Lektury: Część druga NAWŁOĆ

Edytuj
Komentarze              Archiwum wersji (wszystkie edycje)

Skopiowano ze stron roboczych projektu Wolne Podręczniki

<naglowek_czesc>Część druga --- Nawłoć</naglowek_czesc>



<akap>TestamentDotarłszy do najrdzenniejszej Polski, bo do stolicy --- Warszawy --- ani po drodze, ani w tym mieście Cezary Baryka nie znalazł szklanych domów. Nie śmiał o nie nawet nikogo zapytać. Zrozumiał, że zmarły ojciec boleśnie zeń przede śmiercią zażartował sobie. Jednak --- być może pod wpływem tej tak naiwnej legendy, a być może pod wpływem głównego jej bohatera, ,,kuzyna Baryki", Cezary postanowił wstąpić na medycynę w Warszawie. Nie miał swych bakińskich papierów, lecz po egzaminie dość pobieżnym został przyjęty i począł chodzić na wykłady. Z zapałem krajał truposze, uczył się osteologii[1], chemii, botaniki itp. Zawarł nowe znajomości z ,,Polakami" i dość sobie w tych nowych ludziach podobał[2], choć go nieraz swą ,,nieszczerością" ranili. UrzędnikPod względem materialnym wiele mu pomógł znajomy ojca nieboszczyka, pan Szymon Gajowiec, bardzo wysoki urzędnik w nowo kreowanym Ministerium Skarbu, dał mu bowiem nieetatową posadę w swym biurze i nastręczył bardzo korzystne lekcje języka rosyjskiego w sferach wyższej oficerii, pochodzącej z ,,Galicji". Ów pan Gajowiec szczególnie rozpytywał się o matkę Cezarego, którą znał był bardzo dawno w mieście Siedlcach. Po wielekroć kazał sobie powtarzać o niej wszelkie szczegóły, wszystkie perypetie jej niedoli i śmierci.</akap>


<akap>WspomnieniaCezary z nadzwyczajną dokładnością wszystko to opowiadał temu nieznajomemu człowiekowi, a tamten z wytężoną uwagą wszystkiego słuchał --- ba! --- słuchał ze łzami w oczach, a raz nawet, w trakcie opowieści o ostatnich dniach męczeńskich, gorzko zapłakał. Cezary nie mógł się domyśleć, czemu to tak jest, czemu ten jegomość, który jego matki nie widział od lat tylu, odkąd kraj porzuciła, tak się jej losem przejmuje i wzrusza. Ale pan Gajowiec, sztywny i wytworny biurokrata, stary kawaler, pedant i zimny służbista, sam mu to wytłumaczył, gdy tak pewnego razu sam na sam rozmawiali. Miłość, Pozycja społecznaPrzyznał się w sposób spokojny i zimny, jakby mówił o finansowej sprawie, bez cienia afektacji, wstydu fałszywego i fałszywej czułości, iż za dawnych swych lat kochał matkę Cezarego. Ją jedną kochał w swym życiu. Był wówczas biednym urzędniczkiem w siedleckiej ,,Pałacie", toteż nie mógł się równać z ojcem Cezarego, który nagle z Rosji przyjechał, otoczony nimbem powodzenia. Wydano ją za lepszego konkurenta --- nic dziwnego... Któż by, jacy rodzice mogli byli odrzucić podobną partię? Pojechała jako młoda panienka, a oto teraz imię tylko z niej zostało. Pan Gajowiec sucho zapewnił Cezarego, iż nigdy nie uścisnął ręki jego matki, iż jej słowami nigdy swych uczuć nie wyznał. Raz... pewien list... ale to nie należy do rzeczy i nie wpłynęło na sprawę jej postanowienia.</akap>


<akap>Toteż nie ma w tym nic złego, iż synowi o tym mówi, bo przecie i jej samej już nie ma. Nie ma już --- żal się Boże! --- nawet rywala. Został tylko on, Cezary, cień i podobizna ,,panny Jadwigi", a ma oczy kubek w kubek do matki podobne. Pan Gajowiec chętnie z Cezarym rozmawiał. WspomnieniaZamykali się częstokroć sam na sam i godzinami wspominali o umarłej. Nie było szczegółu, wzmianki, wersji, anegdoty, która by nie interesowała starszego pana, skoro dotyczyła zmarłej. Nie było tematu z nią złączonego, który by nużył słuchacza. Cezary znajdował również szczególną rozkosz w tych rozmowach o matce. Matka, Miłość, PrzemianaZdawało mu się nieraz, iż tak samo jak pan Gajowiec widzi ją młodziuteńką, śliczną, wesołą, że ją poznaje jako pannę Jadwigę, pannę Jadzię, w której do szaleństwa, do obłędu kocha się pewien młokos z ,,Pałaty" i mówi jej wciąż o tym rozmarzonymi oczami. To była nowa postać matki, nowy jej obraz, nowe przemienienie się bolesnej starej kobiety, która go obsługiwała, kijem się podpierając. Tak to z panem Gajowcem kochali się obadwaj[3] na nowo w widmie panny Jadwigi.</akap>


<akap>Ani ta znajomość --- ani nowe życie --- ani studia w uniwersytecie --- nie trwały długo. Wojna, ObowiązekWybuchła wojna z bolszewikami. Cezary wstąpił do wojska, jak wszyscy jego koledzy z fakultetu. Nie pałał ci on entuzjazmem do wojaczki, ani myślowo i przekonaniowo pragnął wojować z Sowietami, ale musiał iść w obawie niesławy. Ów snobizm wojenny silniejszy był niż przekonania i sympatia dla tamtej strony. OjciecPan Gajowiec, jedyny teraz <slowo_obce>quasi</slowo_obce>[4]--opiekun i duchowy ojciec, nie powstrzymywał ani odmawiał, choć pozbycie się młodego przyjaciela było dla niego klęską nad klęskami. W ciągu jednej sekundy zdecydowali tę sprawę. WojnaCezary wyruszył ,,w pole". ,,Pole" było niedaleko, tuż pod Warszawą. Widać je było niemal, gdyż dymy płonącego Radzymina[5] ukazywały się oczom z wysokiego pobrzeża, na którym wznosi się Warszawa. Słychać było huk armatni, dobrze Cezaremu znajomy. Oto teraz znowu rozlegał się ten głos przeklęty nad jego samotnością i pracą nowo rozpoczętą! Znowu zaczynało się to samo, co było w Baku! Tu jednak przyłączyły się elementy inne, nowe, decydujące.</akap>


<akap>Pewnego razu, gdy wojska bolszewickie minęły już spalone miasteczka i docierały niemal do przedmieść Warszawy, a całe to miasto było w ruchu, w biegu, w skoku, w jakimś locie wszystkich na wszystkie strony --- gdy dudniało[6], jak bęben, od automobilów ciężarowych, od przeciągającej artylerii, dźwięczało od kroku wojsk maszerujących w rozmaite strony, Cezary po musztrze wszedł do kawiarni mieszczącej się w ogrodzie, ażeby napić się szklankę wody sodowej. Bogactwo, Żyd, Historia, CzynStoliki były pozajmowane. Obsiedli je panowie i obsiadły panie, przeważnie semickiego pochodzenia. Była to plutokracja miasta Warszawy, która nie poszła śladem najgrubszych w tym zawodzie, nie dała jak tamci drapaka, gdzie pieprz rośnie, lecz pozostała na miejscu. Panowie ci nie rozmawiali już po cichu o tym, co się dzieje. Mówili głośno, może nawet odrobineczkę za głośno --- po prostu z krzykiem. Spierali się --- już tylko pomiędzy sobą --- o to, jak też zachowywać się będą po wkroczeniu do Warszawy owi nie znani tu jeszcze bolszewicy. Jedni z tych panów przewidywali, iż wszystko będzie dobrze, ułoży się, da się zrobić. Nie takie rzeczy dawały się zrobić, da się zrobić i ta afera. Dlaczego nie ma się dać zrobić? Przypominali ową doskonałą formułę jakiegoś spryciarza[7], iż osioł obładowany złotem wejdzie do najbardziej niedostępnej fortecy. Inni wyrażali obawę, iż mogą być nieprzyjemności, grube kawały.</akap>

<akap_dialog>Próżność, Szlachcic--- To są barbarzyńcy! --- ciskał się pewien pan, grubas w drogich kortach, bawiący się brelokami swej dewizki, leżącymi na jego brzuchu --- to są łobuzy! --- dodawał rozglądając się dookoła nie bez pragnienia, ażeby Sarmaci rdzenni, lecz robaczywi i ułomni, tu i tam tulący się pod cieniem suchotniczych kasztanów, widzieli, jak on się w takiej chwili, w takiej chwili! ciska.</akap_dialog>


<akap>Antagonista oponował. Łagodnie, z flegmą. Nazywał swego interlokutora[8] ,,po prostu sceptykiem". Twierdził, że to są przesady, plotki, a nawet kalumnie. Spór, teoretyczny w swej istocie, zaostrzał się. Panowie dysputowali głośno, jak u siebie w domu. Zdawało się nawet, że sobie nawymyślają albo się nawet pobiją. Tymczasem wszystko się pogodnie skończyło.</akap>


<akap>Zgodzili się na jedno:</akap>

<akap_dialog>--- Zobaczymy...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Zobaczymy! Dziś, jutro zobaczymy. Nie życzę panu, żebyś pan na własnej skórze doświadczył, jacy to dobrodzieje.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dziękuję za życzenie. Spełni się na pewno. Wszystko będzie dobrze.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jesteś pan niepoprawnym optymistą!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jestem człowiekiem, który patrzy i rozumie, co się dookoła niego dzieje.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Żebyś pan sobie tylko nie potrzebował zakrywać oczu!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Powiedzieliśmy przecie obadwaj[9]: --- zobaczymy...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dobrze: zobaczymy!</akap_dialog>


<akap>Cezary nie dopił swojej szklanki. Wojna między Polską i Rosją sowiecką, zmierzając do pomniejszenia tych obszarów, na których istniała już władza chłopów i robotników, nie była dla niego upragniona. Miał przecie działać w tym kierunku, żeby zmniejszyć, a nawet zniweczyć już uzyskane zwycięstwo robotników. Wahał się w sobie, iż zdradza sprawę robotniczą. Lecz to, co słyszał w kawiarni, targnęło nim jak żywa zniewaga. Nie chciał być widzem podobnym do tych panów. W chwili tej właśnie powiedział sobie, iż nie będzie oczekiwał na wypadki. Nie! Nie dopuści, żeby ci dwaj ,,zobaczyli", iż wszystko pójdzie po ich myśli!</akap>


<akap>Drugim motorem, który go popchnął, był powszechny entuzjazm. Patriota, Polak, WojnaSzli wszyscy, wszyscy, wszyscy. Jak na bal, jak na zamiejską wycieczkę. Jeszcze nie widział w swym życiu takiego zjawiska jak ten entuzjazm Polaków.</akap>


<akap>Pewnego dnia słyszał na zburzonym moście żelaznym nad Wisłą mowy robotników i przywódców robotniczych[10] wzywające do walki na śmierć i życie --- nie z burżuazją, jak zawsze w mowach robotniczych --- lecz z tym najeźdźcą, który kraj nadchodzi, łupi i zamienia w ruinę, niosąc czerwone sztandary. Patrzał, jak chłopcy niedorośli wylatywali spod ręki matek, i czytał w dziennikach opisy, jak po bohatersku ginęli. Chciał zobaczyć własnymi oczyma tę sprawę, za którą szli w pole nadstawiać piersi mężczyźni i wszystka młodzież --- szli spokojnie, wesoło, przy huku bębna. Chciał dowiedzieć się, co naprawdę kryje się w samym rdzeniu tego ich entuzjazmu, jaka idea zasadnicza, jaka siła, jaka wewnątrz skręcona sprężyna rozpręża się i popycha ich do dzieła. No, i co ta siła jest warta.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Niewola, Wojna, ŻołnierzGdy pierwszy raz po przeszkoleniu na placu musztry, które trwało dosyć długo, wyruszył wreszcie, przebył most na Wiśle, minął Pragę i znalazł się ze swą kompanią na końcu przedmieścia, oficer prowadzący ten oddziałek --- młody marsowy satrapa, jakby połknął stu generałów --- kazał stanąć. Na szosie radzymińskiej, która już wybiegała w szczere pole, kłębił się olbrzymi tuman kurzu, żółta zawierucha sięgająca wysoko pod niebo. Nie wiadomo było, co to się tam kryje w środku tej niezmiernej kurzawy.</akap>


<akap>Młodzi żołnierze stali z bronią u nogi. Za nimi grupa jakichś połamanych cywilów, ciężarowe automobile, chłopskie wozy --- wszystko wstrzymane w swym ruchu i biegu, zbite w jedną masę. Nareszcie dostrzeżono, że w wielkim pyle jest jakiś ośrodek, ciemny rdzeń. Niewiele minęło czasu, aliści ukazał się ów rdzeń tajemniczy. Polak, RosjaninByła to olbrzymia, wprost niezmierna bolszewicka kolumna --- lecz już jeńców. W długich do samej ziemi szynelach, ciężkich i grubych, w papachach na spoconych głowach, boso przeważnie lub w buciorach najrozmaitszego pochodzenia brnęli ci młodzi zdobywcy świata pod strażą małych i niedorosłych żołnierzy polskich, którzy tu i tam idąc z karabinami na ramieniu srogo pokrzykiwali na tę nieskończoną watahę, szóstkami idącą w jarzmo po radzymińskiej szosie. Zdumienie było tak wielkie i powszechne, iż wszyscy widzowie zamilkli i długo wpatrywali się w ten obraz niesłychany. Szli i szli zdrożeni jeńcy mijając mały oddziałek, w którym się mieścił Cezary Baryka.</akap>


<akap>Gospodyni, Jedzenie, KarczmaAliści z ostatniego przydrożnego domku, z niskiej przedmiejskiej sadyby, wściekle odmalowanej na kolor niebieski, gdzie mieścił się szynczek, ostatni pocieszyciel dla opuszczających miasto i pierwszy wielkiej stolicy na tej szosie zwiastun --- wytoczyła się jejmość niska a pękata, gruba jak komoda. Długo przypatrywała się mijającym szóstkom bolszewickich żołnierzy. Aż nie mogła wytrzymać: podparła się w boczki, wyskoczyła przed front jeńców i jęła wygrażać im pięściami. RosjaninJak opętana od diabła, miotając się tu i tam, krzyczała:</akap>

<akap_dialog>--- Przyszedłeś Warszawę zdobywać, śmierdziuchu moskiewski, jeden z drugim?...</akap_dialog>


<akap>Dawno cię tu nie widzieli, mordo sobacza? Jużeś naszych zwyciężył?...</akap>


<akap>Idziesz zasiadać w kucki na złotej sali w królewskim zamku?...</akap>


<akap>Jeńcy spoglądali na tę przykrótką wiedźmę z powagą, a nie bez obawy w oczach. Nie wiedzieli przecie, do czego taka poczwara może zachęcać żołnierzy z karabinami u nogi. A nuż do rzezi? Babsko miotało się przed szeregiem, coraz głośniej wywrzaskując:</akap>

