Skopiowano ze stron roboczych projektu Wolne Podręczniki
<akap>Do objęcia przez Cezarego Barykę posady pisarza prowentowego w ekonomii[1] noszącej w państwie nawłockim zawołanie: Chłodek --- nie doszło. Nawet nie z racji jakiejś modnej ,,redukcji", lecz z winy samego petenta. Cofnął swą kandydaturę. Kiedy po raz pierwszy zgłosił się z tym projektem do Hipolita Wielosławskiego, tamten na pewien czas zaniemówił, a nawet niepowabnie osłupiał. Po pewnym dopiero czasie począł zadawać pytania:</akap>
<akap_dialog>Chłop, Polak, Pozycja społeczna, Przebranie, Rosjanin, Szlachcic--- Pisarza? Prowentowego? Pisarza? Na Chłodku! Ty! Student uniwersytetu? Medyk? Po co? Na co? <slowo_obce>Cui bono?</slowo_obce>[2]</akap_dialog>
<akap>Cezary tłumaczył, iż przyjechał do domu przyjaciela na parę dni, a tak mu się tutaj podoba, że rad by pobyć przez czas pewien. Nie może przecie być rezydentem[3], ,,panną respektową"[4], trzymać się pańskiej klamki baraszkując i próżnując. Nęci go --- mówił --- życie ludzkie, życie proste. Chciałby je poznać w sposób bezpośredni, istotny, nie z drugiej ręki, nie ze stopnia karety ani ze strzemienia magnackich rumaków. Chciałby mówić z tutejszymi ludźmi z ust do ust. Ale nie tylko mówić. Chciałby pracować ramię w ramię, skoro tu jest, gdyż nie można mówić ze spracowanym, nie pracując z nim ramię w ramię.</akap>
<akap>Hipolit rozumiał ostatnie racje i przyznawał im najzupełniejszą słuszność. Ale nie rozumiał tego pomysłu mieszkania na Chłodku. Było to śmieszne, jakieś rosyjskie, do niczego niepodobne. U nas --- tłumaczył --- tak nie można, bo to nasi ludzie zaraz wyśmieją. W tym jest jakaś tołstojowska czy jakaś tam poza, metoda, blaga --- bo w tołstojowskich wyrzeczeniach się było bardzo wiele blagi. U nas możesz robić wszystko, co ci się żywnie podoba, ale pod jednym warunkiem: nie możesz się ośmieszać. Gdybyś ty coś takiego zrobił, ja bym stał się śmieszny w mojej parafii... Powiedz no, Czaruś: --- pisarz prowentowy na Chłodku jest moim serdecznym przyjacielem... Do diabła! to pachnie kabaretem... W tym jest nieprawda. My, Polacy, jesteśmy rasą starą, która nie znosi już rosyjskich próbek, ich nieprawdy, ich odkryć i blagi. Tołstojów --- tylko w duchu i w prawdzie --- wydaliśmy w szesnastym wieku[5]. Przyznaj że, braciszku, że nie byłbyś prawdziwym pisarzem prowentowym, który na swój skromny kawałeczek chleba uczciwie i z trudem zarabia, tylko paniczem z miasta, który się zabawia, bałamuci się komunistycznie, przebiera się za pisarza folwarcznego, a w niedzielę bawi się znowu za pan brat z dziećmi dziedziczki, przebiera się za panicza... Nadto --- zajmowałbyś miejsce rzeczywistemu pisarzowi, który go może w tej chwili łaknie i pragnie, nie mając z czego żyć. W tym jest śmieszność, Czaruś...</akap>
<akap>Cezary musiał przyznać, że jest sens w tych wywodach. Uległ temu sensowi, temu, trzeba to nazwać po imieniu, snobizmowi parafialnemu, i już swej kandydatury nie wysuwał. Zresztą nie miał ani chwili wolnej, którą mógłby poświęcić na swą prowentową fanaberię. Obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal przez dzień cały. Jedzenie, SługaWstawano dosyć późno. A ledwie spożyto śniadanie i dano folgę dyskusji, która się wyłoniła z przygodnego tematu, jużci Maciejunio wchodzi cichcem ze swymi sprawami i stół, dopiero co sprzątnięty, zaściela czystym obrusem. Znaczyło to, że społeczność nawłocka zmierza ku obiadowi. Jakaś wycieczka konna albo na wózku, jakaś króciutka eskapada --- powrót --- i jużci gromią z racji spóźnienia się na obiad. --- Obiad. --- Czarna kawa z odrobinką pomarańczową tego wyspiarskiego <slowo_obce>Curaçao</slowo_obce>[6], papierosy... --- Sprzątają. --- Towarzystwo zaczyna rozdzielać się, zmniejszać i zdążać w kierunku poobiednich drzemek, aliści Maciejunio chrząka i poleca chłopcu nakryć stół. Kawuńcia biała, herbata --- słowem <slowo_obce>five o'clock tea</slowo_obce>[7] z tymi chlebkami, żytnim i pszennym, z owym masełkiem nieopisanym a świeżym, z tymi ciasteczkami suchymi, których sława szeroko rozeszła się była poza granice państwa nawłockiego, a stanowiła niewątpliwą <slowo_obce>spécialité de la maison</slowo_obce>[8]. Po kawie jakaś przejażdżka, wypad do sąsiedniego miasteczka Ostropustu albo trochę muzyki w salonie, odkąd zjawiła się panna Wandzia Okszyńska, nieco tańca, skoro ktoś z sąsiedztwa nagodził się na odwieczerz. I oto Maciejunio znów się krząta i pobrzękuje. Ma się ku kolacji. Maciejunio mruga i szepce ciekawym, wtajemnicza najcichszym szeptem księdza Anastazego: --- baraninka --- albo --- kurczątka --- rożen. Po kolacji jakaś partia szachów z księdzem Anastazym, jakaś partyjka winta (dwie ciocie, mama, ksiądz --- albo --- mama, ksiądz, Hipolit, Cezary) --- godzina jedenasta, pół do dwunastej... Smutno byłoby iść spać bez jakiegoś wzmocnienia, bez leciutkiego, przedsennego posiłku. Maciejunio, drepcząc pośpiesznie, przynosi domowe serki owcze, obce, ostre, zielone --- jabłka nieopisanej dobroci, jesienne delicje --- jakieś tam malusieńkie kieliszeczki, z czymś tam ciemnowiśniowym... Słowem, krótki i skromny ,,podkurek"[9] przed śródnocnym pianiem koguta.</akap>
<akap>Po takim spędzeniu dnia tudzież wieczora niejednokrotnie poranek jesienny dawno minął, a w dolnych apartamentach ,,ariańskiego" gmachu panowała jeszcze głucha martwota. KsiądzDrzwi wejściowe od strony ogrodu były zamknięte, okiennice pozawierane, a z wewnątrz dochodziło do ogrodu echo chrapania żołniersko--księżego. Ksiądz Anastazy prym trzymał w tej biernej sprawie. Dawno czekał przed domem starowina z kościoła w Nawłoci Dolnej, ażeby ,,dobrodzieja" przeprowadzić ścieżkami polnymi na ranną mszę, dawno czekał Jędrek z osiodłanym Urysiem, dawno się zamartwiał Maciejunio, iż przednie garnuszki stygną, a kożuszki na śmietance zanadto się przypiekają. Chrapanie pod przewodem kapłańskim wznosiło się pod wysokie sufity i wstrząsało starymi ścianami.</akap>
