Skopiowano ze stron roboczych projektu Wolne Podręczniki
<naglowek_czesc>Część pierwsza --- Szklane domy</naglowek_czesc>
<akap>Ojciec, Syn, Rodzina, Wojna, ŻołnierzCzaruś dostał był właśnie promocję z klasy czwartej do piątej i skończył czternasty rok życia, gdy Seweryna Barykę jako oficera zapasowego powołano do wojska. --- Wojna wybuchła. --- Szybko, w ciągu paru dni, idylla rodzinna została zdruzgotana. Cezary znalazł się sam z matką w osierociałym mieszkaniu. Gdy odprowadzał ojca na statek wojenny odchodzący do Astrachania, nie czuł żadnego zgoła żalu. Nowość! Zajmowały go tysiące szczegółów, drobiazgów, dat, nazwisk, cyfr, związanych z przebraniem się ojca w mundur oficerski. Pakował walizkę, świetną walizkę ojcowską z grubej, żółtej skóry, z metalowym okuciem, z wyciśniętym inicjałem i mnóstwem wewnątrz tajemniczych przegródek. Nie podzielał i nie rozumiał zupełnie płaczu i spazmów matki, desperującej od świtu do nocy. Dopiero gdy ojciec w gronie innych oficerów został na pokładzie, a on sam z matką na brzegu, i kładkę z hałasem odepchnięto, Cezarek doznał napadu przerażenia, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczył. Pod naciskiem tego uczucia wyciągnął ręce i począł krzyczeć jak istny dzieciak. Lecz znaki uspakajające, które kreśliły w powietrzu białe ręce ojcowskie, uciszyły go tak nagle, jak nagle przyszła ta ślepa boleść dziecięca. Przecie to na krótko! Istne manewry! Wojna nie będzie trwała długo. Jakieś tam parę tygodni. Może miesiąc. Najwyżej dwa. Wał rosyjski przesunie się po polach wrogów, zmiażdży przeszkody jak marchew czy kukurydzę i wszystko wróci do normy. Tak mówili wszyscy i taką też opinię w spadku po ojcu odjeżdżającym otrzymał Cezary.</akap>
<akap>Gdy z portu wracał do domu z matką, zaiste, jak grób milczącą, był już wesoły. Pocieszyło go to i owo, a nade wszystko perspektywa swobody. Matka, Ojciec, SynOjciec, który go nigdy a nigdy nie karał, nigdy nawet nie łajał, a strofował półżartem, z lekką drwinką, dowcipkując, posiadał nad synem władzę żelazną, niezłomną. Wbrew łagodnemu uśmiechowi ojca, wbrew jego grzecznym zaleceniom i pokornym radom, dobrotliwym prośbom, rzuconym wśród umizgów i zabawy --- nic nie można było poradzić. Były to kanony i paragrafy woli, narzucone z uśmiechem i w gronie pieszczotek. Był to rząd samowładny i dyktatura tak niezłomna, iż nic, literalnie nic nie mogło jej przełamać. Teraz ta żelazna obręcz rozluźniła się i samochcąc opadła. Przestrach paniczny w oczach matki: --- ,,Co na to ojciec powie?" --- znikł. Syn, WolnośćOjciec usunął się z mieszkania i ze świata, a jego nieobecność powiedziała: ,,Rób, co chcesz!"</akap>
<akap>Matka, SynSwoboda uszczęśliwiła Cezarka. Przerażeniem napełniła jego matkę.</akap>
<akap_dialog>--- Co teraz będzie? --- szeptała załamując ręce.</akap_dialog>
<akap>Cezary nie zadawał sobie takich pytań. Przyrzekał matce, że będzie posłuszny, zupełnie tak samo, jak gdyby ojciec był obecny w gabinecie. Postanawiał być posłusznym i uspakajał matkę milionem najczulszych pieszczot. Lecz w gruncie rzeczy duszą i ciałem wyrywał, gdzie pieprz rośnie. Czego nie mógł u matki dopiąć samowolnymi kaprysami, to wypraszał umizgami lub awanturą. On to teraz stawiał na swoim. Robił, co chciał. Nie dostrzegając granic tych obszarów, których mu dawniej nie wolno było przekraczać, rzucał się na prawo i na lewo, w tył i naprzód --- żeby wszystko dawniej zakazane dokładnie obejrzeć. Całe teraz dnie spędzał poza domem na łobuzerii z kolegami, na grach, zabawach, eskapadach[1] i wagusach[2]. Nauczyciel, Szkoła, UczeńGdy się skończyły wakacje, ,,uczęszczał" do gimnazjum i pobierał w domu jak dawniej lekcje francuskiego i niemieckiego, angielskiego i polskiego języka, ale był to już raczej szereg awantur, a nieraz i bójek. Z każdym teraz <wyroznienie>belfrem</wyroznienie> zadzierał, wszczynał kłótnie i toczył nieskończone procesy, doznawał bowiem stale ,,niesprawiedliwości" i ,,krzywd", za które znowu jako człowiek honoru musiał się mścić w sposób właściwy i za właściwy uznany w sferach miarodajnych, wśród ,,starych" kolegów piątej klasy. Zabawy --- zresztą niewinne --- łazęgostwo i urwisostwo, pochłonęły go jak jakiś żywioł. W gronie kilku starych kolegów <wyroznienie>drałował</wyroznienie>[3] z lekcyj i bujał po okolicy, a nawet nocą ganiał po ulicach, po jamach i wertepach, po zwaliskach gwebryjskich świątyń[4] i ruinach starych meczetów.</akap>
<akap>Matka, SynWyrwawszy się z ojcowskiej uździenicy nie mógł już znieść żadnego arkanu[5]. Nieszczęsna matka traciła głowę, rozpływała się we łzach i gasła z niepokoju. Na widok tych łez gorzkich i nudzących go aż do śmierci Cezary poprawiał się na dzień, z trudem --- na dwa. Na trzeci już znowu gdzieś coś płatał. Wybijał szyby Tatarom, wdzierał się na płaskie dachy domów i, niewidzialny, strzelał z procy do domowników. Tam wywiercił dziurę w ścianie domu, tyłem odwróconego do ulicy, ażeby przez otwór przypatrywać się ,,żonom" milionera muzułmanina, chodzącym po bezdrzewnym ogródku bez czarczafów, czyli jedwabnych zasłon na twarzach --- tu zorganizował nieznośnemu <wyroznienie>belfrowi</wyroznienie> kocią muzykę. BłądzenieNocą, bez celu i sensu wałęsał się po nieskończonym bulwarze nowego miasta albo po prostu jak bezpański pies ganiał po zaułkach, po wąskich i stromych uliczkach starego, uwijał się w porcie, w brudach i czadach ,,czarnego miasta"[6] lub między wulkanami, których kratery wyrzucają słone błoto. Ta konieczność włóczenia się, bezcelowego cwałem wyrywania z miejsca na miejsce stała się nałogiem i pasją. Nie mógł usiedzieć. ZabawaNadto --- gry. Gry w piłkę, w pasek, w jakieś kamyki, ,,kiczki"[7], w wyświechtane gruzińskie kostki.</akap>
<akap>Próżniacze dnie Cezarego napełnione były jednak nie byle jakimi pracami. Uczył się roli do teatru koleżeńskiego o treści rozbójniczej, który miał być odegrany sekretnie w zburzyszczach starych bakińskich fortalicji[8]. Budował wraz z innymi skrytki w skalnych pieczarach i w labiryncie starych murów, w celu przechowywania zakazanych książek, nieprzyzwoitych wierszy Puszkina i innych pornografów[9]. Tamże leżał w ukryciu pewien wiekowy rewolwer bez naboi i przechowywany był ozdobny gruziński kinżał[10], którego ciosy jeszcze ,,na razie" dla nikogo nie były przeznaczone. Zarówno rewolwer, jak kinżał, owinięte w kolorowe bibułki i częstotliwie przewijane, czekały cierpliwie na swoje losy. Tymczasem urządzano napaści na burżujów, zarówno tatarskiego, jak ormiańskiego gatunku, mniej militarnymi narzędziami. Wystarczały do bicia szyb zwyczajne kamienie.</akap>
<akap>Matka, SynMatka nie była w stanie utrzymać syna w domu, nakazać mu zmiany wyuzdanych obyczajów, dopilnować go i wyśledzić miejsca jego kryjówek. Bez przerwy niemal czekała na jego powrót. Gdy chwytał czapkę i pędem wylatywał z domu, coś podsuwało się do jej gardzieli i zapierało oddech. Nie miała już siły prosić urwisa, żeby nie chodził. Z początku udawał posłuszeństwo: czaił się, przymilał, wypraszał pozwolenie na bomblerkę. Później nabrał zuchwałego rezonu. Z czasem stał się impertynencki, drwiący, uszczypliwy, kłótliwy i napastliwy.Strach A wreszcie nic sobie z matki nie robił. Zacisnęła zęby i milczała przeżywając nieskończone godziny trwogi o jedynaka.</akap>