<akap_dialog>--- Co to za mordy astrachańskie, moje państwo kochane! Jakie to mają cylinderki morowe, ciepłe na tę porę! E --- franty! A dopiero buty na nich --- klasa! Jakimi to ślepkami na nas kłapią! A buzie jakie to poczciwe! Każdy jakby z dzbanuszka wylizał. A wszystko, moje państwo kochane --- z głodu.</akap_dialog>


<akap>Przedefilowała przed kolumną jak generał idąc w stronę Radzymina --- zlustrowała szeregi i znowu zawrzeszczała:</akap>

<akap_dialog>--- Żarłbyś jeden z drugim własne guziki od portek, żebyś je tak miał, jak nie masz, kałmuku z krzywymi ślepiami! Boś nawet jeszcze do noszenia portek nie doszedł. Kiszki ci się skręcają, boś cztery dni w gębie nic nie miał. Dobrze ci tak, świnio nieoskrobana! Nie chodź w cudzy groch, bo to nie twój, świński ryju, tylko cudzy. Rozumiesz mię, jeden z drugim?</akap_dialog>


<akap>Ostatnie zapytanie wykrzyknęła najgłośniej, jakby w oczekiwaniu odpowiedzi. Gdy zaś nikt nie odpowiedział, a szeregi szły dalej za szeregami, wyjaśniła tajemnicę groźnego pytania:</akap>

<akap_dialog>--- Żebym tak miała z parę koszyków ziemniaków, jak nie mam, tobym nagotowała w łupinach i dała wam w korycie żreć, świnie wygłodniałe!... Nie mogę, moje państwo kochane, patrzeć na te głodne ryje. No, nie mogę!</akap_dialog>


<akap>W istocie jejmość przedpraska cofnęła się nieco w tył, bo też i kurzawa bijąca spod nóg jeńców zawaliła wszystko. Czoło kolumny było już pewnie na moście wiślanym, a koniec jej jeszcze nie wkroczył na przedmieście praskie. Nareszcie się przewalili. Pył opadł. Oddziałek, w którym tkwił Cezary Baryka, wyruszył w drogę. Miało się pod wieczór. Ciemna i chmurna noc schodziła na szosę, gdy wymijano ostatnie umocnienia z drutu i szeregi rowów na pobrzeżu lasów. Szerokie błotne rozlewiska ciągnęły się tutaj po obydwu stronach szosy, zagradzając nieprzyjacielowi drogę do stolicy. Lecz nigdzie tu już nieprzyjaciela nie było. WojnaTylko po obydwu stronach bitej drogi widniały ciemne doły, każdy z osłoną skierowaną w stronę Warszawy. Były to najdalej ku niej wysunięte forpoczty Moskwy, równolegle i symetrycznie wybrane w mazowieckiej ziemi.</akap>


<akap>Oddziałek maszerujący wymijał raz w raz konnicę i piechotę, ciężkie automobile ze sprzętem wojennym, nieskończone wozy trenu[11] i fury powracające do miasta z rannymi. Noc już była, gdy oddziałek dosięgnął Radzymina, małego miasta ze zgliszczami, które się jeszcze żarzyły i dymiły, z domami poprzewiercanymi na wylot od pocisków. Pustka i milczenie leżały nad zaułkami i uliczkami jakby skreślonymi do znaku. Zatrzymano tutaj oddział na chwilę przed pewnym ocalałym piętrowym budynkiem. Cezary rozejrzał się po tym miejscu wojennym. Nuda zniszczenia wiała tu wśród dymu i iskier. Noc posępna roztoczyła się nad tym obmierzłym zjawiskiem. Z bramy domu piętrowego wyszedł oficer francuski[12], człowiek starszy, z siwiejącą kozią bródką i obwisłymi wąsami. Twarz jego była surowa, zmartwiona i wyrażająca nieopisane zmęczenie. </akap>


<akap>Oficer ten wgramolił się do kosza motocyklu na dwie osoby i władczym gestem dał znak żołnierzowi polskiemu, który spełniał w tym wehikule obowiązki szofera. Motocykl począł wydawać ze siebie wrzaskliwe strzały, zakręcił się na miejscu i pomknął w drogę na północ, ku Wyszkowu.</akap>

<akap_dialog>--- Patrzcie no, koledzy! --- mruknął ktoś z oddziału --- ten chorowity Francuzina sam tak oto ze swym szoferem rznie na całą bolszewicką armię.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wie on dobrze, że już ich nie dopędzi. Takiego dają dęba!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Milczeć tam w szeregu! --- straszliwym basem zagrzmiał komendant oddziału, dwudziestodwuletni podporucznik.</akap_dialog>


<akap>Za chwilę mała kolumienka ruszyła wielkim krokiem pośród zupełnej ciemności, słabo rozwidnionej przez zarzewie Radzymina. Szła pod nieprzyjaciela, o którym nie było jeszcze wiadomo, czy w istocie będzie już dawał dęba, czy powtórnie na Warszawę uderzy.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>WojnaCezary Baryka niemało się nachodził w tej narodowej wojnie. Wykonywał wraz z kolegami z oddziału wściekłe marsze i wypady, obroty i zasadzki, to znowu <wyroznienie>wiał</wyroznienie> przed siłą przemożną. Zdarzało mu się iść w sam środek nieprzyjaciół, uczestniczyć w brawurowym przedsięwzięciu generała Sikorskiego[13], jak pchnięcie bagnetu rozpruwającym front bolszewicki. Idealista, ŻołnierzZdarzało mu się maszerować dniami i nocami, naprzód, wciąż na wschód za wrogiem uciekającym. Przesunęły mu się przed oczyma niezliczone wsie i miasteczka, lasy i pola. Przebrnął rozlewne rzeki wśród łęgów. Ojcowskich szklanych domów nigdzie a nigdzie nie było. Z wolna przestał o nich myśleć. Nie myślał także o ideologii najeźdźców ze wschodu. Nie widać jej było w ruinie, w zniszczeniu, tratowaniu, w śladach rabunków, rzezi i gwałtów.</akap>


<akap>Wojna, WrógWróg śmiertelny ludzi ubogich szedł przed nim wszystkimi drogami na wschód --- niszczyciel i rabuś. Gdzie były żelazne mosty, wisiały poprzetrącane ich gnaty --- gdzie były mosty drewniane, sterczały osmalone pale. Gdzie były wsie, stały porozwalane pustki. Gdzie cokolwiek pięknego, wzniosłego przeszłość zostawiła potomnym na tej ziemi ubogiej, widniała kupa gruzów. Jakże tu było doczytać się w tym piśmie najeźdźców ze wschodu idei głoszonych przez mówców wiecowych? Nadto sama wojna, jako przedsięwzięcie gromadne, jako dzieło kunsztowne a nowe i nieznane, zajęła go, a raczej przytłoczyła. Baryka nie myślał teraz, o co walczy i z kim, gdzie jest i dokąd dąży. Maszerował według rozkazu, nocował, jadł, spał, zrywał się na nogi, stał na warcie albo chytrze podkradał się pod placówki.</akap>


<akap>ŻołnierzDobrze się na ogół spisywał dawny sportsmen bakiński. Przełożeni oddawali mu pochwały, a towarzysze broni przywykli liczyć na Barykę, jak ongi liczono na Zawiszę. Cezary nie miał do kogo wracać ani do kogo napisać listu. Kilkakroć posłał kartki pod adresem pana Gajowca. Odebrał od niego serdeczne odpowiedzi --- otóż i świat cały. Ale w tych marszach, leganiach po rowach i ziemiankach były obok niego ludzkie dusze --- koledzy. Okazało się nawet, że te ,,Polaki" to są nawet dusze bratnie. Każdy z nich miał gdzieś jakąś ,,mamę" albo jakiegoś ,,tatę". Byli tacy, co mieli nawet babcie, a prawie każdy na postoju w chwili, kiedy sądził, że go nikt nie widzi, ośliniał sekretnie jakąś fotografię --- ach! --- jej, Kazi albo Zosi. Cezary nie miał ani jednej Zosi, toteż uprawiał wyniosły cynizm przedrwiwań nie tylko z samych imion i spieszczeń, ale nadto z całości sentymentów. On to właśnie był żołnierzem w każdym calu. Nie było nic poza nim. Naprzód! --- i kwita. PrzyjaźńW kompanii zaprzyjaźnił się specjalnie z pewnym młodzieńcem, również studentem Warszawskiego Uniwersytetu a obecnie tęgim żołnierzem, imieniem Hipolit, nazwiskiem Wielosławski. W pewnej przygodzie w okolicach Łysowa pod Łosicami[14] Cezary wyratował tego Wielosławskiego z opresji. W potyczce Wielosławski wpadł między bolszewików, został poźgany[15] bagnetami, potłuczony kolbami i porzucony w lesie zwanym Rogacz. Cezary nie znalazłszy go w kompanii wrócił się co tchu do lasu, wyszukał kolegę, wziął go na ramię i odniósł między swoich.</akap>


<akap>Wielosławski wnet się wylizał, a nie zapomniał usługi. Nigdy on nie mówił o swym rodzie, rodzinie i sentymentach. Był ,,Hipolit" w szeregu i tyle. Na boku tylko szeptano, że to gruby pan z panów, srogi magnat, a kuzyn jakichś tam jeszcze bardziej pierońskich Wielosławskich. ŻołnierzHipolit był żołnierzem jak się patrzy i co się zowie. Darł buty w pościgu za czerwonymi drapichrustami, żarł razowiec i ciągnął z flachy, spał na ziemi i pocił się w obrotach, jakby wcale nie miał w żyłach nic błękitnego. A siły miał iście końskie, mógł o głodzie wytrzymać pełny pochód, kiedy już wiara nosem się podpierała. Nieraz z Cezarym spali pod jedną derą i dzielili się po bratersku chlebem, solą, słoniną i pluskwami. PrzyjaźńToteż zawarli przyjaźń od serca, sztamę <wyroznienie>de grubis</wyroznienie>[16].</akap>


<akap>Miało się ku jesieni, gdy w szeregach rozeszła się radosna wieść, iż wróg z kraju ustąpił i że bliski jest rozejm. Oddział, w którym służyli dwaj przyjaciele, Baryka i Wielosławski, z Białorusi cofnięty został na Mazowsze i znalazł się w małym miasteczku Żerominie. Obadwaj[17] wojacy wdali się tutaj w wielkie spanie, którego wystarczyłoby na dziesięciu przeciętnych neurasteników. Jeść jednak było w tym mieście skąpawo, toteż zmęczonym rycerzom nudziło się w tym miejscu potężnie.</akap>


<akap>Studentów uniwersytetu zwalniano chętniej niż innych, toteż Baryka i Wielosławski zwolnili się z szeregów, skoro w nich nie było już obronnej roboty. Wielosławski zaproponował Baryce, żeby ten pojechał do niego na wypoczynek, do jakowejś Nawłoci w okolicach Częstochowy. Baryka przystał. Przebrawszy się w Warszawie w ubranie cywilne, do czego pomógł pan Gajowiec udzieleniem zaliczki na przyszłe prace biurowe --- Cezary wyruszył do Nawłoci.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Pan, Sługa, ŻołnierzPo przyjeździe na podrzędną stacyjkę drogi żelaznej dwaj przyjaciele zastali oczekującą na nich czwórkę koni zaprzężoną do małego a wysokiego pojazdu na dwie osoby, z siedzeniem z tyłu dla woźnicy. Woźnica ów, młody dryblas w liberii, z wylaniem witał się z paniczem, szczęśliwie z wojny wracającym. Tenże Jędrek powrócił również szczęśliwie z wojska, gdzie jednak pełnił bardziej pokojową, a raczej przedpokojową misję ordynansa pewnego dygnitarza, wysoko postawionego czasu tych zamieszek. Na dłuższe jednak wylewy opowiadań o przedpokojowych i polnych przewagach militarnych nie było czasu, gdyż właśnie noc zapadała. Hipolit Wielosławski wskoczył na przednie siedzenie, umieścił gościa Barykę obok siebie, Jędrkowi kazał zasiąść w górnym miejscu na tyle, wziął wprawnymi rękoma czterokonne lejce i z widoczną rozkoszą wywinął długim batem. Konie wysunęły się ze stacyjnego dziedzińca jak jeden i pomknęły miękkim gościńcem. Cezary nie jeździł nigdy takim zaprzęgiem. Przyznawał w duchu, a głośno wyjawiał Hipolitowi, iż w historii jego sportów była to przyjemność --- prima! Gdy się kasztany wzięły w siebie, a uzgodniły krok w miarowym skorochodzie[18], kolaska prawdziwie płynęła w polach. Było po deszczach, droga śliska i pełna wybojów, w których jeszcze stały żółte wody, lecz koła lekkiego pojazdu ledwie muskały owe kałuże --- porywane dalej a dalej. W pewnym miejscu ,,jaśnie pan" rzucił poza siebie lakoniczne pytanie:</akap>

<akap_dialog>--- Gościńcem czy na Leniec?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Przejechać przejedzie <wyroznienie>bez</wyroznienie> Leniec, ale faktycznie <wyroznienie>miętko</wyroznienie>.</akap_dialog>


<akap>Podróż, WieśHipolit zawrócił z gościńca w boczne opłotki, w wąską drożynę między chłopskimi działkami, gdzie dwie koleje, rozdzielone wysokim pasem przez koła w ciągu wielu lat wyoranej skiby, kędzierzawym po wierzchu od gęstej murawy, biegły w przestrzeń, równoległe jak dwie szyny. Zmurszałe płoty z sękatych żerdzi sięgały aż do wysokości siedzeń jaśnie pańskich. Droga ta była jakby utworzona dlatego, żeby po niej mogła w swą dal pomykać czwórka kasztanów i lekki pański wolancik[19]. Glina wymieciona spod kopyt i kół w postaci okrągłych pacyn i strzelistych bryzgów leciała w tył za pojazd.</akap>


<akap>Jesienny wiatr świstał koło uszu. Rozkosz żywota, poczucie zdrowia i niespożytych sił organizmu, szczęście zażywania ruchu i pędu, a nade wszystko ciekawość młodości, ciekawość tak zjadliwa, iż wysuwała się na czoło wszystkiego --- co też to tam jest na końcu tej dróżki uroczej, co będzie za tamtą oto polną gruszą --- zdawała się ponosić z końmi pospołu. Ale za gruszą samotną na polu nie było nic szczególnego. Płoty się raptem skończyły i inna wąska droga, w ukos do poprzedniej nastawiona, przerywała pola. Hipolit strzelił z bata siarczyście. Raptownie lejcową parę[20] wziął k'sobie. Skręciły, idąc wciąż w skok, i pociągnęły za sobą dyszlową parę. Stało się to za raptownie. Kolaska, pędząc po mokrej glinie, szarpnięta z nagła w półokrąg, zatoczyła się jak po lodzie. Trafiwszy bokiem, literką[21] wasąga[22] w ostatni kołek płotu, nie mogła już wykonać swego szybkiego biegu, straciła równowagę i runęła. Koła jej kręciły się spazmatycznie, podczas gdy podróżni wytrąceni zostali ze swych miejsc jak z procy. Hipolit, mocno trzymający swe lejce, legł w najbliższej mokrej bruździe. Cezary, nie mający żadnego oparcia, wypadł daleko, zorał głową ze trzy lepkie i sowicie umierzwione zagony i dopiero w czwartym jego modny kapelusz spotkał nieprzebytą zaporę. Nadto woźnica Jędruś w locie ze swego wysokiego miejsca na niską ziemię huknął go zębami w tylną część czaszki. Na szczęście konie stanęły i, bestialsko obojętne na los swych owsodawców, poczęły szczypać poprzez wędzidła smaczne przydrożne szczawie.</akap>


<akap>Baryka wygramoliwszy się z zagonów, których symetrię i użyźnienie zrujnował, z rozpaczą oglądał swój kapelusz i pracował skołataną podwójnie czaszką, jak tu w takiej ruinie odbywać dalszą podróż i jak się obcym ludziom przedstawić.</akap>

<akap_dialog>--- Ho---ho---ho! --- ryczał Hipolit patrząc na współtowarzysza, który raz w raz chwytał się za tył głowy, bolesny od ciosu zębami ordynansa. Jakoś jednak przy pomocy tegoż winowajcy oczyścili się i wyprostowali gnaty, które na szczęście były całe. Podnieśli wspólnymi siłami wehikuł, wsiedli i pomknęli dwakroć szybciej. Hipolit, jak mówił mocnozęby Jędruś, <wyroznienie>doświarczał</wyroznienie>[23] koni. <wyroznienie>Doświarczał</wyroznienie> ich dokumentnie, aż ponosiły wózek, niczym cztery diabły, po wertepach i łączkach zakisłych, po jakichś rowach czy łożyskach rzeczułek, które jednak, jak się okazało, były normalnymi drogami. Zmrok już zapadał, gdy mijano jakiś ładny pałacyk</akap_dialog>.

