ,,czekał" a drugi miesił błoto odwilży charkowskiej poszukując jakowegoś noclegowiska, gdyż było rzeczą więcej niż prawdopodobną, że trzeba będzie w tymże Charkowie nieco dłużej popasać. Seweryn Baryka, który w tym mieście już bywał, a odznaczał się na ogół większą od syna przemyślnością, znalazł tegoż jeszcze dnia pomieszczenie w izbie pewnego krawca, mówiącego jeszcze coś niecoś <wyroznienie>po polski</wyroznienie>, gdyż onego czasu był ,,rodem z Warszawy". Ten to półrodak, obdarłszy uczciwie wędrowców, zgodził się na przenocowanie ich w swej izbie, mocno niepachnącej. Seweryn Baryka dał krawcowi zadatek w starych rublach, które jeszcze wygrzebał zza podszewki, i powrócił do ogonka przed biurem.</akap>


<akap>Okazało się z oświadczeń ludzi wychodzących z biura, a wreszcie, po długim wyczekiwaniu, z samej rozmowy z urzędnikiem, iż o pociągu w dniach najbliższych nie ma nawet mowy. Jest obietnica, że taki pociąg, dążący z daleka, spod Uralu, ma nadejść, ale jeszcze wcale nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Urzędnicy dodawali nadto niewesołe wyjaśnienie, iż ów pociąg, o ile nawet przyjdzie, będzie bardzo przeładowany. Nie pozostało tedy nic innego, tylko --- do krawca. Przedtem jednak ruszyli na stację kolejową po walizkę, gdyż bez niej trudno było pomyśleć o jakim takim urządzeniu się w tej gościnie. Na szczęście biuro składu przyjmującego na przechowanie ręczne pakunki było otwarte i tenże <slowo_obce>parień</slowo_obce>[46], który walizkę przyjął, siedział przy otwartym okienku. Barykowie okazali mu kwit z czerwoną pieczęcią oraz numerem obiektu i poprosili o wydanie im pakunku. Funkcjonariusz wziął z ich rąk ową kartkę i poszedł z nią po walizkę. Długo jednak nie wracał. Czekali niecierpliwie, gdyż noc już zaszła, a chcieli przecie nocleg swój urządzić. Wreszcie ów <slowo_obce>parień</slowo_obce> nadszedł, ale bez walizki. Oświadczył z miną pełną współczucia, że takiej walizki w składzie nie ma.</akap>

<akap_dialog>--- Jakże może nie być, towarzyszu? --- tłumaczył mu Cezary. --- Przecie tu stoi numer, który sam wypisałeś. Sam na <wyroznienie>czemodanie</wyroznienie> przylepiłeś tenże numer. Wziąłeś <slowo_obce>czemodan</slowo_obce>[47] z moich rąk. Sam go do składu poniosłeś. Prawda?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Być może, iż poniosłem. Dużo pakunków noszę do składu. Być może, iż napisałem i przylepiłem numer. Dużo numerów piszę i przylepiam. Takie moje zajęcie. Ech, towarzyszu, takie moje zajęcie... --- dodał z westchnieniem, przewracając oczy do góry.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, to idźże jeszcze raz i dobrze poszukaj!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Szukałem --- rzekł kolejarz niechętnie. --- Wszystkie kąty przeszukałem. Nie ma! Prawdę wam mówię, towarzyszu: nie ma!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakże może nie być! --- zaperzył się stary Baryka. --- Kwit jest, pieniądze za przechowanie zapłacone, wszystko w porządku, to i pakunek być musi!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zrobię to dla was, jeszcze raz pójdę. Poszukam... --- westchnął poczciwiec. Poszedł. Znowu długo szukał. Wrócił jednak ze smutnym westchnieniem:</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie ma waszej walizki...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Gdzież się podziała? --- pytali w pasji, jeden przez drugiego.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy ja wiem, gdzie się podziała! Nie ma jej.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ale pomyślże, towarzyszu --- perswadował Cezary. --- Kwit...</akap_dialog>

<akap_dialog>Obyczaje, Rewolucja, Szantaż--- Cóż ty mi z twoim kwitem w oczy leziesz!... --- odparł tamten nie bez gniewu. --- Kwit twój widzę, a <slowo_obce>czemodanczika</slowo_obce> twojego nie widzę. Zrozumiałeś?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Gdzieś go podział? --- zaperzył się Cezary.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy ja wiem, gdzie on się mógł podziać? Nie ma go!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ukradli mi tę walizkę! --- krzyknął Seweryn w uniesieniu.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Złodzieje! --- potwierdził Cezary.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Oddawaj mi moją własność! --- krzyknął starszy chwytając za rękaw opiekuna rzeczy złożonych na przechowanie.</akap_dialog>


<akap>Tamten flegmatycznie usunął mocną prawicą rękę Baryki i niemniej flegmatycznie oświadczył:</akap>

<akap_dialog>--- <slowo_obce>Słysz, towariszcz! Ty nie szumi. Bolsze pomołcziwaj</slowo_obce>[48]. A co będzie jeśli z powodu głupiej walizki do czrezwyczajki zajedziesz, zamiast do twojej tam Polski?...</akap_dialog>

<akap>Seweryn Baryka pokiwał posępnie głową. Zamyślił się głęboko. Westchnął. Odeszli w milczeniu. Już za drzwiami gmachu kolejowego Cezary mruknął:</akap>

<akap_dialog>--- Nie będziesz miał antypiryny na twoje bóle głowy. Bodaj to! Nie będziesz miał aspiryny. Nie mamy tej walizki!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Przeczekam i to. Ale powiedz, powiedz, Czaruś... ,,Pilnowałem jak oka w głowie" tamtej broszury. Była ze mną w kilku setkach przygód, gdzie śmierć w oczy zaglądała. A tu w taki głupi, w taki strasznie głupi sposób nie dopilnowałem. Jakże można było zawierzyć! Cóż też za stary osioł ze mnie! Nie zostawię ci tej książeczki...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dzieciństwo, tatuś...</akap_dialog>


<akap>Cezary chciał jeszcze dodać, że przecie wie, co jest w tamtej broszurze, lecz zamilkł spojrzawszy na twarz ojca. Brnęli poprzez kałuże i świeże śniegi dążąc do swego noclegu.</akap>