<akap>Mąż, ŻonaTo obce miasto stało się dla niej jeszcze bardziej obce, cudze, niepojęte, groźne, złowieszcze. Po wyjeździe męża wszystkiego się tutaj bała. CieńDopóki mąż był w domu, on był osobą --- ona cichym i pokornym cieniem osoby. Teraz ów cień musiał stać się figurą czynną. Cień musiał nabrać woli, władzy, decyzji. Jakże ten mus był nieznośny, jak uciążliwy! Musiała wiedzieć o wszystkim, przewidywać, zapobiegać, rozkazywać. Gubiła się w plątaninie swych obowiązków. Nie wiedziała, od czego zacząć, gdzie jest droga i jak nią iść. Wstydziła się i trwożyła. Czyn Przeżywała jedną z najsroższych tortur, torturę czynu narzuconą niedołężnej bierności. Cierpiała, nie mogąc dać sobie rady. Trwoga o syna, który się jak na złość zlisił, dobijała ją. Dziecko, SenJedyną ulgę znajdywała w ciągu nocy, kiedy chłopak twardo spał. Słyszała wtedy jego oddech, wiedziała, że jest obok niej i że mu nic nie zagraża. Ale sama wtedy nie spała. Popadła w bezsenność. Wolała jednak bezsenność białej nocy niż trwogę białego dnia. Och, jakże dobrze jej było przyczaić się na legowisku, zasunąć się w kąt i patrzeć na śliczną głowę chłopca, owianą gęstwiną falistej czupryny i --- patrząc tak na niego --- o nim marzyć!... Jakiż śliczny, jakiż ukochany ten łobuz, ten urwis, ten włóczykij i zawalidroga!</akap>
<akap>Co mu się też śni --- co tam przepływa pod czarującą płaszczyzną spadzistego czoła? Co też to widać w tych oczach głucho zamkniętych, pod cienistymi powiekami? Jakiś namiętny krzyk dobywa się z pulsującego gardła! Jakieś gwałtowne, dzikie, srogie widowisko jawi się przed nim, bo prosty nos naciąga się jak cięciwa łuku, nozdrza drgają, a wargi niezrównanych ust odsłoniły grozę i groźbę prześlicznych białych zębów! Jaki to wilk! Cóż za pasja niestrzymana w tym sennym dziecka uśmiechu! Obcy, TajemnicaA patrząc tak na główkę jedynaka, głęboko rozważała: ,,Któż to jest, na Boga! ten chłopiec? Oto tajemnica niezbadana poczęła go w niej. Oto był maleńki i niedołężny --- kruszyna cielesna, byt zależny jedynie od niej --- cząstka jej całości, jak gdyby nowy organ jej ciała, ręka lub noga... Wykarmiła go, wypielęgnowała, wyhodowała. Z roku na rok rósł w jej rękach, w jej oczach, w jej objęciu. Każdy dzień jego zależał od niej, z niej się poczynał, na niej się kończył. Siły swe przelała, życie swe przesączyła kropla po kropli w jego siły. Nastawiła i wyprostowała drogi jego krwi. Nadała mu głos, krzyk, śpiew. A oto teraz obcy się staje i złowieszczy. Obraca się przeciwko niej. Z niego płynie na nią jakieś złe. MiłośćBezgraniczna miłość ku niemu przekształca się i przeradza na krzywdę słabego jej ciała i ducha omdlałego. Gdyby go tak bezgranicznie nie kochała, cóż by jej było, choćby się psuł i, gdzie chce, hasał? Ale on bije w miłość, targa tą siłą, którą go obdarzył jej słaby ostatek mocy".</akap>
<akap>Miłość platoniczna, Tęsknota, WspomnieniaDniało nieraz, zanim znużona popadała w słaby półsen, w krótkie zapomnienie się, w półczuwanie. Budził ją każdy ruch chłopca, jego chrapanie albo mowa przez sen. W tych stanach półświadomości zawsze uciekała z tych miejsc obcych ,,do domu", to znaczy do Siedlec. Słyszała w głębi swej głowy stuk kół pociągu i widziała niezmierzone obszary pól, lasów, pustek i pastwisk tej ziemi przeogromnej --- Rosji --- która była jej więzieniem. Skryte, radosne, iście złodziejskie marzenie podpowiadało jej perypetie czynu: zabrać Czarusia, zawiązać w węzeł trochę rzeczy i czmychnąć. Mąż, SzantażUciec z tego wygnania! Zwiać! Wiedziała w każdym ocknieniu, że to jest niemożliwe, że tego być nie może, że Seweryn nigdy by na to nie przystał. Czyż nie miałby prawa powiedzieć, że uciekła dlatego, że w Siedlcach jest Szymon Gajowiec?</akap>
<akap>To imię i to nazwisko miało moc czarodziejską. Ono tu odsłaniało dawne, wiosenne poranki i letnie dni, których już nie ma na ziemi. Miłość niespełniona, Młodość, Pozycja społeczna, WspomnienieMiała znowu siedemnaście lat i tę radość w sercu, której już nie ma na ziemi. Wiedząc o tym doskonale, że to jest gruby i śmieszny nonsens, była znowu sobą, dawną, młodą dziewczyną. Kochała znowu Szymona Gajowca sekretnie, skrycie, na śmierć --- jak wtedy. Była znowu na śmierć kochana przez tego wysmukłego, pięknego młodzieńca --- jak wtedy. Przeżywała swój niemy romans. Czeka znowu na jego wyznanie --- długo, tęsknie. Ale on nie powiedział jej nigdy ani słowa! Ani jednego westchnienia, ani jednego półsłóweczka! Tylko w tych ciemnych, głębokich oczach jego płonie miłość. Och, nie romans, nie miłostka, nie radosny flirt, lecz posępna miłość. MałżeństwoJakże mógł ośmielić się na wyznanie miłosne, jej, pannie z ,,domu" siedleckiego, on, biedny kancelista z ,,Pałaty"[11], a nadto pochodzący z chłopów podlaskich czy tam z jakiejś drobnej zagonowej szlachty. Toteż milczał, aż się domilczał! Przyjechał Seweryn i wydano ją bez gadania. Wspominała znowu odjazd swój z mężem do Rosji. Stoi oto w oknie wagonu, uśmiechnięta, szczęśliwa, młoda mężatka. Mnóstwo ludzi, wszyscy znajomi, całe miasto. Gwar, kwiaty, uściski, pozdrowienia, życzenia. A w głębi peronu, z dala, sam jeden, oparty o framugę okna --- tamten. Jęk przerzynał duszę na nowo. Widziała jego oczy i uśmiech pełen śmiertelnej boleści.</akap>
<akap>Wspominała dnie dawne, urocze chwile, kiedy przechadzali się nad wodą stawu w Sekule, nad wodą niezapomnianą, pokrytą wodnymi liliami. Pamiętała każde jego słowo owoczesne, cichą rozmowę o unii podlaskiej[12], o męczeństwie, katowaniach, przymusach. W duszy jego unia podlaska i cała owa kraina smutna a pełna tajemnicy miała jak gdyby kaplicę swoją. On to jeden wiedział o wszystkim, wszystko znał z aktów, z papierów urzędowych, z tajemnych raportów. On jeden stał nad drogami tego kraju jak samotny krzyż. Jej tylko jednej powierzał sekrety. I tak go oto zdradziła... Wspominała wycieczkę jedną do Drohiczyna[13], drabiniastymi wozami, w licznym towarzystwie młodzieży. Jakże było wesoło, jaka wiosna była w duszach!</akap>
<akap>Po drodze zatrzymano się obok starej unickiej kapliczki, zabitej gwoździami i skazanej na zagładę. Wspomniała sobie oczy Gajowca, oczy wzniesione na zeszłowieczny w głębi obraz. O Boże, tego człowieka odrzuciła, podeptała, zabiła na duszy!... Wspominała po raz tysięczny ów list jego okrutny, gdy się rozeszła wieść, że wychodzi za Seweryna --- list na sześciu stronicach, błagalny, żebrzący, zamazany strugami łez, obłąkany list Gajowca. Podarła go wówczas, lecz słowa tego pisma żyły w jej duszy. Czytała je w pamięci swej, jak wtedy na strychu, gdy targała włosy i omdlewała z rozpaczy. Na wspomnienie imienia tego człowieka, któremu nigdy nie uścisnęła ręki, do którego nie wyrzekła jednego czulszego wyrazu, wiosna ojczysta pachniała w jej duszy. On to był jej nauczycielem, przewodnikiem, cichym mistrzem --- ach, i wybranym ze wszystkich ludzi na ziemi! Wszystko przeszło, nastało straszne oddalenie w czasie, w przestrzeni --- narodził się Czaruś --- a przecie tamten człowiek nie umarł w duszy. Gdyby nawet nie było go już na ziemi, błogosławiła jego pamięć...</akap>