<akap_dialog>--- Leniec... --- rzekł lakonicznie Hipolit wskazując pałacyk biczyskiem.</akap_dialog>


<akap>Niewiele to słowo powiedziało gościowi. Gość bardziej się ucieszył spostrzegając, iż z tych leńcowatych wertepów wolantka wybiegła na piaszczysty gościniec i w aleję drzew starych. Była już noc ciemna. U końca alei połyskiwały światła.</akap>

<akap_dialog>--- Widzisz, Czaruś, te światła?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Widzę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, bracie, ciesz się! Niech cię wszyscy diabli! Ciesz się, mówię! To Nawłoć!</akap_dialog>


<akap>Cezary doświadczył właśnie pewnego niepokoju. Czegoś się wstydził i, niezgodnie ze swą naturą, czegoś trwożył i lękał. Konie wbiegły na szeroki dziedziniec i stanęły przed gankiem. Na tym ganku, rzęsiście oświetlonym, słychać było zmieszany gwar licznych głosów męskich i kobiecych, które wywoływały imię:</akap>

<akap_dialog>--- Hipolit! Hipek! Hipcio! Hipeczek! Hip!</akap_dialog>


<akap>Wielosławski ściągnięty został ze swego siedzenia przez liczne ręce i znalazł się w ich objęciach. Cezary, pozostawiony samemu sobie, złaził z wolna z siedzenia. Ale o nim nie zapomniano. Wnet wstępował po szerokich i wspaniałych, aczkolwiek dziwnie ruchomych stopniach schodów na obszerny ganek, winem dzikim obrośnięty. W świetle lamp i świec migały mu przed oczyma rozmaite postacie: dama starsza, wysoka, o ruchach zamaszystych i pełnych władczego majestatu; panna blondynka ze ślicznymi niebieskimi oczami; młody ksiądz; stary pan z czarnymi, obwisłymi wąsami... </akap>


<akap>Hipolit przedstawił Barykę zebranym na ganku. Ten kłaniał się wielekroć, całował rękę damy starszej, jak się okazało, matki Hipolita, podawał rękę do uścisku młodemu księdzu, jak się okazało, przyrodniemu bratu Hipolita, młodej pannie, Karolinie Szarłatowiczównie, jego siostrze ciotecznej, oraz starszemu panu, wujowi Skalnickiemu. Wszyscy bardzo przychylnie witali ,,tego" Barykę, przypatrywali mu się z ciekawością, jak na ,,wyższe" towarzystwo dość prowincjonalną, a nawet zaściankową. Cezary robił swobodnego i światowca, choć wspomnienie o powalanych ineksprymablach[24] i zrujnowanym kapeluszu stawało mu na przeszkodzie w zadawaniu szyku. Rozmowa była tak chaotyczna, że nic nie można było zrozumieć. Ten sobie mówił i tamten sobie mówił, pełno było radości i krzyku[25]. Wszyscy naraz zadawali pytania i nie czekając na odpowiedź zadawali nowe. Nic dziwnego: podpora rodu, syn najstarszy wracał z wojny cały i zdrowy, tęgi i opalony, jakby jeździł na polowanie w sąsiedztwo. Panna Szarłatowiczówna, która najwymowniej, najczęściej i, trzeba wyznać, najkrzykliwiej głos zabierała, patrząc na Hipolita, lecz mając na oku i ,,tego drugiego", wypaliła:</akap>

<akap_dialog>--- Nie widzę, Hipie, żebyś zbyt znowu wyraźnie przypominał steranego inwalidę! Raczej wypasłeś się jeszcze bardziej. Czyż mnie wzrok nie myli? Ależ tak --- utyłeś! Tylko patrzeć, jak sobie zapuścisz drugi podbródek. A może to jaka specjalna choroba wojenna, obrzęk, puchlina?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Patrz no, Cezary, mają nas tutaj za frantów, którzy siedzieli w sanatorium, a teraz przebrali się za bohaterskie figury.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Trzeba cierpieć, wciąż cierpieć, mój bohaterze, nie tylko od zawziętego wroga, lecz i od panien... --- śmiał się Baryka.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie przypominam sobie, żeby tutaj kto mówił o ,,frantach" --- zaperzyła się panna Karolina --- tylko wszyscy wracają w tak korpulentnych postaciach, że ta wojna wygląda mi na jakąś odżywczą kurację.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Któż to ,,wszyscy"? Karolino --- kto ,,wszyscy"?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, na przykład --- Jędrek.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Słyszane rzeczy! To dziewczę, które prochu nie wąchało, ośmiela się twierdzić, że my na wojnie czyściliśmy buty w przedpokojach, jak pan Jędrek.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ależ nie! Wiem, że ścigałeś nieprzyjaciół jak Czarniecki.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O nieprzyjaciołach, o bolszewikach ostrożnie! Obecny tutaj mój przyjaciel Baryka jest --- jak by to powiedzieć? --- prawie bolszewikiem.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak? Pan? --- zdziwiła się owa panna Karolina mierząc gościa ostrym od stóp do głów spojrzeniem.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Żarty! --- mruknął Baryka.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jeszczem też normalnego bolszewika na oczy nie widziała...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A coś ty widziała ,,na oczy", Karolino, dziewczę z pałacu białego na Ukrainie?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jeszczem widziała oborę od strony twojego pałacu i pałac od strony twojej obory.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Muszę ci wytłumaczyć, Cezary, że panna Szarłatowiczówna, tu obecna Karolina --- takie imię chrzestne --- a no, trudno! --- defekt --- utraciła dobra swe ziemskie na Ukrainie, skoro tylko bolszewicy się narodzili. Była bowiem na pensji w Warszawie, uczyła się geografii, algebry --- tak! --- i stylistyki, kiedy jej dobra zabierano. Teraz zarabia na kawałek chleba. Karolina Szarłatowiczówna kury maca w Nawłoci.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Twoje kury, wielki magnacie!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jest to przenośnia, właśnie stylistyczna --- wmieszał się do rozmowy młody księżulo --- jest to <slowo_obce>pars pro toto</slowo_obce>[26]. Karolcia zajmuje się nie tylko kurami...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ale i gęsiami... --- dorzucił Hipolit.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O, zaraz gęsiami, gęsiami!... --- gorszył się młody księżyk.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A czyż się nie zajmuje gęsiami, krowami, cielętami, źrebiętami?... Stęskniłem się za nią, mój drogi <wyroznienie>pomidorze</wyroznienie>[27]. Nieraz --- Cezary świadkiem! --- leżąc w rowie zaczynam marzyć i wyrażam słownie marzenie wewnętrzne: --- napiszę list do Karoliny Szarłatowiczówny, herbu Rogala. Zapytam jej, czy kury dobrze się niosą?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A szczęście, żeś tego listu nie wysłał, bo byłabym ci odpisała! No!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No! Z takimi błędami ortograficznymi, że <wyroznienie>pała</wyroznienie>! <wyroznienie>Pała</wyroznienie> z minusem! Zresztą na Ukrainie to nie raziło. Któż by tam o polską ortografię... Boże drogi! Tam przecie <slowo_obce>wsio po russki</slowo_obce>...[28]</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Widzę ze smutkiem, że braciszek nie daje pani przyjść do słowa... --- rzekł Cezary.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Poczciwe to z kościami, dobre, jak kotlet z marchewką, ale musiał pan przecie, leżąc z nim po rowach, zauważyć... Biedny, biedny chłopczyna...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Karolino, nie daj się! --- podszczuwał ksiądz Anastazy. --- Broń się, dziewczę z buzią jak malina! Jeżeli go teraz nie oszołomisz, znowu zapanuje nad tobą.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Przebaczam mu z góry wszystko. Biedny bohater, inwalida, zmizerowany w bojach obrońca swych trzód, stadnin, obór, powozów i batów...</akap_dialog>

<akap_dialog>Ksiądz--- Kolacja! Otóż i kolacja! --- z zapałem głosił ksiądz Nastek. --- <slowo_obce>Primum edere, deinde philosophari</slowo_obce>[29]. Nieprawdaż, panie poruczniku? --- zwrócił się do Baryki.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Niestety, nawet nie: sierżancie...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakążeście tam ponad inne przekładali? --- spytał ksiądz chwytając wprawną dłonią gąsiorek ze starką.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Siwuchę przekładaliśmy stale i niezmiennie, ale teraz przepij no, Nastek, do tego Czarusia...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A, Czaruś mu na imię? Właśnie chciałem zapytać, bo to bez tego nieporęcznie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, to panie Czaruś --- nasze! Ładne imię, prawda Karusia? Podoba ci się?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dość ładne imię... --- uśmiechnęła się panna Karolina.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Takie imię dobrze się mówi... --- wsunął uwagę wujcio Michaś.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czaruś --- i kwita! --- zdecydował ksiądz połykając od jednego zamachu zacny kieliszek przezacnej ,,staruszki".</akap_dialog>


<akap>KsiądzBył to średniego wzrostu, krępy i zażywny księżulo. Włosy miał przystrzyżone ,,na jeża", twarz pucołowatą, okrągłą, po bokach, pod nosem, i na brodzie siną od golenia. Zdrowie i wesele tryskały z jego oczu, twarzy i pysznej figurki. Wciąż się klepał po kolanach i udach czekając tylko na lada sposobność, żeby z jakiejkolwiek racji parsknąć śmiechem. Zanim przeszła kolejka starki, <wyroznienie>pomidorek</wyroznienie> uderzył Barykę po kolanie i wykrzyknął:</akap>

<akap_dialog>--- Aleście też spuścili lanie tym Żydom! --- Cha--cha--cha! Cóż za lanie! Takie lanie nad laniami, że to z okularami na nosie po historiach szukać! Tu ten Piłsudski --- szach--mach! Rozpruł jak nożem! Tu nasz bogobojny Haller[30] goni a bije! Tu Sikorski łomoce jak w cymbał. Zdarzenie boże...</akap_dialog>


<akap>Wnet się sekretnie przeżegnał, przez chwilę trzymał złożone pulchne rączki i coś tam mruczał pod nosem po łacinie dobry momencik czasu.</akap>

<akap_dialog>--- Lanie było w dobrym gatunku, ale też wymagało chodzenia, chodzenia... --- westchnął Hipolit Wielosławski.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- E, odjesz się! I to zaraz, dzisiaj. Dawajcież tę zupę! Dawajcie tę cielęcą... A na rożnie też aby? Mój Boże kochany... Karusia --- na rożnie aby?...</akap_dialog>


<akap>Panna Karolina uroczyście przysięgła podnosząc dwa palce.</akap>

<akap_dialog>--- Ale tę sałatkę --- to sama przyrządź...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Już o sałatkę bądź spokojny...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mówisz? --- troskał się ojciec duchowny.</akap_dialog>


<akap>Matka, SynW czasie tego całego galimatiasu matka Hipolita, siedząc w dużym fotelu, nie wydawała głosu. Wodziła oczyma za synem i łzy szczęśliwe, sekretne, niepowstrzymane, bez przerwy lały się z jej oczu.</akap>

<akap_dialog>--- Mamusia sobie tam cicho--sza popłakuje --- rzekł tkliwie Hipolit. ,,Wy sobie tam gadajcie głośno, co chcecie, a ja sobie za wszystkie czasy popłaczę". No, nie? Każdy ma swój sposób na radość. A oto Czaruś Baryka, mój rodzony przyjaciel, nie ma ojca ani matki. Ojciec to mu nawet teraz niedawno umarł. I w jakich warunkach! A Czaruś żyje. I bił się, że aż trzeszczało. I chodzi. I śmieje się. I teraz sobie znowu starki kropnie!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O, widzisz! Toś powiedział, Hip, słowo --- <wyroznienie>cymes</wyroznienie>! Pijemy za zdrowie życia! I to w ręce mamusi! --- wołał ksiądz Nastek.</akap_dialog>

<akap_dialog>Matka, Syn--- Ja nie mogę pić, mój prałacie miły. Wiesz. Serce. I tak jestem mocno pijana, gdy patrzę na tego piechura... --- rzekła pani Wielosławska roztapiając się w uśmiechu szczęścia i nie spuszczając z Hipolita oczu rozradowanych.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Et, Hipowi teraz będzie dobrze w Nawłoci! --- westchnął księżulo. --- Tak mi się coś wydaje. A wujciowi się nie wydaje? --- spytał pana Skalnickiego.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- I mnie się to samo tak wydaje... --- westchnął wujcio.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Szanować go! --- zdecydowała głośno starsza pani. --- Na wojnę chodził, ziemi bronił, bił się mężnie, cały kraj przemierzył własnymi krokami!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Troszkę i na furmance... --- dorzucił z cicha Hipolit. --- Ale niedużo. Jak mię poturbowały te <wyroznienie>czapy</wyroznienie>, a Baryka obronił. W każdym razie: baczność!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A pańska matka gdzie skończyła życie? --- grzecznie i dobrotliwie spytała Cezarego pani Wielosławska.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- W Baku, proszę pani.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Aż w Baku!... To i pan stamtąd, z Baku?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Troszeczkę to dalej, niż ty, mężny piechurze... --- syknęła panna Karolina w stronę Hipolita.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Karusia! Niech no Maciejunio postawi tu ten większy kieliszek... Po jakiemu to jest!... --- martwił się dobrotliwie księżulo.</akap_dialog>