<akap>W takich wypadkach panna Karolina ważyła się na rzeczy ostateczne. Zbierała w ogrodzie Religiakamienie, głazy narzutowe, baranie łby i kopulaste czuby z epoki oligocenu, miocenu i pliocenu[10], znosiła te formacje w pobliże siedliska znacznie późniejszego, a przecie bardziej od tamtych doszczętnie wygasłego arianizmu, i waliła tymi pradawnymi trzeciorzędami w zamknięte na klucz dźwirza[11]. Każde uderzenie wielofuntowego minerału olbrzymim echem rozbijało się o ściany i sufit wielkiej i wysokiej sieni. Uśpionym rycerzom zdawało się, że to właśnie zaczęto silne przygotowanie artyleryjskie, uskuteczniane ogniem bębniącym jakiejś całej działobitni[12], i że wnet nastąpi czołowe uderzenie nieprzyjaciela. KsiądzKsiądz Anastazy zrywał się i padał znowu, ażeby jeszcze dwa, trzy razy wydać chrapnięcie zaiste nie tylko nie chrześcijańskie, nie świeckie, ale zgoła jakoweś belzebubie. Skoro jednak szturm kamienny nie ustawał, a złośliwa dziewica miotała w zamczyste drzwi coraz nowe pociski, budzili się wszyscy trzej i z rozkoszą oglądali nad sobą białe sufity, które ani myślały walić się na ich rozespane głowy. Kędyś w pobliżu szpary okiennej bzyka smutno ostatnia, złośliwa, jesienna mucha, którą ciepło wewnętrzne utrzymało przy życiu. Żołnierze nabierali przekonania, że to nie jest rów strzelecki, nie wojna, lecz pokój, i to pokój upragniony, dobrotliwy, z wysokim, bielonym sufitem...</akap>
<akap_dialog>--- Ejże --- zaraz będzie śniadanie! A jaka też to pogoda? Czy pada? Czymże by to wypaść po śniadaniu: konno czy dwukołówką?... KsiądzKsiądz Anastazy bił się w piersi i w języku łacińskim wypraszał dla siebie przebaczenie za tak fatalne, haniebne zaniedbanie się w służbie bożej. Mył się jedną ręką, czesał drugą, w lot nakładał na opak swe długopołe efekty, byleby jak najprędzej wymknąć się z domu i rwać na przełaj polami ku nawłockiemu kościołowi nie czekając nawet na staruszka kościelnego.</akap_dialog>
<akap>Chłop, Praca, Szlachcic, WieśCezary Baryka między jednym a drugim jedzeniem dawał nieraz upust swej manii tak zwanego poznawania życia w jego prawdzie i istocie. Wymykał się do stodół i uczestniczył w wielkiej akcji omłotu zboża przy młocarniach kieratowych --- siedział w spichlerzu albo w stajniach i oborach --- przy zasypywaniu kopców kartoflanych tudzież przy szatkowaniu kapusty. Wielkie stodoły były w tym czasie na przestrzał otwarte. Turkotały maszyny poruszane przez konie w kieracie --- wiatr dął w zgoniny i plewy, niecąc wieczystą kurzawę. Niezmierne masy słomy po omłocie przewalały się w przestrzeń. Krzyczeli poganiacze koni i głośno gadali pracownicy usiłując przegadać huk maszyny. Wszystkie jednak huki, zgrzyty i krzyki zwyciężała wiecznie wesoła piosenka dziewcząt odgarniających słomę.</akap>
<akap>JabłkoBył to zresztą czas, kiedy całe dystyngowane towarzystwo z ,,pałacu" wraz z pełnymi taktu ciotkami i samą panią Wielosławską wdrapywało się na strych dworu w celu segregowania jabłek. Na tym strychu były specjalne przegrody, rodzaj sąsieków, z dawna wylepionych gliną i zasypanych sieczką. Znoszono tam masy jabłek, gdy dojrzały w rozległych ogrodach leżących po obudwu[13] stronach drogi wjazdowej. Były to jabłka rozmaitych gatunków, ale sam owoc najprzedniejszy doskonałości niegdyś szczepionych. Na tym strychu rozległym i dosyć wysokim, suchym i przewiewnym było ciepło rozkoszne i prawdziwie anielski zapach dojrzałych jabłek. Towarzystwo zabierało się niby to do segregowania owocu, umieszczania co najprzedniejszych okazów we właściwych przegrodach, lecz w gruncie rzeczy towarzystwo zajmowało się zjadaniem co najprzedniejszych okazów w ilości zaprawdę nadmiernej. Ksiądz, Hipolit, Cezary, wujcio, nawet wiotkie i wywiędłe ciocie, nawet sama pani Wielosławska, słowem wszyscy, prowadzili na tej górce jakby pewnego rodzaju kurację jabłeczną. Nadto, usadowieni na tej górce, tracili niejako swą skorupę, w której uroczyście poruszali się i chadzali w pokoju bawialnym i stołowym. Tam, w górnej strefie --- bili się jabłkami, gonili się i dokazywali jak dzieci, a raczej jak stado szczurów na poddaszu.</akap>
<akap>W tych to zabawach strychowych, gonitwach i skokach poprzez pełne sąsieki i góry jabłek zdarzało się Cezaremu dopadać panny Karoliny, chwytać ją i trzymać w objęciach. Raz nawet zdarzyło mu się trzymać ją znacznie dłużej, niż nakazywały okoliczności i prawo zwycięstwa --- tudzież zdarzyło mu się dotknąć w przelocie ustami jej policzka, różowego i świeżego jak jabłko najkraśniejsze i najwonniejsze. Po tym ostatnim wypadku nastały kwasy, dąsy, parogodzinne: ,,stanowczo nie rozmawiam z panem" --- lecz nadeszło również i ułaskawienie z zastrzeżeniem najmocniejszego usiłowania poprawy.</akap>
<akap>Wszystkie te zatrudnienia i, jeżeli je tak nazywać można, zajęcia czasu, które Cezarego zaskoczyły w Nawłoci, były niczym w porównaniu z pracą, jaką mu narzuciła pani Kościeniecka. Jak już wiadomo, wdowa--narzeczona z Leńca organizowała wielki piknik dla zebrania funduszu na rzecz kupna protez dla ,,kadłubków" bez rąk i nóg, ofiar wojny. Piknik miał się odbyć w salonach najobszerniejszego w okolicy pałacu, w Odolanach, należących do starszego pana Storzana, który sam powalony przez paraliż, chciał choć w ten sposób przysłużyć się ,,braciom kadłubkom". Oddawał do dyspozycji swe apartamenty, ze storami wiecznie zapuszczonymi i molami latającymi wewnątrz samowładnie. Ponieważ bezwładny pan Storzan, stary kawaler, żyjący na łasce pielęgniarek i służby, niczym, rzecz prosta, zająć się nie mógł, więc pani Kościeniecka gospodarowała w odolańskich salonach jak szara gąska, przygotowując wszystko do niebywałej zabawy. Poruszyła całą okolicę, zmobilizowała wszystko, co żyło, miało nogi i fraki, władała młodzieżą jak dyktator, łaskawy dla posłusznych a nieubłagany dla opieszałych. Ponieważ miał to być piknik, zabawa składkowa, ponieważ miało być na niej mnóstwo osób, należało przygotować zapasy wszelkiego rodzaju. Toteż pani Kościeniecka objeżdżała pałace, dwory i dworki, wyciągając co najgodniejsze wędliny i ogołacając piwnice. Pieczono, smażono, gotowano w całym powiecie pod komendą ślicznej wdowy z Leńca.</akap>