<akap>Oczekiwanie na nowy repatriacyjny pociąg do Polski potrwało, niestety, tygodnie. Długie i ciężkie tygodnie. Ukarani za pychę posiadania czystych koszul na zmianę, chodzili teraz w brudnych i nie wywijali bliźnim przed nosem chustkami do nosa. Pokosztowanie rozkoszy burżuazyjnych wymysłów przyprawiło ich o żal dokuczliwy, gdy tych wymysłów zabrakło. Nie mieli już nic a nic do spieniężenia, gdy wyczerpały się pieniądze, które zachowali byli przy sobie. Gospodarz, krawczyna ,,rodem z Warszawy", ani myślał trzymać ich w swej izbie, gdy się dowiedział, że im <slowo_obce>czemodan</slowo_obce> zasekwestrowano[49]. Imali się najordynarniejszej pracy, ażeby przetrwać czas tak trudny. Wystawali na zmianę przed urzędem polskim oczekując na wiadomość o pociągu, istotnie jak żebracy. A nie można było nic przedsięwziąć --- chyba iść piechotą o kiju na zachód. Na to starszy sił nie miał. W dodatku wciąż zapadał na swe niemoce. Trzeba było podczas gorączkowania układać go w pewnej dziurze pod schodami, gdzie za dnia pozwalano choremu spoczywać. Setki ludzi przebiegały po tych schodach tuż nad głową Seweryna, a młody musiał się temu przysłuchiwać z zaciśniętymi zębami i pięściami. Gdy się stawiał w urzędach bolszewickich i próbował domagać się pomieszczenia, traktowano go opryskliwie, choć się przechwalał i rekomendował swymi poglądami, a nawet czynami rewolucyjnymi w Baku. Był jednak polskim repatriantem. Znano się na takich farbowanych lisach. Nic nie mógł wskórać. Rodacy zaś nie kwapili się z pomocą, skoro o nią sam nie zabiegał.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>W tym czasie zbliżył się duchowo do ojca, jak swego czasu do matki. Głęboka żałość i dojmujące ssanie wewnętrzne bolesnej litości łączyło się i przeplatało z żądzą życia. RewolucjaCezary patrzał teraz na rozmach rewolucji w jej pierwszym rozkwicie. Uczył się organizacji rozmaitych: <slowo_obce>rtuczeka</slowo_obce> i <slowo_obce>gubczeka</slowo_obce>, <slowo_obce>gubispołkom</slowo_obce>, <slowo_obce>narobraz</slowo_obce>, <slowo_obce>narkompros</slowo_obce>, <slowo_obce>sownarkom</slowo_obce>[50] Zdarzało mu się widywać marynarzy o kwadratowych lub kulistych facjatach, spalonych i rudych jak rondle, pędzących automobilami poprzez miasto Charków --- dokądś, w jakimś kierunku. Biła od nich potęga ludzka, męska, niezłomna. Śpiewali swoje rewolucyjne pieśni, wyhodowane w poświstach wichrów na zrewoltowanych pancernikach, kiedy to oficerom, którzy ich ongi łomotali po tychże kwadratowych i kulistych kufach, przywiązywano wielkie, stożkowate armatnie kule do nóg i puszczano na głębinę, ażeby tam na dnie Czarnego Morza ,,potańcowali maleńko". Odwiedzał sale mityngów, nabite nie przez Tatarów i Ormian zjuszonych na siebie, jak to miało miejsce w Baku, lecz przez lud pracujący ruski, małoruski, rumuński, żydowski, polski, jaki kto chce, lecz jeden, niepodzielny, robotniczy. ŻydSłuchaj tutaj mówców pierwszorzędnych, wszystko jedno jakiej proweniencji[51], lecz wysuwających i rozwijających rzecz rewolucji w sposób nieubłaganie logiczny, jasny, niezwalczony. Zachwycał się szczególniej mówcami pochodzenia żydowskiego. Ci z fenomenalnym jasnowidzeniem ujawniali geniusz swej rasy, zdolność docierania do najgłębszej, najostatniejszej iścizny[52], do samego sedna spraw ludzkich --- odsłaniali słabość i miejsca chore, zgniłe, obumarłe konającego świata burżuazji i ofiarowywali pracującemu ludowi swe najtrafniejsze pod słońcem rozumowanie o istocie i potędze przewrotu, który się właśnie dokonywał.</akap>


<akap>Gdy się znajdował w tłumie słuchaczów[53], w ciżbie robotniczej, która za każdym zbawczym sylogizmem[54] mówcy ciężko a zarazem radośnie wzdychała, gdyż te spokojne wywody zdejmowały, zdawało się, z ramion przeogromnego pogłowia skrzywdzonych ciężar niedoli, przymus, przekleństwo i sam nieszczęsny los bytowania w jarzmie --- Cezary wzdychał również ciężko jak oni. Jakże w takich momentach pragnął rozstać się z ojcem, wyprawić go w ów świat nieznany, w krainę mitycznej Polski, a zostać tam, wśród rozumnych i silnych! Jakże pragnął dołożyć ramienia do pracy nad realizacją dzieła, nad skruszeniem aż do podwalin świata starego łotrowstwa! Podziwiał i uwielbiał niezrównane zjawisko przewrotu, ukazujące się oczom ludzkim w czynie najpotężniejszym od zarania świata a wysnutym z logicznych przesłanek genialnego geometry[55], który inaczej niż wszyscy dotychczas, niż najpotężniejsi z tyranów, podzielił i pomierzył okrąg ziemi swym systemem triangulacji[56] na niewidziane.</akap>


<akap>Ale gdy młody entuzjasta wracał do dziury pod schodami, czuł, że nie da rady. Ojciec, Cierpienie, SiłaTen ojciec, przychodzień mało znany, to nie było jestestwo bierne i czujące jedynie, jak matka. To był przeciwnik czynny. To był rycerz. Z jego ran, których na ciele miał pełno, sączyła się nie tylko krew, lecz jakoweś światło uderzające w oczy. On nie tylko wierzył w coś innego, lecz śmiał inaczej świat kształtować. To, co mówił, było mgliste, wymyślone z rozbitej głowy, nawet śmieszne, ale z tym trzeba było potykać się, zaiste, na szpady. RewolucjaCzyż ten ojciec był burżujem, stronnikiem bogaczów i pochlebców bogaczów? --- Nie. Czy był stronnikiem starego porządku rzeczy? --- Nie. Jakże tedy --- dlaczego nie chciał współpracować w sprawie przewrotu? Znał przecie tę potęgę, która wyzwalała robotników świata z pęt ucisku przemysłowców i zdzierców. Bywał na wszelakich wiecach w Moskwie i słuchał najciekawszych referentów. Nie tylko tyle; w drodze swej do Baku przewędrował całą Rosję, przewiercił ją jak ów małż niepozorny, skałotocz--palczak[57], który w ciemności swej przeszywa potężne skały. Znał nie tylko zewnętrzne agitacyjne mityngi i półzewnętrzne urzędy, na starych oparte śmieciach, lecz i tajne kancelarie nowych despotów, szpiegowskie zakamarki i obmierzłe więzienia, gdzie wskutek podejrzeń i na zasadzie szpiegowskich doniesień siadywał ramię w ramię z tymi, których po to wyprowadzano na światło, ażeby ich zgładzić. Znał piwnice zalane i zachlastane krwią i cuchnące od trupów. Powiadał, iż ten to trupi zaduch przeszkadza, żeby moskiewskie powietrze można było wciągnąć wolnymi i szczęśliwymi płucami. W tym zaduchu po masowych i sekretnych morderstwach, pośród krwawych orgii nie można się modlić wielkim tłumem: ,,Ojcze nasz, któryś jest w niebie..." ,,W Moskwie --- mówił --- cuchnie zbrodnią. Tam wszystko poczęte jest ze zbrodni, a skończy się na wielkich i świetnych karierach nowych panów Rosji, którzy zamieszkają w pałacach carskich i jusupowskich[58], odzieją się w miękkie szaty i stworzą nową, czynowniczą i komisarską arystokrację, nową nawet plutokrację, lubującą się w zbytku i zepsuciu starej. Plebs będzie mieszkał po norach i smrodliwych izbach. Tam nie zaczęło się od budowania, od przetwarzania rzeczy lichych na lepsze, lecz od niszczenia, nie z miłości, lecz z pychy i zemsty. Nadaremnie znakomici komisarze będą odwaniać zapach morderstwa perfumami postępu".</akap>