<akap>Gdy zajęto miejsca przy stole, a przybył jeszcze rządca, pan Turzycki, oraz dwie ciocie podstarzałe, jedna wdowa --- Aniela --- a druga stara panna --- Wiktoria --- gwar się stał nie byle jaki. SługaStary służący Maciejunio ledwie mógł nadążyć z odkorkowywaniem. Nawet mu źle szło z tymi korkami. Musiał mu sam panicz, ,,Jaśnie--Hipcio", pomagać, co doprowadziło za dużą szafą kredensową do tajemniczego zrujnowania hierarchii --- po prostu do uścisków serdecznych Jaśnie--Hipcia z prastarym Maciejuniem.</akap>


<akap>Cezary pił, co mu nalewano, i jadł, co nakładano na talerz. Wszyscy na niego patrzyli z radością, niemal z miłością. SługaTu stary Maciejunio --- tak gruby i napęczniały w swym fraczku obcisłym, że robił wrażenie beznadziejnie chorego na wodną puchlinę, gdyby nie doskonała cera czerstwego oblicza --- nachylał się z takim uśmiechem, jakby i tego obcego ,,jaśnie panicza" chciał ucałować jak swego --- mrugał oczami i robił miny, żeby wybrać tę starą, omszałą flachę, oplecioną w tatarak, którą trzymał w swej prawej ręce. Tam dwie ciocie, Aniela i Wiktoria, jedna przez drugą nachylały się ku niemu i kazały opowiadać sobie o matce --- ,,wszystko --- wszystko!" --- a gdy się na dobre rozgadał i mówił wszystko, to jednej, to drugiej łzy najszczersze z oczu kap--kap--kap! Pan Gajowiec --- dobrze! Ale skądże --- u licha? --- te dwie damule? A przecież były to łzy prawdziwe, jakby krewnych, jakby sióstr dalekich a nieznanych, które się nad dolą jego drogiej matki użalały. Tam wujcio Michaś coś mu chce powiedzieć, coś sekretnego, nowego, a ważniejszego ponad wszystko. Zaczyna i nie może skończyć, bo mu wszyscy przeszkadzają. Spiknęli się, żeby przeszkadzać. Więc się irytuje, targa wąsy i przewraca dziko oczyma.</akap>


<akap>SługaNa dobitkę jeszcze Wojciunio! Już od dziesięciu minut lokaj Maciejunio z cicha prosi panią dziedziczkę, no i jaśnie panicza, że oto Wojciunio nie może wytrzymać i strasznie błaga, żeby mógł spojrzeć na panicza. No, więc wołać go w drodze łaski! Drzwi się uchylają i staje w nich Wojciunio, kucharz równie stary, jak lokaj Maciejunio. Kucharz jest jąkałą, znanym na cały powiat. Nic nie może powiedzieć, tylko zdejmuje swą białą czapkę i śmieje się starym, radosnym śmiechem, przypominającym końskie rżenie. Macha do paniczka Hipcia białymi rękami, coś mu pokazuje na migi. Hipolit mu na migi odpowiada i oba chichocą ze szczęścia. Kucharz zamyka drzwi z należnym uszanowaniem, dziękując za łaskę. Ale i zza drzwi słychać jeszcze jego śmiech i bełkot radosny.</akap>


<akap>Jeszcze obiad do swej połowy nie dobiegł, a już Cezary --- ,,Czaruś" --- pił <wyroznienie>bruderszaft</wyroznienie> na śmierć i życie z księdzem Nastkiem, z wujciem Michasiem, a nawet trącał się kieliszkiem z obydwiema podstarzałymi ciotkami i młodocianą panną Karusią. Gorszyło to cokolwiek starszą panią, matkę rodu, ale tego wieczora wszelki porządek z zawias[31] się wyrwał i wszelka dystynkcja została zniweczona.</akap>


<akap>Obyczaje, SługaZa czarnymi oknami rozległy się jakby strzały. To starzy parobcy witali młodego pana, co z wojska wrócił, strzelając mu dawnym obyczajem z batów na wiwat. Jaśnie--Hipcio niezbyt pewnymi rękoma uzgarniał w dolnych pieczarach kredensu naręcze butelek, tak bez wyboru i tak szczodrze, aż mu niektóre zgorszony Maciejunio musiał delikatnie wydzierać --- bo jakże! --- sam szczerozłoty tokaj jeszcze nieboszczyka jaśnie pana --- fornalom! Hipolit wytrząsnął z pugilaresu wszystkie walory, jakie tam miał, i, sapiąc obładowany wyszedł na ganek. Noc była jesienna, ciemna. Ponieważ za Hipolitem wybiegli inni, wyszedł i Cezary. Patrzał w tę ciemną noc i w postaci słabo bielejące. Słyszał słowa powitania.</akap>

<akap_dialog>--- E, Szymon, jak się masz! Tyś to, Zerwa? Pawełek, chudzino, ta noga boli cię jeszcze? Józiu! Franek! Walek! Bywaj, chłopcy, tu do mnie!</akap_dialog>


<akap>SzczęścieCezary przysiadł na poręczy ganku. Był odurzony. Był pijany, ale nie winem. Pierwszy to pewnie raz od śmierci rodziców miał w sercu radość, rozkosz bytu, szczęście. Było mu dobrze z tymi obcymi ludźmi, jakby ich znał i kochał od niepamiętnych lat. Wszystko w tym domu było dobre dla uczuć, przychylne i przytulne jak niegdyś objęcia rodziców. Wszystko tu było na swoim miejscu, dobrze postawione i rozumnie strzeżone, wszystko pociągało i wabiło, niczym rozgrzany piec w zimie, a cień wielkiego i rozłożystego drzewa w skwar letni. Żadne tu myśli przeciwne, nieprzyjazne przeciwko temu dworowi nie powinny by się były rodzić. A jednak, gdy powrócił do pokoju stołowego, żal mu ścisnął serce. Świeże powietrze odurzyło go, a nowe kielichy starego wina uderzyły do głowy. Zapłakał, gorzko zapłakał. Chwycił po pijanemu Hipolita za szyję i namiętnie szeptał mu do ucha:</akap>

<akap_dialog>Chłop, Rewolucja, Szlachcic--- Strzeż się, bracie! Pilnuj się! Za tę jednę srebrną papierośnicę, za posiadanie kilku srebrnych łyżek, ci sami, wierz mi, ci sami, Maciejunio i Wojciunio, Szymek i Walek, a nawet ten Józio --- Józio! --- wywleką cię do ogrodu i głowę ci rozwalą siekierą. Wierz mi! Ja wiem! Grube i dzikie sołdaty ustawią cię pod murem... Nie drgnie im ręka, gdy cię wezmą na cel! Za jednę tę oto srebrną cukiernicę! wierz mi, Hipolit! Błagam cię...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Co on chce? --- pytał ksiądz Anastazy. --- Srebrnej cukiernicy chce? Bierz, bracie, Czaruś --- bierz ją! Chowaj do kieszeni! Oby ci tylko wlazła!</akap_dialog>


<akap>Koło stołu już było luźniej. Pani Wielosławska pociągnęła syna Hipolita do swego pokoju. Dwie ciotki widząc, że humory są już niezwykłe, wysunęły się z jadalni. Został na placu wujcio Michał, który teraz dopiero dorwał się do opowieści o swym potwornym krachu, o łatwowiernie i lekkomyślnie zawartej spółce węglowej z dwoma Żydami, braćmi Kminkami... Cezary słuchał, wzruszał się perypetiami procesu, potakiwał, przerażał się, nawet groził Żydom Kminkom. KsiądzKsiężunio Anastazy pociągał ze swego kieliszka --- a był to jeden z tych większych --- otwierał i składał pulchne dłonie i nadrabiał miną, że się historią wujcia Michasia przejmuje. Po prawdzie rad by był parsknąć żywym śmiechem i uderzyć wujcia po kolanie albo i po plecach --- a tu, jak na złość, sens opowieści był tragiczny --- nawet <wyroznienie>traiczny</wyroznienie>[32], jak mówił wujcio Michaś. <wyroznienie>Pomidorek</wyroznienie> czekał tedy cierpliwie końca, jak na sługę bożego i człowieka dobrego wychowania przystało, choć wiedział, że ta termedia[33] nie ma wcale końca. Skończy się wzdychaniem, chlipaniem i ucieraniem wezbranego nosa. Cóż by dał za to, żeby ktokolwiek przerwał albo cokolwiek przerwało banialukę familijną o tych Kminkach z piekła rodem, którą słyszał już kilkaset razy! Karusia przyszła z odsieczą.</akap>

<akap_dialog>--- Ależ to pan musi być zmęczony --- zmęczony! --- zapiała po kresowemu. --- Panowie jechali aż z samej Warszawy?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Z samej Warszawy jechaliśmy...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czy nie sądzisz czasem, Karusiu, że czas by już był na pana porucznika odpocząć przez chwileczkę do jutra rana? --- pytał wikary Nastuś.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ja tak sądzę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A gdzież nasz pan Czaruś będzie spał? We dworze czy w ,,Ariance"?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wiadomo --- w ,,Ariance".</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Biorę pana pod swoją opiekę --- zdecydował ksiądz. --- Razem będziemy chrapali. E, to sobie zachrapiemy!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Maciejunio poszedł z Hipolitem rzeczy rozpakowywać. Pietrek na folwarku... --- martwiła się panna Karolina.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Poradzę sobie, proszę pani!</akap_dialog>

<akap_dialog>Ksiądz--- Nie tak to łatwo. Nie jestem pewna, czy tam posłane.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tego już nie wiem, dziecko. Nie wiem. Bij mię, katuj --- na pościelach się nie rozumiem... --- mruczał ksiądz pociągając nowe hausty.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie ma co! Ja sama panów odprowadzę. Zobaczę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Złote słowa powiedziałaś. Ten gość musi się wyspać. Musimy dziś chrapać! To darmo. Chodźmy, poruczniku!</akap_dialog>


<akap>Cezary, który zgodził się nawet na to, że będzie w tym domu porucznikiem, znalazł swój zdezelowany kapelusz i wyszedł za przewodem księdza i panny Szarłatowiczówny. OgródZeszli po schodach ganku i skręcili w ogród ciemny, zarośnięty, szumiący w mroku ogromem jesiennych gałęzi. Posuwali się naprzód wąskimi uliczkami, które raz w raz w półokrąg się zataczały. Wkrótce jednak te półkoliste ścieżki zginęły w jednolitej murawie. KsiądzKsiądz sapał i wzdychał, a wreszcie ustał w drodze. Na niespokojne pytania panny Karoliny dawał odpowiedzi dziwnie niechętne i opryskliwe, a wreszcie nie dawał żadnych. Słychać było tylko jego sapanie coraz głośniejsze i złowrogie szamotanie się w mroku. Panna Szarłatowiczówna rzuciła się kapłanowi na ratunek i rzeczywiście wybawiła go z opresji. Podchmielony ksiądz Anastazy wlazł w ciemności na młodego świerka, który mu się cały wpakował pod sutannę i między nogi, a w sposób tak wyjątkowo uporczywy, iż żadną miarą nie można było ani przeskoczyć, ani ominąć, ani w ogóle przerwać tego dosiadania świerka z jego bujnymi i sprężystymi gałęźmi.</akap>

<akap_dialog>--- Diabli z tymi świerkami! --- irytował się kapłan. --- Co to za pomysł, żeby zostawiać na drodze takie małe koczkodany.</akap_dialog>

<akap_dialog>Obyczaje--- Bo kto widział, żeby nosić tak długie sutanny! --- mówiła kuzynka wydobywając księdza na wolność. --- Księża za granicą nie chodzą już w takich spódnicach. Nawet my, kobiety, nosimy przecie krótkie suknie, nie takie do samej ziemi.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Cicho! Co się wtrącasz do kapłańskich sukienek...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Muszę się wtrącać, bobyś był nie wyszedł z tego świerka, żeby nie ja.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- I to prawda. Ten nikczemnik nie chciał wyleźć spode mnie. Ale suknie kapłańskie to nie twoja rzecz! Nic ci do tego! Swoich pilnuj!</akap_dialog>


<akap>KsiądzPo chwili księżyk Anastazy zaczął śpiewać na cały ogród:</akap>

<poezja_cyt>
<strofa><slowo_obce>Caroline, Caroline,</slowo_obce>/
<slowo_obce>Prends ton chapeau fleuri,</slowo_obce>/
<slowo_obce>Ta robe blanche</slowo_obce>/
<slowo_obce>De dimanche</slowo_obce>/
<slowo_obce>Et tes petits souliers vernis...</slowo_obce>[34]</strofa>
</poezja_cyt>


<akap_dialog>--- Nastuś! Co ty po nocy wyśpiewujesz? --- zaśmiała się panna Karolina.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jestem na urlopie, jestem na wakacjach, w domu rodzinnym, <slowo_obce>Caroline...</slowo_obce></akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ciocia usłyszy...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O, zaraz usłyszy! Akurat! Usłyszy albo i nie usłyszy. Noc jest tak ciemna, że gdzie by tam kto co słyszał. Ksiądz --- to musi być <slowo_obce>eo ipso</slowo_obce> --- mizantrop. Jakem był w Paryżu...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dobrze, dobrze, opowiesz, co tam było w Paryżu... Ale musimy iść prędzej. Deszcz pokrapuje. Śpieszmy się!</akap_dialog>


<akap>Szli prędzej zaułkami ogrodu, w ciemności choć oko wykol.</akap>


<akap>Ksiądz coraz bardziej postękiwał i uskarżał się na przeszkody, a Cezary w tym miejscu zupełnie obcym musiał uczepić się ręki panny Szarłatowiczówny, żeby zaś nie ulec losowi plebana. Ręka tej wiejskiej panny, choć maleńka, była mocna i muskularna. Uczepiwszy się raz --- wojak nie popuszczał jej ze swej dłoni aż do chwili, gdy cała trójka stanęła przed jakimś białym murem. Tutaj panna trafiła do drzwi, niewidocznych dla Baryki, i otworzyła je. Weszli do sieni wyłożonej ciosowym kamieniem, na którym krok dźwięczał donośnie. Ksiądz Anastazy dociągnął swe ciężkie stopy do drzwi prowadzących z tej sieni na prawo i otworzył je z hałasem znacznie większym ponad potrzebę. Cezary chciał iść za nim, ale panna Karolina go zatrzymała, tłumacząc, że jego pokój jest dalej. Kapłan z głębi ciemnego pokoju zawołał:</akap>