<akap>Mąż, Wojna, ŻołnierzOd męża nadchodziły listy dość często. Był na linii bojowej, gdzieś w Prusach Wschodnich, ponad Mazurskimi Jeziorami[14]. Listy jego były jednostajne, niemal urzędowe, suche i zawierające zawsze te same zwroty. Matka, Ojciec, Syn, Wyrzuty sumienia, PodstępOczywiście nie skarżyła się mężowi na syna --- przeciwnie, w sposób kłamliwy chwaliła go za cnoty, których ani cienia nie ujawniał. Ojciec dziękował w listach swych Cezaremu za tak chwalebne prowadzenie się i postępy w naukach. Matka odczytywała te ustępy zatwardziałemu recydywiście i osiągała na chwilę coś w rodzaju skruchy i żalu za grzechy. Ale niechże który z kolegów, jakiś tam Misza czy Kola, gwiźnie pod oknem, już było po skrusze i mocnym postanowieniu poprawy!</akap>
<akap>Ojciec, Syn, Śpiew, TęsknotaRaz tylko przystąpiło coś do Cezarka. Był zwyczaj, iż w miejscowej kaplicy katolickiej śpiewano w niedzielę na chórku. Cezary miał bardzo ładny głos i kilka już razy śpiewał solo przy akompaniamencie fisharmonii. Ksiądz, Gruzin, wychowany w głębi Rosji i nieprzychylnie usposobiony dla Polaków, niechętnie zgadzał się na te śpiewy, jednak tolerował je ze względu na liczną polską kolonię. Pewnego jesiennego poranka Cezary śpiewał na chórku starą, pospolitą pieśń:</akap>
<poezja_cyt>
<strofa>O Panie, co losy ludzkości/
<wers_wciety typ="5">dzierżysz w dłoni Swej,</wers_wciety>/
Stojących na progu wieczności/
<wers_wciety typ="5">do łona przytulić chciej...[15]</wers_wciety></strofa>
</poezja_cyt>
<akap>ModlitwaGdy się zaniósł od samotnego śpiewu, chwyciło go coś za serce. Niepojęta, głucha tęsknota za ojcem sięgnęła do ostatecznej głębi w jego duszy. Czuł, że lada chwila zaniesie się od płaczu. Śpiew jego stał się przejmujący i piękniejszy ponad wszelką pochwałę. Stary, sterany, zapity urzędnik, który już słabo język polski pamiętał, ledwie mógł sobie dać radę z akompaniamentem --- drżącymi palcami chwytał współtony, ażeby nic nie uronić, ażeby --- uchowaj Boże! --- nic nie zepsuć w tej pieśni, co się stała wieszczeniem ponadludzkim, zaiste modlitwą przed Panem. AniołZdawało się słuchaczom, że to anioł niebiański zstąpił z kościelnego obrazu, stanął przy klawikordzie i zaśpiewał za grzesznych ludzi pieśń błagalną.</akap>
<akap>Ten kościelny nastrój odszedł jednak równie szybko, jak przyszedł. Młodość Za murami kaplicy Czaruś był sobą, a raczej był we władzy wspólnego szału, który go wraz z kolegami opętał. WolnośćUczucie tęsknoty za ojcem, nieodparte i głębokie, napotkało na swej drodze obawę wobec możliwości powrotu rodzica. Olbrzymia bania swobody stłukłaby się natychmiast. Trzeba by znowu przyczaić się, udawać świętoszka, grzeczniusia, pracowniczka, który o niczym nie myśli, tylko o szkolnej i pozaszkolnej nauce. Ani mrumru już wtedy o własnej woli, o bujaniu samopas, dokąd oczy poniosą, i o tym nienasyconym upajaniu się wolnym powietrzem, jakie daje młodociane rozpasanie.</akap>
<akap>Częstokroć zresztą owo rozpasanie przybierało formy dziwnie pospolite. Koledzy schodzili się u jednego ze współpróżniaków i, niby to w wielkiej tajemnicy, śpiewali najbardziej znane i najbardziej oklepane pieśni rosyjskie. Po śpiewach następowały karty. Ten i ów kochał się. Cezary jeszcze się w nikim nie kochał, ale wiedział, że taka pozycja istnieje i jest w modzie.</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<akap>Ojciec, Syn, WojnaSeweryn Baryka nie pokonał Niemców nad Mazurskimi Jeziorami. Przeciwnie --- wiał na wschód z resztą armii. Długo nie było od niego wieści, a gdy wreszcie nadeszła, to już zupełnie skądinąd. Był w Karpatach[16]. Parł na Węgry. Przysyłał stamtąd wiadomości, tak samo suche i jednobrzmiące. Każdy list zaczynał się od pytań o Cezarego i kończył nieskończonymi dla niego pozdrowieniami. Ani jednego słowa, ani wzmianki o powrocie! Bitwy, oblężenia, pochody, śniegi, doliny i góry, góry, których Cezary nadaremnie szukał na mapie.</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
<akap>Bogactwo, Pieniądz, RodzinaPołożenie żony i syna było zabezpieczone. Już sama pensja oficerska, wypłacana punktualnie, wystarczyłaby najzupełniej. Nadto Seweryn Baryka przed pójściem na front wyjął z safesu[17] bankowego znaczną część swych oszczędności, zamienił na złoto i ,,na wszelki wypadek" zakopał w piwnicy wraz z biżuterią i co cenniejszymi przedmiotami ze srebra i złota. Samych pieniędzy było kilkaset tysięcy. Przy ceremonii zakopywania, dokonanej w nocy z całą ostrożnością i premedytacją, była obecna pani Barykowa i Cezary. Część kapitału pozostawiona w banku, znowu ,,na wszelki wypadek", służyła do doraźnego użytku i dowolnego rozporządzenia. Z tego matka i syn mogli czerpać, ile chcieli, na swe potrzeby, na opłatę lekcji języków, muzyki, śpiewu, tańca, konnej jazdy, łyżw, wrotek, motocyklu, roweru, łodzi motorowej, aeroplanu, samochodu oraz wszelkiej innej manii czy fanaberii jedynaka, o jakiej tylko dusza jego zamarzyć mogła.</akap>
<akap>Młodość Cezarek dbał o to, żeby ,,rachunek bieżący" nie spleśniał w banku. Próbował wszystkiego, co mu strzeliło do głowy. Matka zgadzała się na wszystko, a raczej musiała na wszystko przystawać, co podyktował. Jeździł tedy po lądzie i po morzu, a nawet latał po powietrzu. Nie można powiedzieć, żeby się wcale nie uczył albo nawet źle uczył. Lubił na przykład muzykę i grał dużo, w czasie lekcji i poza lekcjami. Czytał mnóstwo wszelakich książek. Przechodził z klasy do klasy, tak i owak łatając braki systematycznych i porządnych studiów, jak to bywało za czasów ojcowskich, kiedy trzeba było przysiadywać fałdów dzień dnia[18] i wszystko pilnie odrabiać do ostatniego <slowo_obce>udarien'ja</slowo_obce>[19].</akap>
<akap>Ojciec, Syn, Wojna, ŻołnierzPo roku, dwu, trzech latach, o ojcu dalekim --- w istocie --- jak gdyby słuch zaginął. Baryka był wciąż w armii. Czynił ofensywy i doznawał defensyw, lecz nie przyjeżdżał. Raz doniósł, że był ranny, że leżał w szpitalu, kędyś daleko, na granicy rdzennej Polski. Długo potem nie pisał. Gdy potem list nadszedł, był to skrypt nieoficjalny, datowany z innego miejsca pobytu.</akap>
<akap>W tym czasie Cezarek wyrastał na samodzielnego, a raczej samowładnego młokosa. O ojcu --- jakoś zapomniał. Myśl o ojcu --- było to widmo przestarzałych zakazów, padół jakiś ciemny, z którego zionęło uczucie dziwnie bolesne, ściskające, a nade wszystko smutne, tęskne, lecz zarazem w niepojęty sposób własne i rodzone. Cezary nie lubił myśleć o ojcu. Czasami jednak chwytało go w pół drogi, ni to w objęcia, błędne widmo --- zatrzymywały pośrodku zabawy niewidzialne ręce. Coś go czasami ciągnęło w odmęt smutku i żalu, który się nagle pod nogami otwierał. Trzeba było potem zabijać to uczucie, które nosiło wśród kolegów nazwę <wyroznienie>chandra</wyroznienie>[20], wysiłkami na łódce, na rowerze, na motocyklu albo na dzikim kozackim koniu. Matka, SynW ciągu tych długich wojennych lat matka stała się dla Cezarego czymś tak podatnym, powolnym, użytecznym, własnym, posłusznym względem każdego zachcenia i odruchu, że, zaiste, był to już jego organ, jak ręka lub noga. Nie znaczy to wcale, żeby Cezarek był złym synem, a jego matka niedołężną ciapą. Lecz tak dalece zrosły się te dwa organizmy, a jeden tak do drugiego należał, iż stanowiły jedno duchowe ciało. Z wolna i konsekwentnie Cezarek zajmował miejsce Seweryna jako źródło decyzji, rady, planu i rzutu oka na metę daleką oraz jako rozkazodawca. Nie zajmował się domem i jego sprawami, lecz od niego wszystko zależało. Wiedzieli wszyscy, iż pani Barykowa odbiera i wręcza pieniądze tudzież wykonywuje[21] polecenia, ale rządzi piękny Cezarek.</akap>