<akap>Ojczyzna, TęsknotaGdy syn stawał w otworze schronienia pod schodami, Seweryn Baryka wyciągał do niego trzęsące się ręce i rzucał pytanie zawsze jednakie: --- czy nie ma pociągu? --- To nie było marzenie, nawet nie żądza powrotu do kraju macierzystego, lecz jakiś szał duszy. Jechać! --- to był jedyny okrzyk, który się od tego człowieka słyszało. Zdawało się, że gdyby mu pozwolono wsiąść do pociągu i jechać do kraju, natychmiast spadłaby gorączka, od której się trząsł albo gorzał, i ozdrowiałby bez wątpienia. Jakże syn mógł go opuścić? Jakże miał wyprawić samego na wiekuiste rozstanie? Obejmował go ramionami i razem tęsknił do chwili odjazdu. Konflikt wewnętrznyI oto wytworzył się w jego organizmie jakby nowotwór uczuć, pulsujący od pasji sprzecznych w sobie. Cezary był tu i tam, w Rosji i w Polsce, był z ojcem i przeciwko niemu. Szarpał się i mocował ze sobą samym, nie mogąc dać sobie rady.</akap>


<akap>Dorosłość, Miłość, Niewola, Ojciec, Ojczyzna, SynNie tylko wszakże odmienność zapatrywań na sprawy publiczne i społeczne dzieliła (a zarazem w szczególniejszy sposób łączyła) ojca i syna. Cezary wciąż przezwyciężał w swym duchu tego starego człowieka, wyzbywał się jego władzy moralnej nad sobą, wyrastał z niego i oddzielał się bujnością swej siły od zmurszałości tego pnia. Nękały go więzy, wciąż jeszcze, jak w dzieciństwie, krępujące jego wolę. Musiał po tysiąc razy ulegać, ponieważ był synem --- a stary ojciec może rozkazywać, zakazywać, wreszcie pospolicie kaprysić z tej prostej racji, iż jest ojcem i ma niepisaną władzę zakazywania spraw i uczuć najsłuszniejszych. Cezary nie czynił nic takiego, co by było moralnym ojcobójstwem, lecz szarpał się w więzach. Nieraz ponosiła go wewnętrzna wściekłość i gryzł w ustach twarde wyrazy. Ale samo to przegryzanie twardych wyrazów było męczarnią, albowiem sączył się z niego żal nikły, mętny a ostry i nieustępliwy. PielgrzymNieraz w głębi siebie Cezary żałował, iż go ten tajemniczy człowiek, gnany niewygasłą miłością swoją, odszukał w Baku, dosięgnął, chwycił w swe sieci uczuć i zabrał stamtąd. Byłby tam został <wyroznienie>Barynczyszką</wyroznienie>, samym sobą. Rozkazywałby samemu sobie i szedł obraną drogą. Byłby skończył roboty grabarskie, rzucił łopatę i stanął między ludźmi tworzącymi. MiłośćTeraz szedł na postronku swojej dla ojca miłości w stronę Polski, której ani znał, ani pragnął. Ojciec narzucił mu ideał obcy duszy i niezrozumiały, niepożądany i trudny, ckliwy i bezbarwny. Nie sam zresztą ten ideał, lecz przymus tolerowania, piastowania i uległej tolerancji względem niego był nie do zniesienia. A tymczasem egoizm Seweryna Baryki w sprawie narzucania tego ideału nie zmniejszał się, lecz powiększał. Ojciec nie narzucał synowi swej tęsknoty i żądzy powrotu, lecz sam trząsł się i jęczał jak niegdyś matka. Możnaż było nie pomagać mu w sprawie powrotu?</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Toteż Cezary wystawał codziennie przed biurem, badał urzędników i zbierał wiadomości w mieście. Wreszcie pochwycił wieść upragnioną. Pociąg miał nadejść! Był to ogromny <wyroznienie>eszelon</wyroznienie>[59] wiozący mnóstwo Polaków do kraju. Niestety; sygnalizowano już z dala, że miejsca nie ma i że nikogo z Charkowa zabrać nie mogą. Cezary poruszył wszelkie sprężyny, żeby zabezpieczyć[60] sobie w tym pociągu dwa miejsca, i czyhał dniami --- nocami. Nie wiadomo było oczywiście, kiedy nadejdzie. Przewidywano, iż zatrzyma się w Charkowie na bardzo krótko, może na parę minut, właśnie w celu uniemożliwienia oczekującym wpakowania się do tego pociągu. Przewodnik wiozący reemigrantów, który przed władzami sowieckimi odpowiadał surowo za przekroczenie instrukcji, dawał znać naprzód, z dala, iż nikogo nie zabierze. Cezary nie tracił nadziei i wartował osobiście albo za pomocą łańcucha życzliwych, którzy litowali się w tym morzu bezlitości nad jego ojcem.</akap>


<akap>I oto pewnej nocy dano znać: pociąg! Seweryn i Cezary rzucili się do stacji. Tutaj o pociągu niby to nic słychać nie było, lecz wieść sekretna dawała znaki i ostrzegała na migi: nadchodzi!</akap>


<akap>Obadwaj[61] Barykowie nasłuchiwali. Starszy był tak zdenerwowany, rozstrojony i słaby, że ledwie mógł utrzymać się na nogach. Zdawało się, że przypadnie do ziemi i będzie nasłuchiwał. I oto w ciszy nocnej daleko --- daleko rozległo się dudnienie głuche, zwiastun upragniony. Stali obadwaj nasłuchując na stacji słabo oświetlonej, ponurej i pustej. Dudnienie zbliżało się, wzmagało, rosło. Zamigotały daleko ruchome światła latarni. Wreszcie pociąg, ogrom ciemnoszary, wtoczył się na stację i stanął. Był to szereg wagonów z obmarzniętymi oknami i drzwiami. Sędziwe sople wisiały jak kudły i kłaki, z tego pasa ruchomych domków na głucho zabitych, zatarasowanych, zamkniętych. Gdy Cezary poskoczył i próbował otworzyć jedne, drugie, trzecie, czwarte i dziesiąte drzwi, daremnie wyłamywał sobie palce i wykręcał dłonie. Wszystkie drzwi były niezdobyte.</akap>


<akap>Z ostatnich wagonów wysunął się jakiś człowiek i szybko zdążał do dworca w poszukiwaniu władzy. Dwaj wędrowcy rzucili się do niego i nie pytając kim jest, zasypali go prośbami o wpuszczenie do pociągu. Okazało się, iż jest to właśnie przewodnik, inżynier Białynia. Seweryn znał tego człowieka przed laty za swoich urzędniczych czasów. Począł mu się przypominać i błagać o łaskę, o pomoc, o litość, o zabranie. Tamten przypomniał sobie Barykę --- jakże --- kochany pan Seweryn --- Symbirsk --- dawne dobre czasy! --- lecz nic uczynić nie mógł. Nie mógł! Głową, wyraźnie głową odpowiada za przyjęcie nowego pasażera do pociągu! Pociąg jest już przeładowany, nabity. Na każdym niemal przystanku rewizja przegląda papiery uprawnionych do jazdy z tym <wyroznienie>eszelonem</wyroznienie>. Za przemycanie choćby jednego człowieka zagraża kara główna[62]. Kara główna!</akap>