<akap_dialog>--- Ja już sam trafię do łóżka, a ty pokaż drogę porucznikowi.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ładnie mię wykierowałeś, opiekunie... --- szepnęła panienka ze śmiechem. --- A czy aby naprawdę trafisz do łóżka?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Kpisz czy o drogę pytasz? Do łóżka bym znowu nie trafił! Dobre sobie! Już je widzę, o, już je mam. Łóżeczko kochane...</akap_dialog>


<poezja_cyt>
<strofa><slowo_obce>Caroline, Caroline,</slowo_obce>/
<slowo_obce>Prends ton chapeau fleuri...</slowo_obce></strofa>
</poezja_cyt>


<akap_dialog>--- Dobranoc, kanoniku! --- zawołał Cezary.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dobranoc, brygadierze[35]! --- jęknął kapłan zapadając gdzieś głęboko.</akap_dialog>


<akap>Panna Karolina i Cezary zostali sami w pustej i ciemnej sieni. Przez chwilę młoda gospodyni tych miejsc szukała z pośpiechem świecy po kątach, z dala się trzymając od gościa. Wreszcie z radością w głosie oświadczyła, iż znalazła już świecę. Zaczem potarła zapałkę i roznieciła światło.</akap>

<akap_dialog>Historia, Religia--- Ten dom --- mówiła --- jest to jakoby dawny zbór ariański[36], przerabiany wielokrotnie. Teraz tu jest mieszkanie rządcy, kancelaria i pokoje gościnne.</akap_dialog>


<akap>Otworzyła drzwi na prawo i wskazała Cezaremu pokój, wysoko podnosząc świecę.</akap>

<akap_dialog>--- Zdaje się, że pan ma tutaj wszystko, co potrzeba. Widzę pościel. Zresztą przyślę chłopca.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Po co tam chłopca przysyłać! Dam sobie radę. Na wojnie nauczony jestem obchodzić się po spartańsku. Nie mam żadnych wymagań. Ale jakże pani powróci do tamtego domu?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakoś powrócę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O, tak nie można! Ja panią odprowadzę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak! Pan mnie, bo się boję, a potem ja pana, bo pan nie trafi.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Już trafię, skoro mi pani wskazała drogę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, więc dobrze. Troszkę mię pan odprowadzi, bo po prawdzie, to samej w parku nie jest miło.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Właśnie, właśnie...</akap_dialog>


<akap>Cezary otworzył drzwi wejściowe. Deszcz już nie pokrapywał, lecz siał gęsty, ostry i natarczywy.</akap>

<akap_dialog>--- Widzi pani, deszcz pada.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A pada.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Co tu począć?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Przejdę prędko.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ba, prędko po tym ciemnym ogrodzie, pełnym małych świerków.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie ma co martwić się. Tu przecie zostać nie mogę, a u rządcostwa już śpią wszyscy na górze. Chodźmy!</akap_dialog>


<akap>Ruszyli naprzód w ciemny park. Po kilku chwilach Baryka rzekł:</akap>

<akap_dialog>--- Niech się pani okryje moim płaszczem. Mam płaszcz na ramionach.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie. Dziękuję.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Proszę się okryć.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dziękuję panu!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Może to nie wypada, żeby pani okrywała się moim płaszczem?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Bo i pewnie. Pierwszy raz pana widzę w życiu i już mam chodzić w pańskim płaszczu. Zresztą to nie po chrześcijańsku: pan by zmókł.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A więc postąpmy po chrześcijańsku, z zachowaniem najdoskonalszych przepisów towarzyskich.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Okryjmy się nim obydwoje.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Z pana, widzę, zanadto dobry chrześcijanin, znawca przepisów towarzyskich i nieco za śmiały wojownik.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wojownik musi być śmiały. Oto widzi pani, jaki jestem śmiały.</akap_dialog>


<akap>Mówiąc te słowa Cezary zarzucił prawe ramię płaszcza na ramię panny Karoliny, a lewym okrył swe ramię. Ażeby zaś jak najbardziej ją okryć, przyciągnął ją mocno do siebie. Panna Szarłatowiczówna odsunęła się od niego, ale niezupełnie, niezdecydowanie. Obejmując ją delikatnie i o tyle tylko, żeby nie mokła na deszczu, czuł, jak drżała na całym ciele. Głos jej drżał również, gdy mówiła:</akap>

<akap_dialog>--- Nie zawsze, proszę pana, śmiałość popłaca. Ja przynajmniej nie nadaję się do żołnierskich śmiałostek.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Do tego stopnia i ja się nie ośmielam, żebym miał pani sprawić jaką przykrość. Jeżeli zrobiłem, to bezwiednie i za to przepraszam.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Żadnej przykrości mi pan nie zrobił. Ale otóż i dwór! Dobranoc panu! A czy też pan naprawdę trafi?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jak w dym!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Życzę dobrego snu w ariańskim zborze...</akap_dialog>


<akap>Cezary skłonił się przed jakąś obwisłą gruszą czy jabłonią, która go w zamian oblała kroplistym otrzęsem --- bo panna Karolina znikła już w mroku.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>


<akap>Nazajutrz, wyspawszy się znakomicie, Cezary obudził się bardzo wcześnie. Deszcz podzwaniał w szyby okna i wiatr zimny przenikał do pokoju. Słychać było w sąsiednich izbach bohaterskie chrapanie księdza (nieznane) i Hipolita (znajome doskonale). Pokój Cezarego był niezmiernie wysoki, o ścianach bielonych wapnem i drewnianej powale. Okna i drzwi były wpuszczone w grube mury, co przypominało w rzeczywistości starą ,,ariańską" rozmównicę, salę zrzeszeń czy modłów. Młodzieniec w doskonałym usposobieniu wstał szybko, wymył się i wyczesał wzorowo, ubrał i wychylił za drzwi swego pokoju. Sień z kamienną posadzką była jeszcze wyższa niż pokój. Schody z niej prowadziły na piętro, gdzie już chodzono w ciężkim obuwiu i rozmawiano. Otwarłszy drzwi do ogrodu Baryka zobaczył park, wczoraj w ciemności postrzeżony.</akap>


<akap>Dworek, OgródPark był bardzo rozległy, schodził ze wzgórka, na którym stała ,,Arianka", w dół, do dworu otoczonego sadzawkami i basenami wodnymi. Dwór był drewniany, lecz na kamiennych podmurowaniach, które musiały dawniej podpierać inną jakąś, bardziej wyniosłą budowlę. W parku były długie aleje grabowe, wynoszące się w pola i dalekie zarośla. W jednej takiej alei stały wokół zmurszałe, drewniane ławki, zasypane zwiędłymi liśćmi i zalane wodą deszczową. Wszystkie aleje i uliczki były zawleczone wilgotną mgłą, która dla Cezarego miała jakowyś szczególny urok. Z rozkoszą wałęsał się w długich, grabowych nawach, nie spotykając żywego ducha. Zawijał się w swój płaszcz przewiewny i, doświadczając ciepła w listopadowym powietrzu, cieszył się, upajał, nasycał swym zdrowiem fizycznym i duchowym błogostanem. Śpiewał półgłosem samemu sobie radosną piosenkę, skandalicznie głupią co do treści i niewybredną co do formy.</akap>


<akap>Wieś, Chłop, Pozycja społecznaJedna z ulic wielkodrzewnych wyprowadziła go z parku na folwark, między stodoły, sterty zboża, obory, stajnie, kupy nawozu i fioletowe gnojówki. Tam od dawna kręcili się ludzie, z których każdy osobnik witał spacerującego ,,pana" ukłonem. Te to ukłony zepsuły poranek ideowemu komuniście, wpędziły go w pewien rodzaj popłochu. Toteż co prędzej odszedł z tamtych zaludnionych okolic. Trafił do ogrodu warzywnego, a później do ptasiego ogrojca. W drucianym odosobnieniu przechadzały się tam skromne kury i poważnie defilowały koguty, raz po raz ogłaszając absolutną niepogodę wrzaskliwym komunikatem, biadając pokrakiwały indyczki i rozpuszczały tęgie pióra z dzikim bełkotem indory, na pół obłąkane z manii wielkości. Wspaniały paw siedział na płocie nieruchomy, jakby wyrzeźbiony z brązu wielobarwnego, pewien uroku swych piór i kolorów swej szyi. Wrzaskliwe perliczki niestrudzenie i kłótliwie wykrzykiwały jakieś, doprawdy, nieprzyzwoite przezwisko. Nieporządne kaczki chłeptały strawę, nurzając dzioby, nogi i brzuchy w korytku --- gęsi wydawały co pewien czas iście dulskie i klępie głosy[37] podziwu nad wszystkim i nierozumienia nic a nic na tym świecie. W tym społeczeństwie było tyle ciekawego życia, że Baryka formalnie zagapił się na ten <wyroznienie>sowiet</wyroznienie>[38] ptasi.</akap>


<akap>Popsuła mu kontemplację scena najzabawniejsza pod słońcem. Oto zjawiła się w pobliżu chlewików i kurników panna--podlotek, jakaś wysmukła i wiotka gidia[39] pensjonarska. Wyszła z domu, w którym Baryka noc przepędził. Była to najoczywiściej przyjezdna --- z miasta czy z daleka --- krewna któregoś z oficjalistów[40], gdyż w sposób wielkomiejski wszystkiemu się dziwiła i co krok trafiała kulą w płot, pytając o wszystko przechodzących na bosaka i w wysokim podkasaniu ,,dworek"[41] folwarcznych. Tak to obserwując wszystko, panna zabrnęła między perliczki, których całe stado wykrzykiwało popod krzakami porzeczek. Czym tym Afrykankom[42] zawiniła, Cezary nie spostrzegł. Nagle stała się rzecz nieoczekiwana i fenomenalna: jeden z osobników starych, ze zgiętą szyją i nieproporcjonalnie małą głową niebieską, a więc samiec tego hałaśliwego rodu, rzucił się ku rozlazłej pannie z pazurami i groźnie rozwartym dziobem. Skakał wprost z ziemi aż do brzucha oniemiałej dzieweczki. Ogon, zawsze zgięty ku dołowi, teraz stał się jakby nowym szponem tego potwora, niebieski na głowie rożek, w tył zakrzywiony --- nowym pazurem. Przeraźliwy krzyk perlicy, najwyraźniej po polsku przeklinający --- ,,psiakrew! psiakrew! psiakrew!" --- i atak tego szarego jajka z mnóstwem pazurów, dziobów, haków tak przeraził dziewoję, iż z wrzaskiem przewyższającym okrzyki perlicy rzuciła się do ucieczki. Nogi, ręce, sznurowadła, paski od swetra, wstążki, warkocze, falbanki majtek wiewały w powietrzu, a bek rozpaczliwy rozdzierał jesienne sielskie powietrze. Perlica nie dała za wygrane, nie dała się ugłaskać tak wyraźnymi objawami kapitulacji, lecz rzuciła się w pogoń za pierzchającym dziewczęciem z krzykiem swoim, nabierającym coraz groźniejszych akcentów bojowych.</akap>


<akap>Przerażona panna wyrywała do ,,ariańskiej" oficyny, coraz szybciej biorąc za pas nogi. Wreszcie wpadła do wielkiej sieni od strony dziedzińca. Tam napełniła spazmatycznymi jękami i wołaniem na pomoc jakiejś cioci wysokie przejścia i schody, aż zatrzasnąwszy za sobą drzwi na górze przycichła wreszcie w warowni piętra. Perliczka jednak i tam nie ustała. Goniła mężnie swą ofiarę do sieni z kamienną posadzką, wpadła do wnętrza i do podnóża schodów i, stojąc w groźnej postawie na wprost klatki schodowej, gdzie jej sprzed oczu znikła mieszczanka, długo jeszcze ogłaszała światu zwycięstwo, wywrzaskując swoje ,,psiakrew! psiakrew! psiakrew!" Parobcy, baby z czworaków, dziewczyny folwarczne dawno nie miały tak efektownej rozrywki. Niektórzy z chłopów pokładali się na ziemi ze śmiechu, patrząc na tę scenę. Nawet kiedy już kusa perliczka, syta sławy i tryumfu, wracała spod ,,Arianki" do swojej gminy, jeszcze wielkomiejska panna nie śmiała z domu nosa wyściubić.</akap>


<akap>Zimno jesienne przejęło jednak obserwatora. Postanowił pójść do dworu, obejrzeć go po dniu[43] i --- <slowo_obce>last not least</slowo_obce>[44] --- coś ciepłego wypić czy też przekąsić. Miał zresztą szczery zamiar podzielić się porannymi wrażeniami z panną Karoliną, a nade wszystko dowiedzieć się od niej, kogo to tak zawzięcie zwalczała i ostatecznie pokonała Afrykanka na folwarku. Nosił się nawet z myślą, aby specjalnie zapoznać się z ową pokonaną ,,stroną" i pogawędzić z nią w ogóle o perliczkach. Po cichu obszedł dwór nie napotykając żywej duszy. DworekWszystkie okiennice były jeszcze pozamykane i cisza wewnątrz panowała. Dwór był ogromny, z dachem łamanym. Ponad tym dachem rozpościerały się konary wielkodrzewów.</akap>


<akap>Odnalazłszy wczoraj poznane schody główne Cezary Baryka wszedł do głównej sieni. Z tej sieni były otwarte drzwi do pokoju stołowego, gdzie poprzedniego wieczora ucztowano. Pusto tutaj było, lecz już sprzątnięto do cna wczorajsze nakrycia. Ogień Ogień palił się na wielkim kominie z zielonych kafli. Widok i trzask tego ognia podczas przejmującego poranka sprawiał istną rozkosz. Wielkie płonące polana sosnowe czy jodłowe napełniały obszerną i dość surową salę jak gdyby śmiechem i gwarem licznych biesiadników. Baryka ogrzał ręce przed ogniem, ale w pobliżu ogniska było za ciepło. Toteż spostrzegłszy dużą, starą sofę w rogu sali, rzucił się ku niej, zasiadł w najdalszym jej kącie i zapatrzywszy się w daleki blask ognia na kominku, począł ,,myśleć sobie". Kontemplacja ognia, a przy jego blasku wspominanie i marzenie, śnienie, drzemanie duchowe, myślenie obrazami o wszystkim przeżytym i mętne powzięcie o niedożytym, o widzianym i prześnionym --- stanowiło istne nurzanie się w swym jestestwie, oglądanie swej jaźni.</akap>


<akap>Lecz te chwile zostały zakłócone. Cezary Baryka doznał przerwy w swych myślach, niczym Tadeusz Soplica[45] po przyjeździe na wieś. Trochę się to tylko odbyło inaczej. Oto gdzieś daleko, w sieniach i czeluściach domu dało się słyszeć nucenie wczorajszej piosenki księdza Anastazego --- ,,<slowo_obce>Caroline, Caroline...</slowo_obce>"</akap>