<akap>Dom, Mąż, RosjaW dostatnio urządzonym mieszkaniu wszystko zostało na miejscu, jak było w chwili odjazdu Seweryna Baryki. Ani jeden ciężki mebel nie został inaczej przestawiony w salonie --- ani jedna książka inaczej położona na biurku w gabinecie pana domu. Tak samo wszystko tkwiło na miejscu, jak gdyby tegoż dnia rano wyszedł do swego urzędu ,,na przemysłach". Oto gazeta, którą czytał w przeddzień wyjazdu --- oto drogocenny nóż do rozcinania kartek, jeszcze, zda się, ciepły od ujęcia przez jego dłoń, tkwi w środku rozłożonego tomu. Mieszkanie to, można by rzec, było obrazem potężnego państwa, w którego obrębie się przytuliło. Jak tam, tak i tu wszystko stało potężnymi pracami ustanowione i z dawna ujęte w kluby.</akap>
<akap>Żołnierz, ŻonaGospodarz nie wracał. W trzecim roku wojny nie było od niego żadnej wieści tak długo, iż żona, a nawet lekkomyślny syn popadli w rozpacz. Informacje w urzędach wojskowych były jakieś mętne i niepewne. Raz powiedziano, że major ,,Siewierian Grigoriewicz Baryka" --- zaginął. Kiedy indziej wyjaśniono, że dostał się ,,prawdopodobnie" do niemieckiej czy austriackiej niewoli. Wreszcie odpalono natarczywe pytania zimnym ciosem, z pewnym ironicznym zmrużeniem urzędniczego oka, iż przepadł w otchłaniach wojny, wieść o nim zaginęła tak dalece, iż o tym człowieku nic zgoła nie wiadomo. Rozpacz nieszczęsnej kobiety przechodziła wszelkie granice.</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
<akap>RewolucjaNie tu jednak były granice, a nawet nie tutaj jeszcze było państwo rozpaczy. Nasunęło się to państwo wielkie i dzikie, niewiarogodne i niepojęte jakoby zagon tabunów tatarskich, z przestworów Rosji i z czasu. Jednego dnia rozeszła się w mieście Baku lotem błyskawicy wieść: rewolucja[22]! Co znaczyło w praktyce owo słowo, nikt objaśnić nie umiał, a gdy było najmądrzejszego poprosić o wyjaśnienie, na pewno orzekł coś innego niż poprzedni znawca i co innego niż jego następca. Buntownik, SzkołaJeżeli kto wiedział cokolwiek realnego o istocie rewolucji, to chyba tylko sam Cezary Baryka, gdyż on to ją właśnie z miejsca wszczynał. Przede wszystkim, z dawna już słysząc, że jest gdzieś jakaś rewolucja, przestał ,,uczęszczać" do swej ósmej klasy. Wraz z nim co gorliwsi wyznawcy jego sposobu myślenia i postępowania. Nadto --- przebrał się po cywilnemu. Niezupełnie zresztą: czapka uczniowska bez palmy, marynarka cywilna. PrzemocGdy zaś dyrektor gimnazjum, spotkawszy go na mieście, w najniewinniejszej myśli zapytał, czemu to paraduje po cywilnemu, w czapce na bakier i ze szpicrutą --- <slowo_obce>trostoczkoj</slowo_obce>[23] --- w ręku, Cezarek tąż szpicrutą --- <slowo_obce>trostoczkoj</slowo_obce> --- wymierzył dyrektorowi w sensie odpowiedzi dwa z dawna zbiorowo wyśnione indywidualne ciosy: jeden w prawe ucho, a następnie drugi w lewe. Zbiegowisko uliczne nie stanęło po stronie pokrzywdzonego dyrektora, lecz właśnie po stronie napastnika Baryki. Cezary odszedł spokojnie do domu, otoczony aureolą, niosąc w ręku sławną odtąd <wyroznienie>trostoczkę</wyroznienie>. Skoro zaś dyrektor gimnazjum, zwoławszy radę pedagogiczną, wydalił Cezarego Barykę z tej szkoły, ze wszystkich innych gimnazjów bakińskich i ze wszystkich szkół w państwie, gdyż zalecił go do tak zwanego ,,wilczego biletu" --- to był to akt najzupełniej nieszkodliwy, gdyż Cezary Baryka nie kwapił się już do żadnej szkoły w tym państwie. Inne mu już wiatry świstały koło uszu.</akap>
<akap>Bunt, Uczeń, Zemsta, Rewolucja, SprawiedliwośćAni podsądny, ani członkowie karzącego ciała niewiele przywiązywali wagi do wyroku. Obity zwierzchnik zaskarżył wychowańca do sądu. Lecz nim nadszedł termin powołania napastnika przed kratki, jakieś tajemnicze siły tłukły co noc szyby w mieszkaniu dyrektora gimnazjum nie pozostawiając ani jednej --- mazały dziegciem i innymi źle woniejącymi merkaptanami[24] drzwi, schody i ściany jego willi --- wrzucały mu do gabinetu przez dziury w oknach zdechłe szczury, urządzały pode drzwiami kocie muzyki i wszelkie inne żakowskie psikusy. Policja? Policja stała się w tej dobie czynnikiem przedziwnie ospałym. Nie mogła żadną miarą pochwycić i ukarać złoczyńców. Można by powiedzieć, iż sromotnie przed nimi tchórzyła, jak zresztą wszyscy w mieście. Któż mógł wiedzieć, czy to w ten sposób nie objawia swej potęgi rewolucja, tak groźna i wszechwładna na północy państwa? Tej zaś nowej sile naczelnej policja nie chciała się narażać.</akap>
<akap>Obraz świata, RewolucjaPrzez czas dość długi w mieście Baku było głucho, martwo i nudno. Wszystko jeszcze po dawnemu ruszało się i łaziło, ale niesłychanie ospale, niemrawo, z rezerwą, a nawet jawną perfidią. Nie mogło być inaczej, skoro z dnia na dzień wszystko się odmieniało. Konflikt, WładzaDwa żywioły miasta[25] --- Tatarzy i Ormianie --- czatowali na się wzajemnie z wyszczerzonymi zębami i wyostrzonym w zanadrzu kinżałem. Władze, regulujące ten stary zatarg na rzecz panowania rosyjskiego, przywarowały, albowiem w samym źródle ich potęgi coś się urwało i wywróciło do góry nogami. Wreszcie wszystko pierzchło na wszystkie strony. Zjawił się komisarz rewolucyjny --- o dziwo! --- Polak z pochodzenia. Ten piorunem ustanowił nową władzę i zaprowadził nowe porządki. Tatarzy i Ormianie dali pokój walce, a jedni i drudzy na swój sposób wyzyskiwali sytuację. Przede wszystkim --- znikły wszelkie towary. Pozamykano sklepy. Zabrakło żywności. Banki nie wydawały złożonych kapitałów i nie wypłacały procentów. Nikt nie dostawał pensji. Rugowano z mieszkań. Zapanowała ulica, robotnicy naftowi i fabryczni, czeladź sklepowa i domowa, marynarze. Było tam jednak stosunkowo spokojnie. Miasto stało właściwie brakiem rządu, a siłę swą czerpało z walki skłóconych plemion. Ludność niezamożna upajała się mityngami[26], mowami i wywracaniem wszystkiego na nice.</akap>
<akap>Cezary Baryka był oczywiście bywalcem zgromadzeń ludowych. Na jednym z takich zbiegowisk wieszano <slowo_obce>in effigie</slowo_obce>[27] burżuazyjnych cesarzów, wielkorządców, prezydentów, generałów, wodzów --- między innymi lalkę ubraną za Józefa Piłsudskiego. Tłum klaskał radośnie, a Cezarek najgłośniej, choć nic jeszcze, co prawda, o Józefie Piłsudskim nie wiedział. Wszystko, co wykrzykiwali mówcy wiecowi, trafiało mu do przekonania, było jakby wyjęte z jego wnętrza, wyrwane z jego głowy. To była właśnie esencja rzeczy. Gdy wracał do domu, powtarzał matce wszystko od <slowo_obce>a</slowo_obce> do <slowo_obce>z</slowo_obce>[28][29], wyjaśniał arkana co zawilsze. Mówił z radością, z furią odkrywcy, który nareszcie trafił na swoją drogę.</akap>