<akap_dialog>--- Nie mogę! Z żalem, z najserdeczniejszym żalem, kochany panie Sewerynie... Nie mogę! Zwłaszcza dwu ludzi! Nie mogę! --- jęczał przewodnik.</akap_dialog>


<akap>Radził poczekać na następny <wyroznienie>eszelon</wyroznienie>, który wtedy a wtedy pod takim a takim przewodnikiem ma nadejść. Tamten może będzie miał mniej ludzi, może będzie mógł przyjąć. Seweryn Baryka poniżył się do próśb najniższych. Błagał. Skamlał. Zaklinał. Rzucił się do rąk inżyniera Białyni. Zapłakał okropnym starczym płaczem... Nic to nie pomogło. Nie mogło pomóc. Daremne były prośby i certacje. Białynia tłumaczył szeptem, na ucho, że przecie łatwiej jest im zaczekać, nieco zaczekać, na następny pociąg, niż skazywać jego, Białynię, rodaka, dobrego znajomego, ba! przyjaciela, na utratę życia. A życiem --- życiem! --- swym odpowiada --- itd. Cezary nie słuchał perswazji. W sposób ostry i gruby oświadczył, że ojciec jego dłużej czekać nie może --- że żyją tu od tygodni jak troglodyci[63], czekając właśnie na możność wyjazdu --- a gdy ta możność nadchodzi, każą im czekać! Jakże tu czekać! I na co? Czy na nową odmowną odpowiedź? Czemuż to inni mogą jechać, a oni żadną miarą nie mogą? Białynia znowu począł tłumaczyć, że nie tylko oni dwaj, lecz i inni z Charkowa. Zgłaszały się setki i setki petentów, a odmówił, gdyż...</akap>


<akap>Do certujących się podszedł z tyłu jakiś człowiek, również podróżny, jadący tym samym pociągiem. Przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu. Gdy Białynia jeszcze bardziej stanowczo, kategorycznie, właśnie wskutek grubych argumentów młodego Baryki, odmawiał --- tamten pociągnął Seweryna za kurtkę i popchnął go ku końcowi pociągu. Sam przemówił do inżyniera Białyni</akap>:

<akap_dialog>--- Śmierć? Śmierć za zabranie tych dwu?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Śmierć! --- krzyknął inżynier.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Śmierć --- możliwe --- wszystko możliwe. Ale ich zabrać musimy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ja ich nie biorę! --- wołał głośno Białynia. --- Nie biorę! Nie biorę!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Toteż nie ty ich bierzesz, tylko ja. Zwalisz winę na mnie. Jeżeli się wykryje, zwalisz winę na mnie. Ty o niczym nie wiesz, pierwszy raz słyszysz --- <slowo_obce>znat' nie znaju, wiedat' nie wiedaju</slowo_obce>[64] --- ja ich pod sekretem, w tajemnicy przed tobą zabrałem. Ja za nich łbem odpowiadam: kwita.</akap_dialog>


<akap>Białynia zakotłował się na miejscu, zatupał nogami, zapiszczał od niezbitych argumentów, ale tamten drugi --- chudy, wysoki, przygarbiony --- popędził przed sobą Baryków. Kazał im przeleźć pod wagonami na drugą stronę i sam przelazł na czworakach. Potem biegli we trzech, chyłkiem, co tchu, aż na sam koniec ogromnego szeregu milczących wozów. Przy ostatnim wagonie ów czarny wgramolił się na stopień wiszący kędyś wysoko nad ziemią, z trudem niemałym odryglował zamek i odciągnął drzwi zasunięte, skrzypiące zjadliwie na mrozie. Wezwał obydwu niecierpliwym rozkazem:</akap>

<akap_dialog>--- Pchajcie się na sam spód. Pod tułupy! Leżcie cicho i żeby waszego ducha nie było słychać! Dalej!</akap_dialog>


<akap>Ojciec i syn wwindowali się wzajem między jakieś cuchnące kożuchy i przypadli na nich. Czarny zasunął drzwi, zaryglował i zeskoczył. Wkrótce potem pociąg szarpnął się gwałtownie. Bufory poczęły obijać się o siebie, a koła, skrzypiąc, obracać na szynach. Seweryn Baryka przycisnął do serca rękę syna:</akap>

<akap_dialog>--- Jedziemy! --- wyszeptał.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jedziemy...</akap_dialog>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Wysoki, czarny jegomość nie zapomniał o dwu ludziach z jego łaski zamkniętych w towarowym wozie z kożuchami. Zaraz podczas pierwszego postoju, gdy zatrzymano się na czas pewien, przyniósł im czajnik z gorącą wodą, nieco cukru zawiniętego w strzęp gazety, kawał chleba, a nadto podał garnczek z rozgotowaną kaszą. Posilali się w milczeniu, a starszy Baryka wpadł w rozczulenie. Prawił mistycznie o jakiejś ręce, która popycha ku ich pomocy tego wysokiego i chudego rodaka. W istocie --- jakkolwiek by tam było --- czarny zjawiał się co czas pewien z czajnikiem i garnkiem, w którym było zawsze coś posilnego. Zalecał szeptem, żeby się dobrze ukrywać, gdyż rewizja może się zjawić niespodzianie. Czasem w szczerym polu między zaspami pociąg staje i zaczyna się taniec rewizyjny. Przeglądają papiery i rzeczy, a wszelkie złocidła, pierścionki, ślubne obrączki, nie mówiąc już o zegarkach, ulegają gruntownej konfiskacie. Źle również widziany jest ryż, a nawet kasza jęczmienna.</akap>


<akap>Ojciec i syn zakopywali się w kożuchy, zwłaszcza że tęgie zimno trzymało. Cezary odsypiał swe charkowskie czuwania. Choroba, Ojciec, SynSewerynowi nie służył zapach baranich tułupów. Chory nie mógł powstrzymać piekielnego kaszlu, który notabene[65] mógł ich zgubić. Toteż na stacjach i podczas przypadkowych postojów, w momentach przewidywanych rewizji, wciskał głowę w futra i formalnie dusił się, żeby tylko nie kaszlać[66]. Wyjechał z Charkowa w gorączce, toteż w zamkniętym wozie bez powietrza a w nieznośnym fetorze skór źle wyprawionych zapadał coraz bardziej. Jak na złość pociąg wciąż stawał i tkwił na miejscu dla dokonania przez maszynistę wiadomych poprawek w lokomotywie. Cezary był w rozpaczy, gdyż na ten stan rzeczy nic nie mógł poradzić. Ilekroć zjawiał się pilny a tajemniczy samarytanin z garnczkiem i czajnikiem, ilekroć było prosić o radę i pomoc, kładł palec na ustach, trwożnie nadsłuchiwał i zalecał ciszę, cierpliwość i ostrożność.</akap>