<akap>Drzwi się otwarły i weszła do sali jadalnej panna Karusia we własnej osobie --- ale w jakimże dezabilu[46]! Oto --- po prostu w koszuli. Gdzieś tu, widać, w sąsiedztwie jadalni sypiała, toteż wprost z łóżka przyszła do ognia ogrzać się troszeczkę. Miała na nogach bez pończoch wsunięte miękkie i mocno przydeptane pantofle, włosy rozpuszczone i --- powiedzmy całą prawdę! --- rozkudłane, które właśnie rozczesywała, a na sobie jedynie krótką koszulę, mocno powystrzyganą i koronkowo--przejrzystą u góry. Ogień , TaniecStanąwszy przed wielkim ogniem kominka, panna Karusia poczęła wyczyniać rozmaite piruety[47] i krygi --- przechylać się i wyginać. Zapewne w celu zagrzania tu i tam podczas tak chłodnego poranka, zadzierała i tak już krótką koszulinę --- albo znowu zasłaniała się nią bezskutecznie, gdy zanadto w jakim miejscu parzyło. Podśpiewując i balansując czesała swe długie, pozłociste włosy. Wykonywała już to prawą, już lewą nogą lekkie <slowo_obce>pas</slowo_obce>[48] w stronę ognia, jakby sama była na scenie, a tańczyła bachiczny tan[49] ku uciesze widzów siedzących nisko na parterze, w głębi gorejącego pieca. Cezary był zachwycony tym widokiem, choć nie siedział w parterze, lecz w dalekiej loży. Nigdy nie miał przed oczyma kształtów kobiecych tak harmonijnie pięknych i młodzieńczo jędrnych. Każdy ruch i przegub ciała panny Karusi był pełen niezwalczonego powabu. Lecz przecie brutalstwem było zbyt długie napawanie się widokiem rozmamania młodej piękności. Toteż Baryka, po dość długim zresztą namyśle, chrząknął i rzekł wesoło:</akap>

<akap_dialog>--- Obawiam się, że włosy pani mogą się zapalić od ognia i wtedy...</akap_dialog>


<akap>Nie miał czasu na dokończenie zdania zawierającego obawy tak słuszne, przewidujące, niemal ojcowskie --- gdyż panna Szarłatowiczówna wydała nagły okrzyk --- niczym tamta dziewoja uciekająca przed perliczką --- i runęła we drzwi z takim impetem, że o mały włos nie wyrwała ich z zawias. Odkąd te drzwi były drzwiami, klamka klamką, a zawiasy zawiasami, nigdy jeszcze nikt nie potraktował ich w sposób tak wybuchowy. Stare, spaczone drzwi długo jeszcze chwiały się na przerażonych hakach i szczękały wystraszoną klamką. Ogień Ogień na kominie zdawał się strzelać i trzaskać, buzować i huczeć ze śmiechu z podwójną i potrójną swą mocą, jakby tam w głębi rzeczywiście tłum rozbawiony oklaskiwał przygodę panny Karusi.</akap>


<akap>Cezary nie wiedział, czy ma siedzieć na swym miejscu, czy, głęboko zawstydziwszy się, wstać i wyjść. Został. SługaPo pewnym czasie nadciągnął Maciejunio w rannej kurtce, a nawet w małej czapeczce, którą musiał widywać na łysinach <slowo_obce>maître d'hôtel</slowo_obce>'ów[50] w czasie podróży po Europie z nieboszczykiem jaśnie panem --- ,,Panie, świeć nad jego duszą..."</akap>


<akap>Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zamartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów[51] największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych ,,podręcznych" Piotrków i Florków. JedzenieNakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił ,,masełko", tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał się spoglądając na pewien słoik, który nieznacznie wskazywał, i coś ,,ośmielał się" szeptać z cicha na jego wielką, bardzo wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. Od wczorajszych doświadczeń polegał na zdaniu Maciejunia. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem --- nie jakiś sobaczy <slowo_obce>ersatz</slowo_obce>[52] niemiecki --- ,,kawusia", rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcje śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki, przypiekane przez ogień zewnętrzny.</akap>


<akap>Cezary, nie czekając na domowników, zabrał się do ,,kawuńci", kożuszków, ,,śmietaneczki", chleba, który płatał po żołniersku, do rogalików, które chrustał od jednego zamachu --- do ciastek, miodu, konfitur. SługaMaciejunio przewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pochwalał oczyma, uśmiechem albo ruchem niepostrzeżonym zabiegi i czynności gościa. Na pytanie, czy nikt z domowników jeszcze nie wstał, stary sługa dał odpowiedź, iż śpią jeszcze wszyscy. Panna Szarłatowiczówna wstała już wprawdzie, ale teraz powróciła znowu do łóżka, a do stołu dziś w ogóle nie zasiądzie, gdyż jest niezdrowa.</akap>

<akap_dialog>--- Doprawdy? Zasłabła? --- troskał się młody Baryka.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakoś... Ból głowy. Febra. Bo to teraz te ciągłe zmiany pogody. To pogoda, to masz! znowu niepogoda. Nigdy tego dawniej nie mieliśmy w naszych tutaj stronach. Była pogoda, no to pogoda. A teraz... Widać panienka z tej ciągłej niepogody wpadła w <wyroznienie>zapalączkę</wyroznienie>[53]. Niektórzy mówią, że to wojna wpływa tak na tę niepogodę. Ciągłe strzały z armat... Ale my tutejsi nie możemy tego wiedzieć.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Może być, że to i wojna... --- westchnął Cezary zmiatając najprzedniejszą marmoladę z brzoskwini.</akap_dialog>


<akap>Nie wszyscy jednak byli we śnie pogrążeni, bo oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwich podskokach Hipolit Wielosławski wbiegł na ganek. Za chwilę był w jadalni. SługaMaciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniach i niewidzialnym kuchennym ośrodku. JedzenieWjechały zaraz nowe tace, nowe bochenki na miejsce nadwyrężonych przez Barykę, nowe koszyki z rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.</akap>


<akap>Hipolit jadł co się zowie. Do smakołyków podanych żądał dodatków w postaci ,,serwelatek"[54], szyneczek, serków takich i owakich. Nasycił się wreszcie, rzucił serwetę i wstał od stołu.</akap>

<akap_dialog>--- A gdzież to panna Karolina? Jeszcze śpi? --- pytał Maciejunia.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Właśnie... jaśnie panienka jakoś nam dzisiaj niezdrowa.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Leży?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Uchowaj Boże! Nie obłożnie, ale nam jakoś niezdrowa.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Rozumiem. A niechże wam będzie niezdrowa! KońNo, Cezary --- do koni! Idzież ze mną?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jeszcze by też!</akap_dialog>


<akap>Wyszli hucznie, buńczucznie. Dziedziniec był brukowany, niczym plac miejski. Stajnie mieściły się na drugim jego końcu. Drzwi tam były otwarte i na progu stajni czekał wyprostowany i wypucowany Jędrek w spodniach w czarno--białe kratki i czerwonym lejbiku[55]. Hipolit wpadł skokiem do stajni i witał się z końmi. Wielkim głosem wołał po imieniu na wierzchowce, których miał osiem, witał się z cugowymi[56] i ,,brakami"[57]. Chodził od gródzy[58] do gródzy to pokrzykując, to pieszcząc się z końmi, jakby z najlepszymi przyjaciółmi. Miał łzy w oczach i uśmiech szczęścia na twarzy.</akap>


<akap>SługaKrok w krok chodził za nim Jędrek, stajenny. W każdym ruchu, w tonie głosu, uśmiechu i zasmuceniu naśladował swego pana --- nie mówiąc już ani słowa o poglądach, mniemaniach i zasadach zarówno stajennych, jak ogólnoświatowych. Cezary wywnioskował z obserwacji, że ów Jędrek mieści się bez reszty w Hipolicie Wielosławskim. Jest w nim i krąży całą swą istotą wewnątrz tamtego niczym jakowaś planeta ciemna dokoła świetlistego słońca. Na wyprawie wojennej, w obcowaniu z osobami wysoko postawionymi Jędrek nauczył się używania wyrazów ozdobnych, paradnych, niejako krasomówczych i wysoko stylowych. Mówił, wciąż wtykając tu i tam, a nie zawsze we właściwe miejsce --- ,,ewentualnie", ,,naturalnie", ,,faktycznie", ,,względnie" --- a zwłaszcza ,,absolutnie". Tego ,,absolutnie" wprost nadużywał. Nadużywał również przysłówka ,,jednakowoż", który zjawiał się w jego ustach ni w pięć ni w dziewięć w zwykłych zdaniach oznajmiających. Jędrek mówił na przykład:</akap>

<akap_dialog>--- Muszę to pokazać: kasztan przychudł, a jednakowoż ,,Angielka" także przychudła.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Sam to doskonale widzę, ale coś ty --- przepraszam --- robił od rana?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wyrzucałem spod cugowych nawóz, ewentualnie gnój.</akap_dialog>

<akap_dialog>Koń--- Dlaczego kasztan przychudł? Koń tyje od zgrzebła. Wiesz ty o tym czy nie?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Absolutnie!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ale kto temu winien, że kasztan przychudł? Gadaj!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ścierwo Namulak jeździł na kasztanie po pocztę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Na moim koniu po pocztę! Po pocztę! Na kasztanie! Pasy będę darł!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- To samo powiedziałem panu <wyroznienie>rządcemu</wyroznienie>. Na naszym koniu, na kasztanie, po pocztę! Pasy drzeć! Namulakowi za ruszanie naszych koni zaraz dałem w kufę, względnie w mordę, raz i drugi.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Właśnie, właśnie, filozofie!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Właśnie! Mówię: <wyroznienie>dryniu</wyroznienie>, naszych koni łapą swoją czarną --- ni--ni! Wara od naszych koni! Absolutnie!</akap_dialog>


<akap>Ten właśnie wyraz w postaci już to zupełnej, już nie wykończonej, wciąż syczał w jego wargach. KońPrzechodząc od konia do konia, przyjaciele obserwowali tu suchość głowy i odnóża, twardość kopyt w kształcie kubka, o rogu niezłomnym i lśniącym --- tam delikatność skóry, jedwabistość sierści gładkiej i połyskliwej. Na widok przychodniów konie zwracały ku nim głowy o wielkich, rozdymających się nozdrzach, o oczach przedziwnie żywych, nakrytych z lekka cienką powieką. Żyły ich, oczywiste pod krótkim uwłosieniem, wzdymały się i widać było, jak krew w nich płynie, zaiste, grając przecudną pieśń życia. Przestępywały[59] z nogi na nogę, a ruchliwe uszy zdawały się pilnie nadsłuchiwać, co ci przychodnie do siebie mówią. Hipolit klepał swych ulubieńców i ulubienice po wystających kłębach, po krzyżach równych i szerokich, po pochyłych łopatkach i cienkich, długich, wygiętych szyjach. Tu i tam wymawiał imię pieszczotliwe i przytulał twarz do wystających kości wielkich policzków. Cezary zaglądał w te oczy nieznane, pełne rozumu, ognia i tajnych marzeń, których nigdy nie obejmie i nie zgruntuje marzenie człowieka. Słuchał krótkich, niejasnych westchnień, które raz w raz z potężnych, głębokich piersi wznosiły się, mówiąc o tęsknocie za jadłem i napojem, wiekuistym źródle rzezi i mordu wśród podłego białych dwunogów rodu --- czy o tęsknocie za czymś innym, zupełnie dla dwunogów niewiadomym, dalekim, sennie upragnionym. Wśród tego radosnego z końmi obcowania, gdy miłe, podniecające było tu wszystko, nawet zapach amoniakowy i odór potu zwierzęcego --- przeszyło Cezarego uczucie obcości i samotności. Jakoby przekazani głębiom jego duszy przez oczy końskie z otchłani ich egzystencji, załkał w nim ojciec i załkała matka. Chłop, Rewolucja, Sługa, SzlachcicMyśl gorzka i cierpka, owoc wszystkiego, co w swym życiu widział, nasunęła wewnętrzne, zjadliwe pytanie:</akap>


<akap>Dworek,,Kiedyż nadejdzie podły dzień, iż tenże Jędrek posiądzie odwagę i zdobędzie się na siłę, żeby jaśnie pana chwycić za gardło i bić w <wyroznienie>kufę</wyroznienie>, względnie w mordę? Czy też Maciejunio da radę, czy potrafi wypchnąć jaśnie dziedziczkę za drzwi główne, właśnie w pazury motłochu? Czy potrafi wpuścić biedę okolicznych wsi, ażeby nareszcie zobaczyła, co to tam jest, co się mieści w salonie, w środku tego starego dworu, bardziej niedostępnym i bardziej tajemniczym dla tłumu niż święty kościół w Nawłoci?"</akap>


<akap>Cezary odepchnął od siebie tę myśl wstrętną i nachalną, która go już od wczorajszego wieczoru napastowała. Właśnie Hipolit Wielosławski wydawał rozkazy:</akap>

<akap_dialog>--- Linijkę[60]! Czy linijka oczyszczona, nasmarowana, gotowa?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Absss...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Kasztan do linijki!</akap_dialog>


<akap>Zwracając się do Cezarego spytał:</akap>

<akap_dialog>--- Czaruś, jedziesz ze mną?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jadę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jeszcześ tak, braciszku, nie jeździł na tym padole. Zobaczysz! Kasztan do linijki!</akap_dialog>


<akap>Piorunowymi skokami i nagłymi ruchy Jędrek wytoczył z sąsiedniej wozowni linijkę, wózek na wysokich kołach, z wąskim siedzeniem podłużnym, który przypominał swym kształtem chudego pająka. Wnet lśniąca uprząż narzucona została na kasztana i sam ten wspaniały koń znalazł się między dwoma drążkami zaprzęgu. Kościsty i muskularny czteroletni biegun wzdrygał się pod uprzężą i bił kopytem w kamienie podwórca. Hipolit chwycił lejce z rąk Jędrka i zaprosił Cezarego, żeby usiadł tyłem do niego, w postawie ,,dartego orła"[61]. Obadwaj[62] mocno oparli nogi na żelaznych prętach wewnętrznych, okalających osie, Hipolit ujął bat w rękę i cmoknął na kasztana. Koń poszedł z miejsca ostrym kłusem.</akap>


<akap>Chłop, SzlachcicZ początku Hipolit Wielosławski jechał szerokim gościńcem, pełnym wybojów i wądołów, i na tej drodze nie mógł wypuścić kasztana w bieg pełny. Cezary siedząc tyłem do konia, pierwszy raz oglądał krajobraz wybiegający niespodziewanie. Widoki pól wypadały przed jego oczy z dwu stron jako części nie łączące się ze sobą. Było to dziwne wrażenie podwójnej nowości i obcości, a jednak pełne powabu. Dzień był mglisty, zimny i senny. Pola już zupełnie puste. Tylko tam i sam, daleko widnieli jeszcze ludzie, którzy nad czymś pracowali. Plamy ich ruchome i ciemne przesuwały się po żółtych i szarych polach, po powierzchniach jakby odartych ze skóry, dookoła samotnych wozów. Kędyś daleko płonęło niewidzialne ognisko i siwy dym długą smugą we mgły przepływał.</akap>