<akap>Oczywista, że gospodyni generalna musiała mieć pomocników. Głównym podręcznym był narzeczony, pan Barwicki. Lecz były również pomagiery drugorzędne, między innymi Hipolit Wielosławski i Cezary Baryka. Ostatni wpadł w pazurki wdowy--narzeczonej i musiał tańczyć, jak mu zagrała. StrójLecz ten kandydat na tancerza miał pewien defekt organiczny, nie do przebaczenia w tych okolicznościach: nie posiadał fraka. Wielosławski wiedział o tym braku, toteż pewnego pięknego popołudnia, po silnym przygotowaniu artyleryjskim uścisków i bębniącym ogniu najcelniejszych i najcięższych argumentów, Hipolit Wielosławski wykonał atak generalny: prosił przyjaciela niemal na klęczkach o przyjęcie od niego nowego fraka z przyległościami, jako symbolu, pamiątki i znaku braterstwa. Powołał się na wspólne łoże w rowach, wspólne wszy jako też i pluskwy, na wspólny chleb ze wspólną słoniną --- powołał się na las Rogacz pod Patkowem Pruskim[14] --- nawet płakał rzewnymi łzami ten wysoki chłop i możny szlachcic. Cezary bolał dość długo nad swym ostatecznym upadkiem moralnym, aż wreszcie machnął na siebie ręką --- przystał. Pojechali obadwaj w skok do Częstochowy, obstalowali frak u tamtejszego mistrza Poola[15], który ubierał Hipolita --- i gotowy frak z kamizelką najostatniejszej mody tudzież najmodniejszymi <wyroznienie>etcaeterami</wyroznienie>[16] nadesłany został do Nawłoci przez ,,umyślnego" w słoneczny jesienny poranek.</akap>
<akap>Cezarego nie było podówczas w domu, gdyż gdzieś tam bujał. Gdy zaś przyszedł do swego pokoju przed obiadem, ujrzał na stole frak i inne części balowego kostiumu, a nadto koszulę już swoją, ale wyprasowaną w taki sposób, że to było istne arcydzieło. Nadto --- kołnierze, mankiety tudzież biały krawat, którego jeszcze nie obstalowywał w mieście. Krawatka była cudna, najmodniejszego rodzaju a nie sklepowego pochodzenia. Kiedy zaś Baryka wszczął indagację u służby, kto --- u kaduka! --- bobruje po jego pokoju i zostawia w nim rozmaite części ubrania, okazało się, że to panna Karolina wszystko przyniosła, ułożyła na stole i że ona właśnie zajmuje się na ogół nadzorem nad pralnią dworską. Cezary łamał znowu ręce nad swym ostatecznym upadkiem, nad swym dziadostwem tudzież noszeniem cudzych fraków i krawatów, lecz mimo wszystko był wzruszony pamięcią o nim i postanowił przy pierwszej okazji podziękować panience.</akap>
<akap>Na sposobność złożenia podzięki za tak cudne wyprasowanie gorsu, kołnierzy i mankietów nie czekał długo. Tegoż dnia po południu przymierzał właśnie frak w swoim pokoju i nie bez uczucia rozkoszy krygował się przed lustrem, przybierając co najozdobniejsze pozy, gdy posłyszał, że panna Karolina ze śpiewem schodzi z piętra, z mieszkania rządcostwa, państwa Turzyckich. Co prędzej uchylił drzwi i ukazał się przed dziewoją we fraku. Zakrzyknęła z zachwytu i oglądała go ze wszystkich stron, znajdując, że jest piękny jak model salonowca w ,,Die Dame"[17]. Dziewictwo, Kobieta, Mężczyzna, Obyczaje, TaniecCezary nie dowierzał i poprosił, żeby weszła do jego pokoju, gdyż ma jej coś ciekawego powiedzieć. Oglądając się na wszystkie strony przekroczyła na palcach jego progi. Lecz zaledwie drzwi się zamknęły, Cezary groźnym gestem wskazał na bieliznę leżącą na stole i zapytał: --- kto śmiał zajmować się jego kołnierzykami? --- Z trwogą, z lękiem przyznała się do winy. I tu właśnie nastąpił natychmiastowy wymiar kary. Cezary pochwycił ją w objęcia i przetańczył z nią przed lustrem kilkakrotnie figurę <slowo_obce>shimmy</slowo_obce>[18]. Panna Karolina szeptała z cicha, że ktoś może usłyszeć, jak tam hałasują --- ktoś może wejść i wtedy będzie zgubiona. Zobaczą, że była sam na sam z nim, w jego pokoju... Och!... Nic to wszystko nie pomogło. Tańczyli, wprawdzie na palcach, po cichutku, lecz do upadłego.</akap>
<akap>PocałunekGdy zaś wciąż i natrętnie labidziła o tej swojej zgubie, straconej reputacji i, o mały włos, cnocie --- zamknął jej gadatliwe usta tak długim pocałunkiem, żeby ją właśnie uchronić od gadania, podsłuchania rozmowy i --- ,,ewentualnie" --- zguby. Wtedy na dobre zamilkła. Zamilkła na długą, zapomniałą chwilę, kiedy w piersiach serca z nienasyconej rozkoszy ustają, a świat kędyś w przestrzeń ucieka. Lecz panna Karolina ocknęła się z upojenia. Silnymi łokciami wparła się w piersi tego natręta i oderwała go od swoich ust. Z zamkniętymi oczami mówiła szeptem:</akap>
<akap_dialog>--- Niech mnie pan nie gubi! Niech mnie pan nie robi nic złego!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Złego? A czy to było złe?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Bardzo pana proszę... Z głębi serca... Niech mię pan nie gubi!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ach, z tym ,,gubi"! Gubi...</akap_dialog>
<akap>Jednakże opamiętał się i wypuścił ją ze swych ramion.</akap>
<akap_dialog>--- Niechże pani idzie, skąpcze obrzydliwy... Ale przedtem... Jeszcze raz... O, tutaj przy samych drzwiach...</akap_dialog>
<akap>Karusia nie mogła się oprzeć. Żeby ją tylko puścił... Jej uśmiech stał się bezradnie radosny, a usta same drogę do ust znalazły. Minęła długa chwila tego pożegnania na półgodzinne rozstanie. Wreszcie wyrwała się, skinęła głową i cichutko odemknęła drzwi. Wyszła. Cezary słyszał, jak otwarła wejściowe i wypadła do ogrodu. Czuł w całym ciele szczęście, jakby pocałunek oddany ustom przez usta krążył teraz we wszystkich jego żyłach i żarzył się w szpiku kości.</akap>
<akap>Wyjrzał przez okno. Nie było nikogo. Toteż pomyślał:</akap>
<akap>,,Och, sekutnica! Nikogo tu nie ma. Można było całować się jeszcze choćby i pół godziny. Teraz nieprędko taka sposobność się zdarzy".</akap>
<akap>Tymczasem mylił się grubo. Był ktoś, co pilnie śledził tę schadzkę przygodną i widział dobrze pocałunki. Była to młodociana muzyczka, panna Wanda Okszyńska. Gdy Karolina wyszła z mieszkania jej wujostwa, pianistka chyłkiem wysunęła się za nią na schody, bynajmniej nie w celu szpiegowania, lecz dla ulżenia swemu sercu.</akap>