<akap>Pewnego dnia przyszedł z drugim, starszym człowiekiem. Wdrapali się obadwaj[67] do wnętrza wozu. Ów stary przysiadł się, a raczej przyłożył do Seweryna, rozpiął na nim przyodziewek i przez słuchawkę począł badać płuca. Wnet jednak przerwał badanie i schował do kieszeni swoją słuchawkę. Oczy obydwu samarytan były smutne. Serce Cezarego zatrzęsło się od przerażenia i strasznej, bezsilnej boleści. Co miał począć? Co poradzić? Jak ratować? Miałże wysiąść z tego wozu i iść niosąc na ramionach ukochanego? Pytał się tamtych dwu, dobrych współbraci, lecz nic mu nie mogli odpowiedzieć. Czarny przybiegł jeszcze po odejściu lekarza i przyniósł jakiś cierpki i gorzki napój w szklaneczce. Ściskał w ramionach młodzieńca, bezsilnego w swej męczarni. Gdy się drzwi za nim zamknęły i zostali znowu sami, Cezary objął ojca ramionami, przyłożył się, przytulił i marzył, że tak oto przeleje weń swe zdrowie, przesączy w ten sposób krew swoją pulsującą w jego żyły zeschnięte i wypędzi zeń tajemniczą niemoc. Seweryn był rozpalony. Głowa jego miotała się po kudłach baranich. Szeptał z jękiem:</akap>

<akap_dialog>--- Nie zostawajmy tutaj! Jedźmy! Nie wywłócz mię na ziemię! Dojedziemy! Już niedługo! Już bliżej niż dalej!</akap_dialog>


<akap>Zasypiał i nagle budził się z jakimś krzykiem, który syn pocałunkami uciszał. Mówił mu w rozżarzone usta tysiące pociech i zaklęć nadziei. W pewnej chwili Seweryn Baryka podźwignął się na legowisku, jakby mu sił nagle przybyło. Objął Cezarego za szyję i mówił mu tak samo w usta:</akap>

<akap_dialog>--- Pamiętasz? Takeśmy się wierszy francuskich uczyli. Pamiętasz, Czaruś?... TestamentGdybym nie dojechał... Gdybym musiał tutaj zostać... Ty tu nie zostawaj! Nie zostawaj! Jedź tam! Sam zobaczysz... Przekonasz się... Ja tak nic nie wiedziałem, nie rozumiałem. Dopiero jakem z legionami przeszedł poprzez tę ziemię, dopiero jakem wszystko zrozumiał... Takem nic nie rozumiał, jak ty teraz. I patrz, co się ze mną dzieje. Taki straszny los...</akap_dialog>


<akap>Zacichł na długą chwilę i znowu mówił:</akap>

<akap_dialog>--- W Warszawie idź do jednego człowieka, który się nazywa Szymon Gajowiec. Człowiek tam znany. Dopytasz się. Powiesz mu o nas. Był w przyjaźni z mamą i ze mną. On się tobą zajmie, on ci wszystko powie. Nazywa się --- Szymon Gajowiec...</akap_dialog>


<akap>Ojciec, ŚmierćObalił się na posłanie i zasnął. Lecz sen jego był niespokojny, pełen jęku i szlochów. Cezary, który siedział nad ojcem pogrążonym w agonii, a nic mu poradzić nie mógł, przeżywał jakby śmierć własną. Pociąg w przestrzeni pomykał niby w krainę śmierci. Nieszczęśliwy podsunął ręce pod głowę śpiącego ojca, ażeby mu ulżyć w cierpieniu. Zmorzony męką duszy, zapomniał się od krótkiego snu. Zdawało mu się, że nie zamykał oczu. Lecz dosyć długo trwał ten jego sen. Po ocknieniu Cezary nie słyszał już charczeń, świstów i jęków w piersi ojcowskiej. Gdy ucho jego przypadło do rzężącej przed chwilą piersi, nie usłyszało już bicia serca ani oddechu. Długo leżała bezsilna głowa nad pustynią straszliwą, która się przed nią rozchyliła. Długo trwało przeraźliwe zdumienie, iż usta przemawiające przed chwilą stały się kamieniem obojętnym już na wszystko, cokolwiek by się zdarzyło, obojętnym aż do skończenia świata. Cezary nie wiedział wcale, jak długo jechał przez pola śniegami okryte i przez wody lodami okute, wskroś lasów i ugorów, pustych i niemych jako piersi jego ojca. Nie mógł wyciągnąć rąk spod nieruchomej głowy, jakby ją lody okuły i zamroziły mrozy swą mocą. Zapragnął usnąć tak samo, ażeby się nie rozstawać z tym pątnikiem, który ze swoim celem dalekim rozstać się musiał. Nie mógł ani płakać, ani jęczeć, ani wyć, ani krzyczeć wniebogłosy, choć krzyk, jęk i głuche wycie miał w sobie.</akap>


<akap>Kiedyś, po krótkim czy długim skostnieniu w boleści, usłyszał, że drzwi odsuwają się ze zgrzytem i że bardzo zimne powietrze do wnętrza wionęło. To czarny przyszedł znowu ze strawą. Nachylił się nad Sewerynem Baryką i trzymał przez czas pewien rękę na jego sercu. Podźwignął Cezarego i zakrzyknął nań grubo, żeby z tej nory wychodził. Młody wyszedł pospiesznie. Zimno go owionęło. Tamten narzucił na jego ramiona kożuch pierwszy z brzegu, drzwi zasunął i kazał iść za sobą. Weszli do przedziału tak przeładowanego ludźmi, pełnego mężczyzn, kobiet i dzieci, iż powietrze było tam równie zepsute, jak w wagonie z kożuchami. Bezimienny przyjaciel poszeptał coś z ludźmi gwałtownie i namiętnie. Rozsunęli się nieco, ustąpili i Cezary znalazł wolne miejsce na ławce. Z zamarzniętego okna sączyła się struga wody. Wiatr przewiewał. Mnóstwo oczu patrzyło z ciekawością na młodego przybysza. On poczuł się w tym tłumie zbiedzonych, udręczonych od niespania i głodowych niewywczasów, wśród rozczochranych kobiet, brudnych dzieci i ponuro spoglądających mężczyzn stokroć gorzej niż w samotności. Chciał wyjść. Prosił ,,czarnego" oczyma, żeby go puścił do ojca. Lecz tamten, uwijający się wciąż w tłumie, nie pozwolił. Kazał czekać. Więc Cezary czekał. Pociąg trząsł się, z łoskotem bił swymi kołami w końce szyn, przechylał się i podrywał do szybszego biegu.</akap>


<akap>Nad wieczorem tegoż dnia stanął na dłużej. Przechodziła wskroś wagonów nowa rewizja. Żołnierze szarpali manatki, przeglądali garnki i miski z żywnością. Z trwogą podawano sobie wiadomość o stopniu ich gwałtowności. Gdy mieli wejść do przedziału, gdzie był Baryka, wyprowadzono go do sąsiedniego, a stamtąd po schodkach do budki brekowego[68], który go wepchnął poza siebie i zakrył swym olbrzymim kożuchem. Po upływie pewnego czasu, na skinienie towarzyszów przedziału, Cezary musiał znowu wyjść i zająć swe miejsce.</akap>