<akap_dialog>--- Dobijamy do szosy --- rzekł Hipolit. --- Teraz ruszymy. Czuj duch!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Rozkaz!</akap_dialog>


<akap>Hipolit ujął Cezarego obiedwiema[63] rękami pod łokcie w ten sposób, że się spletli nierozerwalnie. Linijka z nagła zaturkotała wbiegłszy na szosę kamienistą, kostropatą od spiczastych krzemyków i granitów. Hipolit zaciął kasztana raz, drugi i trzeci. Koń rzucił się naprzód i poszedł w pełny galop.</akap>


<akap>Linijka poczęła z warczącym hałasem miotać się od rowu do rowu, od pryzmy tłuczonego kamienia do pryzmy. Ten bieg wciąż jeszcze wzmagał się od siarczystych razów. Wreszcie przeszedł w skok szalony, co siły w biegunie. Cezary już nic nie widział. Cały jego wysiłek polegał na zachowaniu równowagi i utrzymaniu oparcia o plecy Hipolita. Koła wózka zdawały się nie dotykać ziemi, a zamiatały szosę w prawo i w lewo, coraz częstotliwiej furkocząc.</akap>

<akap_dialog>--- Teraz uwaga! Pełny bieg! <slowo_obce>Full pace!</slowo_obce>[64] --- wrzasnął Hipolit.</akap_dialog>


<akap>W istocie, nastał bieg tak pełny, że Baryka przymknął oczy. Czekał na katastrofę. Rad by był wydobyć ręce spod uścisku łokci Hipolita i w pełnym biegu zeskoczyć, lecz Wielosławski nie popuszczał swego pasażera. Krzyk jego, popędzający konia, stał się dziki i srogi. Bat jego świstał. Ta wariacka jazda trwała tak długo, że pasażer stracił wszelką nadzieję, żeby się kiedykolwiek skończyć mogła. Czuł zawrót głowy i mdłości.</akap>


<akap>Za żadną jednak cenę nie byłby się przyznał do tego nierycerskiego stanu. Milczał mężnie i wytrwale czekał. Jak przez sen usłyszał w tym locie jakieś nawoływanie. Zobaczył jakieś z boku ruchome plamy, ale tak niejasno, w takich gzygzakach, że to nie dotarło do jego świadomości. Lecz oto Wielosławski począł zdzierać lejcami swego skakuna. Linijka pędziła jeszcze, lecz już bardziej środkiem szosy. Hipolit puścił ręce Cezarego i z całej siły siepał w tył lejcami rozbieganego konia. Wreszcie przeforsował go, puścił w kłus i stanął na miejscu.</akap>

<akap_dialog>--- Patrz, jak mię ten wariat urządził! --- zawołał Hipolit zeskakując z linijki na ziemię.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Który wariat?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jeden z wariatów...</akap_dialog>


<akap>Istotnie, cały Hipolit był zabryzgany błotem, lepki od stóp do głów. Twarz jego ledwie było widać pod bryzgami.</akap>

<akap_dialog>--- Zdaje mi się, że na nas ktoś wołał --- rzekł Cezary.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Skąd?</akap_dialog>


<akap>Rozejrzał się po polach i roześmiał radośnie:</akap>

<akap_dialog>--- A! Pani Laura...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Gdzie jaka znowu Laura?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Sąsiadka nasza, pani Laura Kościeniecka, ze swym narzeczonym. Patrzże!</akap_dialog>


<akap>Cezary obejrzał się dookoła i rzeczywiście spostrzegł ,,sąsiadkę". Kobieta, KońZbliżała się młoda dama sadząc ślicznymi, wspaniałymi skokami na przepysznym szpaku[65]. Obok niej kłusował jeździec na gniadym wierzchowcu. Dama jechała po męsku, doskonale trzymając się na siodle i świetnie władając koniem. Gdy z polnej drogi zbliżyła się do szosy i miejsca postoju bohaterów linijki, Cezary mógł oglądać jej obcisły strój męski, lekkie buty, żółtawe ineksprymable, krótki spencerek i niski, okrągły kapelusz. Bujne blond włosy nad wyraz pięknego koloru, zwinięte w duży węzeł w tyle głowy, doskonale były ujęte przez owo niskie nakrycie głowy. Dama śmiała się do rozpuku, przypatrując się z uwagą Hipolitowi.</akap>

<akap_dialog>--- Pospieszamy panu na pomoc, miły sąsiedzie! Jechaliśmy właśnie z panem Władysławem moimi granicami --- aż tu widzimy, że kogoś na trakcie konik ponosi --- ha--ha--ha!...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Myli się pani. Konik nas wcale nie ponosił... --- oburzył się Hipolit.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Doprawdy? Nie? A to się cieszę. Bo już współczułam bliźniemu.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dziękuję w każdym razie za współczucie w swoim imieniu i w imieniu mego przyjaciela, Cezarego Baryki.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A! --- skinęła głową pani w stronę Baryki. --- Zdaje mi się jednak, że moje współczucie raczej ubodło sąsiada... --- ciągnęła złośliwie, zwracając się znowu w stronę Hipolita.</akap_dialog>


<akap>W ogóle ,,przyjaciela Baryki" zdawała się nie dostrzegać, jakby był czymś daleko mniej interesującym w tym zaprzęgu niż koń kasztan.</akap>

<akap_dialog>--- Ależ go pan zmydlił[66]! --- wtrącił mocnym, basowym głosem towarzysz pani Kościenieckiej. --- Cały koń w pianach. Myślę, że go pan napalił. Ależ dycha! Kiedyż pan powrócił?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wczoraj.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- <slowo_obce>Tiens!</slowo_obce>[67] --- syknęła pani. --- I już dziś rano tak forsowna eskapada!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Na wojnie przyuczono nas rano wstawać.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A pan także z wojny? --- zapytała młoda dama zwracając się do Cezarego.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tak. Oczywiście. Tak jest, z wojny.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Pan pozwoli, że się przedstawię... --- rzekł do Cezarego swym najniższym basem towarzysz pani Kościenieckiej. --- Jestem Barwicki.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Baryka.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Z uszanowaniem patrzę na prawdziwych żołnierzy... --- mówił z oczyma przymrużonymi chytrawo. --- Sam tutaj jedynie na miejscu działając w zakresie organizacji i świadczeń, prawdziwie cześć mam dla żołnierzy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wiadomo przecie, że pan nie mógł iść ze względu na swą astmę... --- wtrąciła pani Kościeniecka.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Pan Władysław chory na astmę? Tak? Nic nie wiedziałem... --- dziwił się Wielosławski. --- To widocznie podczas wojny musiał się pan tej astmy nabawić...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Gdzież tam! Już dawniej pan Władysław miał ataki duszności, a teraz się to uwidoczniło, gdy go lekarze podczas superrewizji[68] zbadali.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Życzę panu z serca powrotu do normalnego zdrowia! --- mówił Wielosławski z najszczerszymi drwinami do potężnego jeźdźca, który mógłby pospołu ze swą astmą mury forteczne łamać.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Dziękuję, dziękuję... --- bełkotnął tamten ściskając co prędzej wyciągniętą prawicę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A czy panowie zdają sobie z tego sprawę, że jesteście na moim polu? --- rzekła nagle pani Kościeniecka. --- Zajechaliście moje dziedziny. ,,Gdy jeleń wszedł w moją puszczę, jeleń mój"[69]. Proszę do mnie na śniadanie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Pani Lauro! W takiej postaci? Proszę spojrzeć na mnie okiem uwagi i litości. Czy w takim stanie zabryzgania mogę jechać do Leńca?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Może pan jechać! SługaJeszcze się tam w Leńcu może znajdzie jaki kawałeczek mydła, to się pan cudnie odmyje, a chłopiec panu ubranie oczyści.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ależ my jesteśmy wprost ze stajni!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Powiedziałam, że proszę na śniadanie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Pani!</akap_dialog>


<akap>Piękna amazonka zawróciła swego szpaka na miejscu i zjechała z szosy na boczną drogę, biegnącą w poprzek niw zabronowanych i osnutych cienką siecią ozimin.</akap>


<akap>Za nią ruszył jej narzeczony. Obadwaj wojskowi wsiedli znowu na linijkę i pojechali za tamtą parą. Cezary zwrócił się teraz twarzą do konia i mógł widzieć amazonkę. KobietaŚwietnie, a nade wszystko zgrabnie siedziała na koniu.</akap>


<akap>Była wysmukła, niezwykle kształtna, muskularna i, widać, mocna --- ani zbyt chuda, ani zanadto tłusta. Oczy miała iście lazurowe. Nie było w niej ani cienia kokieterii, przesady, nieszczerości, snobizmu. Była naturalna i solidna w każdym ruchu, słowie, uśmiechu. Nawracała kilkakroć do linijki, żeby o coś zapytać albo coś wesołego powiedzieć. Wtedy jej koń wpadał na wywalcowaną rolę, którą jeszcze niedawno ostry, ranny deszcz uklepał --- i kopyta jego po pęciny zaklękały się w świeże ciasto uprawy. Wtedy uda, piersi, ramiona jeźdźczyni harmonijnie z ruchami konia unosiły się, opadały i ciągnęły na siodle. Lekko się przechylała albo wdzięcznie gięła do taktu ze skokami wierzchowca. Prześliczna jej twarz wyrażała czerstwe zdrowie, a nadobna pierś oddychała w spazmach ruchu, swobodnie wciągając i wydając powietrze, które wcale jeszcze nie przeszło przez płuca niczyje.</akap>


<akap>Była w tej pani jakaś cecha otwartości, która nakłaniała do uczuć przyjaznych.</akap>


<akap>Ale piękność jej i oczywista na siodle niejako bryłowatość wdzięku ściskała widokiem swoim wnętrze patrzących młodzieńców. Oczy im się jarzyły. Gdy para narzeczonych cokolwiek się oddalała, żeby wśród uśmiechów szeptać o swych sprawach, Hipolit z cicha uświadamiał Cezarego:</akap>

<akap_dialog>--- Wdowa. Laura. Pierwszy mąż Kościeniecki. Jakiś tam pisarz, literat, historyk. Umarł dwa lata temu. Majątek miał śliczny --- o, ten, co go widać --- Leniec. Kościeniecki był zawsze strupieszały, chory, mizantrop. Nie miał o czym gadać z nikim w sąsiedztwie. Przykry był człowiek. No, umarł. Teraz się ten Barwicki rozbija o jej rękę. Są po słowie, nawet, widzę, baba podkochuje się w tym astmatyku.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- No, od czegóż by była Laura[70]? Romantyczne macie imiona w okolicy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Mieszczanin, Pozycja społeczna, SzlachcicEt, to bogaty <wyroznienie>nuworysz</wyroznienie>[71]. Ma ci śliczny majątek, Suchołustek, nadto para się przemysłem, handluje. Bogacz. Spryciarz pierwszej klasy. Nie mogą się tak zaraz pobrać, jakby on pragnął, bo matka Kościenieckiego mieszka w Leńcu. Interesa są powikłane. Kościeniecki z pierwszą swoją żoną miał dwoje dzieci. Te dzieci mają pretensje i prawo do części majątku. Ona sama nie może spłacić ani matki, ani tamtych dzieci. I tak dalej. A temu Barwickiemu pachnie także i Leniec, boby wszedł między solidne towarzystwo... Jak się to hycel do niej podsadza! Widzisz ty?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ejże, Hipeczku, czy tylko żółta zazdrość przez twe usteczka się nie sączy!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ja? Do tej Laury? Nie! Baba jak malowanie... To prawda. Ale mogę wytrzymać.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Szczerze mówisz?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tobie bym, bracie, szczerze nie powiedział! Wiesz, jak to ten moskiewski <wyroznienie>ofik</wyroznienie>[72] mawiał w takich razach...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Wiem, wiem!...</akap_dialog>


<akap>Ach, jakże piękną była dróżka, dwukolejka, którą jechali! Nic w niej, co prawda, nie było szczególnego. Tu i tam, zapomniane przez ludzi, nie nagabywane z braku czasu --- rosły na niej tarki i głogi najeżone srogimi kolcami. Głogi miały teraz na sobie owoc swój różany, o kolorze piękniejszym niż najwdzięczniejsze usta kobiece. Rosły półkolem, zagajem, Chłopwśród kamieni, które z pola praszczury parobków te niwy orzących wyorały i w to miejsce sygnęły[73]. Tak <wyroznienie>toto</wyroznienie> porosło i krzewiło się w polu. --- A potem przestrzeń bezdrzewna w jasnej glebie. Kędyś na horyzoncie aleje w Nawłoci --- bliżej kępy drzew Leńca.</akap>


<akap>Para narzeczonych puściła się przodem, dając z oddali znaki wojownikom, żeby się pospieszali. Sadząc na ślicznych koniach w jasnych rolach, tamci dwoje stanowili świetne stadło. Cezary mruknął:</akap>

<akap_dialog>--- Dobre sobie! Zanim przyjedziemy, już będzie po wszystkim.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Akurat! Umie się ona cenić. Aby ona umie! Mądre to jak sam diabeł.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Po cóż by tak wyrywali?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Żeby nas godnie przyjąć. Zobaczysz... Ale na wszelki wypadek --- jazda! Żeby temu grubasowi popsuć szyki!</akap_dialog>


<akap>Powierzchnia zniżyła się w rozdół, na którego dnie wśród niezbyt rozległych łąk płynęła rzeczka w urwistych brzegach. DworekDalej, za chwiejnym mostkiem, było wzgórze, na którego szczycie wznosił się ów Leniec. Wnet linijka zaturkotała przed gankiem ,,pałacu". Była to raczej willa niż pałac albo dwór. --- Piętrowa, z lustrzanymi szybami, z dachem niemal płaskim i szpikulcem na szczycie, mogła stać w byle letnisku i należeć do fabrykanta Niemca lub Żyda nowobogacza. Nawet amorków na górnym gzemsie tej willi, trzymających wieńce grubo i szczodrze pomalowane na olejno, nie oszczędzono tej sarmacko--barbarzyńskiej okolicy. SługaDwaj panowie z Nawłoci, oddawszy konia oczekującemu ,,człowiekowi", weszli po betonowych (tu i tam srodze nadpękniętych) schodach do sieni, skąd wyfraczony lokaj poprowadził ich wprost do łazienki. Myli się tam, czesali, oczyszczali z błota i dziwnie nadobni zjawili się w salonie. Lecz minęli ten salon i przeszli do następnego pokoju, gdzie stała duża szafa z książkami, bardzo pięknie pooprawianymi w skórę i safian. Tam siedział pan Barwicki z książką w ręku. Pani domu nie było.</akap>

<akap_dialog>--- Widzisz... --- znacząco mrugnął na Cezarego Hipolit. --- Widzisz, jak tu pięknie...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Prawda... --- uśmiechnął się Cezary. --- Miałeś rację mówiąc, że tu tak pięknie.</akap_dialog>