<akap>Konflikt, Matka, Syn, RewolucjaMatka nie chodziła na mityngi. Patrzyła teraz ponuro w ziemię i nie odzywała się z niczym do nikogo. Gdy była z Cezarym sam na sam, próbowała oponować. Lecz wtedy popadał w gniew, gromił ją, iż niczego nie może zrozumieć z rzeczy tak jasnych, prostych i sprawiedliwych. Gadała zaś niestworzone klituś---bajtuś. Twierdziła, że kto by chciał tworzyć ustrój komunistyczny, to powinien by podzielić na równe działy pustą ziemię, jakiś step czy jakieś góry, i tam wspólnymi siłami orać, siać, budować --- żąć i zbierać. Zaczynać wszystko sprawiedliwie, z Boga i ze siebie. Cóż to za komunizm, gdy się wedrzeć do cudzych domów, pałaców, kościołów, które dla innych celów zostały przeznaczone i po równo podzielić się nie dadzą. Jest to --- mówiła --- pospolita grabież. Niewielka to sztuka z pałacu zrobić muzeum. Byłoby sztuką godną nowych ludzi --- wytworzyć samym przedmioty muzealne i umieścić je w gmachu zbudowanym komunistycznymi siłami w muzealnym celu. Drażniła tak syna swymi banialukami, argumentami spod ciemnej gwiazdy, a raczej z najobskurniejszej ,,siedleckiej" ulicy, aż tutaj na światło rewolucji przytaszczonymi, iż świerzbiła go ręka, żeby ją za takie anty--rewolucyjne bzdury po prostu zdzielić potężnie i raz na zawsze oduczyć reakcji. Nie szczędził jej uwag w słowie i odpowiednich epitetów. Zniecierpliwienie ponosiło go nieraz tak daleko, iż później żałował pewnych dobitnych aforyzmów. Gdy się już bardzo gniewał, zacichała, a nawet robiła miny i grymasy przytakujące albo wprost udawała rewolucyjny entuzjazm.</akap>
<akap>Przemoc, Rewolucja, ŚmierćNie na samych wiecach i zebraniach bywał młody Baryka. W tłumie, w podnieconym, wzburzonym, rozjuszonym natłoku ludzi, pędził nieraz do więzień, gdy wywłóczono z lochów różnych białogwardzistów, reakcyjnych generałów, wsławionych okrucieństwami, i gdy ich mordowano. Patrzał, jak się w tej robocie odznaczali marynarze oraz rozmaite osoby urzędowe. Czekał nieraz długo na samowolne egzekucje i przypatrywał się nieopisanym szaleństwom ludzkim, gdy zabijano powolnie, wśród błagań skazańców o rychlejszą śmierć. Gdy wracał z tych widowisk i opowiadał matce szczegółowo, co tam było i jak się odbywało, gdy miał oczy rozszerzone, nozdrza rozedrgane, gdy był zziajany, wzruszony, uśmiechnięty diabelskim półuśmiechem, ona cofała się przed nim, wlepiała weń przerażone oczy i mamrotała swe modlitwy.</akap>
<akap>WłasnośćPewnej nocy, gdy twardo spał, zeszła do piwnicy ze ślepą latarką i wykopała znaczną część skarbu złożonego przez męża. Tę większą i cenniejszą część wyniosła za miasto i ukryła w murach starych zwalisk, w pewnej wnęce, którą najprzód z premedytacją zbadała. Ta jej przezorność --- wynikająca z głuchego rozumienia prostackiego, z instynktu, jakim się w wojnach i rewolucjach rządzą i kierują ludzie przyziemni, tak zwani ciemni, chłopi, kupczyki, mali przemysłowcy, podmiejscy rzemieślnicy i drobni zarobnicy --- wnet wzięła swój skutek. Matka, SynWydany został dekret komisarski, ażeby każdy, ktokolwiek ma skarb zakopany w ziemi, wskazał go władzy pod karą główną. Cezary przyszedł do domu z wiadomością o dekrecie i oświadczeniem, iż on niezwłocznie wskaże miejsce skarbu rodzinnego w piwnicy. Nie z tchórzostwa, lecz dla idei! Dość tego życia na koszt ludu! Nie chce mieć krwi na swych rękach! Pali go złoto ojcowskie!</akap>
<akap>Matka kiwała głową. Zgadzała się, skoro tak chce on, głowa domu. Nie było już mowy ani wzmianki o ojcu. Cezarek wykonał swe postanowienie. Przyszli wnet ludzie świadomi, majsterki w przeszukiwaniu piwnic, cwaniaki w tej materii, którzy by i bez jego ,,idei" znaleźli skarb ojcowski, zwąchali i spenetrowali złotko, choćby było na sto łokci w ziemię czy w mur wpuszczone. Cezary patrzał z dumą, gdy wynoszono oszczędności Seweryna Baryki. Gdy jednak zjawił się na obiad zhasany i zgłodniały, żądał jedzenia i gniewał się, gdy było mało. A było coraz mniej i coraz jednostajniejsze: co dzień --- ryby i kawior. Ani już śladu chleba, mięsa, jarzyn, owoców! Rewolucja, Głód, JedzenieDowóz ustał i sklepy były na głucho zamknięte. Cezary nie pytał, skąd matka bierze pieniądze na ryby i kawior. Tęsknił za chlebem i owocami, ale pocieszał się pewnikiem, iż rewolucja przeżywa te braki chwilowo. Tymczasem ryby i kawior, powtarzające się trzy razy dziennie i bez odmiany, poczęły szkodzić na zdrowiu wszystkim.</akap>
<akap>Cóż dopiero mówić o matce Baryki! Nie jadła, chudła z dnia na dzień, a nie sypiała wcale. Gdy młody adept[30] rewolucji cały teraz dzień spędzał poza domem na obserwowaniu zjawisk społecznego przewrotu, a właściwie na gromadzeniu facecji, zabawnych nieskończenie, skoro jedni szli z salonów do piwnic, a inni z piwnic do salonów --- matka jego gromadziła zapasy. Wymykała się z miasta na daleką prowincję. Czyniła wyprawy w step urodzajny, biegnący ku wybrzeżom rzeki Kury[31], do zagród tatarskich i gruzińskich albo do folwarczków niemieckich. Zrazu jechała koleją, a później z jakiejś podrzędnej stacyjki puszczała się piechotą. Niosła ze sobą złote i srebrne przedmioty, złote imperiały[32] i srebrne ruble, a w zamian za nie wypraszała jakieś parę garncy ziarna pszenicy, żyta, wreszcie jęczmienia, a nawet prosa. Kilkakroć udało jej się wydębić, po prostu wyżebrać, za olbrzymią cenę nieco mąki. Niosła ją z powrotem, upadając pod ciężarem, wiorstami do stacji kolejowej, a w samym pociągu przemycała, krótko mówiąc, pod spódnicą. Chodziły bowiem wzdłuż wagonów patrole i konfiskowały tego rodzaju indywidualistyczną i burżuazyjną kontrabandę. Przytaszczywszy ziarno do miasta, Barykowa niosła je po nocy do Tatarów, z którymi miała zadawnione konszachty. Mełła ziarno, znowu za bajeczną opłatą w złocie i srebrze. Po nocy również piekła chleby i podpłomyki, najczęściej niewyrośnięte placki z jęczmienia, ażeby jej jedynak mógł zakosztować świętego, mącznego chleba. Cezary mało co wiedział o tych matczynych wycieczkach. Nie informowała go przecie, skąd i jakim sposobem posiada cenne rzeczy na wymianę za zboże i mąkę. Wiedziała, że w świętej głupocie swojej wydałby w te pędy i tamten skarb z groty. Prawiła mu tedy, iż ten Tatar albo tamten Ormiaszka daje jej po starej znajomości parę garści żytniej mąki.</akap>
<akap>Lecz siły tej kobiety malały. Nogi jej zaplatały się i gięły. W oczach latał jakby rój skrzydeł czarnych nietoperzów, a dusza pełna była mroku i strachu. Bała się teraz śmierci. Straszliwie, ach, straszliwie! Cóż się stanie z tym chłopcem nieszczęsnym! Będzie jakimś katem, zbójem, mordercą! Dusza jego runie w przepaść! Umrze tutaj z głodu wśród ludzi, którzy się tęgo naśmieją z jego chłopczyńskiej łatwowierności.</akap>
<akap>Rewolucja, DomMieszkanie Seweryna Baryki zarekwirowano. Do salonu, gabinetu, sypialni, jadalni wprowadzili się nowi ludzie. Rozsiedli się na meblach i zagarnęli wszystko, co było w mieszkaniu. SługaCezary z matką mieścił się teraz w najmniejszym pokoiku, a sypiał w niszy, gdzie dawniej było legowisko pokojówki.</akap>