<akap>Gdy pociąg nie odchodził z tego postoju --- zaniosło się bowiem na długi <slowo_obce>remontik</slowo_obce> --- bezimienny przyjaciel wywołał Cezarego na dwór. Ojciec, Pielgrzym, Pogrzeb, SynDwaj ludzie obcy stali na końcu pociągu. Sierota podszedł do nich i zobaczył, że wyciągają z wozu zwłoki jego ojca. Zawinęli je w płachtę. A nim zawinęli, pozwolili mu jeszcze zacisnąć powieki nad zagasłymi oczyma, do zimnych rąk i do zimnych ust przywrzeć ustami. Potem złożyli ciało na marach i mieli je dokądś odnosić. Cezary podniósł oczy błagalne na czarnego przyjaciela, żeby mu pozwolił iść za ojcem. KsiądzZobaczył wtedy, że tamten pod rozpiętą kapotą ma białą koszulę na sobie. Usłyszał jak przez sen łacińskie wyrazy: <slowo_obce>Dies illa, dies irae...</slowo_obce>[69]</akap>


<akap>Z rozczarowaniem, z odrazą pomyślał, że ,,czarny" to ksiądz. Tamten przeżegnał zwłoki i przez chwilę modlił się nad nimi pochylony. Potem dał tragarzom znak. Do Cezarego zwrócił się z szorstkim zapytaniem:</akap>

<akap_dialog>--- Zostajesz tutaj?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dokąd niosą mego ojca?</akap_dialog>


<akap>Ksiądz wskazał ręką miasteczko, widne jeszcze w mroku, i daleką w jego głębi spiczastą wieżę kościelną. Rzekł cicho:</akap>

<akap_dialog>--- Przy tym kościele będzie sobie leżał. Lepiej mu przecie będzie tam niż tutaj w rowie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Pójdę za nimi!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A więc zostajesz tutaj?</akap_dialog>


<akap>Cezary załamał ręce. Nie wiedział, czy tu zostaje.</akap>

<akap_dialog>--- Pociąg zaraz odejdzie. Zostajesz tutaj?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Pójdę za nimi!</akap_dialog>


<akap>Lecz tamten objął go twardym ramieniem i potaszczył do pociągu. Coś mu tam mówił. Cezary nie rozumiał, ogarnięty przez rozpacz. Obejrzał się jeszcze raz i w nadciągającej ciemności dojrzał dwu ludzi dźwigających na noszach kształt człowieczy. Za chwilę jechał znowu.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Podróż, PielgrzymDługo wlókł się pociąg naładowany ludźmi do cna, choć z niego raz w raz ktoś przyzostawał na przydrożnych cmentarzach miasteczek. Im bliżej było do kresów polskich, tym rewizje były cięższe i sroższe. Nareszcie rozeszła się wśród podróżnych wieść radosna: granica! Zanim jednak ludzie wymizerowani i storturowani w wagonach od tylu tygodni ujrzeli upragnione budynki kresowe, niemało ich jeszcze nadręczono. Pociąg stał w polu. Drzwi od wagonów były zamknięte. Czekano w tym ruchomym więzieniu na zmiłowanie się nieubłaganych władców.</akap>


<akap>Przemoc, WładzaCezary obserwował ciekawe zjawisko, iż ci wszyscy ludzie, jego sąsiedzi z najbliższych ławek, bynajmniej nie fabrykanci, nie bankierzy ani magnaci, lecz najzwyczajniejsi i dobroduszni zjadacze chleba tudzież kaszy jaglanej, na którą zarobili własnymi rękami --- drobni dorobkiewicze i mizerni karierowicze, urzędnicy i pracownicy prywatni --- byli jakby wyjęci spod wszelkiego prawa właśnie tam, w kraju, gdzie tyle się nasłuchał o prawach człowieka uciśnionego i wyjętego spod prawa. Do dzikiej furii doprowadziła go tyrania najzwyklejszych pospolitaków i żołdaków, którzy, nie wiadomo za co i w jakim celu, gnębili uchodźców do Polski z satysfakcją, z nienasyconą przyjemnością, z jawnym wylewem zwyczajnej nacjonalistycznej zemsty. Można było zrozumieć gniew na burżujów, rodaków uciekających z Rosji przez Baku w świat szeroki, lecz ta gruba i okrutna przemoc okazywana gościom, przychodniom, wędrowcom, którzy właśnie wynosili się do siebie --- dziwiła i napełniała gniewem. Patrzał na twarze oficerków komenderujących, na rewidentów i <wyroznienie>sołdafonów</wyroznienie>[70] trzymających straż przy drzwiach i pierwszy raz w życiu zobaczył nie tylko oczyma, lecz duszą czującą --- tyranię, o której mu ojciec mówił tyle razy.</akap>


<akap>OjczyznaAle po wszystkich udręczeniach i po najobrzydliwszych trwogach, zwłaszcza kobiecych --- iż nie wypuszczą, iż każą cofnąć się, iż zamkną wagony, zawrócą pociąg z ludźmi i odwiozą wszystkich z powrotem do Charkowa --- po licznych plotkach i istnych klechdach, które strach płodził, a do niebywałych rozmiarów wydymała głupota --- oto roztworzono drzwi wagonów. Ludzie zgarnęli, co tam jeszcze taszczyli ze sobą, ponieśli na ręku dzieci, powlekli słabych i chorych. Pędzili z wrzaskiem i szlochaniem, popychając się, wyprzedzając jedni drugich --- jakimś rozmokłym gościńcem, ku domom widniejącym tuż obok. Biegnąc coraz szybciej, jakby ich kto gonił, modląc się, płacząc i śmiejąc się razem, doskoczyli do sztachet, za którymi stało kilku żołnierzy w szarych, podniszczonych rogatych czapkach. Kobiety stare i słabe chwytały się dygocącymi palcami za balasy owych sztachet, mężczyźni, zmordowani drogą, całowali słupy w tym płocie. Wszyscy popychali się i bili, torując sobie i swoim przejście w tłumie, kotłującym się jak zbiorowisko topielców dosięgających wybrzeża. Brama była otwarta i tam za koleją przepuszczano.</akap>


<akap>Przyszła wreszcie kolej i na Cezarego. Nie miał ci żadnych papierów, gdyż wszelkie dokumenty zostały w skradzionej walizce. Szedł na oślep. On może jeden w tym tłumie nikogo nie witał a wszystko żegnał i zostawiał za sobą. W ostatniej chwili, gdy już miał bramę przekroczyć, inżynier Białynia wetknął mu w rękę jakiś papier, czyjąś legitymację. Oficer polski przyjął papier od Baryki, obejrzał i tuż na stoliku przybił pieczęć. Przychodzień minął bramę. Wszedł do Polski, kraju swoich rodziców.</akap>