<akap>KobietaPani Kościeniecka niepostrzeżenie zeszła ze schodów, które z holu wejściowego prowadziły na piętro. Była ubrana w skromną, modną suknię. Jej uroda zajaśniała teraz inaczej. Było dziwnie, niemal zdumiewająco patrzeć na nią tak odmienioną. Włosy pozbawione kapelusza zalśniły pozłocisto, ramiona w wyciętej sukni odsłoniły się w przepychu linii doskonałych i w niepospolitej ich krasie. Odziana w miękkie, niemal przejrzyste szaty, pani Laura była niepodobna do siebie samej. Uderzająco odmiennie przedstawiała się jej stopa w lakierowanym pantofelku, ta sama stopa, co z tak sprężystą, żelazną mocą wpierała się w żelazo strzemienia. Łydki obciągnięte szarym jedwabiem pończochy były teraz wysmukłe jak u podlotka. Oczy tylko zostały te same, szczere i prawdomówne. Natomiast usta były mniej istotne i szczere, gdyż z lekka pociągnięte barwiczką[74], przypominającą kolorem swym barwę owocu dzikiej róży.</akap>


<akap>Obcy, WspomnieniaCezary siedział obok szafy bibliotecznej i przypatrywał się oprawom książek. Niektóre z tytułów, wyzłocone na grzbietach, obojętnie odcyfrowywał. Pies, PrzemijaniePrzypomniał sobie, przypomniał... Szafa ojcowska, książki... Tak samo stały książki i snuły się wstęgą złoconą tytuły. Przypomniał sobie rozkład i urządzenie swego rodzinnego domu. Westchnął sam przed sobą nad swoją dolą. Obcy jest wszędzie, sam. Jakiś cudzoziemiec między rodakami, jakiś zbłąkany pies bez domu, pana i podwórza. Patrzył na książki, a myślał o tym, że wszystko jest niepewne, dorywcze, przemijające, podległe bestialskiemu zniszczeniu. Kara, Pozycja społeczna, Rewolucja, ZemstaGdzie są książki ojca, gdzie dom, gdzie ojciec, gdzie matka? Zabici są jak psy, za jakąś pierworodną winę --- rzuceni są do rowów jak psy!</akap>


<akap>Praca ich życia na nic się nie zdała. Nie wiedzieli, że zarabiają na karzącą śmierć. Życie ich całe było jakowąś śmieszną pomyłką, krwawym nieporozumieniem.</akap>


<akap>A ci tutaj wszyscy są tak pewni swego. Do licha! Nic nie widzieli, co jest, co bywa na świecie, a tak są pewni swego. Czemu oni są tacy pewni, gdy pewnego na świecie nie ma nic. Tak strasznie nic. On jeden przecie, Cezary Baryka, własnymi oczyma zobaczył, jak pewnego nic nie ma...</akap>

<akap_dialog>--- Pan lubi książki? --- zapytała pani Kościeniecka siadając naprzeciwko.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Książki? Nie bardzo. Lubię piękne oprawy.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A samych środków, wnętrz między oprawami, już nie?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie bardzo. Zresztą --- czy ja wiem... Teraz nie było czasu czytać, a dawniej, gdy było można, nie było znowu chęci.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- A pan jest z których stron? Przepraszam za babską ciekawość...</akap_dialog>

<akap_dialog>--- On jest z Baku... --- rzekł Hipolit.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Aż z Baku! --- dziwiła się pani Laura szczerze i prawdziwie.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ojciec mój tam mieszkał. Matka tam umarła.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Ale pan tutaj u nas zostanie? W naszej okolicy?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Jakiś czas.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Tutaj, w tej okolicy, w każdym razie zabawi pan dłużej. Prawda, panie Hipolicie? Bo tu mamy plan. Mamy plan balu w Odolanach. A tancerzy ani na lekarstwo! Pan przecie tańczy?</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Owszem, tańczę.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- W takim razie jest nowy tancerz! Doskonale!</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Nie wiem, kiedy jest ten bal. Nie wiem, czy będę mógł być na nim.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- Czaruś! mój drogi, porzuć no ten temat. Nie ty w tych sprawach decydujesz, tylko ja.</akap_dialog>

<akap_dialog>--- O, to--to! --- syczała piękna pani. --- Nie puścić! Nie puścić!</akap_dialog>


<akap>SługaLokaj wszedł i cichym głosem poprosił do stołu.</akap>


<sekcja_swiatlo/>
<separator_linia/>
<sekcja_swiatlo/>

Przypisy

  1. <slowo_obce>osteologia</slowo_obce> --- część anatomii obejmująca naukę o kościach.
  2. <slowo_obce>dość sobie w tych (...) ludziach podobał</slowo_obce> --- popr. upodobać sobie w kimś.
  3. <slowo_obce>obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
  4. <slowo_obce>quasi</slowo_obce> (łac.) --- niby.
  5. Radzymin --- miasteczko oddalone 18 km od Warszawy, miejsce walk w dniach 11--14 VIII 1920 r.
  6. <slowo_obce>dudniało</slowo_obce> --- dziś popr.: dudniło.
  7. <slowo_obce>formuła jakiegoś spryciarza</slowo_obce> --- tradycja przypisuje ją królowi Filipowi Macedońskiemu (359--336 p.n.e.)
  8. <slowo_obce>interlokutor</slowo_obce> (z łac.) --- rozmówca.
  9. <slowo_obce>obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
  10. <slowo_obce>mowy robotników i przywódców robotniczych</slowo_obce> --- chodzi tu o działaczy prawicy Polskiej Partii Socjalistycznej.
  11. <slowo_obce>tren</slowo_obce> (z franc.) --- tabory.
  12. <slowo_obce>oficer francuski</slowo_obce> --- w czasie ofensywy Armii Czerwonej przybyła do Warszawy wojskowa misja francuska dla udzielenia pomocy dowództwu polskiemu.
  13. <slowo_obce>przedsięwzięcie gen. Sikorskiego</slowo_obce> --- Władysław Sikorski (1881--1943) w czasie kontrofensywy polskiej 1920 r. --- dowódca armii, która atakiem na Nasielsk, Ciechanów i Mławę odcięła wysunięte na zachód ugrupowania radzieckie od sił głównych Armii Czerwonej.
  14. Łosice --- miasteczko w powiecie konstantynowskim (woj. lubelskie).
  15. <slowo_obce>poźgany</slowo_obce> --- podźgany.
  16. <slowo_obce>de grubis</slowo_obce> (niby po łacinie) --- ordynarnie, grubiańsko; tu: na całego.
  17. <slowo_obce>Obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
  18. <slowo_obce>skorochód</slowo_obce> --- szybki bieg.
  19. <slowo_obce>wolancik</slowo_obce> --- lekki, odkryty powozik.
  20. <slowo_obce>lejcowa para</slowo_obce> --- idąca w zaprzęgu przed parą dyszlową.
  21. <slowo_obce>literka</slowo_obce> --- drabinka u wozu wiejskiego; tu: boczna krawędź powozu.
  22. <slowo_obce>wasąg</slowo_obce> --- tu: wierzch powozu.
  23. <slowo_obce>doświarczać</slowo_obce> (gwar.) --- doświadczać.
  24. <slowo_obce>ineksprymabale</slowo_obce> (z franc.) --- spodnie (wyraz przestarzały).
  25. <slowo_obce>Ten sobie mówił...</slowo_obce> --- w zmienionej nieco formie zdanie zaczerpnięte z <tytul_dziela>Powrotu taty</tytul_dziela> Mickiewicza.
  26. <slowo_obce>pars pro toto</slowo_obce> (łac.) --- część zamiast całości (figura retoryczna, w której nazwa części jakiejś rzeczy służy jako określenie całości).
  27. <slowo_obce>pomidor</slowo_obce> --- ksiądz (żartobliwie, w żargonie uczniowskim).
  28. <slowo_obce>wsio po russki</slowo_obce> (ros.) --- wszystko po rosyjsku.
  29. <slowo_obce>Primum edere, deinde philosophari</slowo_obce> (łac.) --- najpierw jeść, potem filozofować; żartobliwa przeróbka starożytnej maksymy: <slowo_obce>Primum vivere, deinde philosophari</slowo_obce> --- najpierw żyć, potem filozofować.
  30. Józef Haller (1873--1960) --- generał, w roku 1920 dowodził frontem północno--wschodnim nad Bugiem, a potem pod Warszawą.
  31. <slowo_obce>z zawias</slowo_obce> --- z zawiasów (Żeromski odmienia tu, jakby słowo miało rodz. męski: ta zawiasa).
  32. <slowo_obce>traiczny</slowo_obce> --- forma archaiczna od ,,tragiczny".
  33. <slowo_obce>termedia</slowo_obce> --- awantura, heca.
  34. <slowo_obce>Caroline, Caroline...</slowo_obce> (franc.) --- Karolino, Karolino, weź swój kapelusz z kwiatami, swą niedzielną białą suknię i swe małe lakierowane pantofelki..." (popularna piosenka francuska).
  35. <slowo_obce>brygadier</slowo_obce> --- stopień pośredni między pułkownikiem a generałem.
  36. <slowo_obce>zbór ariański</slowo_obce> --- świątynia ariańska. Arianie albo bracia polscy: odłam reformacji polskiej, który wyłonił się z kalwinizmu. W początkowym okresie (1563--1569) w arianizmie górował nurt plebejski, radykalni ideologowie ariańscy potępiali nierówność społeczną, uchylali się od służby wojskowej i sprawowania urzędów. Niektórzy spośród szlachty ariańskiej rozdawali swe majątki ubogim, uwłaszczali chłopów i żyli z pracy własnych rąk. U schyłku XVI w. w arianizmie zwyciężył kierunek umiarkowany; reprezentanci jego wycofywali się na pozycje szlacheckie, nadal jednak głosili idee humanitaryzmu i wolności sumienia. W okresie kontrreformacji arianie uchwała sejmową zostali wygnani z Polski (1658).
  37. <slowo_obce>dulskie... głosy</slowo_obce> --- tytułowa bohaterka komedii <tytul_dziela>Moralność pani Dulskiej</tytul_dziela> (1907) Gabrieli Zapolskiej to typ obłudnej, ograniczonej i krzykliwej drobnomieszczanki.
  38. <slowo_obce>sowiet</slowo_obce> (ros.) --- rada.
  39. <slowo_obce>gidia</slowo_obce> --- osoba wysoka i chuda, o niezgrabnym wyglądzie.
  40. <slowo_obce>oficjalista</slowo_obce> --- jeden z wyższej służby w większych gospodarstwach wiejskich.
  41. <slowo_obce>dworki</slowo_obce> --- dziewczęta wiejskie zatrudnione we dworze.
  42. Afrykanki --- perliczki, wywodzą się z Afryki.
  43. <slowo_obce>po dniu</slowo_obce> --- za dnia.
  44. <slowo_obce>last not least</slowo_obce> (ang ) --- rzecz ostatnia, lecz nie najmniej ważna.
  45. <slowo_obce>niczym Tadeusz Soplica</slowo_obce> --- por. ,,Spotkanie się pierwsze w pokoiku" Tadeusza z Zosią (A. Mickiewicz, <tytul_dziela>Pan Tadeusz</tytul_dziela>, księga I, w. 103--141); w tych pierwszych scenach w Nawłoci wiele jest odwołań do epopei szlacheckiej Mickiewicza, zalicza się do nich również i scena z panną wśród ptactwa domowego, nieco inaczej oczywiście ukształtowana niż w <tytul_dziela>Panu Tadeuszu</tytul_dziela>, i scena z panną w porannym, niedbałym stroju, podpatrzoną na poły niechcący.
  46. <slowo_obce>dezabil</slowo_obce> (z franc.) --- ranny albo nocny strój.
  47. <slowo_obce>piruet</slowo_obce> --- w tańcu szybkie okręcenie się na jednej nodze, na czubkach palców.
  48. <slowo_obce>pas</slowo_obce> (franc.) --- krok taneczny.
  49. <slowo_obce>bachiczny tan</slowo_obce> --- kult Bachusa (boga płodnych sił przyrody u starożytnych Rzymian) połączony był z obrzędami i tańcami o charakterze orgiastycznym.
  50. <slowo_obce>maître d'hôtel</slowo_obce> (franc.) --- zarządzający służbą hotelową.
  51. <slowo_obce>paniczów</slowo_obce> --- dawna forma mianownika l. poj. rodzaju męskiego przymiotników dzierżawczych (pozostałość tzw. rzeczownikowej odmiany przymiotnika) kończyła się na --ów; dziś: panicza.
  52. <slowo_obce>ersatz</slowo_obce> (niem.) --- namiastka.
  53. <slowo_obce>zapalączka</slowo_obce> (gwar.) --- gorączka.
  54. <slowo_obce>serwelatka</slowo_obce> --- kiełbaska dająca się rozsmarować.
  55. <slowo_obce>lejbik</slowo_obce> --- bluza, żakiet.
  56. <slowo_obce>cugowe</slowo_obce> --- konie używane do jazdy powozem.
  57. <slowo_obce>brak</slowo_obce> --- tu: koń wybrakowany.
  58. <slowo_obce>gródza</slowo_obce> --- przegroda.
  59. <slowo_obce>Przestępywały</slowo_obce> --- dziś popr.: przestępowało.
  60. <slowo_obce>Linijka</slowo_obce> --- rodzaj wózka, na którym się siedzi okrakiem.
  61. <slowo_obce>darty orzeł</slowo_obce> --- orzeł o dwóch głowach, dziobami odwróconych od siebie.
  62. <slowo_obce>Obadwaj</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwaj.
  63. <slowo_obce>obiedwiema</slowo_obce> --- dziś popr.: obydwiema, obydwoma.
  64. <slowo_obce>Full pace</slowo_obce> (ang.) --- pełny bieg.
  65. <slowo_obce>szpak</slowo_obce> --- koń o maści siwawej.
  66. <slowo_obce>zmydlić</slowo_obce> --- koń zmydlony: spieniony.
  67. <slowo_obce>Tiens!</slowo_obce> (franc.) --- masz tobie! a to dopiero!
  68. <slowo_obce>superrewizja</slowo_obce> --- ponowny przegląd; tu: badanie lekarskie poborowych przez wyższą komisję wojskowo--lekarską.
  69. <slowo_obce>Gdy jeleń wszedł w moją puszczę...</slowo_obce> --- zasada feudalna.
  70. Laura --- imię to, któremu poetycki walor nadał słynny zbiór wierszy Petrarki (1304--1374) <tytul_dziela>Canzoniere</tytul_dziela>, było bardzo rozpowszechnione w sentymentalnej i romantycznej poezji miłosnej.
  71. <slowo_obce>nuworysz</slowo_obce> --- nowobogacki.
  72. <slowo_obce>ofik</slowo_obce> --- oficer (żartobliwy skrót).
  73. <slowo_obce>sygnąć</slowo_obce> (gwar.) --- cisnąć, rzucić.
  74. <slowo_obce>barwiczka</slowo_obce> --- szminka.