<akap>Gdy zabierano gabinet ojca, Cezary przypomniał sobie zalecenie: ,,Pilnować jak oka w głowie!" --- wypisane w małej książeczce oprawionej ozdobnie, którą mu nieraz pokazywano. Chciał odszukać ową książeczkę, pokazać ją, komu należy, jako niewinną pamiątkę, i zachować ją dla ojca, gdyby przypadkiem żył i gdyby kiedyś powrócił. Przeszukał całą szafę, przerzucił wszystkie książki, lecz broszurki o wyprawie generała Dwernickiego na Ruś nie znalazł. Przyszedł tedy do wniosku, że ojciec musiał ją zabrać ze sobą.</akap>
<akap>Matka, Przemiana, Syn, Wyrzuty sumieniaPrywacje[33], na które Cezary Baryka został narażony --- wyrzeczenie się półdobrowolne i szczerze ofiarne wszystkiego: rozkosznych zabaw, sportów, mieszkania, jedzenia, ubrania, pieniędzy --- podziałało jednak na niego w pewnej mierze otrzeźwiająco. Jakoś spoważniał, zesmutniał. Począł spostrzegać rzeczy i zjawiska, które dawniej nie wpadały mu w oczy. SługaPrzede wszystkim z nagła i z dziwaczną oczywistością ujrzał --- matkę. Uderzyła go niespodziewanie jej twarz, jej małomówność, jej spoglądanie spode łba, jej sposób zachowania się, postępowania, milczenia. Przypatrzył się jej pewnego razu pilnie, spod oka --- i wzdrygnął się jak od sparzenia białym żelazem. Począł obserwować jej wybiegi, śledzić jej kroki, badać jej uczynki --- i wzdrygnął się jeszcze bardziej. Nie była przecie jeszcze stara, miała zaledwie czterdzieści lat, a wyglądała na sześćdziesiąt. Zgarbiła się, skuliła, zmalała. Była siwa, pomarszczona, żółta, odziana w dawną, wyświechtaną sukienczynę. PracaGdy biegała za jego sprawami, wynosiła jego brudy, prała jego bieliznę, obsługiwała go jak pokojówka i kucharka --- często chwytała się rękami za serce albo za głowę. Widział, jak się podpiera sękatym kijem wchodząc na schody --- maca rękami sprzęty i ściany w biały dzień, jakby nagle oślepła. Pozory, Pycha, SamolubstwoSmagający wstyd wziął go w obroty na wspomnienie usług tej steranej i bezsilnej kobiety, gdy go pielęgnowała, zdrowego byczka, który się wysypiał, obżerał, wypoczywał i trawił wobec niej, goniącej ostatkiem tchu i wyczerpanymi nerwami.</akap>
<akap>Nie mógł jednakże zmienić od razu postępowania --- niby to dlatego, że matka spostrzegłaby się od razu --- a właściwie z jakiegoś szczególnego wstydu czy z jakiejś pychy. Począł niepostrzeżenie, chyłkiem, niby to od niechcenia pomagać w pracy: nosić ciężkie rzeczy, usuwać brudy, myć podłogę i naczynia, nawet prać, prasować, rąbać drwa, dźwigać wodę i pitrasić jadło. Tłumaczył matce z dawną opryskliwością, iż nadeszły czasy inne, komunistyczne, i oto wszyscy muszą pracować. Kto nie pracuje, ten niech nie je. <slowo_obce>Grabit' nagrablennoje</slowo_obce>[34] --- o tyle tylko jest słuszne, o ile się pracuje. Precz z białymi rączkami! --- i tym podobne.</akap>
<akap>Wyśledził wreszcie sekret matczyny, najstaranniej chowany: wyprawy za miasto po zboże. Wtedy ogarnął go żal stusieczny. Cezary płakał głucho, myśląc o tym, jak biegła obcymi polami, ciągnąc i niosąc dla niego zboże, jak się od rowu do rowu słaniała na zwątlałych nogach, jak chwytała powietrze, którego płuca coraz więcej potrzebowały. Począł w nocy czatować na jej bezsenność. Wstawał, okrywał ją, małą i chudą pod kołdrą, jakby jej wcale nie było --- utulał, uspakajał, uciszał. Zdarzało się, iż zasypiała słodko uśmiechnięta, z radosnym w sercu weselem od jego łaskawych słów i nieznacznych pogłaskań.</akap>
<akap>W tym czasie oboje jakoś przytulili się do siebie moralnie i wsparli ramionami ducha. Cezary spostrzegł, iż matka, która ,,nic nie mogła skapować, najprostszych rzeczy nie rozumiała" --- nie była przecież tak ograniczona, jak mu się z pierwszego wydawało. Pewne wyniki przewidywała nieomylnie jasno, niektóre zjawiska oceniła z matematyczną dokładnością. Tu brzmią takie oto hasła, wdraża się w życie takie oto żelazne dyrektywy, takie padają wzniosłe i wspaniałe nakazy --- a ona widzi w skutku coś bezwzględnie odwrotnego, coś śmiesznie i diametralnie[35] przeciwnego. I oto, wbrew logice rzeczy, wbrew sile i kierunkowi impulsu --- według jej mrukliwej, półgębkiem wyrażonej wątpliwości sprawy poszły. Zastanawiała Cezarego ta przypadkowa zbieżność, lecz nie zdołała go zepchnąć z drogi obranej.</akap>
<akap>Rozczarowanie, RozpaczGdy od strony Astrachania przychodził statek pasażerski, o czym matka zawsze z góry wiedziała, obydwoje chodzili do portu i wyczekiwali --- nie wiedzieć na co. Właściwie nawet wiedzieli na co, lecz nigdy o tym nie mówili. Nie chcieli przyznać się przed sobą i bali się, żeby nie spłoszyć szczęścia. Czekali na ojca. Teraz już Cezary nie lękał się jego powrotu, gdy było za późno. Stracił już wszelką nadzieję, odkąd mu powiedziano w urzędzie, że ojciec zginął na wojnie. Nie wyjawiał tego matce, gdyż nie był w stanie wymierzyć jej tego ciosu w strudzone serce. Zresztą --- wątpił. Ileż to razy powracali ci, których za zabitych ogłoszono!</akap>
<akap>Stali tedy zawsze w porcie i czekali, gdy w zadymionej od mgły, szarobłękitnej otchłani morza miał się ukazać punkcik niejasny. Twarz matki kostniała wtedy, oczy mętniały, wargi stawały się drżące, dłonie mięły chustkę, mokrą od łez. Tajne, bezsłowne modlitwy przepływały poprzez jej ciało wyniszczone --- modlitwy tameczne, podlaskie, wśród religijnych prześladowań wyhodowane, a na tak daleki brzeg wyniesione i na tak odmienne koleje wydarzeń... Zżymała się wewnętrznie, wiła się w udręczeniu powątpiewania i w żywej torturze nadziei, upadała pod krzyżem swym, leżąc u drzwi Boga w błaganiu, ażeby na tym statku, co za Apszerońskim Półwyspem w mrocznej rósł dalekości --- był Seweryn. Z morza i z tego lądu ruskiego, stokroć obszerniejszego niż morze, z dziejów straszliwych wojny i rewolucji, z pożarów i szaleństwa gromad ludzkich --- mógłże nadpłynąć człowiek wyśniony, on jeden jedyny, który ją na ten brzeg wywiódł i samą rzucił? Patrzyła poprzez zasłony łez w statek ów, jakoby w widzenie anioła bożego, który między lądem i morzem przebiega niosąc szczęście albo nieszczęście. Serce łomotało w jej piersi jak dzwon w wieży pustej, gdy statek nadpływał, wchodził do przystani, przybijał... Rzucała się oczyma na każdą twarz i na każdą postać, gdy publiczność zaczęła wychodzić. Mierzyła wzrokiem każdego człowieka i każdego odtrącała --- ze spłoszonym i zalękłym swoim przekleństwem.</akap>
<akap_dialog>--- Nie ma! --- gdy wychodzili tłumem.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie ma! --- gdy się cisnęli na mostku.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie ma! --- gdy się rozsypywali na kamiennym wybrzeżu.</akap_dialog>