<akap>Miasto, RozczarowanieTłum ludzki mijał budynki stacyjne i kierował się w stronę miasteczka, którego murowane i drewniane domki widać było niezbyt daleko. Cezary szedł również do tego miasta. Po udręce, zgnieceniu i braku powietrza w przedziałach pociągu, oddychał teraz powietrzem szerokim, olbrzymim. Wyciągał ręce do tego szerokiego powietrza, do ziemi nieznanej, jakby wolność swoją obejmował w posiadanie. Mijał ohydne budynki, stawiane, jak to mówią, psim swędem, z najtańszego materiału, kryte papą, którą wiatr poobdzierał, a zimowe pluty[71] podziurawiły doszczętnie. Chcąc całe to <slowo_obce>oppidum</slowo_obce>[72] objąć jednym spojrzeniem, wyszedł za ostatnie domostwo.</akap>


<akap>WiosnaPrzepływała tam rzeczka, w stromych brzegach wijąca się wśród niziny. Śniegi już stajały i pierwsza trawka, szczyk rzadki, bladozielony, rozpościerać się poczynała nad bystrą wodą. Po tej to ledwie widocznej runi tańczyli na bosaka chłopcy--nędzarze przygrywając sobie na ustnej harmonijce. Bose ich stopy migały nad błotem, które już zdołały ubić na dogodne do tańca klepisko. Przedwiośnie zdmuchnęło już z dachów bud najbliższych lód i śnieg --- ogrzało już naturalnym powiewem południa wnętrza, które długa i ciężka zima, wróg biedaków, przejmowała śmiercionośnym tchnieniem. Pourywane rynny, dziurawe dachy, spleśniałe ściany kryła już ta nieśmiertelna artystka, wiosenka nadchodząca, pozłotą i posrebrzeniem, zielenią i spłowiałością, barwami swymi, które rozpościera nad światem. Usiłowała osłonić nikłymi swymi kolory to wstrętne widowisko, które na jej tle pełnym wieczyście nieśmiertelnego piękna ludzie rozpostarli: miasteczko polsko--żydowskie. Cezary patrzał posępnymi oczyma na grząskie uliczki, pełne niezgruntowanego bajora, na domy rozmaitej wysokości, formy, maści i stopnia zapaprania zewnętrznego, na chlewy i kałuże, na zabudowania i spalone rumowiska. Wrócił na rynek, obstawiony żydowskimi kramami o drzwiach i oknach zabryzganych błotem przed miesiącami, a i przedtem nie mytymi od kwartałów.</akap>


<akap>,,Gdzież są twoje szklane domy? --- rozmyślał brnąc dalej. --- Gdzież są twoje szklane domy?..."</akap>