<akap>MiłośćAczkolwiek panna Wandzia nie posiadała jeszcze na swą niepodzielną własność tabliczki mnożenia, zwłaszcza na wyrywki --- to jednak zaznała już skutków uderzenia strzał Kupidyna. Skoro tylko ujrzała Cezarego Barykę, uderzona została wyż wzmiankowaną strzałą. Niemy a wstrząsający dreszcz dał jej znać: --- ten! Gdy zaś Cezary usiadł przy niej i grał na cztery ręce, szalona miłość --- istny wulkan --- wybuchła w sercu panny Wandzi. Wypędzona ze szkoły i z rodzinnego domu, nie wiedziała wcale, iż to właśnie nazywa się wśród rozmaitych ,,starych" ludzi --- miłość. Panna Wandzia po prostu zachorowała duchowo. Jej stan była to nieustanna tęsknota dochodząca aż do zupełnej nieprzytomności władz umysłowych. Młoda panienka żyła w jakimś błękitnym tumanie. Osoba Cezarego zatracała się i niemal rozpływała w łagodnej, powłóczystej chmurze. Ta strona święta, gdzie on się obracał, posiadała swój zapach fiołkowy czy różany --- i szczególniejszą melodię swoją, której jednak nie można było pochwycić ani wygrać. Gdy go nie było, gdy dokądś pojechał albo poszedł, świat stawał się pusty, jałowy, głuchy, płony, obmierzły, pełen ciemności i nudy. Nie było siły, która mogłaby odwrócić myśli i uczucia panny Wandy w innym kierunku. Nie było zakazu, który byłby w stanie odmienić albo znieść jej utęsknienie. Bała się rzeczywistego widoku swej idealnej wizji aż do stanu zalęknienia, a każda chwila obecności Cezarego, rozmowy z nim --- stawała się nowym impulsem do marzenia o nim, marzenia nieustannego, we dnie i w nocy. Głos jego, z daleka zasłyszany, brzmiał w jej uchu jakby melodia osobliwa.</akap>
<akap>MuzykaPróbowała nieraz przełożyć, przetłumaczyć na muzykę brzmienie jego głosu radosne albo posępne i nieraz grała coś samej sobie, czego nikt nie mógł zrozumieć. Słyszała go w rozmaitych utworach muzycznych, które odtwarzała, albo zatracała go w muzyce i musiała odszukiwać. Wołały na nią wówczas przedziwne głosy muzyczne, prowadziły ją na niedosięgłe wyżyny i tam gdzieś, na wysokościach, przejmowały serce głębokim wzruszeniem. Uderzenie w materialny klawisz otwierało jakby błam[19] wielki w błękitnej chmurze. Wpływała w zaświat i niosły ją objęcia obłoków ścierając z jej twarzy samotnych łez potoki.</akap>
<akap>Miłość platoniczna, Miłość romantyczna, Miłość silniejsza niż śmierćPanna Wanda strzegła swej tajemnicy jak oka w głowie. Od dawna wiedziała, że musi umrzeć z tej niezrozumiałej choroby, którą się zaraziła na widok tego obcego pana. Wiedziała, że umrze przez tego pana, a marzenia jej zawierały tylko tyle, żeby on kiedyś --- kiedyś przyszedł na jej mogiłę i usiadł przy wzgórku ziemnym --- na chwilę! Wzruszała się do ostatnich granic wytrzymałości nerwów tą sceną, iż ona leży w ziemi, okropnie zeszpecona, a on siedzi przy jej grobie. Księżyc świeci. Noc głęboka. Słowik śpiewa w nadgrobnych bzach. Zlewała potokami najszczerszych, najprawdziwszych łez swoją świeżo uklepaną mogiłę.</akap>
<akap>Gdy Cezary był u siebie na dole, podśpiewywał albo śmiał się rozmawiając z księdzem Anastazym czy Hipolitem, panna Wanda zstępowała cichaczem ze schodów prowadzących z piętra do sieni i, wtulona w głęboką framugę starego ariańskiego muru, słuchała w upojeniu. Złote gradusy[20] boskiej muzyki, wzloty niebiańskie i upadki do otchłani rodziły się wtedy i kształtowały w jej duszy. Nieraz słuchała w upojeniu, gdy pochrapywał, raz grubo, drugi raz cienko. Życie w mieszkaniu rządcostwa Turzyckich, koncentrujące się w kierunku kuchni, gdzie dobrotliwa ciotka toczyła wiadome spory i dyskusje ze służącą, pod nieobecność zacnego wujka, który gościem był w domu --- zostawiało pannie Wandzie ogrom czasu do kształtowania uczuć. Nikt nie zwracał na nią uwagi, gdy się tam wymykała na dziedziniec albo na schody i wystawała w sieni. Nikt jej nie mógł przeszkodzić, gdy całowała z upojeniem klamkę drzwi prowadzących do pokoju Cezarego albo gdy przytulona do tych drzwi podczas jego nieobecności zamierała ze szczęścia zarazem i z rozpaczy.</akap>
<akap>I tego dnia, gdy panna Karolina Szarłatowiczówna małowiele, troszeczkę się wycałowała z Cezarym, Wanda Okszyńska sunęła ze schodów jak upiór, jak strzyga[21] nocna, ażeby się oddać swej sekretnej manii. Muzyczka spostrzegła i słyszała ze swej na schodach framugi, jak panna Karolina z ,,nim" rozmawiała, jak weszła do tamtego pokoju... Popchnięta przez niezwalczone uczucia panna Wanda ciszej i sprytniej od najzgrabniejszego kota podsunęła się pod drzwi pokoju Cezarego i przez dziurę od klucza widziała tańce, widziała pocałunki. Och, jakie straszne płomienie wybuchły, zgorzały i zgasły w jej piersiach! Zdawało jej się, że nie wytrzyma, że zacznie walić pięściami w te drzwi, krzyczeć wniebogłosy, rwać pasma włosów i lecieć w przestrzeń... Lecz nie zrobiła nic takiego. Cierpienie, ZazdrośćOstrzeżona przez tajne impulsy instynktu, uskoczyła do swej wnęki na schodach, wtargnęła we współczujące jej mury i widziała, jak panna Szarłatowiczówna opuszczała pokój Baryki. Rozum jej ustał wtedy, zaćmił się od czarnego tumana, a tylko wichry i szumy uczuć przeciągały poprzez jestestwo.</akap>
<akap>Kiedyś tam, kiedyś powlokła się na górę, jakby każda jej stopa sto cetnarów ważyła. Zasiadła nad książką. Teraz dorozumiała się, dlaczego to Cezary nigdy na nią nie patrzy, nigdy z nią nie rozmawia jak z innymi osobami, a jeśli spojrzy przypadkiem, to się zaraz złośliwie uśmiecha. Panna Wanda po raz pierwszy zobaczyła całujących się ludzi, lecz zrozumiała dziwnie dokładnie, co to znaczy. Trzebaż nieszczęścia, że zobaczyła to na przykładzie tak źle wybranym! Ten widok cisnął w nią jakby oszczepem diabła i utkwił w piersiach jak grot o trzech węgłach, którego już z piersi nic wydrzeć nie zdoła. Zaciskała oczy, zamierała, konała od tego widoku. Pakowała sobie całą chustkę w usta, żeby nie skomleć i nie szczekać, gdy się to widowisko wciąż i wciąż przed jej oczyma roztwierało.</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
<akap>Termin pikniku nadciągał z chyżością, a nie wszystko jeszcze było gotowe. Raz w raz wpadał do Nawłoci posłaniec od pani Laury Kościenieckiej z rozkazami: jechać tam, przywieźć to albo gnać konno na złamanie karku do miasta po pewne nieodzowne sprawunki. Gnał już to Hipolit, już Cezary, a nieraz obadwaj[22] jednocześnie.</akap>