<akap>A gdy wyszedł nareszcie ostatni z ostatnich i sami jeno marynarze zostawali na pokładzie, musiała sama siebie przemocą chwytać za ramiona, ażeby nie runąć na głazy portu, nie wyć i nie rwać włosów. Lecz przecie dorosły syn stał przy niej. On także patrzał w przybyszów. On także przewiercał tłuszczę oczyma i zatapiał wzrok w ciżbę na mostku, skoro tylko wywalać się zaczęła z wnętrza okrętu. I on czekał. Rewolucja, Władza, Pan, Mieszczanin, Urzędnik Nieraz okropne moskiewskie wyzwisko z warg jego zlatywało. Zaczynał drwić z tych przybyszów. Wskazywał ich matce z nienawiścią, z tą nową, nowomodną nienawiścią, jakiej nigdy przedtem w jego sercu nie było. Mówił, że to jest kał Rosji. Mówił, że czeluść otwarta tego statku to jest jak gdyby otwór kiszki odchodowej wielkiego carstwa. Uciekinierzy! Uchodźcy! Burżuje! Dają oto drapaka z ojczyzny. Zmiatają --- urzędnicy, dygnitarze, panowie, wielcy magnaci i podmagnatki, kupcy, przemysłowcy, chłopi, popi i oficerowie. Władcy niedawni, <slowo_obce>czinodrały</slowo_obce>[36], stupajki[37], wszelkie ciemne indywidua w najdziwaczniejszych ubraniach i resztkach mundurów. Ten i ów ma jeszcze gwiazdę, ,,kokardę"[38] na czapie. Panowie w <wyroznienie>armiakach</wyroznienie>[39], magnaci w chłopskich <wyroznienie>rubaszkach</wyroznienie>[40], a mamroczą z cicha pomiędzy sobą po francusku. Worki niosą na plecach, toboły plączą się dookoła ich nóg, ręce nie mogą udźwignąć gratów i sprzętów. Dają nura z ojczyzny swej do Azji Mniejszej, do Konstantynopola i ,,w ogóle", byleby tylko w świat daleki. Gotowi byli podbijać, przywłaszczać sobie, pochłonąć świat cały, a teraz świat ich pochłonie. Wychodzą na podbój świata w panice, w trwodze, w bojaźni wielkiej, która ich batem wypędza z dziedzin ich władzy. Przefasowała ich i przemacerowała doskonale rewolucja w zębach i trybach swych katowni--czrezwyczajek[41]. Wieją teraz, gdzie pieprz rośnie. Wolą być w łachmanach i iść o kiju, byleby dalej a dalej, od tych miejsc nieogarnionych, nad którymi rozpościerało się prawo ich paragrafu i ich kozackiego batoga.</akap>
<akap>Bezdomność, Bieda, Bogactwo, Emigrant, Pozycja społecznaPewnego dnia, gdy tak oboje czekali jak zwykle i gdy już cały statek opustoszał aż do ostatniego człowieka --- a czekali po swojemu, na próżno --- zauważyli pewną grupę nędzarek, które wyszedłszy ze statku usiadły w kuczki tuż na kamieniach, zebrawszy koło siebie węzełki i tobołki. Była to rodzina złożona z czterech dziewcząt i matki, kobiety starszej. Dziewczęta były suche, wyniszczone, obdarte tak dalece, że obuwie ich składało się z deszczułek poprzywiązywanych do stóp sznurkami, łachmany zwisały z nich w strzępach, a przez dziury widać było nagie ciało. Osoby te nie były jednak nędzarkami z urodzenia. Twarze ich były regularne i subtelne, a twarz matki zdradzała, pomimo łachmanów odzienia, jakąś wytworność i delikatność. Samo cierpienie było w tej twarzy odmienne, jak gdyby dobrze wychowane i arystokratyczne. Matka Cezarego, przez wrodzone jej usposobienie litościwości, podsunęła się do tych kobiet i zaczęła z nimi rozmawiać. Cezary, który takich tkliwizn nie znosił, ruszył w swoją stronę. Wtedy jego matka śmiało już zawiązała znajomość z przybyłymi. Okazało się, że jest to księżna i księżniczki Szczerbatow--Mamajew, uciekające z kraju. Majątki ich, obejmujące wielkie obszary ziemi, lasy, fabryki, pałace, wille --- zostały skonfiskowane, a one same, przewleczone przez najrozmaitsze kryminały, zjedzone przez choroby, krosty, brud, wszy i nędzę ostateczną, wyrwały się wreszcie i uciekają, dokąd oczy poniosą.</akap>
<akap>Pani Barykowa, tknięta współczuciem, zaprosiła je do swego pokoju i położyła spać, jak mogła i zdołała w niewielkim lokalu. Gdy młode usnęły na wspólnym legowisku, rozpostartym na ziemi, w poprzek izby, księżna Szczerbatow--Mamajew w kuchni zwierzyła się w cztery oczy gościnnej i litościwej Polce. Oto na obudwu[42] wychudłych łydkach, od kolana do stopy, miała pozapinane bransolety bezcennej wartości, nie tylko co do waloru drogich kamieni, lecz i co do ich wagi historycznej, pamiątkowej. Te złote kajdany nękały ją straszliwie, gdyż, na pół pootwierane, wgryzły się w ciało swymi paszczami i powyżerały krwawe wklęśnięcia. Obiedwie[43] odjęły z bolesnych nóg księżnej owe bransolety, których w pociągach--<wyroznienie>tiepłuszkach</wyroznienie>[44], a potem na statku nie zdejmowała od tygodni w obawie rewizji i konfiskaty. Ułożyły je na piecu i księżna od tylu czasów pierwszy raz zasnęła.</akap>
<akap>Nieszczęście chciało, że tejże nocy zwaliła się do mieszkania rewizja. Precjoza znaleziono i zabrano, a karę za ukrywanie złota i drogich kamieni w takiej ilości poniósł Cezary i jego matka. Obydwoje dostali się na czarną listę. Tylko dobra opinia, jaką u władz bolszewickich cieszył się ,,towarzysz Baryka", wpłynęła na zmniejszenie kary. Emigrantki, które, oczywista, śledzono, dostały się znowu do srogiej turmy[45].</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
<akap>PrzemocGościna udzielona księżnej Szczerbatow--Mamajew nie wyszła matce Cezarego na zdrowie. Od tej chwili była, widać, ściśle tropiona, gdyż przytrzymano ją właśnie, gdy zamierzała wydobyć coś ze skarbu ukrytego w górze za miastem --- w celu wyprawienia się znowu na wieś po zboże. Bita potężnie ,,po mordzie", przyznała się do posiadania skarbu i pokazała kryjówkę, gdzie się mieścił. To jej jednak nie uratowało. Kara, Śmierć, PogrzebSkierowano ją do robót publicznych w porcie. Niedługo tam jednak pracowała. Roboty owe były doskonałą kuracją prowadzącą z tego świata na tamten. Cezary wyjednał to swymi prośbami, iż na jakiś czas umieszczono mu matkę w szpitalu powszechnym. Lecz gdy odpoczęła, trzeba było znowu iść do ciężkich robót. Słaby i zniszczony organizm nie wytrzymał: pchnięta przez dozorcę, padła na drodze i skończyła życie. Miano zwłoki chować we wspólnym rowie kontrrewolucjonistów, lecz i tu syn wyżebrał ustępstwo. Pochowano ,,burżujkę" oddzielnie, na katolickim cmentarzu. Ksiądz Gruzin odprawił nad nią przepisane modły, wypowiedział stare łacińskie wyrazy, do których była przytroczona jej dziecięca wiara, radość młodości i wielkie smutki życia.</akap>
<akap>KradzieżNim jednak spuszczono prostą trumnę w głąb dołu, Cezary zapragnął raz jeszcze spojrzeć na matkę. Oderwał deskę nakrywającą świerkowe pudło i po raz ostatni przypatrzył się obliczu zgasłej. Splatając jej zesztywniałe palce do snu wiecznego, zobaczył również, że złota obrączka, którą przez tyle lat przywykł całować i wyczuwać, iż była niejako częścią ręki, czymś niby kość czy <slowo_obce>sustaw</slowo_obce>[46], wrośnięta w skórę chudej ręki --- że ta złota obrączka zdarta została z palca wraz z nieżywą skórą, gdyż, widać, nie chciała poddać się rozłączeniu dobrowolnemu. Sczerniała, zapiekła rana widniała na tym miejscu, gdzie niegdyś była obrączka. Cezary zapamiętał sobie ten widok. Nikt nie umiał mu powiedzieć, kto zabrał ślubny pierścień matki. Na zapytanie, czy tu nastąpiła konfiskata, wzruszano urzędowymi ramionami, odpowiadano skrzywieniem ust w uśmiech pobłażliwy, ironiczny--nieironiczny, wyrozumiały. Teraz dopiero czuciem dotarł do wiadomości, dla kogo to w dzieciństwie i zaraniu wczesnych młodzieńczych lat przechowywał kinżał w skalnej kaukaskiej pieczarze.</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
Przypisy
- <slowo_obce>eskapada</slowo_obce> --- wybryk, swawola, awanturnicza wyprawa.