<sekcja_swiatlo/>
<sekcja_swiatlo/>

Przypisy

  1. <slowo_obce>casemate</slowo_obce> (franc.) --- sklepione i zabezpieczone przed pociskami pomieszczenie w fortyfikacji; stąd utworzono słowo: kazamaty.
  2. <slowo_obce>umerlaków</slowo_obce> --- dziś popr.: umarlaków.
  3. <slowo_obce>współkopaczów</slowo_obce> --- dziś popr.: kopaczy.
  4. <slowo_obce>Barynczyszka</slowo_obce> --- wyraz ten, utworzony od nazwiska bohatera, przypominał zarazem otoczeniu słowo <slowo_obce>barin</slowo_obce> --- jaśnie pan; przyrostek --- ,,yszka" nadawał mu odcień pogardliwy.
  5. <slowo_obce>jurodiwyj</slowo_obce> (ros.) --- opętany, obłąkany, posiadający rzekomo dar proroczy.
  6. <slowo_obce>hapencucyk</slowo_obce> --- wyraz nie znany słownikom: oszust.
  7. <slowo_obce>Brodiaga</slowo_obce> (ros.) --- włóczęga.
  8. <slowo_obce>obudwu</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwu lub obydwóch.
  9. <slowo_obce>jednę</slowo_obce> --- dziś popr.: jedną.
  10. <slowo_obce>funkcjonariuszów</slowo_obce> --- dziś popr. forma: funkcjonariuszy.
  11. <slowo_obce>obozy</slowo_obce> (z ros.) --- tabory.
  12. <slowo_obce>ambaje</slowo_obce> (z łac.) --- bzdury.
  13. <slowo_obce>obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
  14. Carycyn --- miasto w Rosji, późniejszy Stalingrad, dziś Wołgograd.
  15. <slowo_obce>tułupy</slowo_obce> (ros.) --- długie kożuchy, zazwyczaj nie kryte suknem.
  16. <slowo_obce>obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
  17. <slowo_obce>wieszczka grecka</slowo_obce> --- Pytia; kapłanka objawiająca wyrocznie w świątyni w starożytnych Delfach.
  18. <slowo_obce>diuny</slowo_obce> --- wydmy piaszczyste wzdłuż wybrzeży morskich.
  19. <slowo_obce>eo ipso</slowo_obce> (łac.) --- tym samym.
  20. Zund, Kattegat i Skagerrak --- cieśniny wiodące z Morza Bałtyckiego na Morze Północne.
  21. <slowo_obce>zwornik</slowo_obce> --- w architekturze: element wiążący sklepienie.
  22. <slowo_obce>bogaczów </slowo_obce>--- dziś popr. forma: bogaczy.
  23. <slowo_obce>marzenia futurystyczne</slowo_obce> --- futuryzm: awangardowy kierunek artystyczny; zrywając gwałtownie z tradycją dążył do odtworzenia w sztuce dynamizmu życia nowoczesnego. Twórczość futurystów cechował m.in. kult nowoczesnej techniki i zainteresowanie jej perspektywami rozwojowymi. (Do tego rysu nawiązuje określenie Żeromskiego).
  24. <slowo_obce>mularzów</slowo_obce>, <slowo_obce>cieślów</slowo_obce> --- dziś: murarzy, cieśli.
  25. <slowo_obce>fugi</slowo_obce> --- tu: rowki, nacięcia, w które wchodziłyby odpowiednie występy tafli szklanych.
  26. Apis --- w mitologii egipskiej święty byk, który przedstawiał na ziemi boga Ozyrysa.
  27. Swarożyc --- bóstwo pogańskich Słowian, któremu poświęcony był czarny koń.
  28. <slowo_obce>starsi... bracia w Darwinie</slowo_obce> --- tj. zwierzęta (żartobliwa aluzja do teorii ewolucji Karola Darwina).
  29. <slowo_obce>Reforma rolna</slowo_obce> --- uchwalona 10 VII 1919 r. przez sejm większością jednego głosu, pozostawiała w rękach właścicieli majątki do 180 ha (w Poznańskiem, na ziemiach białoruskich i ukraińskich do 400 ha) i zapewniała im odszkodowanie. Parcelację ograniczono do 200 tys. ha rocznie, w praktyce jednak w latach 1918--1921 zrealizowano ją zaledwie w 40%. Oddanie parcelacji w ręce różnych banków i spółek doprowadziło do spekulacji ziemią, w rezultacie przechodziła ona przeważnie w ręce bogatych chłopów. Porozumienie stronnictw prawicowych w roku 1923 ograniczyło parcelację prawie wyłącznie do majątków państwowych i publicznych. Również w ostatniej swej wersji z roku 1925 reforma rolna uwzględniała przede wszystkim interesy zamożnych właścicieli ziemskich, nie zaspokajając zupełnie głodu ziemi wśród małorolnego chłopstwa i proletariatu wiejskiego.
  30. <slowo_obce>latyfundia</slowo_obce> --- wielkie posiadłości ziemskie.
  31. Ludwik Ariosto (1474--1533) --- największy poeta włoski późnego Odrodzenia, autor epopei <tytul_dziela>Orland Szalony</tytul_dziela>, osnutej wokół walk rycerzy Karola Wielkiego z Saracenami, obfitującej w epizody komiczne i fantastyczne.
  32. <slowo_obce>hipogryf</slowo_obce> --- wymyślone przez Ariosta uskrzydlone zwierzę z tułowiem konia i głową gryfa.
  33. <slowo_obce>czyściejsze</slowo_obce> --- dziś: czystsze.
  34. <slowo_obce>ci--devant</slowo_obce> (franc.) --- niegdyś, dawniej; podczas rewolucji francuskiej określenie umieszczane przed tytułami arystokracji.
  35. <slowo_obce>noktambulista</slowo_obce> --- lunatyk; tu: człowiek żyjący nocnym życiem.
  36. <slowo_obce>Któż to wie, kto wśród nas jest łotr...</slowo_obce> --- refleksje starego Baryki, podobnie jak analogiczne poglądy Korzeckiego z <tytul_dziela>Ludzi bezdomnych</tytul_dziela>, są echem teorii Abramowskiego o ,,rewolucji moralnej".
  37. <slowo_obce>kazanie na górze</slowo_obce> --- według ewangelii św. Mateusza (V. 39) w kazaniu tym Chrystus miał powiedzieć: ,,Żebyście się nie przeciwili złemu, ale kto by cię uderzył w prawy policzek twój, nadstaw mu drugi".
  38. <slowo_obce>termy</slowo_obce> --- w starożytnym Rzymie bogato urządzone łaźnie publiczne, połączone z pomieszczeniami do ćwiczeń gimnastycznych i występów artystycznych.
  39. <slowo_obce>Błogosławiony żywot...</slowo_obce> --- cytat z Ewangelii św. Łukasza (Łk 11:27).
  40. <slowo_obce>optant</slowo_obce> --- po Rewolucji Październikowej Polacy przebywający na terenie Rosji Radzieckiej otrzymali możność opcji, tj. prawa wyboru przynależności państwowej i powrotu do kraju.
  41. <slowo_obce>Obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
  42. <slowo_obce>białokamienna stolica</slowo_obce> --- stały epitet nadawany Moskwie w poezji rosyjskiej.
  43. <slowo_obce>dobiegał do końca</slowo_obce> --- dziś popr.: dobiegał końca.
  44. <slowo_obce>zaunywno</slowo_obce> (ros.) --- smętnie, płaczliwie.
  45. <slowo_obce>deposito</slowo_obce> (łac. <slowo_obce>depositum</slowo_obce>) --- przedmiot złożony na przechowanie; tu: przechowalnia.
  46. <slowo_obce>parień</slowo_obce> (ros.) --- chłopak, młodzieniec.
  47. <slowo_obce>czemodan</slowo_obce> (ros.) --- walizka.
  48. <slowo_obce>Słysz, towariszcz...</slowo_obce> (ros.) --- Słuchaj, towarzyszu! Nie hałasuj. Lepiej nie mów tyle.
  49. <slowo_obce>zasekwestrowano</slowo_obce> --- skonfiskowano.
  50. <slowo_obce>rtuczeka...</slowo_obce> --- po rewolucji w związku z powstaniem nowych urzędów i instytucji weszło w życie wiele skrótów. Pierwszy z wymienionych w tekście oznacza jedną z instancji Czeka; znaczenie dalszych skrótów: <slowo_obce>gubczeka</slowo_obce>--- gubernialna Czeka, <slowo_obce>gubispolkom</slowo_obce> --- gubernialny komitet wykonawczy, <slowo_obce>narobraz</slowo_obce> --- wydział oświaty ludowej, <slowo_obce>narkompros</slowo_obce> --- ludowy komisariat oświaty, <slowo_obce>sownarkom</slowo_obce> --- rada komisarzy ludowych (nazwę ,,ministerstwo" zmieniono po rewolucji na ,,komisariat ludowy").
  51. <slowo_obce>proweniencja</slowo_obce> --- pochodzenie.
  52. <slowo_obce>iścizna</slowo_obce> (stpol.) --- prawda istotna, rzeczywistość.
  53. <slowo_obce>słuchaczów</slowo_obce> --- dziś popr. forma: słuchaczy.
  54. <slowo_obce>sylogizm</slowo_obce> --- wnioskowanie (wyprowadzenie nowego sądu, zwanego wnioskiem, z dwóch innych sądów, zwanych przesłankami).
  55. <slowo_obce>genialny geometra</slowo_obce> --- mowa o Karolu Marksie.
  56. <slowo_obce>triangulacja</slowo_obce> --- metoda obliczania większych płaszczyzn przy pomocy rachunku trygonometrycznego; pozwala ustalić niektóre odległości bez ich mierzenia.
  57. <slowo_obce>skałotocz--palczak</slowo_obce> --- porównanie to nasunęła Żeromskiemu prawdopodobnie nowela A. Sygietyńskiego pod tym tytułem (1895).
  58. <slowo_obce>pałace... jusupowskie</slowo_obce> --- Jusupowowie: rosyjska rodzina książęca (w pałacu ich zamordowany został w roku 1916 Rasputin).
  59. <slowo_obce>eszelon</slowo_obce> --- pociąg (w transporcie wojskowym).
  60. <slowo_obce>zabezpieczyć</slowo_obce> --- rusycyzm; pol. znaczenie: zapewnić.
  61. <slowo_obce>Obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
  62. <slowo_obce>kara główna</slowo_obce> --- kara śmierci.
  63. <slowo_obce>troglodyci</slowo_obce> --- ludzie pierwotni, z epoki jaskiniowej.
  64. <slowo_obce>znat' nie znaju, wiedat' nie wiedaju</slowo_obce> (ros.) --- zwrot przysłowiowy; sens w poprzednich słowach tekstu polskiego.
  65. <slowo_obce>notabene</slowo_obce> (łac.) --- dosłownie: ,,dobrze zauważ"; używane w znaczeniu: ,,warto zaznaczyć".
  66. <slowo_obce>kaszlać</slowo_obce> --- dziś popr.: kaszleć.
  67. <slowo_obce>obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
  68. <slowo_obce>brekowy</slowo_obce> --- hamulcowy; jeden z funkcjonariuszy w pociągu.
  69. <slowo_obce>Dies illa, dies irae</slowo_obce> (łac.) --- Dzień ów, dzień gniewu; początkowe słowa (w porządku przestawionym) średniowiecznego (XIII w.) hymnu kościelnego o Sądzie Ostatecznym; w liturgii katolickiej hymn pogrzebowy.
  70. <slowo_obce>sołdafon</slowo_obce> (ros.) --- żołdak.
  71. <slowo_obce>pluta</slowo_obce> --- plucha, pogoda charakteryzująca się dużą ilością opadów różnego rodzaju.
  72. <slowo_obce>oppidum</slowo_obce> (łac.) --- miasto.