<akap>Pewnego jesiennego popołudnia Baryka odwiózł był pudła cukierków do Odolan na polecenie pani Kościenieckiej i nie mógł powrócić do Nawłoci z racji ulewnego deszczu. Konie, które go odstawiły z ,,towarem" do pałacu w Odolanach, odeszły w piknikowym również interesie do sąsiedniego dworu. Cezary czekał na powrót tych koni. Chory pan Storzan tego dnia miał się gorzej i nie był widzialny, a pielęgniarka--gospodyni dotrzymywała towarzystwa młodzieńcowi tylko do pewnego czasu. Obowiązki ,,powołały ją" do łoża chorego pana Storzana. Cezary pozostał sam w salonie smutnym i ciemnym jak dom przedpogrzebowy. Obejrzał już był wszystkie obrazy i sztychy wiszące na ścianach, przerzucił albumy z rysunkami rozmaitych minionych mistrzów --- podśpiewywał, spacerował po dywanie wielkim jak skwer i puszystym jak trawnik skweru. Wiatr bił i tłukł w okna. Było mroczno, niemal ciemno, choć jeszcze dzień zwisał nad ziemią. Konie nie nadchodziły. Młody człowiek nudził się nie na żarty. Nie wypadało spać, choć sen ogarniał. Nie wypadało iść do innych pokojów, a salon obmierzł już do ostateczności. ,,Jednakowoż" Cezary zaryzykował. Wszedł do sąsiedniego gabineciku, a następnie uchylił drzwi do sali balowej. Była ogromna, świeżo wywoskowana i ozdobiona lampionami w kolorowych (,,bajecznie[23]") batikach[24]. Ciekawski minął i tę salę i otwarł drzwi do małego pokoju z werandą, wychodzącą na ogród. Wyszedł i na tę werandę, którą ostatni deszcz zalał szczodrze --- i po paru betonowych stopniach zeszedł do ogrodu. Ale deszcz trzepał doskonale, więc cofnął się do domu i poprzez wszystkie te wspaniałości wrócił do pierwszego salonu. Zabierał się właśnie do jak najwygodniejszego ułożenia się w fotelu i nie odtrącał już nawet myśli o sekretnej drzemce, gdy rozległ się turkot. Nareszcie! Konie wróciły.</akap>
<akap>,,Pojadę!" --- myślał Cezary zabierając swe rzeczy.</akap>
<akap>Tymczasem w szerokim i wspaniałym westybulu o marmurowej posadzce i lustrzanych ścianach dał się słyszeć głos pani Laury Kościenieckiej. Po chwili drzwi się otwarły i ona sama ukazała się w całej swej przepiękności</akap>.
<akap_dialog>--- Pan jeszcze tutaj?! --- krzyknęła ze zdumieniem. --- Myślałam, że pan już dawno wrócił do Nawłoci...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie, na utrapienie pani. Konie, które mię tu przywiozły, odjechały do Suchołustka. Miały po mnie wrócić. Nie wracają.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Skandal! Czemuż pan nie zażądał koni stąd, z Odolan? Wojskowy i nie umie rekwirować...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie chciałem czynić właśnie skandalu. Nie przepadam za metodami wojowania i rekwizycji. Liczyłem na to, że konie z Suchołustka lada chwila mogą nadejść. Wolałem cierpliwie poczekać. I oto, jak pani widzi, los mię za me cnoty szczodrze nagrodził.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie spostrzegam, żeby pana los czym wynagrodził. Ale cóż pan tutaj robił z tymi swymi cnotami? Sam jeden w tym ogromnym szpitalu?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nudziłem się. Słuchałem, jak deszcz pada.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Biedny więzień! No, nie ma co! Odwiozę pana do Nawłoci.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Będę bardzo wdzięczny, a jak szczęśliwy, tego nawet nie próbuję wyrazić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Chwileczkę... Trochę odpocznę. Dobrze?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ach, pani... Pani Lauro...</akap_dialog>
<akap>PożądanieŚliczna pani Kościeniecka zrzuciła z ramion płaszcz, poprawiła włosy przed lustrem i usiadła w fotelu. Gdy zaś Cezary w locie chwytał płaszcz z jej ramion, owionął go przenikliwy zapach świetnej, mocnej perfumy. Gdy usiadł naprzeciwko wdowy--narzeczonej, ten zapach, tak, zdawało się, nikły, owinął się dookoła jego zmysłów niczym arkan niewidzialny. Widoczną za to podnietę stanowił kształt nogi wysuwający się spod krótkiej sukni. Cezary przypomniał sobie te stopy i nogi w grubych pończochach, wparte w spienione boki rumaka --- nogi kształtne a sprężyste jak ze stali. Przymknął oczy i drapieżnym uśmieszkiem pokrywał swe prawdziwe uczucia.</akap>
<akap_dialog>--- Co za szkoda --- mówiła piękna pani --- że nie byłam teraz w domu. Już by konie dawno były po pana przyszły. Wracam z objazdu. Co za typy! Panie, co za typy! Zobaczy pan zresztą na własne oczy. Będziemy się bawić, bawić!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pani czeka niecierpliwie na ten piknik?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Jeszcze by też!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Będzie pani dużo tańczyć?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Och, będę!</akap_dialog>
<akap>Pani Kościeniecka szczególnym ruchem przeciągnęła się w ramionach. Cezary patrzył na nią spod oka i nerwowe poziewanie przeciągało również całe jego ciało.</akap>
<akap_dialog>--- A pan będzie dużo tańczył?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Będę! Z panią.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Ze mną? Mój narzeczony jest niesłychanie zazdrosny.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Narzeczony... --- wycedził Cezary. --- On będzie niesłychanie zazdrosny, a ja będę z panią ciągle tańczył. Przecie to pani zaprosiła mię na ten piknik.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pan sobie, widać, wyobraża, że on jest tak oto teoretycznie zazdrosny...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Może być teoretycznie i praktycznie, a ja będę z panią tańczył do upadłego. Przecie ta jego zazdrość musi się o coś zaczepić... Niechże wie, o co ma być zazdrosny!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zobaczymy, jak to tam będzie na tym pikniku. A teraz trzeba już jechać... --- rzekła pani Laura wstając ze swego miejsca.</akap_dialog>
<akap>Cezary podał jej płaszcz, którego nie zdążyła zapiąć na guziki. Wyszli z tej sali do przedsionka, żegnani przez starego kamerdynera, który tłumaczył swego chlebodawcę i prosił o przebaczenie, iż pan jego nie może przyjąć ,,jaśnie pani". Pani Laura skinęła głową i minęła drzwi otwarte przez lokaja. Przed tymi drzwiami pod daszkiem podjazdowym stała sławna kareta, lśniąca z wierzchu i bielejąca wewnątrz od atłasu, zwana w okolicy ,,karetą miłosną" Kościenieckiego dla żony. Deszcz nieco nacichł, lecz mżył wciąż jeszcze siecią obfitych i gęstych kropelek.</akap>
<akap>KochanekPani Laura otworzyła sama drzwiczki karety i jak ptak wionęła do bielejącego wnętrza. Już mrok zapadał i stary furman zapalił był świece w latarniach obok kozła. PocałunekCezary, zaproszony uprzejmym gestem pani Kościenieckiej, wsunął się do karety. Mała, miękka dłoń pomogła mu podnieść się na stopień. Bez wahania, bez zwłoki przywarł ustami do tej ręki. A skoro drzwiczki zatrzasnął i skoro tylko konie skoczyły z miejsca, wpadając w zupełny mrok w wielkiej alei lipowej --- pchnięty przez niestrzymaną potęgę szału Cezary ogarnął cudną kobietę ramionami, przywarł do jej ust płonącymi ustami i narzucił się jej z całą potęgą furii. Nie wydała okrzyku, nie westchnęła, gdy ją bezoporną i posłuszną zagarnął w posiadanie.</akap>