- <slowo_obce>wagusach</slowo_obce> --- wagarach.
- <slowo_obce>drałować</slowo_obce> --- uciekać.
- <slowo_obce>gwebryjskie świątynie</slowo_obce> --- gwebrowie (z pers. <slowo_obce>ghebr'</slowo_obce>: niewierny); nazwa nadawana przez mahometan wyznawcom Zoroastra.
- <slowo_obce>arkan</slowo_obce> (tatarskie: <slowo_obce>argan</slowo_obce>) --- sznur (używany do ujarzmiania dzikich koni).
- <slowo_obce>czarne miasto</slowo_obce> --- przemysłowa część Baku.
- <slowo_obce>kiczki</slowo_obce> --- rodzaj gry (podbijanie jednej pałeczki drugą).
- <slowo_obce>fortalicja</slowo_obce> --- ogólna nazwa budowli pełniącej funkcje i posiadającej cechy obronne.
- <slowo_obce>wierszy Puszkina i innych pornografów</slowo_obce> --- niefortunny ten zwrot wywołał protest M. Arcybaszewa, konserwatywnego pisarza rosyjskiego, który przebywał wówczas na emigracji w Polsce. Odpowiadając mu, Żeromski pisał: ,,...dla mego bohatera, w tym specjalnie okresie jego życia --- Puszkin był autorem przede wszystkim rzeczy kpiarskich i ,,nieprzyzwoitych", które Baryka wraz z kolegami w skałach i dziurach przechowywał, nie dla ich piękności poetyckich, lecz dla ich walorów pornograficznych. Jako autora tych właśnie wierszy bohater mój cenił wysoko Puszkina oraz innych bardzo nędznych pornografów, autorów scen czy wierszy. Lecz to nie dla mnie, lecz dla mego bohatera, i to w tym tylko okresie jego życia, Puszkin był ,,pornografem". (<tytul_dziela>W odpowiedzi Arcybaszewowi i innym</tytul_dziela>, ,,Echo Warszawskie" 1925, nr 52. <tytul_dziela>Jeszcze o swawolnych wierszach Puszkina</tytul_dziela>, tamże, nr 63).
- <slowo_obce>kinżał</slowo_obce>, <slowo_obce>kindżał</slowo_obce> --- używany w Gruzji i na Kaukazie nóż prosty, obosieczny, bez jelca (tj. części osłaniającej dłoń i oddzielającej głownię od rękojeści), często o ozdobnej pochwie i uchwycie; kindżałem bywa mylnie nazywany zakrzywiony nóż o podobnej budowie rękojeści, który poprawnie należałoby określać mianem: bebut.
- <slowo_obce>Pałata</slowo_obce> (ros.) --- dosłownie: izba; nazwa niektórych instytucji państwowych w Rosji carskiej; tu: gubernialna izba sądowa.
- <slowo_obce>unia podlaska</slowo_obce> --- mowa o oporze ludności grecko--katolickiego (unickiego) wyznania na Podlasiu przeciw prawosławiu, narzucanemu jej przemocą przez rząd carski od roku 1875. Prześladowania unitów trwały aż do ukazu tolerancyjnego w roku 1905.
- Drohiczyn --- miasteczko nad Bugiem w powiecie Biała Podlaska.
- Mazurskie Jeziora --- w bitwie nad Jeziorami Mazurskimi (5--8 IX 1914) wojska carskie, wskutek nieudolności dowództwa, poniosły ciężką klęskę; po raz drugi zostały tu pobite w lutym 1915 r.
- <tytul_dziela>O Panie, co losy ludzkości!</tytul_dziela> --- pieśń kościelna St. Moniuszki do słów M. Radziszewskiego.
- <slowo_obce>Był w Karpatach</slowo_obce> --- ofensywa rosyjska przez Karpaty na Węgry przypadła na zimę 1915 r.
- <slowo_obce>safes</slowo_obce> (ang. <slowo_obce>safe</slowo_obce>) --- opancerzona skrytka na pieniądze i przedmioty wartościowe; dziś: sejf.
- <slowo_obce>dzień dnia</slowo_obce> --- dziś popr.: ,,co dnia", ,,co dzień" lub ,,dzień w dzień".
- <slowo_obce>udarien'je</slowo_obce> (ros.) --- akcent; ze względu na swą ruchomość sprawia sporo trudności uczącym się języka rosyjskiego.
- <slowo_obce>chandra</slowo_obce> (ros.) --- melancholia, przygnębienie.
- <slowo_obce>wykonywuje</slowo_obce> --- dziś popr.: wykonuje.
- <slowo_obce>rewolucja</slowo_obce> --- od lutego 1917 r. do władzy w Baku pretendowała, obok Komitetu Wykonawczego, Rada Delegatów Robotniczych. 31 X 1917 na fali wrzenia rewolucyjnego w całej Rosji rządy przejęli bolszewicy (Baku stanowiło tu wyjątek na całym Zakaukaziu; na pozostałym obszarze kraju tzw. Komitet Zakaukaski realizował dążenia separatystyczne w stosunku do zrewolucjonizowanej Rosji). Do tego właśnie momentu historycznego nawiązuje tu Żeromski.
- <slowo_obce>trostoczka</slowo_obce> (ros.) --- laseczka.
- <slowo_obce>merkaptany</slowo_obce> --- związki organiczne odpowiadające co do budowy alkoholom; różnią się od nich tym, że zamiast tlenu zawierają siarkę. Są to bezbarwne ciecze o nadzwyczaj nieprzyjemnej woni.
- <slowo_obce>Dwa żywioły miasta</slowo_obce> --- w okresie przedrewolucyjnym istniała silna nienawiść między poszczególnymi narodami Zakaukazia, świadomie podsycana przez rząd carski w celu osłabienia ruchu rewolucyjnego i narodowo--wyzwoleńczego. W Rosji carskiej nazywano ludność azerbejdżańską Tatarami zakaukaskimi; Żeromski stale używa tej nazwy.
- <slowo_obce>mityng</slowo_obce> (z ang.) --- wiec.
- <slowo_obce>in effigie</slowo_obce> (łac.) --- pod postacią obrazu (dawny zwyczaj wykonywania symbolicznego wyroku śmierci na podobiźnie zmarłych lub zbiegłych przestępców).
- slowo_obce nie ma w dwóch ostatnich przypadkach znaczenia semantycznego, chodzi jedynie o zastosowanie kursywy
- to może jednak zastosować tag "wyróżnienie"
- <slowo_obce>adept</slowo_obce> --- uczeń, zwolennik.
- Kura --- główna rzeka na Zakaukaziu, wpada do Morza Kaspijskiego, na południe od Baku.
- <slowo_obce>imperiał</slowo_obce> --- w carskiej Rosji złota moneta wartości 15 rb.
- <slowo_obce>Prywacje</slowo_obce> --- wyrzeczenia.
- <slowo_obce>Grabit' nagrablennoje</slowo_obce> (ros.) --- grabić to, co zostało zagrabione (hasło anarchistów).
- <slowo_obce>diametralnie</slowo_obce> --- biegunowo, skrajnie.
- <slowo_obce>czinodrał</slowo_obce> (ros.) --- urzędnik (pogardliwie).
- <slowo_obce>stupajka</slowo_obce> --- brutalny a tępy niższy urzędnik lub wojskowy (wyraz nie znany słownikom rosyjskim, utworzony od ros. <slowo_obce>stupaj</slowo_obce> --- odejdź).
- <slowo_obce>kokarda</slowo_obce> (ros.) --- znaczek blaszany na czapce wojskowej.
- <slowo_obce>armiak</slowo_obce> (ros.) --- wierzchnia odzież chłopska z grubego sukna, rodzaj kaftana.
- <slowo_obce>rubaszka</slowo_obce>, <slowo_obce>rubacha</slowo_obce> (ros.) --- koszula (noszona przez chłopów rosyjskich jako odzież wierzchnia).
- <slowo_obce>czrezwyczajka</slowo_obce> (<slowo_obce>Cze--ka</slowo_obce>) --- skrót nazwy <slowo_obce>Wsierossijskaia czrezwyczajnaja komissja po borbie s kontrrewolucjej i sabotażom</slowo_obce>, czyli: Wszechrosyjska Komisja Nadzwyczajna do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem. W latach 1917--1922 centralny organ bezpieczeństwa państwowego republiki radzieckiej. Na czele WCzK stał Feliks Dzierżyński.
- <slowo_obce>obudwu</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwu.
- <slowo_obce>Obiedwie</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwie.
- <slowo_obce>tiepłuszka</slowo_obce> (ros.) --- ogrzewany wagon towarowy przystosowany do przewożenia ludzi.
- <slowo_obce>turma</slowo_obce> (ros.) --- więzienie.
- <slowo_obce>sustaw</slowo_obce> (ros.) --- staw.