<akap>Konie gnały szeroką, piaszczystą drogą alei. Światła latarni rzucały nagłe strzały popłochu między wielkie pnie lip i topoli. Kareta na wybojach kołysała się to tam, to sam, jak łagodna kolebka. Czarne jej pudło i lustrzane okna, zasłonięte firankami, rzucały tajemnicze lśnienia i przecinały noc jesienną, która szybko zeszła na mokre łąki i zwiędłe pola. W tej dzikiej niespodziance rozkoszy, w niebezpieczeństwie, w locie pośród pól, w kołysaniu i drżeniu była otchłań radości obojga przygodnych kochanków. Oszaleli do cna od nagłej pasji, marzyli o rozkoszy swej, doświadczając jej w pełni. Pocałunki ich i pieszczoty były bezdenne jak ta noc, pełne potęgi niewyczerpanej jak fuga[25] koni niosących się w przestrzeń.</akap>
<akap>Od Odolan do Nawłoci liczono około pięciu wiorst drogi. Z alei odolańskich kareta wypadła w szczere pola. Lecz jakże prędko, jak nagle dał się znowu słyszeć huk drzew alei nawłockiej! Cezary klęcząc jeszcze, całował ręce Laury. Cały jego obłęd miłosny przepłynął w pytanie:</akap>
<akap_dialog>--- Czy narzeczony?...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Cicho! --- wyrzuciła z piersi nie mogąc jeszcze tchu pochwycić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czy narzeczony?...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nigdy! Nigdy! Przenigdy! Przysięgam na wszystko, co mam świętego...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dlaczegóż pani wychodzi za mąż za tego człowieka?! Ach, prawda... Pani go kocha...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Cicho, cicho!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Dlaczego pani wychodzi za mąż za tego człowieka?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Wszystko to panu wytłumaczę. Opowiem. Panie! To już Nawłoć...</akap_dialog>
<akap>Kareta zatoczyła półkole w okrąg gazonu przed dworem i stanęła. Cezary dwornie ucałował rękę pani Laury i skłonił się przed nią nisko --- nisko. Nie chciała wysiąść i z nikim się widzieć. Drzwiczki zatrzasnęły się i znowu głośno zachrzęściał żwir drogi biegnącej dookoła gazonu. Wnet czarna kareta zniknęła w ciemnej czeluści szeregu drzew prastarych, jak namiętne, nie do wiary, senne przywidzenie.</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
<akap>Na kilka dni przed terminem zabawy w Odolanach pani Laura Kościeniecka wpadła do Nawłoci ,,jak po ogień" --- dla załatwienia pewnej bardzo naglącej sprawy balowej. Wśród innych poleceń, które wydała Hipolitowi i Cezaremu, było jedno specjalnie przeznaczone dla ucha ostatniego. Baryka wysłuchał pilnie tego zlecenia i odpowiedział niemym ukłonem. Ach --- odpowiedział jeszcze uśmiechem niedostrzegalnym, a przejmującym obydwoje rozmawiających dreszczem do szpiku kości.</akap>
<akap>Tegoż wieczora po kolacji Cezary wcześnie udał się na spoczynek mówiąc, iż cierpi na ból głowy. Nim ksiądz Anastazy i Hipolit przyszli do domu kancelaryjnego, gdzie mieściły się pokoje gościnne, już w oknie Baryki było ciemno. Widocznie spał. Nie chcąc mu przeszkadzać w pokonaniu migreny przez posilny sen, obadwaj cicho się sprawowali. Chodzili na paluszkach i wstrzymywali się od chrząkania.</akap>
<akap>Lecz Cezary nie był tak znowu bardzo cierpiący. Po ciemku, zanim tamci przyszli, wymknął się ze swego pokoju, minął park i przez jego aleję, wychodzącą w stronę Leńca, wyszedł na polną drogę. Do majątku pani Kościenieckiej było ze cztery wiorsty gościńcem i szosą, lecz na prostaki, drogą polną, było daleko bliżej. Cezary miał przed oczyma dalekie światła w tym dworze stojącym na wzgórzu. Noc była ciemna, chłodna, prawdziwie jesienna, ziejąca już wichrem zimowym. Lecz wędrowcowi było gorąco. Szedł szybko, cicho, bezszelestnie. Przyczajał się i upodabniał do tej nocy jak lis albo wilk czatujący na zdobycz. Brzegiem lasu, którego jeden róg dosięgał tej bocznej drogi, dotarł do łąk otaczających staw i sadzawki w dole popod Leńcem. Nie śmiał kroczyć drogą wjazdową, więc musiał zdecydować się na okrążenie stawu i marsz po grobli, którą za dnia widział był jedynie z daleka. Myśl, że może być w tych miejscach pochwycony przez jakichś stróżów, polowych czy młynarzy, przewinęła się przez jego głowę, lecz nie wstrzymała go ani na chwilę. Woda stawu i sadzawek, rozciągnionych jedna za drugą coraz dalej w ciemną głąb nocy, słabo w grubym mroku polśniewała. Baryka nie opuścił drożyny, którą kroczył --- i trafił dzięki jej przewodnictwu na groblę. Szybko ją przebiegł, minął upust, gdzie uchodząca woda z cicha a dziwnie przejmująco w tym obcym miejscu i głębokim mroku szemrała. Za upustem i poza groblą teren podnosił się ku górze. Drożyna piaszczysta dotarła pod parkan ogrodowy, obrośnięty kolczastymi krzakami.</akap>
<akap>,,Teraz --- z kolei --- psy..." --- pomyślał awanturnik.</akap>
<akap>Lecz ta nieznośna myśl nie powstrzymała go również. Znalazł w parkanie z zaostrzonych desek jakieś miejsce nieco ,,łaskawsze", czyli po prostu bardziej nadgniłe --- zaczepił się ręką o górną część listwy i lwim susem przesadził ów parkan. Wpadł w krzaki kolczastych malin czy agrestów i ze szkodą swego odzienia wyplątał się z nich na ścieżkę szeroką i ubitą. Myśl jego pracowała nad tym, czy stopy nie zostawiają zbyt wyraźnych śladów. Toteż szedł ścieżką, podnoszącą się w górę, na paluszkach. Było mu gorąco --- wyraźnie i po prostu mówiąc --- ze strachu. Z niemałą ulgą trafił kolanami na ławkę ogrodową. Usiadł i nasłuchiwał. Psów nie było słychać w pobliżu. Przez dziwny, niemal obłąkany lot myśli, a raczej na skutek pędzącego korowodu impulsów czucia ulegał złudzeniu, iż jest w Baku podczas tureckiego oblężenia. Coś mu zagraża. Coś czai się w tym mroku niemym, stężałym, skamieniałym. Coś czyha. Poprzez gałęzie już ogołocone z liści widać było oświetlone okna w pałacyku pani Kościenieckiej.</akap>
<akap>Cezary odtworzył w sobie wspomnienie czarującego, pełnego diabelskiej rozkoszy z nią obcowania i porwał się z ławki. Pędem prawie dobiegł do tego rogu willi, który mu był w tajnej rozmowie wskazany. Trafił tam na kilka schodków betonowych prowadzących do drzwi. Wiedział, że drzwi nie będą zamknięte. Uchylił je w istocie, nacisnąwszy klamkę, leciutko, jak tylko można najciszej. Ustąpiły powoli i cicho. Te drzwi, otwarte na ogród i pola, były pierwszym sprzymierzeńcem. Ach, z jakąż to rozkoszną dumą wszedł do ciemnej sieni! Wyciągnąwszy we dwie strony ręce dotykał ścian. W jednej z tych ścian przez otwór sączyło się światło. Domyślił się, że tam są drzwi. Przyłożył wnet oko do dziury od klucza i rozejrzał się po pustym pokoju. Była to ta biblioteka, gdzie już gościł nazajutrz po przyjeździe w te strony. Stał długo przed tymi drzwiami namyślając się, czy wejść teraz. Jeżeli służący wlezie do tego widnego pokoju, żeby zgasić światło, co wtedy? A może to jest przewidziane i służący nie wejdzie do tego pokoju? Może przecie i przez tę sień ktoś z domowników przechodzić...</akap>
<akap>Licząc na ślepy traf i na szczęście miłosne nacisnął klamkę, którą już znalazł i trzymał w ręce. Cicho wszedł do oświetlonego pokoju. Jednym susem przeskoczył ten cały salonik aż do szerokiej otomany stojącej w najciemniejszym jego kącie. Tam rozłożył się wygodnie. Wziął w rękę książkę, która obok leżała, i w miejscu, na którym tom był rozłożony, zaczął czytać. Niezupełnie, co prawda, rozumiał, co czyta, lecz jeździł wzrokiem po wierszach z góry na dół stronicy dosyć długo. Był teraz zupełnie spokojny: przyszedł do pani Kościenieckiej w pilnym interesie balowym, nie cierpiącym zwłoki. Nienawiść, ZazdrośćSpokojnie czekał. Gdzieś daleko, na piętrze, słychać było rozmowę. --- Śmiech. --- Śmiech był kobiecy. Ale i męski. Dwie kobiety i mężczyzna.</akap>
<akap_dialog>--- Barwicki... --- wykrztusił do siebie prawie głośno --- Barwicki jest tutaj... --- uwiadomił siebie samego.</akap_dialog>
<akap_dialog>Stracił wszelki animusz. Nie ze strachu, lecz z nienawiści. W pierwszej chwili powziął zamiar, żeby wstać, wyjść, jak przyszedł, i dmuchnąć do Nawłoci. Zaklął nieładnie, po bakińsku, po portowemu. Wahał się. Ale wygodna pozycja na sofie, możność wylezienia z jakim takim honorem z tej niewygodnej, na poły złodziejskiej sytuacji --- powstrzymała go. Czytał pękając ze złości, wściekając się i wijąc jak lis złapany w żelaza, jak wilk we wnyku[26]. Zdawało mu się, że siedzi już w tym miejscu godzinę czasu, jeżeli nie więcej. Przeczytał już z dziesięć stronic druku nie rozumiejąc ani jednego zdania. Zmieniał pozę na coraz wygodniejszą, coraz mniej tchórzliwą i coraz bardziej ozdobną, swobodną, wdzięczną. Ach, z jakąż przyjemnością przeszedłby się był po tym pokoju, tam i z powrotem.</akap_dialog>
<akap>Nagle posłyszał, że drzwi na górę otwierają się, schody trzeszczą i kilka osób schodzi na dół. Słychać było śmiech pani Laury, głos jej narzeczonego i jeszcze jakiejś osoby. Obecność ostatniej najbardziej zaniepokoiła Barykę. Do licha! Któż to jest taki?</akap>
<akap>Tymczasem trzy osoby zstąpiwszy do holu, wesoło rozmawiały. Pan Barwicki żegnał się z narzeczoną prosząc ją usilnie, żeby się zaraz położyła --- żeby nazajutrz nie męczyła się tak jak dni poprzednich, gdyż będzie na balu źle wyglądać. Trzecia osoba zapewniała go, że ,,Lola" zaraz się położy. Cezary domyślił się, że to mówi matka pierwszego męża Laury, stara pani Kościeniecka. KochanekSiedział skulony na swej kanapie i przechodził istne tortury głupiego niepokoju. A nuż ten Barwicki będzie w tym saloniku czegoś szukał... A nuż ta starsza jejmość... W istocie kroki czyjeś zbliżyły się do drzwi biblioteki. Weszła pani Laura. Uśmiechnęła się radośnie zobaczywszy tajnego gościa. Rzekła głośno:</akap>
<akap_dialog>--- Palą tu zawsze lampę bez potrzeby!</akap_dialog>
<akap>Szybko przysunęła się do stołu i zdmuchnęła lampę. Barwicki zbliżył się również do drzwi biblioteki. Nastąpiły pożegnalne szepty i kontrszepty. Wreszcie narzeczony wyszedł do przedpokoju i na ganek. Wnet dał się słyszeć turkot odjeżdżającego pojazdu. Pani Laura wróciła do holu i rzekła do swej świekry[27]:</akap>
<akap_dialog>--- Och, spać, spać! Strasznie jestem zmęczona.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Kładziesz się zaraz?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Zaraz! Zamknę tylko drzwi od sionki. Dobranoc, mamo!</akap_dialog>
<akap>Cezary usłyszał muśnięcie pocałunku i szelest lekkich kroków. Pani Laura przeszła przez bibliotekę i z hałasem zamknęła drzwi, przez które wdarł się był do tego pokoju. Przez chwilę nasłuchiwała odgłosów stąpania starszej pani po schodach prowadzących na piętro. Później zbliżyła się do Baryki i znalazła w ciemności jego rękę. Ścisnęła jego dłoń w swej rozpalonej dłoni i pociągnęła go za sobą. Dmuchnęła po drodze w szkło lampy stojącej w holu i poprowadziła kochanka na piętro, niemal po piętach swej świekry. Stąpali obydwoje tak umiejętnie, stopa jednocześnie obok stopy, iż tylko jedno skrzypnięcie każdego stopnia dawało się słyszeć.</akap>
<akap>Na górze Cezary, pchnięty przez Laurę, wpadł we drzwi jej sypialni. Był to pokój duży i śliczny, jaskrawo oświetlony przez jasną lampę stojącą na parapecie okna. Rozległy dywan, miękki i puszysty, zaścielał większą część tego pokoju. Stały tu wytworne meble, wisiało dużo obrazów. W niszy, do połowy zasłoniętej piękną kotarą, widać było mahoniowe łóżko, nie rozebrane jeszcze i nakryte kapą.</akap>
<akap_dialog>--- Czy pan nie ma kaszlu? --- zapytała cicho.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Nie.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To niech pan tu wejdzie.</akap_dialog>
<akap>Cezary wszedł do sąsiedniego pokoiku, gdzie stało biurko z przyborami do pisania, a przed nim bujający się fotel. Baryka usiadł w fotelu i usłyszał z przerażeniem, że piękna pani z kimś rozmawia. Serce biło mu teraz nie na żarty. Lecz nacichło, gdy pojął, że to pokojówka rozbiera łóżko swej pani. Wkrótce ta pokojówka szepnąwszy sucho: dobranoc --- zamknęła drzwi za sobą. Pani Laura przekręciła klucz w tychże drzwiach i otworzyła wreszcie skrytkę swego gościa.</akap>
<akap>Cezary wyciągnął ręce po zdobycz, owoc tak wielkiego męstwa i strachu.</akap>
<akap>Lecz zdobycz odsunęła jego ręce z szeptem:</akap>
<akap_dialog>--- Czasem Barwicki wraca z drogi...</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Co takiego? Po co?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Z nieutulonej tęsknoty do ,,swego anioła".</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Czyżby śmiał i dzisiaj?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Raz tutaj wrócił z drogi i siedział jeszcze dwie godziny.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Głupiec!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Głupiec, nie głupiec... Umówiliśmy się, że gdy odjedzie, ja zawsze będę siedziała w oknie dopóty, dopóki latarnie jego wolanta będzie w polach widać. Tak o to prosił! Tak błagał! Jest to potrzebne dla jego spokoju, dla ciszy jego narzeczeńskich, przedślubnych snów. Na znak czuwania, myślenia o nim, marzenia na jawie i tęsknoty za fiksatuarem[28] jego wąsów, podkręcam i przygaszam światło lampy, gdy on odjeżdża i zdąża przez pola do szosy. Takie są nasze sygnały miłosne. A teraz --- co pan ze mnie zrobił?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Teraz --- niech go wszyscy diabli prowadzą!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Muszę podkręcać i przygaszać światło, bo gotów tu jeszcze wrócić.</akap_dialog>
<akap_dialog>--- No, to ja będę pokręcał ten knot. Już ja mu to fajnie odstawię!</akap_dialog>
<akap_dialog>--- To straszne, panie! To perfidia! A dlaczegóż nie ja?</akap_dialog>
<akap_dialog>--- Pani przeszkadzają suknie... Suknie!</akap_dialog>
<akap>W rzeczy samej Cezary, stanąwszy przy szerokim, sklepionym u góry, wielkoszybym oknie, zobaczył w głębi nocy dwa kręgi światła latarni, posuwające się w poprzek ciemnej, nieprzebitej otchłani. Przykręcał z precyzją światło lampy na oknie, a po pewnym czasie wydobył znowu tak wielkie, że aż kopeć wybuchnął ze szklanego cylindra. Po chwili zaczął wyciągnięty knot wkręcać do środka rezerwuaru, wskutek czego światło omdlewająco zmniejszało się, niczym spazmatyczna miłosna ekstaza. Doprowadziwszy płomień lampy niemal do zupełnego zaniku Cezary jął podnosić go znowu do zenitu. Czynił to dotąd, dopóki dwa świetlne koła malejące w nocy nie znikły zupełnie... Wtedy dwa obnażone ramiona ujęły jego kędzierzawą głowę i odwróciły ją od okna. Śmiech radości zabrzmiał. Cezary stoczył się z podwyższenia przy oknie w objęcia czystego szczęścia[29]<extra>przypis autorski jest wieloakapitowy - skan 112</extra>[30].</akap>
<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>
Przypisy
- <slowo_obce>ekonomia</slowo_obce> --- tu: gospodarstwo.
- <slowo_obce>Cui bono?</slowo_obce> (łac) --- na czyją korzyść, dla czyjego dobra.
- <slowo_obce>rezydent</slowo_obce> --- ubogi szlachcic korzystający ze stałego utrzymania w zamożnym dworze.
- <slowo_obce>panna respektowa</slowo_obce> --- panna przebywająca stale na bezpłatnym utrzymaniu we dworze i pomagająca w gospodarstwie.
- <slowo_obce>Tołstojów... wydaliśmy w szesnastym wieku</slowo_obce> --- mowa o arianach.
- <slowo_obce>Curaçao</slowo_obce> --- gatunek likieru.
- <slowo_obce>five o'clock tea</slowo_obce> (ang.) --- podwieczorek.
- <slowo_obce>spécialité de la maison</slowo_obce> (franc.) --- potrawa stanowiąca specjalność kuchni restauracyjnej lub domowej.
- <slowo_obce>podkurek</slowo_obce> --- posiłek podawany na zakończenie nocnej zabawy (gdy już pieją koguty).
- <slowo_obce>oligocen</slowo_obce>, <slowo_obce>miocen</slowo_obce>, <slowo_obce>pliocen</slowo_obce> --- kolejne epoki geologiczne w tzw. okresie trzeciorzędowym.
- <slowo_obce>dźwirze</slowo_obce> (stpol.) --- drzwi.
- <slowo_obce>działobitnia</slowo_obce> --- bateria artyleryjska.
- <slowo_obce>obudwu</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwu.
- Patków Pruski --- wieś w powiecie konstantynowskim na Podlasiu; las Rogacz znany był Żeromskiemu z pobytu w pobliskim Łysowie w r. 1890.
- Mistrz Pool --- słynna firma krawiecka w Londynie.
- <slowo_obce>etcaetery</slowo_obce> (łac. <slowo_obce>et caetera</slowo_obce>) --- dodatki.
- ,,Die Dame" (niem.) --- ,,Pani", niemieckie czasopismo ilustrowane.
- <slowo_obce>shimmy</slowo_obce> --- taniec towarzyski, szybszy od fokstrota, odznaczający się charakterystycznym rytmem synkopowanym.
- <slowo_obce>błam</slowo_obce> --- futro.
- <slowo_obce>gradusy</slowo_obce> --- stopnie.
- <slowo_obce>strzyga</slowo_obce> --- upiorzyca.
- <slowo_obce>obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
- <slowo_obce>bajecznie</slowo_obce> --- aluzja do wyrażenia ,,Bajecznie kolorowa", użytego w tytule powieści Sewera--Maciejowskiego (1898), a następnie w <tytul_dziela>Weselu</tytul_dziela> St. Wyspiańskiego (akt I, sc. 11).
- <slowo_obce>batiki</slowo_obce> --- materiały barwione specjalną techniką tejże nazwy.
- <slowo_obce>fuga</slowo_obce> --- utwór muzyczny wielogłosowy, w którym głosy powtarzające jeden temat jak gdyby uciekają od siebie (nazwa od włoskiego wyrazu <slowo_obce>fuga</slowo_obce> --- ucieczka); w tekście w znaczeniu przenośnym.
- <slowo_obce>wnyk</slowo_obce> --- pułapka, pętlica z drutu lub sznura.
- <slowo_obce>świekra</slowo_obce> --- teściowa, matka męża.
- <slowo_obce>fiksatuar</slowo_obce> --- pomada do układania wąsów.
- Pruderia autora i głęboki szacunek wobec pruderii czytelnika(--czki), a nade wszystko czołobitność wobec superpruderii krytyka, nie pozwala na przytoczenie szczegółów i perypetii tego wieczora, które się dokonały w zamkniętym na klucz pokoju pani Laury. Trudna rada! O szanowny(--a) czytelniku(--czko) --- nie żyjemy w epoce wielkiej szczerości mistrza Odrodzenia i mistrza wszystkich wieków Ludwika Ariosta, który nie poskąpił sobie i światu opisu szczęścia Ruggiera i Alcyny w siódmej pieśni <tytul_dziela>Orlanda Szalonego</tytul_dziela>. Podówczas twórca nie był zmuszony do wyrywania najniezbędniejszej części swego pomysłu i wrzucania go do śmietnika. Dziś nie możemy iść śladem wielkich ojców twórczości, czczonych powszechnie. I tutaj, w tym poziomym i przyziemnym uprzytomnieniu <tytul_dziela>Przedwiośnia</tytul_dziela> żywota, najistotniejszy, najzdrowszy, najtęższy obraz przedwiośnia i zdrową, tryskającą życiem treść jego musimy zamknąć na klucz i pozostawić niezdrowej, zepsutej, pełnej cynizmu ,,domyślności" czytelnika(--czki). (przyp. aut.)
- <slowo_obce>Ruggiero i Alcyna</slowo_obce> --- w pieśni VII <tytul_dziela>Orlanda Szalonego</tytul_dziela> Ariosto opowiada, jak młody rycerz saraceński Kuggiero, który dostał się na wyspę rządzoną przez Alcynę, ulega jej czarom miłosnym.

